Przeszłość
— Wyglądasz jak mysz! — powiedział kociak do starszego kocura. — Jak połączenie kociaka z wojownikiem! Jak to w ogóle możliwe, że przeszedłeś szkolenie i jesteś wojownikiem? — zapytał.
Serdeczna Naparstnica spodziewał się w tej chwili wszystkiego, tylko nie tego, że jakiś dzieciak zacznie się z niego naśmiewać. Na dodatek nie był to byle jaki kociak, a syn samego przywódcy — Lśniącej Gwiazdy. Protektorowi od razu zrzedła mina, gdy tylko usłyszał słowa młodzieńca. Dopiero co się urodził, a już był taki wyszczekany… ale czego można było się spodziewać po synu lidera? Naparstnica doskonale zdawał sobie sprawę, że ze związku Lśniącej Gwiazdy i Truskawkowego Pola wyjdą same wrzody. Westchnął ciężko, patrząc na pointa zmęczonym wzrokiem.
— Nie jestem wojownikiem — odparł, poruszając końcówką ogona. — Jeśli zależy ci na odpowiedzi, możesz spytać moją matkę, Postrzępiony Mróz — stwierdził i już miał odejść, lecz usłyszał parsknięcie Migotu.
— To czym ty niby jesteś? — zapytał kpiąco. — Taki stary jesteś i wciąż jesteś uczniem? — drążył, czując się coraz pewniej w obrażaniu Serdecznej Naparstnicy.
— Nie. Jestem protektorem — odparł krótko, próbując zachować spokój. Nie mógł w końcu wydzierać się na syna lidera, bo dostałby za to po łapach. Nie chciał być na celowniku Lśniącej Gwiazdy. Przynajmniej na ten moment.
— Protektorem? Co to niby jest? — zdziwił się Migot, wciąż nie rezygnując z drwiącego tonu.
Starszy przewrócił oczyma. Nie potrafił słuchać tego kociaka. Dźwięk jego głosu sprawiał, że miał ochotę wysunąć pazury, lecz musiał się powstrzymywać. To w końcu tylko dzieciak. Na pewno jeszcze z tego wyrośnie, czyż nie?
— Protektorzy mają za zadanie dbać o komfort zarówno fizyczny, jak i psychiczny członków Klanu Klifu. W razie, gdyby kiedyś napotkał cię jakiś problem, z którym nie potrafiłbyś sobie poradzić, możesz podejść do któregoś z nas, a my udzielimy ci rady — wyjaśnił, wciąż zachowując neutralny wyraz pyska.
Obserwował, jak mina Migotu staje się jeszcze bardziej skwaśniała. O co mogło mu chodzić tym razem?
— Słucham? — mruknął młodszy, niemal się jeżąc. — Chyba sobie żartujesz! Nie będę prosić jakichś pokrak o rady! Sam sobie dam radę, jeśli będzie trzeba! — zirytował się, marszcząc brwi.
— Jak chcesz — rzucił beznamiętnie Naparstnica, wzruszając ramionami. Naprawdę miał teraz ważniejsze sprawy na głowie niż wysłuchiwanie tego, jak jakiś pyrtek obraża jego rolę w klanie.
— Co za głupia ranga! Stworzona specjalnie dla takich nieudaczników, którzy nie nadają się na posadę wojownika! Już lepiej byłoby was wysłać do starszyzny, niż udawać, że jakkolwiek się przydajecie! — trajkotał dalej Migot.
W końcu protektor stwierdził, że ma już dość.
— Przykro mi, że taka jest twoja opinia, Migocie — oznajmił, po czym bez pożegnania odszedł od młodszego kocura.
To dziwne, że tak uważał. W końcu skoro Lśniąca Gwiazda jeszcze nie zlikwidował pozycji protektora, to znaczy, że widział w niej jakiś sens. A skoro widział w niej jakiś sens, to czy jego syn również nie powinien go dostrzegać? Naparstnica zakładał, że młody kocur bardzo szanował swojego ojca i jego opinie, więc czy nie powinien ich podzielać? Nieważne. Nie było sensu szukać sensu w zachowaniu tych kotów, bo po prostu go nie było.
* * *
W Klanie Klifu ostatnimi czasy działo się naprawdę sporo. Serdeczna Naparstnica ledwo zdążył przetrawić jedno wydarzenie, a już do jego uszu docierały pogłoski o kolejnym. Przez to wszystko nie miał jak wyrobić sobie solidnej opinii na temat poszczególnych zdarzeń. Nie wiedział, co właściwie powinien czuć w związku z tym, co obecnie działo się w Klanie Klifu. Właśnie dlatego pewnego dnia postanowił udać się na samotny spacer, by przysiąść pod jakimś drzewem i spokojnie się nad tym wszystkim zastanowić. W ciszy i spokoju. Tak, by nikt mu nie przerywał, a on mógł zdecydować, czy powinien martwić się o swoje zdrowie i pozycję w Klanie Klifu. No i czy powinien kontynuować szerzenie swoich wątpliwości co do Lśniącej Gwiazdy jako lidera. Czuł, że Wzburzonego Kormorana powoli przekabacał na właściwą ścieżkę, jednak to mogło być za mało. W końcu co dwa koty mogą zrobić liderowi? We dwójkę nie mogliby nawet otwarcie się mu sprzeciwić, bo najpewniej skończyliby wyrzuceni z klanu lub ukarani rangą więźnia.
Serdeczna Naparstnica westchnął, wędrując już po terenach Klanu Klifu w stronę niewielkiego lasku. Starał się wpatrywać w drogę przed sobą i jeszcze nie myśleć o tym, o czym chciał się zastanowić, gdy będzie już na miejscu. Czuł, że jego myśli byłyby teraz zbyt chaotyczne i niepoukładane, dlatego się wstrzymywał, mimo że na myśl nasuwało mu się już jedno konkretne imię — Truskawkowe Pole. Gdy tylko myślał o pointce, mimowolnie przyspieszał kroku, by w końcu dotrzeć do miejsca docelowego.
Gdy w końcu udało mu się oprzeć o jeden z pni, wziął głęboki oddech i poczuł, jak po jego ciele przechodzi przyjemny dreszczyk. Wiedział, że już zaraz wysmaruje na temat wszystkich Klifiaków tyle stwierdzeń, że przerośnie nimi samego siebie. Wpierw oczywiście zaczął myśleć o Truskawkowym Polu. Już od początku wiedział, że nie była najlepszym wyborem na zastępcę. To dziwne. On potrafił to dostrzec, a Lśniąca Gwiazda mimo wszystko pozostawał zaślepiony. Tylko czym? Miłością? Czy ta dwójka kiedykolwiek w ogóle się kochała? Z całą pewnością pointka nie darzyła lidera żadnym szczególnym uczuciem, zważywszy na to, że nie miała najmniejszych oporów przed tym, by zostawić go za sobą w Klanie Klifu i uciec bez słowa. To samo zrobiła ze swoimi kociętami. Porzuciła je. Naparstnica mimo wszystko trochę współczuł Firmamentowi i Migotowi — nawet jeśli ten drugi był niczym cierń w łapie. W końcu kto by nie był, mając takich rodziców… Miał nadzieję, że po zostaniu uczniem wreszcie zdobędzie nieco własnych opinii i oddali się od ojca. Może w taki sposób wreszcie przejrzy na oczy.
W każdym razie — to nie ucieczka Truskawkowego Pola oburzała go najbardziej. Właściwie to po tym, jak wieści rozeszły się po azylu, poczuł pewnego rodzaju satysfakcję, że wybór Lśniącej Gwiazdy okazał się durny. Miał nadzieję, że rudofutry wyniesie z tego zdarzenia jakąś nauczkę, lecz szybko Naparstnica zrozumiał, że nie miał na co liczyć. Wkrótce na posadzie zastępcy zasiadła Źródlana Łuna, która, oczywiście, była siostrą przywódcy. Protektor nie twierdził, że nie była doświadczona — na pewno była. Ale czy w klanie nie było nikogo lepszego od niej? Kotka była naznaczona wieloma bliznami, które ograniczały jej umiejętności. Nie miała jednego oka i jednej łapy, co na zgromadzeniach na pewno nie prezentowało się zbyt dobrze. Gdyby nie łączyły jej z Lśniącą Gwiazdą więzy krwi, zapewne już dawno skończyłaby w legowisku starszyzny. Rudofutremu nawet przez myśl by nie przeszło, by spojrzeć na taką kotkę jak na kogoś wartego posady zastępcy. Po tym Naparstnica stwierdzał, że wybór jej był kolejnym błędem lidera. Tylko dlaczego jeszcze nikt mu ich nie wytykał?
Znalazł się jednak kot, którego zniknięcie nie wydawało się przypadkowe — Pchełkowy Skok. Niebieska szylkretka wcale nie tak dawno temu zaginęła bez słowa, choć od dłuższego czasu można było się spodziewać, że coś takiego nastąpi. Do uszu Serdecznej Naparstnicy doszły plotki o tym, że wojowniczka często budziła się w nocy, majacząc coś o tym, że Tawułowa Bryza był niewinny — i z tym stwierdzeniem protektor jak najbardziej się zgadzał. Może gdyby tylko pomyślał o tym wcześniej, mógłby nawiązać jakąś rozmowę z Pchełką? Może udałoby mu się zatrzymać ją w klanie, a także dowiedzieć się co nieco o Tawułowej Bryzie? Żałował, że wcześniej był tak ślepy na jej zachowanie. Wzbudzało jego ciekawość, owszem, lecz nigdy nie przyszło mu do głowy, by zamienić z nią kilka zdań. Teraz było już jednak za późno, więc Naparstnica zdecydował się tego nie roztrząsać i porzucić ten temat.
Przypomniał sobie jeszcze o tym, że Lśniąca Gwiazda wprowadził do klanu nową rangę — Jaśniejące Skrzydła. Kocur nie rozumiał, skąd rudofutry wytrzasnął tak wymyślną nazwę ani dlaczego była dwuczłonowa. Nie miało to żadnego sensu, brzmiało źle i nie pasowało do reszty ról w Klanie Klifu. Protektor był pewien, że dało się nazwać ich inaczej, lepiej. Ale kim on był, by zarzucać liderowi brak poczucia estetyki? Musiał przełknąć fakt, że mieli teraz w klanie wojowników, protektorów, zastępców i… Jaśniejące Skrzydła. Którzy zresztą nie byli nikim więcej jak sługami Lśniącej Gwiazdy. Byli niczym jego psy obronne i wykonywali za niego całą brudną robotę. Niedawno wygnali Gąsienicowego Ogryzka z terenów Klanu Klifu z rozkazu przywódcy. Nie dali mu nawet się wytłumaczyć! Protektor był jednak pewien, że jego wujek był niewinny. Odwiedzał go w końcu w żłobku i zajmował się nim wtedy, gdy Postrzępiony Mróz była zbyt przybita po śmierci dwójki swoich pozostałych kociąt. Gąsieniczek nawet muchy by nie skrzywdził, a co dopiero liderki! To, co nagadał o nim Lśniąca Gwiazda, było po prostu bzdurą. Biało-niebieski musiał znaleźć się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym momencie, lecz to wystarczyło, by jego reputacja w klanie przepadła, a życie stało się nędzne.
* * *
Teraźniejszość
Serdeczna Naparstnica nie starał się otwarcie okazywać wrogości wobec Lśniącej Gwiazdy, lecz mimo wszystko miał wrażenie, jakby lider czytał mu w myślach. Przez ostatnie księżyce nie zabrał go na ani jedno zgromadzenie i protektor zastanawiał się, czy przywódca przypadkiem o nim zapomniał, czy może chciał mu w ten sposób zrobić na złość. Biało-niebieski chętnie porozmawiałby z kimś z innego klanu, a także jeszcze raz spojrzał na Zalotną Gwiazdę, by upewnić się, że to dziwne przeczucie wciąż mu towarzyszy. Musiał jednak czekać, aż Mirt wreszcie się nad nim zlituje i postanowi go zabrać, o ile taki dzień w ogóle nadejdzie.
Teraz kocur przechadzał się po obozie, znudzony rutyną. Ostatnimi czasy w jego życiu nie działo się nic ciekawego, a sam starał się raczej zachowywać swoje opinie dla siebie. Czuł się poniekąd zagrożony przez lidera. Nie sądził, by Lśniąca Gwiazda wiedział o tym, co Naparstnica o nim myśli, ale i tak nosił w sercu dziwną obawę. Czy powinien tak się czuć we własnym, rodzimym klanie? Czy jego przynależność nie powinna być dla niego ostoją spokoju i domem? Powoli rozumiał, że nie czuł się związany z Klanem Klifu. Nie chciał nazywać Lśniącej Gwiazdy swoim liderem ani Postrzępionego Mrozu swoją matką. Siebie natomiast nie chciał nazywać Klifiakiem. Nie czuł się dumny z reprezentowania tej zepsutej przynależności, o której ostatnimi czasy miał same negatywne rzeczy do powiedzenia.
Przez to, jak intensywnie się nad tym wszystkim zamyślił, przypadkiem niemal wpadł na syna Lśniącej Gwiazdy, który niedawno przeszedł mianowanie na wojownika. Teraz nie był już tym małym, wrednym Migotem. Teraz był dużym i wrednym Migoczącym Nieboskłonem.
— Przepraszam… — wymamrotał Naparstnica, nie zwracając zbyt dużej uwagi na kocura. Już miał ponownie pogrążyć się w rozmyślaniach nad swoimi odczuciami, gdy nagle poczuł na skórze czyjeś palące spojrzenie.
<Migoczący Nieboskłonie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz