BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iskrząca Nadzieja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iskrząca Nadzieja. Pokaż wszystkie posty

19 lipca 2026

Od Iskrzącej Nadziei CD. Cisowego Tchnienia

Bardzo dawno temu…

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Ten dzień był bardzo spokojny. Ptaki poćwierkiwały gdzieś nad moją głową, a ja właśnie wróciłam z udanego patrolu. Udało mi się upolować dwie wiewiórki i dwie myszy. Sama nie byłam głodna, więc postanowiłam zanieść jedzenie medykom. W wejściu był Chudy Grzbiet, z którym nawiązałam chwilową rozmowę.
— Cześć, Chudy Grzbiecie, jak tam dzisiejszy ruch? — zapytałam, kładąc jedzenie obok siebie.
— Hej, Iskrząca Nadziejo! Jest spoko, dość spokojnie jak na razie. A to jedzenie to dla kogoś specjalnego?
Spojrzałam ze słabym uśmiechem na jego pyszczek, po czym znów spuściłam swoje spojrzenie na kąski.
— Przyniosłam je dla was! Ta wiewiórka jest dla Cisowego Tchnienia, ta dla Roztargnionego Koperku, a te dwie myszy są dla Ciebie!
— Miło z twojej strony, dzięki! — miauknął kocur, przesuwając myszy na bok.
— Hej, Cisowe Tchnienie, ktoś do Ciebie ze zwierzyną! — zawołał po chwili medyk, a mi żołądek podszedł do gardła.
Nie nie nie, czemu ją zawołałeś! Przecież ona mnie pewnie nienawidzi...!
Od jakiegoś czasu próbowałam się zebrać na rozmowę z teściową, ale zawsze tuż przed podejściem tchórzyłam. Dlaczego ona chciałaby w ogóle patrzeć na mój pysk?! O czym miałybyśmy niby rozmawiać?!
Poczułam nerwowy uśmiech na swoim pysku, kiedy Cis wyłoniła swoją głowę, wraz ze zrzedniałą miną, która nie wróżyła absolutnie NIC. Dobrego.
Kocica po chwili przyszła do mnie, nie spuszczając ze mnie wzroku ani na ułamek uderzenia serca. Nie wiem, czy głośno, ale przełknęłam ślinę, nie wiedząc, co powiedzieć.
— Ta wiewiórka jest dla ciebie — bąknęłam, wskazując na ową rudą zwierzynę ogonem.
Zanim Tchnienie cokolwiek odrzekła, znów zabrałam głos.
— Taaaak, to ja już może sobie pójdę… Ym… T-to miłego dnia życzę, pa...! — rzekłam, wycofując się najszybciej, jak się tylko dało.

Bardziej aktualnie…

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Obudził mnie nie ćwierkot ptaków czy rozmowy innych wojowników, a nieznośny ból głowy. Przez pierwszą połowę dnia, próbowałam sobie z nim jakoś poradzić.
W końcu minie, w końcu musi minąć, to przecież na pewno nic takiego!” — powtarzałam sobie w głowie, jednak kiedy miałam wyjść na południowy patrol, przez dłuższą chwilę myślałam, że zwymiotuje z bólu. W końcu się zabrałam i nieśmiało weszłam do legowiska medyków, błądząc złotawym spojrzeniem po ścianach jaskini, szukając pysków Chudego bądź Koperku. Zanim zdążyłam się odezwać, usłyszałam za sobą zirytowany ton medyczki, z którą tak bardzo nie chciałam i chciałam jednocześnie rozmawiać.
— Czego chcesz?
Przez chwilę patrzyłam to na jej oczy, to na przestrzeń gdzieś za nią, kiedy po kilku uderzeniach serca odezwałam się cichym głosem.
— Rano zaczęła mnie boleć głowa… Gdzie Roztargniony Koperek i Chudy Grzbiet? — spytałam, nie patrząc jej dłużej w ślepia.
— Zbierają zioła. Chodź.
Bez słowa podążyłam za kocicą, bojąc się wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. Ogonem wskazała mi gdzie mam poczekać, po czym zniknęła w odmętach składziku. Kiedy wróciła, w pysku trzymała kilka ziół. Jedno miało wysokie łodyżki posiadające ząbkowane listki i pąki kwiatków. Druga roślina miała smaczne różowawe owocki i miękkie liście. Zjadłam to wszystko, oblizując swój pyszczek. Może i to pierwsze zioło nie było najsmaczniejsze na świecie, jednak drugie zabiło ten smak.
Mniam, maliny…” — pomyślałam, patrząc na swoje łapy.
Między mną a medyczką cały czas była cisza, której nie umiałam przerwać. Nawet nie do końca wiedziałam, czy chcę ją przerywać. Rozmowa mogłaby okazać się dużo bardziej niekomfortowa niż siedzenie w tej gęstej, wręcz ciężkiej atmosferze.
Jeśli Cisowe Tchnienie będzie chciała, to zacznie rozmowę…” — pomyślałam, niepewnie czekając na to, czy kotka coś powie, czy może jednak nie.
Wyleczeni ~ Iskrząca Nadzieja

<Cis? Pogadaj no ze swoją synową no…>

14 kwietnia 2026

Od Iskrzącej Nadziei Do Kocięcego Rozumku (Rudzikowego Skrzydełka)

Ostatnie zgromadzenie, na którym była Iskrząca Nadzieja (czyli to z akcją z Rudzik Pierze i Aminkiem) (TV coś w stylu myśli samobójczych)
✩ ★ ✩ ★ ✩

Kolejne zgromadzenie. Po co ja w ogóle na nie przychodziłam? Usiadłam byle gdzie, nie do końca zważając na otoczenie. Byłam jakby w bańce. Każdy Wilczak to widział. I każdy wiedział, dlaczego. Mimo to jednak czułam na sobie palące spojrzenia pobratymców. Słyszałam. Słyszałam to wszystko. Słyszałam te wszystkie szepty. Te wszystkie domysły. Oskarżenia. Nawet Zalotna Gwiazda — kotka, z którą rozmawiałam kilka razy. Którą uznawałam za oparcie. Która dawała mi to oparcie, kiedy go potrzebowałam. Ta sama kotka, która zapewniała mnie o tym, że będę dobrą matką. Nawet ona patrzyła na mnie krzywo. Jakby wierzyła w to, że to wszystko jest moją winą. A przecież nie było. Prawda?.... Sama nie wiedziałam. Powoli, z każdym dniem, każdym uderzeniem serca, przestawałam wierzyć samej sobie. Swoim przekonaniom. Swoim zmysłom. Jakbym zaczęła wariować. Nieobecnym wzrokiem błądziłam gdzieś w oddali, całkowicie wyłączona z rzeczywistości. Z każdym kolejnym tchnieniem moja zazwyczaj tak jasna iskra gasła, a każdy taki właśnie oddech, był jak cios w płuca, serce... We wszystko naraz. Po prostu we mnie. Na zimną niczym lód skałę wprost pod moimi łapami spadło kilka słono-gorzkich łez. Spuściłam wzrok, wraz z całą głową na Bursztynową Wyspę, na której właśnie siedziałam, a moje myśli pędziły niczym stado wygłodniałych, krwiożerczych psów, próbujących dopaść biednego, bezbronnego króliczka… Biednego, bezbronnego kicusia, który nie robił nikomu krzywdy.
”To wszystko jest do bani… Jaki jest w ogóle cel mojego istnienia. Po co to wszystko. Jaki jest cel mojego żałosnego użalania się nad samą sobą, nie robiąc nic dobrego ani dla ogólnikowego Klanu Wilka, ani dla nikogo pojedynczego, ani w ogóle dla kogokolwiek, włącznie ze mną samą? Lepiej by było, gdybym nigdy się nie urodziła… Makowy Nów, moje siostry, rodzicielka… Moje dzieci… Mój były partner… W ogóle cały Klan Wilka. Nikt nie musiałby się za mnie wstydzić. Jestem po prostu żałosnym rozczarowaniem… Klanie Gwiazdy, po co wysłałeś mnie na ten świat? Za co… Co ten świat zrobił, żeby aż tak go kazać?...”
Pociągnęłam nosem, strzygąc jednym uchem. Zatopiona we własnych przemyśleniach, nie zwracałam uwagi na otaczające mnie koty, będąc w swoim świecie, kiedy jakaś kotka niosąca ze sobą aromat Klanu Burzy, jakby wyrosła z ziemi (a raczej skały) tuż przede mną.
— Cześć… Wszystko dobrze? — spytała Burzaczka, strzepując swoim puchatym, idealnie ułożonym ogonem.
— J-ja, yyuhhh… — wyjąkałam, łapą wycierając łzę, spływającą po moim policzku.
Kocica przekręciła lekko głowę, ze smutnym uśmiechem na pyszczku.
— Ta-tak… Jest okej. Al-ale dziękuję, że, no… Pytasz.
Również słabo się uśmiechnęłam, nie chcąc wyjść na niemiłą lub słabą w oczach kogoś z innego klanu. Przecież sama Makowy Nów by mi tego nie wybaczyła!
— Widzę w twoich ślepiach ból… Ból utraty… Nie wiem, kogo straciłaś, ale bardzo Ci współczuję…
Przez kilka uderzeń serca między mną a srebrną nawiązała się taka cisza, którą ciężko opisać. Niby taka normalna jakby przyjemna, niby nie do końca… Ciężko było ją jakkolwiek nazwać.
— Ja… Dziękuję… To wiele dla mnie znaczy…
— Cóż, Klan Gwiazdy ostatnimi czasy nie był dla mnie łaskawy. Straciłam kotkę, która była dla mnie niczym matka, partnera, syna, siostrzeńca, przyjaciółkę, byłego ucznia… A-ale jest już lepiej… Wiesz… Dziękuję, że do mnie podeszłaś i… I no…
Na pysku pręguski znów pojawił się słaby uśmiech.
— Nie ma sprawy… Wnioskując po zapachu, jesteś z Klanu Wilka?
— Tak… A Ty z Klanu Burzy?
Obydwie zachichotałyśmy, a w tym samym czasie coś na skale, z której przemawiali przywódcy, zaczęło się dziać. W pewnym momencie zastępca Buraków przywołał moją rozmówczynię ruchem ogona.
— Przepraszam, muszę już iść, miło było cię poznać! — mruknęła, po czym popędziła do kocura.
Również zerwałam się z pozycji siedzącej, strzygąc czekoladowo-białym, puchatym ogonem.
— J-ja nawet nie znam Twojego imienia! — krzyknęłam za srebrzystą, jednak nie dostałam odpowiedzi, bo zapewne mnie nie usłyszała.
— O-oh… — szepnęłam w sumie sama do siebie, siadając tam, gdzie wcześniej.
W sumie to przez resztę zgromadzenia siedziałam tam, nie zwracając uwagi na to, co się dzieje, próbując wyszukać gdzieś w odmętach pamięci, czy mogłam kiedyś usłyszeć imię znajomej-nieznajomej kocicy.
„Była… Bardzo miła! Mam nadzieję, że za niedługo los połączy siły z Klanem Gwiazdy i znów przetnie nasze losy kolejnym spotkaniem. Kto wie, może nadejdzie ono szybciej, niż któraś z nas mogłaby przypuszczać?”

Następnego dnia po patrolu z Księżycową Łapą (tw opis krwi)
✩ ★ ✩ ★ ✩

Zielone Liście powoli zmieniały swoje kolory, przybierając barwy bursztynu, słońca górującego nad moją głową, oraz popołudniowego nieba, wraz z tą właśnie ognistą gwiazdą, znikającą gdzieś w oddali na horyzoncie, aby oddać podniebną scenę wprost dla tańcujących na nim gwiazdach, oraz lśniącemu księżycowi. Zawsze, kiedy patrzyłam w niebo, niezależnie od pory dnia czy nocy, myślałam o przeszłości. O moim słońcu, które zaszło za horyzontem, zostawiając w mnie w ogniu rozpaczy. Ostatnio jednak zaczęłam tłumaczyć to sobie w ten sposób, że Klan Gwiazdy to wszystko zaplanował. Może to był rodzaj jakiejś próby? Jakiegoś testu? Może to było wypisane w gwiazdach już od dawien dawna, a może tak po prostu musiało być, a ja i tak nie mam do wyboru nic innego, prócz zostawienia tego wszystkiego za sobą i pójścia dalej. Ta myśl w pewnym sensie dodawała mi otuchy. Podniosłam wzrok, aby ujrzeć nieboskłon, na którym pojedyncze, niewielkie chmury sunęły w swoim własnym tempie, jakby nie przejmowały się niczym innym.
— Niebo jest dziś niemal czyste, nie zapowiada się na deszcz — szepnęłam sama do siebie.
— Okej, z tego, co mi wiadomo, nie polowaliśmy na tej części naszych terenów od jakiegoś czasu, więc mam nadzieję, że kiedy słońce będzie górować, każda para pokaże mi się z pyskami pełnymi zwierzyny — powiedziała moja siostra, Jaskółcze Ziele, która akurat prowadziła nasz patrol.
Zatrzymaliśmy się gdzieś między Czarnymi Gniazdami a Potworną Przełęczą, kiedy Jaskółka kontynuowała.
— Podział jest dość oczywisty. Tropiąca Łasko, pójdź proszę razem z Nocną Łapą w okolice granicy z Klanem Klifu. Cienista Zjawo, Kryształowa Łapo, możecie spróbować pójść głębiej w las, jakbyście mieli iść wprost do Spalonej Zatoczki. Ja i Iskrząca Nadzieja przejdziemy się w okolicach granicy z Klanem Burzy. Tak jak wcześniej mówiłam, spotykamy się tu, kiedy słońce będzie górować. Powodzenia!
Dwójka wojowników oraz dwójka uczniów pokiwała przez chwilę głowami, po czym każda para rozeszła się w swoje wyznaczone strony.
Futra moje i siostry lekko stykały się ze sobą, kiedy szłyśmy krok w krok tym samym tempem.
— Myślisz, że upolujemy jakiegoś dorodnego zająca? — zagadała swobodnie czarno-biała, a w tym samym czasie w powietrzu dało się wyczuwać coraz mocniejszy aromat łąk oraz wcześniej wspomnianych zająców, ale nie tylko ich.
Było tego tak dużo, że w zasadzie ciężko było wyłapać pojedyncze zapachy. Mimo takiej różnorodności ta mieszanina była zdecydowanie przyjemna.
— Mam taką nadzieję! W sumie, jakby się tak zastanowić, to chyba nigdy nie jadłam ani żadnego królika, ani żadnego zająca… A Ty?
Ziele zmrużyła swoje żółte oczy, przez chwilę się namyślając. Często słyszałam, że oczy są zwierciadłem duszy danego zwierzęcia. Sama też tak po części uważałam. Nie chodziło mi jednak o ich kolor, kształt czy skośność. Moim zdaniem, oczy ukazywały emocje, które aktualnie grały w środku. I choćby cała postawa, włącznie z pyskiem, była niewzruszona… Wręcz można by rzec… Kamienna… Tak ślepia, powiedzą ci wszystko. Czy tego chcesz, czy nie.
— Ja chyba jadłam. Raz. Kiedy byłam świeżo mianowaną wojowniczką. Nie pamiętam już nawet, jak smakował!
Uśmiechnęłam się na wpół do samej siebie, na wpół do niej.
— Wiesz co? Wczoraj prowadziłam patrol łowiecki, na którym był Twój syn, Księżycowa Łapa. Powiedział, że mam śliczne oczy! To było takie miłe… Dobrze go wychowujesz, Jaskółcze Ziele. Tak swoją drogą, wiesz, co raz słyszałam? Gdyby nie to, że mamy niemal takie same oczy to nikt nigdy by nie powiedział, że jesteśmy siostrami! Czy ja wiem, może jest w tym trochę prawdy?
Rozmawiałam tak z siostrą jeszcze przez krótką chwilę, dopóki obydwie nie wyczułyśmy woni jakichś zdobyczy. Wojowniczka wybrała się nieco w las w poszukiwaniach szpaka, podczas gdy ja postanowiłam zostać niedaleko granicy z Klanem Burzy, gdzie upolowałam już nornice, sikorkę oraz dwie myszy.
Przyjęłam pozycję łowiecką, chcąc jednak zapolować inaczej, niż zwykłe. Zamiast chować się wśród gąszczu, próbując wtopić się w las, postawiłam na szybkość. Osłona lasu była dla mnie okej, jednak przyjemniej było mi na otwartym terenie, takim jak różne pola, czy łąki pełne pięknych kwiatów. Nie byłam jakoś bardzo umięśniona, wręcz… Szeroka w barkach czy ogólnie większej masy tak, jak większość Wilczaków, ale za to atletyczna i zwinna. Szybkość zdecydowanie się ze mną lubiła. Zauważałam pewien schemat dotyczący zarówno walki, jak i polowań. Koty, wśród których żyłam, najczęściej wykorzystywały swoją przewagę masową bądź liczebną (jeśli takowe opcje były dostępne). Ja wolałam polegać na planie i strategii. Rzadko kiedy podejmowałam działania bez strategii czy planu, nawet w rzeczach najbardziej codziennych. Teraz na przykład też miałam plan. Widziałam swoją ofiarę. Zając był dorodny i utuczony. Wyglądał, jakby na chwilę stracił czujność, ponieważ nie rozglądał się dookoła, tylko zajadał ze smakiem upatrzone mlecze. Zrobiłam kilka kroków w jego stronę, upewniając się, że idę pod wiatr. W końcu, kiedy uznałam, że jestem wystarczająco blisko, zaczęłam biec w jego stronę nie zważając na to, czy robię przy tym szelest, bądź jakikolwiek inny typ hałasu. Istota, zaalarmowana przez mnie samą moją obecnością, zaczęła w popłochu uciekać przed siebie. Uśmiechnęłam się pod nosem, lekko skręcając, aby puszek przypadkiem nie wybiegł za granicę z Klanem Burzy. Tym samym wpędziłam go w miejsce, w którym połowa (jeśli nie więcej) podłoża, była obłożona jeżynami i lśniącymi kamieniami, co utrudniało ucieczkę. W końcu wykonałam finalny skok, sprawnie kończąc cierpienie stworzenia.
— Dziękuję Ci Klanie Gwiazdy, za ofiarowanie mi tej zwierzyny, niech Wasze łowy będą udane tak, jak dziś moje — szepnęłam, zamykając na chwilę ślepia w kolorze łagodnych promieni płonącego słońca, które właśnie mieniło się na otwartym nieboskłonie.
— Nieźle to wymyśliłaś.
Głos za mną odezwał się tak nagle, że lekko podskoczyłam. Lądując, poczułam ból przeszywający poduszeczkę mojej tylnej łapy.
— Au- — wyrwało mi się, jednak szybko zasłoniam pyszczek swoim puchatym, czekoladowo-białym ogonem.
Po mniej niż uderzeniu serca odwróciłam się do — jak się okazało — ostatnio poznanej na zgromadzeniu kotki, której imienia nie dane było mi poznać.
— O-oh, to Ty! — miauknęłam, rozjaśniając się.
— Tak, to ja, we własnej osobie — zachichotała kocica, siadając tuż przy naszej wspólnej granicy.
— Miło Cię znów widzieć! A i no, dziękuję… Zawsze obmyślam plan. Wiesz… Ostatnio nawet się sobie nie przedstawiłyśmy! Ja jestem Iskrząca Nadzieja, wojowniczka Klanu Wilka.
Przedstawiając się, lekko się ukłoniłam, mając jednak podniesioną przednią łapę do góry.
Srebrna znów zachichotała, ale tym razem szybko przestała.
— Coś stało Ci się w łapę, wszystko w porządku? — spytała z troską, przerzucając swoje błękitne spojrzenie między kończyną a moimi złotymi ślepiami.
— To nic takiego! Chyba po prostu wbił mi się jakiś kolec… Jak wrócę z patrolu, to zajdę do znajomego medyka, Roztargnionego Koperka, gdyby było gorzej… Nie masz się co martwić, ale… No, wiesz… Dzięki za troskę.
— Nie ma za co — odparła, poprawiając lokowaną grzywkę łapą.
Pręguska wyglądała, jakby przez chwilę coś rozważała. Po mniej niż dwóch uderzeniach serca również delikatnie się ukłoniła, nakładając na srebrzysty pyszczek szarmancki uśmiech.
— Wypadałoby, abym też się przedstawiła! Jestem Sójczy Błękit, wojowniczka Klanu Burzy, bardzo miło mi Cię poznać, Iskrząca Nadziejo! Bardzo podoba mi się twoje imię, jest takie radosne i dodające otuchy!
Lekko się zarumieniłam, odpowiadając wojowniczce.
— Cóż, mi także jest bardzo miło i też lubię Twoje imię. Brzmi tak dostojnie i elegancko… Sójki to moje ulubione zwierzęta, czasami przechadzam się po lesie, aby pozbierać ich pióra, ale to już pewnie zauważyłaś!... Jeśli kogoś bardzo lubię, daję mu jedno ze swoich piór, aby pokazać, że jest mi bliski! Wiesz, osobiście bardzo lubię koty z Klanu Burzy… Dałam jedno ze swoich piór Rudej Lisówce oraz mam zamiar dać je jednej mojej znajomej, która też jest Burzaczką!
Srebrzysta uśmiechnęła się, strzepując uszami.
— W takim wypadku, może polubisz moją córkę, właśnie jest ze mną na patrolu, więc powinna tu zaraz przyjść! — mruknęła wesoło, a ja na samą myśl zaczęłam się ekscytować.
W pewnym momencie usłyszałam za kocicą dość znajomy głos.
— Mamo? Z kim tam rozmawiasz?
Kiedy Sójka odsunęła się z widoku, zobaczyłam… Kota, którego znam
Za rudą stała — także ruda — Rudzik. Konkretnie Rudzikowe Skrzydełko.
Z lekkim zdezorientowaniem przeskakiwałam wzrokiem między jedną a drugą, nie do końca wiedząc co zrobić.
— Rudzikowe Skrzydełko?...
Starsza patrzyła to na mnie, to na — jak się okazało — swoją córkę z już nie tak wyraźnym uśmiechem.
— Iskrząca Nadzieja? A co ty tu robisz?
Błękit też wydawała się zdezorientowana.
— Czekaj, czekaj chwilę. To wy się znacie?
— Umm, chyba na to wychodzi! — mruknęła koteczka z wywiniętymi uszami i lekkim uśmiechem na pyszczku.
— Cóż za zbieg okoliczności! — zaśmiała się Burzaczka w ramach odpowiedzi skierowanej do jej córki.
Przez jakiś czas rozmawiałyśmy tak we trójkę, kiedy jakiś inny kot mnie zawołał. Po głosie rozpoznałam, że była to moja siostra.
— Wybaczcie, ale muszę już iść, moja siostra mnie woła. Miło było mi was spotkać, miłego spaceru i miejmy nadzieję, że do zobaczenia niebawem!
Wojowniczki również się ze mną pożegnały, najwyraźniej postanawiając kontynuować wspólny spacer po swoich terenach, a ja pokuśtykałam do Ziela.
— Cześć Iskierko, nie wiem jak u ciebie, ale moje łowy nie były zbytnio uda- Ojeju, co ci się stało w łapę? — zaczęła mówić zatroskanym tonem czarna.
— Aj tam, to nic takiego, po prostu coś wbiło mi się w łapę, nie przejmuj się mną, Jaskółko! — miauknęłam z uśmiechem, mimo iż łapa, a raczej jej poduszka, zaczynała piec i boleśnie pulsować.
— To nie wygląda za dobrze… — odparła wojowniczka, jednocześnie podchodząc bliżej.
Podniosłam łapę i ujrzałam kawałek szkła, wbity głęboko w moją poduszeczkę.
— O-oh… Rzeczywiście… Cóż, jak już wrócimy, to przejdę się do Roztargnionego Koperka, ono na pewno mi pomoże!... Ale cóż, skoro twoje łowy nie były idealne, mogłabyś pomóc mi w przeniesieniu mojej zwierzyny? Jak coś, to część była upolowana przez ciebie!
Moja siostra delikatnie się uśmiechnęła.
— Jasne Iskierko, ale teraz przede wszystkim chodźmy, zanim wda ci się tam jakieś zakażenie czy inne świństwo — mruknęła, po czym obydwie poszłyśmy w miejsce, w którym miałyśmy spotkać się z resztą kotów.

✩ ★ ✩ ★ ✩

Po przyjściu do obozu moja siostra od razu zaprowadziła mnie do miejsca, w którym przebywali medycy, a tam zajęła się mną Cisowe Tchnienie. Na szczęście szkło nie wbiło się aż tak głęboko, abym musiała odpuszczać sobie wszelkie aktywności na więcej niż dzień. Aby upewnić się, że nie wda się żadne zakażenie, a rana będzie się dobrze goiła, następnego dnia przyszłam, aby któryś z medyków rzucił na to okiem. Był to akurat Chuda Łapa, którego bardzo polubiłam. Teraz byłam na samotnym spacerze wśród wysokich wilczakowych drzew. To były te same okolice, w których ostatnio spotkałam dwie przemiłe srebrzysto-rude kocice. Za każdym razem, kiedy zatapiałam się w myślach, w ogóle nie patrząc na to, gdzie łapy mnie niosą, znajdowałam się niedaleko tej granicy. Cóż, najwyraźniej coś przyciągało mnie do Burzaków! Do mojego nosa dostał się przyjemny aromat rozległych łąk i zająców, kiedy nagle kątem oka wyłapałam rudą plamę. Odwróciłam się w tamtą stronę i ujrzałam niewielki patrol graniczny, składający się z trzech rudych futer. Jednym z nich był mój stary znajomy, Ruda Lisówka, drugiego kojarzyłam jedynie ze zgromadzeń, a jej imię kojarzyło mi się z członem Śnieżyca, natomiast trzecim była Rudzikowe Skrzydełko.
Podeszłam trochę bliżej granicy, oczywiście jej nie przekraczając i przyjaźnie pomachałam do pręgusów.
— Cześć Ruda Lisówko, cześć Rudzikowe Skrzydełko, miło mi was znowu widzieć!
Cała trójka skierowała na mnie swoje uważne spojrzenia. Na początku na pysku Lisówki tkwił wyraz dość ciężki do odgadnięcia, jednak chyba wtedy mnie rozpoznał, ponieważ cały się rozpromienił.
— Hej, Iskrząca Nadziejo, szmat czasu Cię nie widziałem! Nie mam rudego pojęcia, skąd znasz Rudzik, ale to jest Śnieżycowa Chmura. Czy coś cię sprowadza na naszą granicę?
Uśmiechnęłam się, siadając z lekko podniesioną łapą.
— Nie, po prostu chodziłam przy granicach, ciesząc się naturą na spacerze!
Rudzielec podszedł nieco bliżej granicy, a ja po uderzeniu serca dodałam.
— Jejku, jesteście kolejnymi rudymi burzakami, jakie poznaję! To jakaś norma i cały klan jest rudy? — zagadałam, przeskakując spojrzeniem złotych ślepi między trzema pręgusami.

< KFC? Odpowiesz koleżance mamy (i swojej w sumie też)? >


Wyleczeni: Iskrząca Nadzieja

25 marca 2026

Od Iskrzącej Nadzieji CD. Snu (Mglistego Snu)

(Kontynuacja opowiadania Snu (które było milion lat temu, ale pomińmy ten fakt…)

✩ ★ ✩ ★ ✩

Spojrzałam w dół, skąd pochodził łagodny, kocięcy głosik. Następnie odłożyłam upolowaną przez siebie zwierzynę, aby mu odpowiedzieć.
— Tak, byłam — odparłam z uśmiechem, obserwując małego.
Jak się okazało, rozmowę ze mną zaczął przybrany syn mojej siostry – Lodowej Sałatki – z którą rozmawiałam kilka dni wcześniej. — A co Cię tu do mnie sprowadza? — szepnęłam, przyklękając przy czarnym kocurku. — Zdradzisz mi swoje imię? Poznałam już Horyzont, ale Ciebie jeszcze nie. Nie miałam takiej przyjemności.
W sumie to nie było to do końca prawdą. Jak tylko Sałatka przygarnęła swoje pociechy, to pierwszymi kotami, które poznały maluchy, byłam ja oraz Jaskółcze Ziele. Mimo to jednak chciałam dać maluchowi tę przyjemność przedstawienia się i pochwalenia swoim mianem. Dla niektórych przedstawienie się jest bardzo ważne!
— Sen, miło mi poznać — miauknął grzecznie malec, w na jego pyszczku pojawiła się ulga.
— Pięknie imię, takie dostojne i spokojne! Idealne dla ciebie! — odparłam.
— A jak ty masz na imię? — zapytał, wpatrując się we mnie swoimi żółtymi ślepiami z łagodnym uśmiechem.
— Iskrząca Nadzieja! — mruknęłam, przypominając sobie, jak bardzo lubiłam swoje własne imię. — Możliwe, że Lodowa Sałatka opowiadała ci oraz twojemu rodzeństwu coś o mnie, ponieważ jestem jej siostrą i mi też miło cię poznać, Śnie — dodałam po chwili, strzepując swoim długim, czekoladowo-białym jedwabistym ogonem.
Zanim kociak mi coś odpowiedział, obydwoje usłyszeliśmy zaniepokojony głos opiekunki mojego małego rozmówcy.
— Śnie? Idziesz z tą zwierzyną czy nie!
Kociak schylił się po parę tłustych wiewiórek, jednak zanim jeszcze je podniósł, spojrzał na mnie.
— Przyjemnie się rozmawiało, do widzenia, Iskrząca Nadziejo — rzucił nonszalancko, następnie podnosząc dwa rude stworzonka, aby popędzić do mojej zniecierpliwionej siostry.
— I wzajemnie, do zobaczenia, Śnie! — zawtórowałam mu, po czym sama złapałam średnią ryjówkę w zęby, aby ją pochłonąć.
Kocięta są takie urocze! Ach, jak ja bym chciała być na miejscu Sałatki i znaleźć takie trzy kruszynki! Chociaż najpierw przydałoby się znaleźć chociaż jakiegoś kogoś, kto by mnie chciał…

Poszukiwania biologicznego ojca dla kociąt Iskry i Miodka

✩ ★ ✩ ★ ✩

Była noc. Ciemna, zimna i wyjątkowo nienaturalnie cicha noc. Gdzieś w oddali pohukiwała sowa, sprawiając, że futro samo się podnosiło. Podniosłam spojrzenie w odcieniu lśniących gwiazd, chcąc ujrzeć, choć skrawek nocnego nieboskłonu.
Powinnam teraz być w obozie i leżeć obok swojego ukochanego partnera, wtulając się w jego miękkie, liliowe futro, ale zamiast tego, samotnie przemierzałam las w poszukiwaniu nadziei.
Ha, co za ironia losu! Kotka nosząca miano Iskrzącej Nadziei, właśnie przemierzała lasy terenu niczyjego w jej poszukiwaniu! Żałosna koteczka… Pytanie tylko po co, skoro pewnie i tak nie będzie umiała ich wychować, ani się nimi zająć?
Zadrżałam, kiedy kolejny silny podmuch wiatru zmierzwił mi moje puszyste, zadbane futerko. Czułam, że Pora Nagich Drzew nieubłaganie zbliża się wielkimi krokami.
Szkoda, że nie ma tu ze mną Miodka… On móg-
Poczułam na sobie czyiś ogon i instynktownie wysunęłam pazury.
— Co taka piękna dama robi w środku nocy w lesie całkiem sama, drżąc z zimna? Powiedz, jeśli tylko będziesz chciała, a Cię ogrzeje! Pamiętaj jednak, że wszystko ma swoją cenę. Twoją będzie rozgrzanie mojego serca po wieki wieków.
Podczas tego całego “wywodu”, nieznajomy zdjął swój ogon z mojej talii, zaczynając wokół mnie krążyć, a kiedy już skończył, stanął przede mną, ukazując mi swoje zielone tęczówki.
Zanim odpowiedziałam, obejrzałam go od góry do dołu, aby ocenić, czy jest po co się przy nim zatrzymywać. Nie oceniam zazwyczaj po wyglądzie, jednak w kwestii swojego potomstwa zależało mi na możliwie jak najlepszych genach. W końcu to moje pociechy! Moje malutkie promyczki!
Chyba wygląda w miarę okej, teraz został tylko charakter, aczkolwiek pierwszego wrażenia chyba gorszego zrobić nie mógł…” — pomyślałam, z powrotem kierując moje spojrzenie w kierunku jego oczu. — Serio, podrywasz mnie, a nawet nie znasz mojego imienia, nie wspominając już o charakterze czy czymkolwiek takim? — wytknęłam mu, a w moich oczach błysnęły iskierki rozbawienia.
Kocur jednak jedynie uśmiechnął się, nie zważając na moje słowa.
— Oh, ma pani, ależ przecież ty nie musiałaś znać mojego miana, aby zawrócić mi w głowie? A tak swoją drogą… Czy wierzysz może w miłość od pierwszego wejrzenia? Jeśli nie, to chyba będę musiał przejść obok jeszcze raz! Wyznam ci, że ja nie wierzyłem, dopóki me oczy nie padły na ciebie…
Wywróciłam oczami na zresztą kolejny już tani podryw samotnika, który znów zaczął mnie okrążać, stawiając swoje kroki z “gracją”, jakby próbował mi się podlizać. W końcu doszłam do wniosku, że on nawet nie próbował, tylko po prostu jawnie to robił.
— Pański Piesek — parsknęłam, strzepując swoim puchatym, czekoladowym ogonem.
— Istoto piękna, coś z mroku wyłoniła się wraz ze światłem onieśmielającym, ranisz me serce, choć wyglądasz na kotkę, co jej samej głos potrafi być takim kojącym. Za co, ah, za co robisz mi to piękna? Czymże ciem uraził? Czymże ciem poranił? Czymże zasłużył na gromy zsyłane z twych ślepi, chcąc zesłać mnie na coś jakby męka?
Zamrugałam kilkukrotnie niepewna tego, czy aby na pewno mi się nie przesłyszało. Westchnęłam cierpiętniczo, nie mając siły na robienie czegokolwiek. Nie wiedziałam, czy spotkam po drodze jakiegoś samotnika, który byłby skory mi pomóc, a tego dnia raczej nie pokonałabym już za dużej trasy. Mogłabym nawet spotkać kogoś, kto nie cackałby się w tańcu i zrobiłby mi krzywdę… Pokręciłam lekko głową w sumie do samej siebie.
Nie wierzę, że to robię…
— Słuchaj, nie mam pojęcia, jak masz na imię i czy mogę ci zaufać, ale przybywam na tereny niczyje w poszukiwaniu kocura, który byłby w stanie mi pomóc a jak na razie… Jesteś jedyną żywą duszą, jaką spotkałam spośród kotów.
Srebrny podniósł jedną brew, smagając ogonem.
— Kontynuuj — rzekł, siadając przede mną.
Przez kilka uderzeń serca się zastanawiałam.
Głupim byłoby od razu zdradzić mu mój cel ten podróży…”— pomyślałam, czekając jeszcze uderzenie serca.
— Jak na razie, potrzebuję miejsca, w którym mogłabym się zatrzymać i przenocować.
Pysk pręgusa rozjaśnił się, a on wstał z szerokim uśmiechem.
— To akurat mogę zrobić! Za mną, nieznajoma. Zdradzisz mi swoje imię?
Znów się zawahałam. A co jeśli kocur miał nieszczere intencje i tak naprawdę chciał zrobić mi coś?... Przełknęłam ślinę, zaczynając coraz bardziej się stresować.
Chwila moment, Iskra, opanuj się. Umiesz walczyć, przeszłaś trening z super mentorką. W razie co jakoś się obronisz!
— Jestem… Jestem Iskrząca Nadzieja… A Ty?...
Srebrny odwrócił głowę, a w jego zielonych ślepiach błysnęła radość.
— Masz przepiękne imię, Iskrząca Nadziejo. Mów mi Poświata.
W odpowiedzi niepewnie się uśmiechnęłam.
No to lecimy…” — pomyślałam, idąc za kocurem, od którego mogło zależeć, czy wrócę do domu, a jeśli tak, to czy z dobrymi wieściami.
Ciąg dalszy nastąpi…

Aktualnie

✩ ★ ✩ ★ ✩

Właśnie jadłam jeszcze ciepłą wiewiórkę, upolowaną przez Korowy Szept na patrolu łowieckim, który dosłownie chwilę wcześniej wszedł do obozu z pyskami pełnymi zwierzyny. Strzepnęłam swoim puchatym ogonem, zatapiając się w rozmyślaniach. Ostatnio coraz częściej zastanawiałam się nad losem uciekinierów z Klanu Wilka. Jak sobie radzili? Czy wszyscy jeszcze żyli? Czy czasami myśleli o swoich bliskich, których tutaj zostawili?... Od jakiegoś czasu pole moich rozmyślań powiększało się, co oznaczało rozmyślanie nie tylko o Miodowej Korze, ale i całej reszcie na większą skalę. Czułam się tak, jakby cały wszechświat, z Klanem Gwiazdy włącznie, próbował mi o nich przypomnieć. Mimo wszystko miałam nadzieję, że wiedzie im się jak najlepiej.

< Śnie? Sorry, że tak długo a tak mało o tobie:0 >

21 marca 2026

Od Iskrzącej Nadziei CD. Księżycowej Łapy

Kolejny dzień.
Kolejny patrol.
Kolejne powtarzanie rutyny.
Od całego incydentu minęło już parę księżyców, a dla mnie samej czas płynął bardzo dziwnie. Specyficznie. Moja oś czasu w głowie, przypisująca odpowiednie wydarzenia, rozmowy, czy inne takie… Cóż. Nie mogłam powiedzieć, że się zmieniła, bo tak nie było. Dziwna, to ona była od zawsze, ale teraz? Teraz… Po prostu jej nie było. Jakby nie istniała nigdy wcześniej. Nie rozróżniam, które rzeczy działy się tego dnia, które poprzedniego, a które księżyc temu. Wszystko się mieszało. Wszystko jakby zalewało się w niejednolitą… Jedność? Ciężko opisać ten stan jakimikolwiek słowami, które znałam, znam, a może i nawet kiedykolwiek będę znać. Nie dbałam już o siebie tak, jak kiedyś. Wcześniej pielęgnacja futra przynosiła mi radość, wkładanie piór lub innych rzeczy w poszczególne miejsca było przyjemne i dokładne. Gdyby ktoś nie znał mnie sprzed tego wszystkiego, powiedziałby, że to niemożliwe, aby to, co ma przed oczami i to, czego dostaje opis, dotyczyło jednego kota. Było jednym kotem. To wydawało się po prostu…
Nierealne.
W powietrzu unosiły się pyłki wielu kwiatów, jak i innych roślin, mieszające się w jeden, przyjemny aromat, w który wplatał się także zapach świeżej zwierzyny. Gdzieś w oddali zaćwierkały ptaki. Ich piękny śpiew narodził w mojej głowie myśl, że próbują ułożyć wspólną pieśń zwiastującą nadejście Pory Zielonych Liści. Raz po raz ten właśnie świergot synchronizował się z delikatnymi podmuchami wiatru. Naprawdę brzmiało to jak przepiękna melodia, wymyślona przez sam Klan Gwiazdy. Tak jakby to wszystko było zaplanowane. Jakby świat próbował mnie pocieszająco przytulić, przesyłając przelotny pocałunek na wietrze, wręcz wraz z nim i tą śliczną melodią. Zafiksowana tym pięknem, które mnie otaczało oraz tym, jak pierwszy raz od dłuższego czasu je zauważyłam i cieszyło to moją duszę, nie zauważyłam, kiedy uczeń jednej z uczestniczek patrolu, Kocimiętkowego Wiru, zaczął iść krok w krok razem ze mną.
— Dzień dobry! — miauknął po chwili radośnie, odwracając pyszczek w moją stronę.
Nie byłam pewna, jak mam na to zareagować. Ciężko było mi rozpoznać, czy kocurek mówił to sarkastycznie i chciał mnie po prostu wyśmiać tak jak większość Wilczaków, czy rzeczywiście miał jakieś dobre intencje. Po dwóch uderzeniach serca niepewnie odpowiedziałam.
— Dzień Dobry… Jesteś… Księżycowa Łapa, prawda? — zapytałam, gdzieś głęboko w środku mając nadzieję, że młody miał szczere intencje, tak jak myślałam na początku. Chcąc pokazać, że sama nie gryzę, wysiliłam się na słaby uśmiech, mimo iż w środku skręcało mnie z nerwów.
— Zgadza się! — odparł, machając lekko, swoim niewielkim, puchatym ogonkiem.
Miałam wrażenie, że Księżycek jest mi bliski rodzinnie, ale nie mogłam sobie przypomnieć, kto mógł być jego rodziną w Klanie Wilka. Dopiero od kilku dni miałam siłę, aby próbować wrócić do normalnego trybu życia i nie użalać się nad sobą. Przez ten cały czas średnio obserwowałam, co działo się w klanie, jeśli w ogóle miałabym siłę, żeby to śledzić, patrząc na to, jak bardzo byłam niewyspana po przepłakanych, bezsennych bądź pełnych koszmarów nocach. Wszystkie obowiązki, jakie wypełniałam, robiłam bardziej automatycznie. Jakby samym ciałem, podczas kiedy umysł i dusza znajdowały się w zupełnie innym miejscu.
— Aaa tyyyy? — przechylił lekko głowę, wpatrując się prosto w moje złote ślepia. — Pani wojowniczka ma śliczne oczy! — dodał po chwili, mrucząc cicho.
Komplement kocurka mnie przytkał. Przez kilka kolejnych uderzeń serca tępo wpatrywałam się w jego ślepka, w których iskrzyła się radość.
— T-ty… Na-napraw-wdę tak uw-uważasz? — spytałam, nie wierząc własnym uszom.
Byłam święcie przekonana, że wyglądałam jak siedem nieszczęść albo i jeszcze gorzej więc słowa Księżycowej Łapy zupełnie zbiły mnie z tropu, ale w najlepszym tych słów znaczeniu, jakkolwiek by to nie brzmiało.
— Tak! Czemu miałbym tak nie uważać?
Znów się uśmiechnęłam, jednak tym razem tak na serio, bez żadnego wysilania się.
— Ja jestem Iskrząca Nadzieja, miło mi cię poznać, Księżycowa Łapo — mruknęłam, a obraz ucznia trochę rozmazał mi się przed oczyma, ponieważ zakręciła mi się w nich łezka. — Wiesz… Dawno nie dostałam żadnego komplementu. To… To wiele dla mnie znaczy. Dziękuję.
— Nie ma za co! — pisnął młody uczeń, również się uśmiechając.
— Mi za to bardzo podobają się twoje pędzelki i puchata kitka! Mamy coś wspólnego, ja też mam puchate futerko, widzisz?
Mówiąc to, strzepnęłam swoim czekoladowo-białym ogonem, lekko muskając nosek białego, który kichnął, cichutko chichocząc.
— Ja też dziękuję, miło mi to słyszeć — odparł, niemal podskakując.
W tej samej chwili mentorka Księżyca zwolniła, przystosowując swoje tempo do naszego. Trochę mnie to zdziwiło, bo gdy wcześniej patrzyłam w jej stronę, szła nieco wolniej, jakby zapatrzona w jeden konkretny punkt, a jej różowy niczym popołudniowe niebo język lekko wystawał z jej rudo-białego pyszczka.
— Witam. Mam nadzieję, że Księżycowa Łapa nie przysparza problemów? — miauknęła, lekko schylając głowę na powitanie.
— Nie, jest grzeczny, nie musisz się martwić, swoją drogą gratuluję awansu, zostanie mistrzem to zapewne duży zaszczyt — mruknęłam z uśmiechem, również schylając głowę przed kocicą.
— Dziękuję, Iskrząca Nadziejo, tak, to duży zaszczyt! Wydaje mi się, czy jest u ciebie ostatnio jakby lepiej?
Posłałam uśmiech mistrzyni, odpowiadając.
— Chyba na to wygląda… Hej, Księżycowa Łapo, ścigamy się do tamtego drzewa? Kocimiętkowy Wirze, jeśli chcesz, zapraszamy, chyba że to nie wypada mistrzyni!

<Ksienszycku? :3>

15 marca 2026

Od Iskrzącej Nadziei Do Koperkowej Łapy (Roztargnionego Koperku)

Dzieje się to przed zakończeniem przesłuchań!

✩ ★ ✩ ★ ✩

Co się działo w tym Klanie Wilka, to ja nie wiem. Nagła śmierć nie dość, że liderki, to jeszcze zastępczyni. Może i mieliśmy trudną sytuację w tamtym czasie, ale to nie znaczy, że mogliśmy zaniedbać wszystko inne. W takim więc razie weszłam cicho do legowiska wojowników.
— Ktoś pójdzie ze mną na polowanie? — zapytałam, spoglądając po zmęczonych oczach kompanów z legowiska.
— Iskrząca Nadziejo, dzięki, że próbujesz, ale wydaje mi się, że zaraz po wysokim słońcu, ktoś wysłał już patrol łowiecki — odparła półśpiąca.
Oh, na Klan Gwiazdy! Jakim cudem przegapiłam, że ktoś wychodzi z obozu?
— Okej, dziękuję — odpowiedziałam cicho, wycofując się z legowiska.
No cóż, skoro wyszedł już patrol łowiecki, to może chociaż załapie się na grani... No tak, tamten też już poszedł...” — pomyślałam, przechodząc niedaleko legowiska Cisowego Tchnienia.
W tamtej chwili przez przypadek usłyszałam, jak mówi coś w stronę Koperkowej Łapy.
— Koperkowa Łapo, powoli kończy nam się pajęczyna i przydałoby się uzupełnić zapas gwiazdnicy pospolitej, oraz czyśćca wełnistego, bądź tak łaskawe i pozbieraj trochę. Możesz sobie wziąć to pomocy jakiegoś wojownika.
Zamiast odpowiedzieć, to tylko prychnęło pod nosem, a następnie zauważyłam, jak wychodzi z lecznicy.
— Hej, Koperkowa Łapo, słyszałam, że szukasz wojownika do pomocy! Z chęcią bym Ci pomogła, co Ty na to? — powiedziałam, podchodząc do jeno.
Obejrzało mnie od góry do dołu, trochę oceniającym wzrokiem. Westchnęło nieco zirytowane, a następnie odparło.
— Witaj, Iskrząca Nadziejo, niezbyt kulturalne, żeby tak podsłuchiwać… — mruknęło jakby odrobinę zniesmaczone. — Ale tak, w zasadzie to przyda mi się para pomocnych łap — dodało po chwili.
— Przepraszam, nie miałam zamiaru Was podsłuchać, przechodziłam obok, bo tak w zasadzie to chciałam iść sprawdzić co u starszych, ale szczerze, wolę pomóc Ci ze zbieraniem ziół, niż szukać kleszczy u starszych — mruknęłam, lekko się uśmiechając, na wpół z zakłopotania, na wpół chcąc pokazać swoją przyjazność.
Koperek wydawało się fajne, może i trochę ciche, ale to nic! W każdym razie im więcej kotów mnie lubi, tym lepiej, a ono wydawało się świetnym kandydatem na przyjaciela! Im więcej mam znajomych w klanie, tym lepiej, szczególnie w tak trudnym czasie.
— W takim razie chodźmy — miauknęło, strzepując delikatnie ogonem, a ja od razu podążyłam za jeno.

Już po zbieraniu ziół

✩ ★ ✩ ★ ✩

Wracaliśmy już do obozu, obładowani ziołami nie tylko tymi, o które prosiła medyczka, ale i kilkoma innymi.
— Wiesz co, nigdy nie interesowałam się szczególnie ziołolecznictwem i takimi tam, ale to jest super zajęcie! — mruknęłam niewyraźnie przez zioła trzymane w pysku.
Jeno zachichotało, zapewne przez to, jak dziwnie brzmiałam.
— No, coś w tym jest. Mnie podobała się historia poznania Makowego Nowiu, to było całkiem… Urocze. Nie spodziewałobym się, że odwzajemni Twój gest. Gdzieś słyszałom, że nie przepadała za samotniczkami. Cóż, może się myliłom, albo to się zmieniło?
Koperkowa Łapa zastanawiało się na głos, a ja starałam się nie odpłynąć własnym tokiem myśli, który bardziej przypominał rwącą rzekę.
— Iskrząca Nadziejo! — usłyszałam wołanie, które oderwało mnie od wypowiedzi ucznia medyka.
Była to Rysi Trop, moja dobra przyjaciółka, z którą zawsze miło było pogadać.
— Tak? — odpowiedziałam, przystając.
— Zaraz powinnyśmy spotkać się razem z Jaskółczym Zielem, mam nadzieję, że pamiętasz? — odparła, na co mnie olśniło.
Na szczęście nie byłam jeszcze spóźniona.
— Tak, teraz już pamiętam, dziękuję Rysi Tropie, na pewno się pojawię!
Ryś kiwnęła mi z aprobatą głową, odchodząc w innym kierunku.
Natomiast my z kotem staliśmy tuż przed legowiskiem Cisowego Tchnienia.
— Leć, bo naprawdę się spóźnisz, ja już z tym sobie poradzę — miauknęło, strzepując ogonem.
Odłożyłam zioła, przekręcając lekko łebek.
— Na pewno? To naprawdę nie problem, zdążę! A nawet jeśli nie, spotykam się z siostrą i najlepszą przyjaciółką, chyba mi wybaczą kilka uderzeń serca spóźnienia, nie?
Uśmiechnęłam się, na co Koperek przewrócił oczami.
— No idź, idź! Wiem, co mówię, nie musisz się martwić!
— Cóż, skoro tak mówisz, do zobaczenia, Koperkowa Łapo, miło było cię bliżej poznać! — mruknęłam, a następnie pognałam w umówione miejsce naszego spotkania.

Teraźniejszość
(TW, silny atak paniki przypominający atak serca, nieco drastyczny opis, dużo wyzywania, koszmar)

✩ ★ ✩ ★ ✩

Pierwszy raz w życiu nie czułam się dobrze wśród Wilczaków. Do moich uszu dochodziły szepty, który zdecydowanie nie należały do najprzyjemniejszych. Próbowałam nie słuchać. Zakrywać je łapami. Wychodzić. Ale nawet kiedy zostawałam sama, pogrążając się w smutku, myśli nie dawały za wygraną, w głowie odtwarzałam usłyszane okropieństwa, ale nie tylko, ponieważ tworzyłam też własne scenariusze. Widziałam scenę rozmowy z Miodową Korą, ale mimo wszystko to nie było najgorsze. Najgorsze były słowa kotów, które zawiodłam. Właśnie stawiałam niepewne kroki przez gęsty, w moim odczuciu wręcz nieskończony las, nad którym Klan Gwiazdy raczej nie czuwał. Tak jak raczej nie czuwał nade mną. Nagle wśród gąszczu zalśniło mroźne, pogardliwe spojrzenie, skierowane wprost na mnie, jakby chciało co najmniej wypalić mi dziurę w matowym, skołtuniony futrze. Nigdy bym nie sądziła, że doprowadzę siebie do takiego stanu. Mało tego… że nie będzie mnie w ogóle obchodziło to, że w nim jestem.
— Jak mogłaś zdradzić Klan Wilka, ty mysia strawo… — wycedziła istota, powoli do mnie podchodząc.
— Zalo-lotna Gwiazda…?— szepnęłam, płaszcząc uszy w strachu.
— Jak mogłaś to zrobić?! Przyjęliśmy cię, twoją matkę i siostry, a ty tak nam się odpłacasz?! Zdradą?! Przynajmniej one są nam wierne, w porównaniu do ciebie!
— Al-ale to nie ja!... Ni-nie chciał-łam uciekać, odm-mówiłam! Ja… J-ja myślałam, że… Że się… Przyjaźnimy…
Zalotna Gwiazda przystanęła w panującym półmroku, wznosząc swoje uszy do normalnej postawy, jednocześnie się prostując.
— Przyjaźnimy? — splunęła, a ja cofnęłam się o kolejne dwa kroki. — W życiu, a nawet i po nim! Czemu miałabym chcieć przyjaźnić się z takimi lisim ścierwem jak ty? Proszę cię!
Zalotka gorzko się zaśmiała.
Nagle w przeciągu mrugnięcia okiem, kocica przemieniła się w moją rodzicielkę.
— Ty parszywy gnoju… Wstyd mi za ciebie! Przynosisz wstyd mi i swoim siostrom! Wiedziałam od początku, że coś było z tobą nie tak. Po prostu wiedziałam! Wychowałam cię, byłam dla ciebie, a ty, ty fałszywa żmijo tak mi się odpłacasz? Rozszarpałabym ci gardło tuż po urodzeniu, gdybym tylko wiedziała. Nie jesteś moim dzieckiem, nie przyznaje się do ciebie!
Zaczerwienione oczy piekły mnie od napierających na nie słonych łez, łapy trzęsły się pode mną w takim stopniu, że o mało się nie przewracałam, będąc przeciążona własnym ciężarem ciała.
— Tt-ty… J-ja… N…NI- — krztusiłam się, a w gardle jakby rosła mi kolczasta, wielka gula.
— Co jest, wronia strawo?
— T-to musi być ja-akiś sen… Zł-ły se-sen… Ni- Koszm-mar…
Borsucza Puszcza sarkastycznie zachichotała.
— Witaj w swojej nowej rzeczywistości, Iskiereczko — parsknęła, specjalnie sarkastycznie “słodząc” moje imię.
Pojawiało się coraz więcej wspomnień, więcej wizji, więcej pysków. Szałwiowe Serce, Porywisty Dąb, Miodowa Kora, oczywiście, Rysi Trop, Lodowa Sałata, Jaskółcze Ziele, wszystkie słodkie (lecz nie teraz, nie tutaj) kocięta moich sióstr, Kamienne Pióro, Wilgowa Gorycz… od tego wszystkiego zaczynało robić mi się niedobrze, a obrazy i tak przeskakiwały tylko szybciej i szybciej. Mimo to najgorsze miało dopiero nadejść, ponieważ nagle wszystko ucichło. Była ta cisza, która zawsze zwiastowała najgorsze. Ten jeden ostatni, najgorszy kop. Wisienka na torcie. Zakazany chwyt. To jakby podczas zwykłej sprzeczki jakimś cudem nasłać na kota pięć lisów, sowę, dwie krwiożercze mewy i stado wygłodniałych potworów, wraz z psami i dwunożnymi.
Przede mną stanęła nie kto inny jak Makowy Nów.
— Makowy Nowiu! Tak bardzo za Tobą tęsknię! Czuję, jakby wszystko wokół mnie było nastawione przeciwko mnie. Świat wali mi się na głowę! Oh, tak bardzo, bardzo, BARDZO mi cię brakuje…
Zamiast jakiejkolwiek ”przyjaznej” reakcji, na jej pysku zawitał grymas obrzydzenia.
— Tylko mnie nie dotykaj, bo jeszcze mnie zarazisz swoją głupotą, albo pal licho wie czym jeszcze!
Poczułam, jakby ktoś wbił mi pazury prosto w serce. Wstrzymałam oddech, nie wierząc własnym zmysłom.
— C-co?... — chlipnęłam, zalewając się gorzkimi łzami.
— Wiesz co? Zawsze powtarzałam ci jedno. Musisz być twarda. Koty z Klanu Wilka mają być twarde! Ja… Zawiodłam się na tobie. Jesteś największym rozczarowaniem, jakiego mogłabym się spodziewać, a nawet większym niż to, bo takiego czegoś jeszcze nie było. Przebiłaś… Samą siebie! Brawo!
Zapowietrzyłam się, mając wrażenie, jakbym jednocześnie tonęła, była mierzona przez tonę kamieni, rozrywana na strzępy i stojąca w płomieniach najrzadszego ognia. Wszystko się zatrzymało. Tylko ja spadałam, zatapiając się w czarną otchłań. Nieskończoną otchłań. Świat zaczął na nowo wirować w nienaturalnych barwach. Wszystko i nic działo się w tym samym czasie. Chaos, czysty chaos, roznoszący się w każdym zakamarku… Wszystkiego.

I nagle.
Poderwałam się ze swojego posłania, wznosząc krzyk przerażenia. Ledwo stałam, ponieważ drgawki objęły całe moje ciało. Chwiejnym krokiem wyszłam z legowiska wojowników, jeśli w ogóle można to nazwać jakimś krokiem. Myślałam, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi, albo w niej wybuchnie, albo sam Klan Gwiazdy wie co jeszcze! Prawie na oślep, bo inaczej tego nie nazwę, weszłam do legowiska przeznaczonego dla medyków. Słabym, urywanym szeptem wołając imię asystenta medyka. Cisowego Tchnienia nie było, zapewne przeszła się na typowy dla niej ostatnio nocny spacer, aby poszukać ziół. Często widziałam ją wychodzącą, kiedy sama nie mogłam spać. To nawet lepiej, że jej nie było. Chciałam teraz być z jedynym kotem, któremu jakkolwiek ufałam. Którego wydawało mi się, że znałam, z całego Klanu Wilka. Bo niczego nie mogłam być już taka pewna.
— Ro-oz… ztar-rgnio-iony Ko… pe-rku… Po… Pom-móż… — wydusiłam, nie mogąc nabrać powietrza.
Z mojego pyszczka uchodziły płytkie, “charkające” oddechy, a wdechy były łapczywe i kurczowe. Cały świat wirował i był całkowicie rozmyty. Nie wiedziałam, co się dzieje. Łzy mimo wszystko spływały mi po pyszczku, a zapachy zupełnie pomieszały. Nie wiedziałam, co się dzieje. Czy ja… Umierałam? Sama nie wiedziałam. Plusem było to, że dałam radę o własnych siłach przytoczyć się do miejsca, w krotnym miałam szansę na pomoc.

<Kopruś? Help mi czy ja idę w stronę światła>

08 listopada 2025

Od Iskrzącej Nadziei CD. Miodowej Kory

Opko Miodka od strony Iskierki
✩ ★ ✩ ★ ✩

Mimo iż nie mogłam nic powiedzieć ani się poruszyć, słyszałam każdą rozmowę, jaka była odbywana w moim otoczeniu. Słyszałam, jak medyczka chodzi po swoim legowisku w te i wewte, a potem, kiedy kroki stały się głośniejsze — czyli kiedy przechodziła obok mnie — wyczuwałam delikatne powiewy powietrza, zapewne spowodowane nerwowym machaniem ogona. Teraz jednak nie czułam nigdzie jej zapachu. Jedyne co to słodka woń mojego partnera, który nie odstępował mnie na krok. Od samego wypadku minęło kilka dni, a przez ten czas Makowy Nów nie przydzieliła go do żadnego patrolu. Liliowy zajął legowisko obok mnie i czuwał nade mną. Czasem jakieś koty przychodziły i przynosiły jedzenie, ale czułam, jak bardzo Miodkowi było z tym niekomfortowo. Czasem szeptał do mnie, że wpatrują się w niego lub we mnie, a potem wracały do swoich grup i szeptały. W pewnym momencie udało mi się delikatnie podnieść powieki, a przed moimi oczami ukazał się obraz ukochanego.
— M-miodku? — szepnęłam ledwo słyszalnie, mając nadzieję, że ten zaraz to usłyszy, lub zobaczy, albo zrobi cokolwiek.
W ogóle nie wiedziałam, co mi jest. Byłam zdezorientowana, nie wiedziałam przez chwilę, co się stało, jednak potem przypomniałam sobie swój żałosny upadek. Nie miałam siły podnieść głowy, aby zobaczyć swoje łapy. Wpatrywałam się w Korę, z nadzieją, że zaraz powie, że wszystko będzie dobrze. Kocur podniósł uszy.
“Usłyszał mnie!” — pomyślałam szczęśliwie, uśmiechając się.
— Tak to ja, już jesteś bezpieczna, moja mama tobą się zajmie.
Powiedział, po czym czule polizał mnie za uchem. Najpierw Kora również się uśmiechał, jednak po chwili jego uśmiech jakby zbladł.
— To masz siłę ze mną porozmawiać na temat kociaków? Bo dopiero co wstałaś, więc możesz być zmęczona.
— O kociakach zawsze mogę porozmawiać — mruknęłam, uśmiechając się do Miodowej Kory.
Nie wiedziałam jeszcze, jaka bomba za chwilę na mnie spadnie. Kocur westchnął.
— Chodzi o to, że po rozmowie z Cisowym Tchnieniem dowiedziałem się, co jest problemem.
Ja również westchnęłam. Podniosłam ogon i pogłaskałam partnera po głowie.
— Nie bój się. Możesz powiedzieć mi wszystko.
— Chodzi o to, że nie mogę mieć żadnego biologicznego potomstwa. Moja mama mi powiedziała, że jako kociak urodziłem się słaby i że często chorowałem i to może być powodem.
Otworzyłam trochę bardziej oczy. Jak mój Miodek mógł pomyśleć, że to COKOLWIEK zmieni między nami? Uśmiechnęłam się. Słabo — ale jednak.
— Jeśli myślałeś, że to cokolwiek zmieni, że przestanę Cię kochać, czy cokolwiek takiego, to chyba naprawdę nic nie masz w tej swojej małej, uroczej główce. Jeśli Nikła Gwiazda się zgodzi, to jak tylko wyzdrowieję, wyruszymy we dwójkę znaleźć jakiegoś kocura, dobrze? Może i nie będziesz ich biologicznym ojcem, ale miłość nie wywodzi się z krwi, a uczuć.
Zanim Miodek mi odpowiedział, wtulił się w moje puchate futerko, które nadal nosiło na sobie aromat lasu.
— Dlatego Cię kocham. Obiecuję być ich najwspanialszym ojcem, nawet jeśli nie będzie w nich mojej krwi, ważne, że będzie twoja. Kotki, którą kocham nad wszystko.
Mój uśmiech jeszcze bardziej pojaśniał, a po policzku spłynęła mi pojedyncza łza szczęścia zmieszanego ze smutkiem.
— Co do Nikłej Gwiazdy postaram się być na tyle przekonujący, że nam pozwoli i znajdziemy kogoś idealnego dla nas.
— To idź do niego teraz, a ja tu poczekam, Cisowe Tchnienie ma na mnie oko, nie bój się o mnie. — szepnęłam, następnie dając Miodkowi szybkiego buziaka. — No już, leć.
Miodowa Kora wstał.
— Dobrze, mam nadzieję, że ta rozmowa pójdzie mi dobrze.
Dotknął mojego noska swoim, po czym wyszedł z legowiska medyczki, zapewne w stronę legowiska przywódcy.

Kiedy Miodzio był już poza legowiskiem Cis
✩ ★ ✩ ★ ✩

Stresowałam się.
“A jeśli się nie zgodzi? A jeśli nie znajdę nikogo i wrócę z pustymi łapami? Bez potomstwa dla mnie i mojego partnera?”
“Przekręciłam” się na drugi bok, jeśli można to tak nazwać, ponieważ Cisowe Tchnienie kazała mi się nie ruszać, abym jak najprędzej mogła wrócić do swoich obowiązków.
Ten czas, kiedy Kora był u Nikłej Gwiazdy, zdawał mi się być jednocześnie uderzeniem serca i całą wiecznością. Z oddali ujrzałam pojedynczą jaskółkę, siedzącą samotnię w ciszy otaczającej tę samotną duszyczkę. Przypominała mi trochę mnie samą. Wyglądała jakby… Się bała. Może bała się, że jakiś wojownik jednym ruchem zakończy jej żywotność. Może bała się przyszłości. Może bała się samotności. Takich możliwości była niezliczona ilość. Można by było porównać je do ziaren piasku na ziemi lub ilości gwiazd na niebie. Podobno gwiazdy to dusze naszych gwiezdnych przodków, spokojnie płynące po srebrnej skórce. Ta myśl dodawała mi spokoju. Kiedy moje myśli wirowały niczym huragan, zajmując moją uwagę, ujrzałam wojownika podchodzącego do mnie nerwowym krokiem. Zanim cokolwiek powiedziałam, on odezwał się pierwszy. Myślałam, że chciał od razu przejść do rzeczy, jednak coś było nie tak. Powietrze jakby zgęstniało, utrudniając mi oddychanie. Strach i rozpacz opanowały moje myśli, mimo iż Miodowa Kora nie wydusił z siebie jeszcze nawet jednego, pojedynczego słowa.
“Czyżby się nie zgodził?! Nie nie nie! Wszystko tylko nie to! Oh, Klanie Gwiazdy… Za co nas tak karzesz?... “
Bałam się, że zaraz mój ukochany rozerwie moje serce niczym cieniutki liść, pozwalając mi pogrążyć się razem z nim w rozpaczy. W moim umyśle zadźwięczał odgłos przypominający ostatnie westchnienie zwierzyny w pysku swego oprawcy, kiedy wysoki kocur z wieloma bliznami i okrągłymi uszami rozdeptuje szczątki mojego serca, które już i tak nie dawało oznak życia.
— Możesz iść… — powiedział, nie nawiązując ze mną kontaktu wzrokowego.
Chciałam odetchnąć z ulgą, jednak coś mi nie pozwalało. Nie powiedział mi jeszcze wszystkiego. Czułam to. Nie chciałam na niego naciskać, wręcz przeciwnie, chciałam go jakoś wesprzeć!
— W takim razie, dlaczego jesteś taki smutny? — spytałam ze zmartwieniem w głosie.
— Jest pewien… Warunek…
— Jaki warunek? To nie problem, prawda? Jeśli to musi być jakiś kot z Klanu Wilka, mogę spróbować podejść do Piołunowego Dymu. Jest moim kolegą no a tak poza tym, jest podobnej maści co ty! Wspaniałe byłoby mieć kocięta wyglądające jak ty, co nie? A-ale oczywiście inne też będę kochać dokładnie tak samo!
— Możesz iść, ale jeśli… Jeśli nie wrócisz przed upływem dwóch wschodów słońca, to uznają cię za zdrajcę, po prostu, jeśli coś pójdzie źle, to cię stracę, a nie chcę tego! Obiecasz mi, że wrócisz z tego cała? Masz wyruszyć za dwa wschody słońca! To tak mało i tak dużo czasu jednocześnie… Proszę, obiecaj. Wróć do mnie jak najszybciej…
Spojrzałam na swojego zmartwionego partnera, a w jego oczach zobaczyłam obawę. Obawę o coś niemal najważniejszego na świecie, a przynajmniej w świecie Miodowej Kory. Na moim pyszczku zawitał łagodny uśmiech z nieukrywaną figlarną nutą.
— Obiecuję — mruknęłam jedynie, następnie wtulając się w jego liliowe futro.
Powoli zamknęłam złote ślepia, wdychając jego zapach. Był dla mnie niczym uzależnienie. Im więcej dostajesz, tym więcej łakniesz. Był kojący jak kołysanka w środku burzy.
— Bo po burzy zawsze wychodzi tęcza — szepnęłam, strzepując swoim czekoladowym ogonem.
Słyszałam bicie jego serca, które niczym jeden organizm synchronizowało się z moim.
Nasze oddechy splątały się w tańcu, przypominając melodie graną na igłach drzew z kroplami deszczu graną przez wiatr. Promienie słońca wolno przesuwały się w naszą stronę, chcąc ogrzać nasze futra. Mój pysk w jego gęstej grzywie... To wszystko jakby z oddali... Mimo iż obydwoje wiedzieliśmy, co nas czeka, nie baliśmy się, a natura starała się nas wesprzeć, kojąc nasze dusze i dając im zbawienie. Nie wiadomo kiedy, do wcześniej zauważonej przeze mnie pojedynczej jaskółki dosiadła się druga. Wtem w oddali zaświergotała para jaskółek siedzących obok siebie, symbolizująca nas w mojej głowie. Nieco większy samiec okrył swoją ukochaną skrzydłem, chcąc ochronić ją przed całym światem. Ochrona. Ochrona, która zaszczepiona była w miłości do drugiego żywego stworzenia. Ten gest przypomina matkę, próbującą ochronić swoje dzieciątko przed złem świata, które mogłoby chcieć je skrzywdzić. Te wszystkie uczucia, jakie wtedy odczuwałam... Jedno związane było z drugim, przybierając postać złożonego, przemyślanego łańcucha. Składało się na to wiele czynników. Bagaż doświadczeń, dorastanie wokół konkretnych kotów... To wszystko składało się w całość. Wiodło mnie przez cały mój żywot aż do tego momentu. I to... To było idealne. Mogłabym tak trwać przez wieczność, zapominając o świecie, dając sobie chwilę wytchnienia. Mimo iż wewnętrzne każdy wie, że takie chwile nie trwają wiecznie, czasem trzeba po prostu o tym zapomnieć i czerpać z niej tyle ile się da. Bo na tym polega filozofia życia.

Następnego dnia późnym popołudniem
✩ ★ ✩ ★ ✩

W zamyśleniu obserwowałam obóz powoli wypełniający się kotami jak pszczoły zbierające się w jednym ulu, aby zgromadzić swoje zapasy. Jedna spójna społeczność, przypominająca jeden organizm. Organizm, składający się z poszczególnych części. Wystarczy, że jedna zawali, a cały system rozpadnie się niczym pył, ponieważ nie chodzi tylko o całokształt, a o każdą, pojedynczą funkcję i rzecz, która sprawia, że dana rzecz ma w ogóle jakiekolwiek prawo bytu. Swoim funkcjonowaniem nie różni się wiele od puzzli. Każdy osobny element tworzy razem całość, tak jak każdy pojedynczy puzzel przykłada się do końcowego powstania skończonej układanki. Każdy ma swoje miejsce, odpowiednie tylko dla niego. Ta myśl czasem dodawała mi sił. Pomagała, kiedy życie dawało w kość, tak jak teraz, nie pozwalając mi na posiadanie potomstwa ze swoim partnerem. Byłam już gotowa na zostanie matką, a życie jakoś się układało! Szczawiowe Serce był dla mnie niczym syn, to prawda, jednak to mi nie wystarczało. Pociechy Makowego Nowiu też mi nie wystarczyły. Chciałam wychować swoje dzieci pod własną piersią, móc patrzeć na ich pierwsze kroki, słyszeć ich pierwsze słowa, być przy nich zarówno przy wzlotach, jak i upadkach. Chciałam poczuć bijące serce pod swoją piersią. Nagle poczułam na sobie ogon. Z początku myślałam, że to Miodek, ewentualnie Szczawik? Kiedy jednak obróciłam głowę, ujrzałam Rysi Trop — starą przyjaciółkę jeszcze za czasów uczniowskich. Miło się z nią spędzało czas. Obok niej stała jedna z moich sióstr, Jaskółcze Ziele. Byłam z nią zdecydowanie najbliżej z całej mojej rodziny, jednak od kiedy została mianowana, nagle nie miałyśmy dla siebie tyle czasu, ile byśmy chciały.
— Hejka Iskruś, możemy się dosiąść? — spytała czarna kotka z łagodnym uśmiechem na pysku.
— Jasne, że tak! — odparłam, klepiąc łapą miejsce obok siebie.
— Przepraszam, że ostatnio spędzam z wami tak mało czasu. To w zasadzie, to od kiedy zostaliśmy wojowniczkami, więc nie wiem, czy takie ostatnio…
— To nic takiego — miauknęła szylkretka, zgrabnie owijając swój ogon wokół łap.
— Co wy na to, żeby trochę odnowić kontakty? Możemy wybrać się na wspólne polowanie, poprosić o przydzielenie do jednego patrolu granicznego, lub tak po prostu przejść się dla przyjemności!
Złotooka rzucała pomysłami, na które robiło mi się ciepło na sercu. Ona zawsze w chwilę potrafiła rozwiać wszystkie moje troski o natrętne myśli, swoją radosną energią roztapiając je niczym promienie słoneczne roztapiające grubą warstwę lodu, pozwalając rzece dalej gnać przez las.
— Jeśli chcecie, możemy zrobić to osobno, bo ja z Rysim Tropem nie znam się tak dobrze. Raz ja raz ona, a może kiedyś nawet i we trójkę, jeśli Wam to nie przeszkadza! Iskrząca Nadziejo?
— Jak dla mnie to świetny pomysł, podoba mi się — mruknęłam z szerokim uśmiechem, po chwili odwracając głowę do brązowookiej.
Ślepia kocicy w świetle słońca lśniły niczym bursztyn, przyciągając spojrzenia. Chciałam żartować, że dzięki nim będzie miała w Klanie Wilka niezłe branie, kiedy już wypowie się na temat możliwości zacieśnienia więzi, kiedy podszedł do nas kot, który skradł me serce raz, ale na wieki.
— Witaj Iskro, przepraszam, że się wtrącam, ale możemy na słowo?
Rzuciłam przepraszające spojrzenie przyjaciółce i siostrze.
— Wybaczcie kochane, ale mój ukochany mnie porywa, do zobaczenia jutro! — pożegnałam się z nimi, następnie odwracając się do Miodka.
— Może chodźmy w jakieś bardziej ustronne miejsce, bez czujnych uszu dookoła? — zapytał, puszczając mi oko.
— Jasne! — odpowiedziałam, strzepując swoim puchatym ogonem, który ułożył się jak wodospad, kosmykami upiększając całokształt. Kiedy Miodowa Kota puścił mi oko, zarumieniłam się, zapewne wyglądając jak czerwony kot. Szybko zakryłam pyszczek ogonem, jednak on i tak zdążył to zauważyć, reagując śmiechem.
— Urocza jesteś — szepnął, na co zaczerwieniłam się jeszcze bardziej, aby znów usłyszeć jego śmiech.
Przeszliśmy przez centrum obozu, na chwilę chowając się w jak prawie zawsze o tej porze opustoszałym legowisku wojowników.
— Tak więc, o co chciałeś zapytać kochany? — mruknęłam, siadając naprzeciwko niego.

<Mężu? Żądam randki.>

21 lipca 2025

Od Iskrzącej Nadziei CD. Pustułkowej Łapy

— Wiesz co, może po prostu przejdźmy się po lesie. Czasem jest fajniej, kiedy idziesz bez celu, czyż nie? — mruknęłam, uśmiechając się do młodszego kocurka.Udaliśmy się do Makowego Nowiu, która rozdzielała zadania przy legowisku wojowników. Kotka niestety nie zgodziła się na trening, jednak na spacer owszem, choć napomknęła też, że moglibyśmy odbyć patrol, by przysłużyć się klanu.
— Jak chcesz Iskrząca Nadziejo, ja się dostosuje — odparł kocur, by następnie skierować się do wyjścia z obozu, wcześniej pochylając głowę swojej matce w geście szacunku.
— Dobre i to. Makowy Nowiu, pozwól, że w takim razie na patrol zabiorę jeszcze... — przerwałam na chwilę, rozglądając się po obozie w poszukiwaniu jakichś kandydatów.
Spostrzegłam w oddali liliowe futro mojego partnera.
"Nie. Będę się rozpraszać. Wybacz Miodku."
Niedaleko niego stał Sowi Zmierzch, a za nim dostrzegłam rude futro. Przyuważyłam jeszcze białą sierść, na której tle widniała para złotych oczu. Na sam koniec w oddali dostrzegłam błękitne futro. Miałam swoich kandydatów.
— Dyniową Skórkę, Sowi Zmierzch, Pokrzywowy Wąs i Blade Lico?
Mak tylko kiwnęła mi głową, a potem kiedy ja odwzajemniłam jej gest, oddaliła się w swoim kierunku.
Następnie wraz z Pustułką udałam się po wyznaczone przeze mnie koty.

★ ★ ★

Kiedy już wszyscy się zebraliśmy, można było wyruszyć.
— Dobrze, rozdzielimy się dwójkami. Ja pójdę z Pustułkową Łapą, niech Dyniowa Skórka pójdzie z Sowim Zmierzchem, a Blade Lico wraz z Pokrzywowym Wąsem, dobrze?
Każdy pokiwał głową i poszedł w swoją stronę parami. Zostałam sam na sam z Pustułką.
— No więc, jak Ci mija dotychczasowy trening? Na pewno to, że Twoja mama została Twoją mentorką, jest dla Ciebie dodatkowym plusem.
— Cóż... Jest to jakiś plus, jednak mam wrażenie, że i presja jest o wiele większa — odparł, idąc spokojnym krokiem wzdłuż granicy z Klanem Klifu.
— Rozumiem... Mimo to, jak na razie, najwyraźniej świetnie Ci idzie! — mruknęłam, obchodząc drzewo stanowiące granicę kilka razy, jednocześnie ocierając się o nie, aby na pewno ślad był wyraźny.
— Teraz Ty spróbuj. Nic prostszego! — powiedziałam, wskazując ogonem na następny punkt graniczny.
— Dziękuję, sam też widzę efekty — miauknął, podchodząc do kolejnego drzewa, które wyznaczało granicę między klanami.
— A jak u Szczawiowej Łapy? — spytał, spoglądając na mnie.
— Bardzo dobrze! Jestem pewna, że za niedługo zostanie już wojownikiem. Jestem z niego dumna. Wiele się wydarzyło, podczas jego treningu. Chociażby sytuacja z jego bratem... — mówiąc ostatnie zdanie, na chwilę spojrzałam w niebo, biorąc głęboki wdech.
"Niech Klan Gwiazdy ma Cię w swej opiece Szczypiorkowa Łapo..." — pomyślałam tylko, a potem z powrotem patrząc przed siebie, dokończyłam:
— Jest najlepszym uczniem, jakiego mogłabym sobie wymarzyć.
— Dobrze to słyszeć, nasz klan potrzebuje dobrych wojowników.
— Wiesz, ja myślę, że jest całkiem dobrze z naszym klanem. Ostatnio bardzo dużo kotek jest w ciąży lub co dopiero się okociła. Z tego, co mi wiadomo, Sowi Zmierzch wybiera się po jakąś kotkę.
— Prawda, jednak nigdy nie wiadomo kiedy się to zmieni. Jak na przykład ostatnio w czasie epidemii – zauważył, idąc spokojnie do kolejnego drzewa, by pozostawić na nim swój zapach.
— Tak, to też racja. Jeśli jakaś choroba znowu nas napadnie, to zaraz z dziesiątek kotów, może zrobić się kilka na krzyż. Zawsze lepiej mieć niż nie mieć. Aczkolwiek w razie przekocenia też nie będzie najlepiej. Kto wykarmi tyle kotów?

< Pustułko? >

20 lipca 2025

Od Iskrzącej Nadziei CD. Miodowej Kory

Rano

Makowy Nów ogonem przecięła powietrze i wzrokiem przejechała między zebranymi kotami. Wczoraj nie mogła wyznaczyć patroli, więc robiła to teraz.
— Na Patrol łowiecki idą Wrotyczowa Szrama, Trzcinniczkowa Dziupla, Kossaćcowa Grzywa oraz Syczkowy Szept. Syczkowy Szepcie, poprowadzisz.
Syczek jedynie kiwnął lekko głową, następnie kierując się do wyjścia.
— Natomiast na patrol graniczny pójdą… Jaskółcze Ziele, Piołunowy Dym, Dyniowa Skórka i jeszcze może… Iskrząca Nadzieja. Nadzieja prowadzi. Idźcie do opuszczonego obozowiska, do tamtego momentu wybierze się następny patrol.
Zaskoczyła mnie decyzja byłej mentorki, jednak pozytywnie! Jedyne co mnie smuciło to fakt, że Miodek nie może pójść z nami. Odwróciłam głowę, aby się z nim pożegnać, jednak on rozmawiał ze swoją mamą. Cieszyłam się jego szczęściem, że ma z nią takie kontakty. Zanim jeszcze odwróciłam głowę, usłyszałam jakąś wzmiankę o ziołach.
"Pewnie idzie jej w tym pomóc! Jaki on kochany!"
Potem jednak potrząsnęłam nią, aby wyrzucić go ze swojej głowy. W końcu miałam patrol do poprowadzenia!
— Dobrze, w takim razie chodźmy! — mruknęłam, idąc w stronę miejsca, w którym jeszcze chwilę wcześniej był mój dawny obiekt westchnień. Teraz jednak miałam inny, który był dla mnie całym moim światem.
Uderzył we mnie przyjemny wiatr, którego tak bardzo mi brakowało! Podczas Pory Opadających Liści było przyjemnie, pięknie, kolorowo i wyjątkowo! Pora Zielonych Liści (jak co roku) mocno dała mi w kość, przez długość i gęstość mojego futra.
"Na Klan Gwiazdy, kto wymyślił takie temperatury?! Jak dobrze, że tak nie jest cały czas! Chyba bym się ugotowała we własnym futrze!"
W mojej głowie aż roiło się od wielu myśli. Początkowo były one przyjemne — głowie o tym, jak pięknie wyglądają kolorowe liście, jak jest przyjemnie i tym podobnie — jednak kiedy w mojej głowie pojawił się Miodek, zamiast poczuć ten przyjemny żar w sercu — poczułam jakby ukłucie na znak, że coś bardzo jest nie tak.
— Hej, wszystko w porządku siostra? — mruknęła zmartwiona Jaskółka, kładąc swój czarny ogon z charakterystyczną białą końcówką na moich barkach.
— Nie do końca… Tak w zasadzie, to chciałam zrobić Ci niespodziankę, jednak to chyba nie najlepszy pomysł… No więc… — chciałam powiedzieć od razu wszystko siostrze, jednak w moim gardle jakby nagle zaschło.
— Spokojnie, możesz mi przecież zaufać — miauknęła czarna kotka, swoim zmartwionym wzrokiem szukając moich oczu. Ja jednak jedynie dreptałam obok niej, ze spojrzeniem wbitym w ziemię usłaną liśćmi. Poczułam, jak ogon zaczyna mi nerwowo drgać, a łapy pode mną jakby miękną ze stresu.
Wzięłam głęboki wdech. Jeden, drugi, trzeci… Następnie poleciałam jak burza, z dość sporą dawką informacji w krótkim czasie.
— No więc zaprzyjaźniłam się z Miodową Korą i najpierw on mi pomagał, bo bałam się wyznać Syczkowemu Szeptowi, że chyba coś do niego czuję, ale z czasem stał się dla mnie dużo ważniejszy. Zakochałam się w nim i okazało się, że on we mnie też. Zostaliśmy partnerami, ale nie chcieliśmy nic mówić, żeby była niespodzianka. Chcieliśmy ogłosić nasz związek, kiedy będziemy mieć wspólne potomstwo, więc przez ostatni okres próbowaliśmy naprawdę wiele razy, ale nic się nie dzieje i martwię się, że coś może być ze mną nie tak. Jaskółcze Ziele, to nie jest normalne, że po TAKIM czasie nadal nie jestem w ciąży. Coś jest na rzeczy, czuję to. Tak strasznie, strasznie się martwię!
Mimo mojego spanikowanego i łamiącego się głosu cały czas utrzymywałam go na poziomie szeptu, ponieważ nie chciałam, aby inni o tym wiedzieli.
Nastała cisza.
Taka głucha, niekomfortowa i przerażająca dla mnie, cisza.
— O-okej, to całkiem sporo wiadomości jak na raz… — wyjąkała zdezorientowana wojowniczka, a końcówka jej ogona zaczęła nerwowo podnosić się i opadać.
Znowu zapadła cisza. Jednak nie na długo, bo Jaskółka zaraz znów zaczęła do mnie mówić:
— Iskierko, nie wiem, o co chodzi, ale jestem pewna, że jeśli pójdziesz z Miodową Korą do Cisowego Tchnienia, ona Wam pomoże. Bardzo cieszę się Twoim szczęściem i mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Pamiętaj, że zawsze jestem dla ciebie, oraz nie zapominaj, że Cię kocham.
Podniosłam wzrok na starszą siostrę, a ona ciutkę się uśmiechnęła. Odwzajemniłam jej się tym samym.
— Dzięku-
Nie dałam rady dokończyć, ponieważ nagle moja tylna łapa ugrzęzła w dziurze, której nie zobaczyłam. Poleciałam do przodu, a (zapewne) kość wydała dźwięk, przypominający ten, który wydaje połamany kręgosłup myszy. Taki głuchy trzask. Nie zdążyłam zareagować, ponieważ przetoczyłam się w dół, a łapa wygięta w nienaturalny sposób zaczęła pulsować i wrzeć. Zrobiłam kilka fikołków, a potem zatrzymałam się na drzewie.
Wydałam z siebie przeraźliwy wrzask, jeśli można to tak nazwać, a potem zaczęłam piszczeć. Obraz przed oczami miałam rozmazany, nie czułam żadnych zapachów, żadnej żywej duszy obok, jedynie siebie, niezdolną do chodźmy poruszenia. Zestresowałam się jeszcze bardziej, a ból rozrósł się na tyle, że musiałam położyć głowę, ponieważ zaczęło mi się w niej kręcić.
— POMOCYY! — wrzasnełam, licząc na jakąś odpowiedź.
Znowu głucha cisza.
Cała zapłakana, po wrzeszczeniu ledwo zdolna wydusić z siebie słowo, zaczęłam cicho skomleć.
— P-pomoc-cy…

< Miodku, RATUJ! >

01 lipca 2025

Od Iskrzącej Nadziei do Szczawiowej Łapy

TW: MÓWIONE JEST O SAMOOKALECZANIU

Trening dzieje się jeszcze przed tragedią Szczypiorkowej Łapy

— Dziś poćwiczymy wspinaczkę na drzewa — powiedziałam, wskazując ogonem na dąb, jeden z niewielu na całym terenie Klanu Wilka, który był głównie opanowany przez sosny.
— Świetnie! Od czego mam zacząć?
Ucieszył mnie entuzjazm ucznia, więc z ciepłym uśmiechem zaczęłam mu wszystko tłumaczyć.
— Najpierw przeanalizuj drogę. Bierz pod uwagę swoje umiejętności i swoją wagę. Wybierz najbezpieczniejszą dla siebie drogę.
Szczawik kiwnął z determinacją głową, po czym wbił wzrok we wskazaną przeze mnie wielką roślinę.
— Chyba już wiem — powiedział po chwili, delikatnie machając ogonem.
— No to leć, powodzenia! W razie czego będę zaraz za Tobą.
Czekoladowy kiwnął głową, a potem zaczął ostrożnie wdrapywać się na dąb.
Stawiał łapę za łapą, powoli pnąc się ku górze. Ja spokojnie przeskakiwałam z gałęzi na gałąź, obserwując jego poczynania. Potem przez chwilę się zawahał.
— Ta jest chybotliwa — stwierdził, lekko dotykając jej przednią łapą, kiedy ta kołysała się na wietrze.
— Słuszna uwaga, co teraz według Ciebie powinniśmy zrobić?
Szczawik przez chwilę się zastanawiał, a potem spojrzał na drzewo obok, które stykało się gałęziami z naszym dębem.
— A co, jeśli by się cofnąć i przejść na tamto drzewo?
— Brawo, masz rozwiniętą wyobraźnię i dobrze myślisz. To bardzo dobry znak — mruknęłam, cofając się o trzy gałęzie w dół.
— Ale jednej rzeczy nie rozumiem… Dlaczego dałaś mi iść do góry, kiedy wiedziałaś, że nie damy rady iść tamtędy i trzeba będzie się wrócić?
— Widzisz, Szczawiowa Łapo, kiedy dałam sama Ci pogłówkować, dałam Ci możliwość samodzielnego myślenia i rozwiązania problemu. W ten sposób lepiej to zapamiętasz, w końcu najlepiej uczyć się na własnych błędach.
Bursztynowe oczy mojego ucznia wpatrywały się we mnie, a mi zrobiło się miękko na sercu.
— Dobrze, teraz przejdę pierwsza, aby w razie czego móc Cię asekurować — powiedziałam, przechodząc po gałęzi. Po chwili trzeba było przeskoczyć. Nie był to jakoś specjalnie skomponowany czy daleki skok. Miał długość lisiego ogona, może dwóch, więc równie dobrze mogłabym przejść.
Odwróciłam się w stronę czekoladowego, mówiąc:
— To nic trudnego, dasz sobię radę!
Ten lekko się uśmiechnął, wziął głęboki wdech i przeskoczył między gałęziami, trafiając do mnie.
— Udało mi się! — pisnął, patrząc w moje złote oczy, kiedy futra szalały nam na wietrze.
— Gratuluję! Teraz chodźmy na dół — powiedziałam, ostrożnie schodząc za uczniem.
Kiedy byliśmy w połowie drogi na dół, zatrzymałam się. Wepchnęłam oznaczony patyk w dziuplę, a chwilę później Szczawik obejrzał się na mnie i spytał:
— Dlaczego stanęłaś, Iskrząca Nadziejo?
— To już jest wysokość, z której możemy skakać na dół. Podczas gonitwy za zwierzyną bądź wrogiem, ta umiejętność jest naprawdę przydatna. Zobacz, nic prostszego — mruknęłam, następnie zeskakując na dół.
Spojrzałam w górę, tam, gdzie wciąż był kocurek.
— I Spokojnie, nic Ci się nie stanie, a w razie co, to jestem tutaj.
Chyba w jakiś sposób moje słowa go uspokoiły, bo zamknął oczy na kilka uderzeń serca, a potem skoczył za mną na dół. Wylądował niedaleko mnie i z uśmiechem krzyknął:
— Udało mi się!
— Brawo, świetnie Ci poszło, Szczawiowa Łapo! Co powiesz na szybkie polowanie? Możemy zapolować i przynieść ją Srebrzystej Łunie, a jak się postaramy, to może i złapiemy coś dla starszyzny.
— Jasne!
— No to chodźmy! Znam świetnie miejsce na polowanie! Przy okazji poćwiczymy może bieg na długi dystans?
— To znaczy, pościgamy się? — pisnął kocurek, a jego bursztynowe oczy rozbłysły niczym słońce skłaniające się ku wodzie.
— Dokładnie tak! Trzy, dwa, jeden… Start! — krzyknęłam, na początku dając Szczawikowi fory.
Potem jednak przyspieszyłam i z łatwością wyminęłam lekko zaskoczonego ucznia.
Ten jednak również dodał gazu i do samego końca biegliśmy na tej samej prędkości. Nawet jeśli mogłabym przyspieszyć, to nie chciałam.
— Remis! Szybki jesteś!
— Sam się sobie dziwię, myślałem, że wywrócę się o własne łapy! — zachichotał w odpowiedzi. — Iskrząca Nadziejo, a czy możemy urządzić zawody kto upoluje więcej zwierzyny? Proszę!
— No jasne! Startujemy… Teraz! — mruknęłam, przybierając pozycję łowiecką.
Szczawiowa Łapa również zniżył się, a następnie podążyliśmy w przeciwnych kierunkach. Wywęszyłam królika, co było dosyć rzadko spotykanym łupem w Klanie Wilka. Ucieszyłam się, ponieważ miałam okazję skosztować królika raz w życiu, jeszcze jako młoda uczennica. Powoli zaczęłam się skradać, kiedy moim oczom ukazała się masywna istotka. Kiedy byłam cztery długości ogona od białego uszatka, postanowiłam skoczyć. Wylądowałam centralnie obok puchatego długoucha i zanim cokolwiek zauważył czy poczuł strach, zakończyłam jego cierpienia szybkim ugryzieniem w kark.

★ ★ ★ ★ ★

Po zakopaniu królika ruszyłam dalej, szukać szczęścia. Nietrudno było mi wyłapać świergot mojej następnej ofiary. Sroki.

★ ★ ★ ★ ★

Następnego ranka

— Szczawiowa Łapo, chodź, idziemy na trening — szepnęłam, delikatnie trącając ucznia nosem.
Czekoladowy delikatnie otworzył oczy i spojrzał na mnie, mrucząc coś pod nosem.
— No chodź!
— Już idę — wybełkotał kocurek, zwlekając się z posłania.
— Będę czekała przy wejściu do obozu — mruknęłam tylko, odchodząc od swojego ucznia.
Usiadłam, a chwilę później pojawił się Szczawik, ale już zwarty i gotowy.
— Znasz już podstawy łowiectwa, teraz pora żebym nauczyła Cię walczyć. W końcu muszę już zacząć przygotowywać Cię do swojej walki uczniowskiej.
— Świetnie! — pisnął czekoladowy, idąc obok mnie.
W ciszy skierowaliśmy się do kotliny szkoleniowej, a kiedy w końcu tam dotarliśmy, uderzyła mnie fala wspomnień.
Pamiętam, jak tamtego dnia wstałam i przeciągnęłam się na swoim łożu i po dokładnym umyciu futerka, wyszłam z obozu. Księżyc piękne świecił i oświetlał mi drogę, mimo to nie było pełni. Skierowałam się w stronę polanki treningowej. Od kiedy przegrałam z jedną ze swoich sióstr, Sałatkową Łapą, a teraz już raczej Lodową Sałatką, kiedy tylko mogłam, wymykałam się i sama ćwiczyłam walkę, skradanie, techniki polowania... Najczęściej w nocy, jeżeli była taka możliwość. Nie, że zazdrościłam siostrze czy coś. Po prostu byłam zła na siebie, że tak słabo mi poszło, a z Sałatki byłam bardzo dumna. Mimo, iż szłam jak zwykle tą samą drogą, poczułam się dosyć dziwnie. Domyślałam się czemu, jednak dla pewności poczekałam, aż dojdę na miejsce. Kiedy znalazłam się na polance, odwróciłam się, i usiadłam, patrząc idealnie tam, skąd przybyłam.
— Jaskółcza Łapo, wiem, że tam jesteś. Wszędzie poznam twój zapach.
Czarna koteczka z lekkim uśmieszkiem wyszła powoli z zarośli, machając przyjaźnie ogonem. Strąciła z futra liście, które przyczepiły się do jej sierści, a następnie spadły na ziemię. Popatrzyła się na mnie, a jej futerko błyszczało w świetle księżyca. Zatrzymała się na chwilę, po czym znowu zaczęła podchodzić i spytała.
— Co tutaj robisz, Iskrząca Łapo? — spytała się, patrząc z ciekawością. — Bo ja się chowam — zachichotała.
— Em... Nic... — Nie wiedziałam za bardzo, czy chce mówić siostrze, że przyszłam ćwiczyć. Może kiedyś, ale na pewno nie w tamtej chwili. To nie był odpowiedni moment.
— Czemu mnie śledzisz, hmm? — mruknęłam i odwzajemniłam uśmiech siostry. Naprawdę ją kocham, ale... nie wiem, jak miałabym zacząć.
— Śledzę, bo chcę zobaczyć moje umiejętności skradania, ale widocznie nie są na perfekcyjnym poziomie — zamruczała.
Usiadła na chwilę i owinęła puchaty ogon wokół łap.
Miałam być poważna, ale uśmiech był zaraźliwy, więc zaraz z powagi przeszłam na uśmiech, a potem mruczenie ze śmiechu.
— Oj, Jaskółcza Łapo... Ty zawsze wiesz, jak poprawić mi humor — wymruczałam, przytulając się do niej i splatając ogony razem.
Kotka zamruczała i nie protestowała w kwestii przytulasa.
— Iskrząca Łapo, pamiętaj, że kocham to, co robisz. Zawsze możesz na mnie liczyć — powiedziała i liznęła mnie pieszczotliwie za uchem.
Strzepnęłam ogonem, delikatnie potrząsając głową, aby oczyścić ją z myśli. Następnie skierowałam się na sam środek pustej kotliny. Uczeń stanął naprzeciwko mnie i z błyszczącymi z ekscytacji oczami, machał ogonem z determinacją.
— Są trzy typy walki, do jakich muszę Cię przygotować. Pierwsza opcja, to kiedy masz przewagę nad swoją ofiarą bądź wrogiem, czyli nie wie, że jesteś obok. Zaczekaj tu — powiedziałam, podchodząc do pobliskiego krzaka.
Schylając się po szyszkę, między liśćmi zauważyłam niewielki kosmyk czarnego futra, z naparstkiem bieli.
Jakim cudem po tylu księżycach to tu jest?“ — pomyślałam, łapiąc dużą szyszkę między zęby.
Zadowolona wróciłam do czekoladowego i położyłam szyszkę pięć lisich ogonów dalej.
— To Twój wróg, który nie wie o Twojej obecności — zaczęłam, wskazując puchatym ogonem na przedmiot. — Musisz zakraść się tak, jakbyś zakradał się do najbardziej płochliwej zwierzyny na wszystkich terenach każdego klanu i ugrupowania. Jeśli nadepniesz na któryś z patyków, to wróg Cię usłyszy i atak z zaskoczenia pryśnie. Jasne?
— O jakich patykach mowa? Nie ma tu żadnych patyków… — powiedział Szczawik, wpatrując się we mnie.
Tylko na to pytanie czekałam.
— Chodź za mną! — mruknęłam tylko, wchodząc na wydeptaną ścieżkę w lesie.
— Już idę! — pisnął kocurek, biegnąc za mną.
Biegliśmy tak przez chwilę przez las, aż nagle się zatrzymałam. Poczekałam, aż uczeń mnie dogoni, a potem powiedziałam:
— Ukryłam tutaj patyki, które specjalnie wcześniej oznaczyłam. W ten sposób potrenujesz wzrok, a jeśli dobrze się zastanowisz, to i inne zmysły. Powiem Ci, kiedy już znajdziesz wszystkie.
— Hmm… Zagadka ruchowa, fajnie! Mogę już zaczynać? Nie mogę się doczekać!
Uśmiechnęłam się i z pewnością, że Szczawiowa Łapa da sobie radę, mruknęłam:
— Powodzenia!
Czekoladowy zaczął rozglądać się po różnych kryjówkach. Wsadził nos pod jeden z krzaków, a po chwili wyczołgał się z triumfalnym błyskiem w oczach. Położył przede mną znalezisko, oznaczone śladem pazurów, a ja kiwnęłam mu głową z aprobatą. Kocurek odwrócił się i znowu zaczął się rozglądać. Jego wzrok zatrzymał się na drzewie. Dokładnie tym samym, z którego zeskakiwał wczoraj. Jego bursztynowe ślepia rozbłysły, kiedy podążył do przerośniętego krzewu. Zaczął się wspinać, a po kilkunastu uderzeniach serca, zatrzymał się.
Zapamiętał…” - pomyślałam, kiedy duma rozpierała mnie od środka.
Bez najmniejszego cienia strachu czy zawahania, przeskoczył z jednej gałęzi na drugą. Byłam już pod wrażeniem, a duma grzała mnie od środka. Zrobił to tak, jakby robił to od urodzenia. Potem zaczął schodzić, uważnie przyglądając się każdej, pojedynczej gałązce. W końcu zatrzymał się przy dziupli i włożył do środka łapkę. Kiedy ją wyjął, w jego pazurkach można było zobaczyć owego, niewielkiego badyla z zawidniałym naznaczeniem. Kocurek następnie zeskoczył z drzewa i położył swój łup u moich łap. Z uśmiechem wskazałam ogonem na kupkę śniegu, która powiększyła się tej nocy.
Oczy ucznia rozbłysły, a on z piskiem niczym kociak wskoczył w nią z rozbiegu, tworząc małą śnieżycę. Po kilkunastu uderzeniach serca wyskoczył tak nagle, jak wskoczył, w zębach trzymając patyk.
— Jeszcze dwa! — mruknęłam, chichocząc pod nosem. Szczawik wyglądał po prostu przesłodko, a na sercu zrobiło mi się ciepło, w takim stopniu, że czułam się, jakby właśnie był środek najsłoneczniejszego dnia, jaki kiedykolwiek miałam okazję zaznać. W pewnym momencie poczułam, jak łapy drżą pode mną, ale wcale nie z zimna. Starałam się to ukryć, zakrywając je delikatnie puchatym ogonem. Nie zimno było tutaj problemem. Tylko ja.
W tym czasie starszy uczeń znalazł kolejny patyk.
— Teraz ostatni, dasz sobie radę! Skup się! Rozwiązanie jest bliżej, niż myślisz.
— Tak jest! — krzyknął, kiedy czwarty łup wylądował obok reszty.
Ostatni ukryłam sprytnie. Tak zwane “ukryte na widoku”. Szczawik zatrzymał swój wzrok na oprószonej śniegiem stercie patyków. Pośród nich był ostatni, jakiego szukał. Czekoladowy radośnie podbiegł i zaczął ją przeszukiwać, wyrzucając na boki zwykłe gałęzie. W pewnym momencie powietrze przeszył jego triumfalny krzyk.
— Znalazłem!
— Gratuluję, Szczawiowa Łapo!
— Teraz możemy wrócić na kotlinę treningową? — spytał, lekko potrząsając głową, aby płatki śniegu nie wpadły mi do oczu.
— Tak — mruknęłam, a następnie wzięłam w pysk trzy patyki.
Bursztynowe oczy zatrzymały się na pozostałych dwóch, a po chwili uczeń dreptał już obok mnie.

★ ★ ★ ★ ★

Po ustawieniu wszystkich patyków mogliśmy kontynuować szkolenie.
— Iskrząca Nadziejo?
— Słucham — mruknęłam, spoglądając na ucznia.
— A czy zamiast szyszki możesz tam być Ty?
— Jasne! To świetny pomysł! — powiedziałam, wykopując szyszkę na dalszy plan, aby zastąpić jej miejsce.
Szczawiowa Łapa zaczaił się na mnie, starając się nie ruszyć żadnego z przeszkadzaczy, aby nie zwrócić mojej uwagi. Nagle usłyszałam szelest liści , a chwilę później głośny trzask łamanej gałązki.
— Chyba nie muszę mówić, że się nie udało?
— Nie… — jęknął cicho w odpowiedzi.
Spojrzałam czule na czekoladowego i spytałam:
— Przeanalizuj swoją drogę i powiedz mi, co zrobiłeś nie tak.
Uczeń spojrzał na swoje łapy i cicho odpowiedział:
— Zahaczyłem ogonem o krzew i jakaś wystającą gałąź mnie ukłuła. Wtedy przez przypadek nadepnąłem przednią łapą na patyk — jęknął, wskazując kitą na złamaną w pół gałązkę.
Spojrzałam ze współczuciem na ucznia, a następnie pokrzepiająco trąciłam go nosem.
— Hej, to nic. Każdy czasem popełnia błędy. Wiesz, jakie ja robiłam rzeczy na początku swojej nauki? Spróbuj jeszcze raz, na pewno w końcu Ci się uda. Nikomu nigdy nic nie wyszło za pierwszym razem.
Kocurek spojrzał na mnie, jakby niepewny. Potem zamknął oczy na kilka chwil, ale kiedy je otworzył, nie było już w nich widać strachu czy niepewności, tylko samą ostrą i zawziętą determinację. Ten błysk w jego oczach przypominał mi trochę mój za czasów uczniowskich.
Gdybym mogła, nazwałbym Cię Szczawiowy Błysk… To imię idealnie oddaje Ciebie” — pomyślałam, obserwując jak z delikatnie drżącym ogonem omija przeszkody, a potem demonstracyjnie skacze na miejsce tuż obok mnie.
— No i widzisz, a nie mówiłam?
Zamiast odpowiedzi dostałam tylko uśmiech, który powiedział mi wszystko.

★ ★ ★ ★ ★

Aktualnie

Bardzo martwiłam się o swojego ucznia, a szczególnie od kiedy raz na jakiś czas pojawiały się u niego rany, o których nie pamiętał. To nie było normalne.
— Hej, Szczawiowa Łapo, chodź ze mną — mruknęłam, kiedy zobaczyłam, jak uczeń kończy swojego wróbla.
— Już idę — odpowiedział, podnosząc się.
Spojrzałam na jego łapę. Ślad powoli się zabliźniał, ale nadal był czerwonawy.
Idąc łapa w łapę z młodszym, zdążyłam przyłapać go na chwilowym wpatrywaniu się w krzak jeżyn. Już byłam pewna. Kiedy weszliśmy głębiej w las, zatrzymałam się i zatroskana mruknęłam.
— Szczawiowa Łapo. Znam Cię, od kiedy przyszedłeś na świat. Widzę, że coś jest nie tak. Nie musisz przede mną udawać. Nie chcę Ci matkować, ale się martwię. Bardzo. Możesz mi ufać. Co się dzieje?

<Szczawiku?>

[2246 słów + nauka polowania + wspinaczka na drzewa]

21 maja 2025

Od Iskrzącej Nadziei CD. Warczącej Łapy

— Wiesz… — zaczęłam niepewnie, smagając czekoladowym ogonem ze zmartwieniem.Rana nie wyglądała na głęboką ani szczególnie bolesną, ale mimowolnie się martwiłam. Kocurek był młody, więc jeśli zareaguje się wcześnie i z doświadczeniem, nic się nie stanie. Mimo to… Warkotek był w moich oczach taki niewielki. Delikatny… W moich złotych ślepiach nadal był kociakiem Makowego Nowiu. Te trzy kruszynki dużo dla mnie znaczyły. Sama bardzo chciałabym mieć kociaki, ale to było, cóż, dużo cięższe niż myślałam. Troszczyłam się o te dzieciątka jak o własne, nawet jeśli takowych nie miałam. Czułam się za nich odpowiedzialna, nawet nie do końca wiedząc czemu.
— Nie jestem pewna, nie szkoliłam się na medyczkę. Mimo to lepiej, żebyśmy poszli do Cisowego Tchnienia, ona się na tym zna — mruknęłam, zniżając się do ucznia byłej mentorki.
Wzięłam głęboki wdech i po chwili dodałam: 
— Twoja Mama wiele dla mnie znaczy… Sama mi ją zastąpiła, ponieważ moja… Cóż — prychnęłam, w głowie widząc matkę, której się wyrzekłam. — Borsucza Puszcza nigdy nie była rodzicielką, jakiej potrzebowała mała Iskierka. Do szóstego księżyca starała się być przy mnie, ale potem mnie olała. Twoja mama, Makowy Nów, bardzo mi wtedy pomogła. Zastąpiła mi ją. Taka matka to skarb — powiedziałam, podkreślając słowo "rodzicielka". Resztę słów powiedziałam już delikatnie. Szczególnie ostatnie zdanie. — Widzę, że niezbyt podoba Ci się podział ról, ale nie przejmuj się — powiedziałam, przepuszczając młodego przed sobą.
Nie wiem, czy chciał mi odpowiedzieć, czy wolał pozostawić to bez komentarza, ale medyczka nie dała mu wyboru.
— Co Was tu sprowadza? — powiedziała, nie odwracając się od ziół.
— Podczas mojego pobytu w lesie, kuna udziabała mnie w ogon. To nic takiego, ale wolę być pewny.
Cis przerwała to, co robiła, wzięła głęboki wdech, a potem odwróciła się do nas.
— Podejdź tu.
W odpowiedzi Warkotek podszedł do szylkretki, a ta delikatnie dotknęła pyskiem jego zranioną kitę. Czarny w odpowiedzi tylko lekko przymrużył oczy.
— Zaczekaj — usłyszałam jej stłumiony głos, kiedy zanurzyła się w swoim składziku.
Warcząca Łapa posłusznie usiadł i wpatrywał się w miejsce, w którym jeszcze kilka uderzeń serca temu była przed naszą dwójką. Po chwili wróciła, trzymając w pysku kilka lekko zaokrąglonych liści, oraz fioletowe, średniej wielkości kwiaty.
Przykucnęła przy okaleczonej końcówce, jednak nie zdążyła. Moja siostra, Jaskółcze Ziele zaczęła znowu kaszleć, chwilę później Topielcowy Lament również przypomniała o swojej obecności.
Cisowej Tchnienie zwróciła do mnie pysk i szybko powiedziała:
— Przeżuj te liście i połóż je na zranione miejsce, a potem dopilnuj, żeby Warcząca Łapa zjadł tamte fioletowe kwiaty. Normalnie bym tego nie zrobiła, ale—
Niebieska nie zdążyła skończyć, ponieważ Borsucza Puszcza również zaczęła ponownie kaszleć.
Cis posłała mi ostre spojrzenie, a potem od razu odwróciła się do chorych.
Zanim zdążyłam przetrwać jej słowa, pochyliła się przy Jaskółce, sprawdzając jej płytki oddech.
— No cóż… Dobrze, w takim razie chętnie Ci pomogę — mruknęłam, uspokajająco w stronę Warkotka, do którego chyba też to dotarło.
Schyliłam się i zaczęłam żuć liście buku. Nie było to najprzyjemniejsze, ale tragedii też nie było. Następnie delikatnie rozsmarowałam powstałą maść w miejscu ugryzienia. Potem spojrzałam na czarnego kocurka, który kończył połykać Czyściec. Pamiętałam nazwy tych ziół, ponieważ czasami lubiłam podglądać, jak medycy, a jak na chwilę obecną, medyczka, pracuje przy innych kotach. Oprócz tego Syczek po moim omdleniu jeszcze za czasów ucznia, następnego dnia powiedział mi, co mi wtedy podał (To wcale nie tak, że go o to wypytywałam, dopóki mi tego nie powie… Nieeee, w ogóle…). Pośród owych medykamentów, znajdował się Czyściec.
Spojrzałam na Warczącą Łapę, który wydawał się nieco pogodniejszy.
— Lepiej? — spytałam, uśmiechając się ciepło.

<Warkotku?>

Wyleczeni: Warcząca Łapa

12 maja 2025

Od Iskrzącej Nadziei CD. Miodowej Kory

Przed śmiercią Sosny i Żmii

Obudziłam się nagle, łapczywie łapiąc oddech. Coraz częściej zdarzały mi się koszmary, co było wykończające. W nocy nie mogłam spać, a w dzień byłam jak trup, tylko ciałem. Nie chcąc obudzić nikogo, wyszłam cicho i delikatnie z legowiska wojowników, a następnie podążyłam do wyjścia. Na straży stała Zabielone Spojrzenie.
— Witaj Iskrząca Nadziejo. Co Cię tu sprowadza?
— Witaj Zabielone Spojrzenie. Ja tylko... — zaczęłam, nawet nie patrząc kotce w oczy. Nie miałam na to siły.
— Czy mogę iść się przejść? Proszę...
— No, wiesz... Nie powinnam, ale... — zaczęła, rozglądając się. Potem głęboko wzdychała i skierowała wzrok z powrotem na mnie.
— Idź. Widzę, że tego potrzebujesz.
— Dziękuję — powiedziałam z wdzięcznością, przechodząc obok wojowniczki.
Szwędałam się bez celu, ciągnąc łapy po ziemi. Coraz bardziej nie miałam siły absolutnie na nic. Nie chodziło tu tylko o kwestie zmęczenia, czy niewyspania. To było coś... Głębszego. Mimo to nie miałam okazji z kimś o tym porozmawiać, więc po prostu trzymałam to w sobie. W pewnym momencie się zatrzymałam i po prostu, bez żadnego ostrzeżenia, ryknęłam niekontrolowanym płaczem, jeśli można to tak nazwać. To bardziej przypominało wycie zrozpaczonej sarenki albo głodnego wilka. Nagle pośród ciemnej zieleni, oświetlanej częściowo przez księżyc, zauważyłam Miodową Korę.
— Co Ty tu robisz? — wychlipałam, podnosząc się z ziemi.
— Słyszałem twój krzyk, wiem, że coś jest nie tak, więc tu przyszedłem — odpowiedział, wpatrując się we mnie po chwili ciszy.
Zamiast odpowiedzi rzuciłam się na przyjaciela, wtulając się w niego. Nie wiem sama dlaczego, ale wydaje mi się, że po prostu brakowało mi jakiejkolwiek bliskości.
— Ja już nie wiem, co robię źle! Od wszystkich tylko się oddalam! Moja matka ma mnie gdzieś, z siostrami jestem coraz dalej, nieważne co próbuję zrobić! Czuję się, jakby każdy miał mnie gdzieś, jakbym była tylko ciężarem! Nie ważne co zrobię, nieważne co powiem, nawet Syczkowy Szept wydaje się mnie unikać, nawet nie wiem, kiedy ostatni raz z nim rozmawiałam... Proszę, powiedz mi, co ja robię źle?
Miodek w odpowiedzi delikatnie mnie objął łapkami, przytulając mnie i użyczając mi swojego ciepełka.
— Iskro, nie sądzę, żebyś coś robiła źle, jesteś kotem, który po prostu z siebie wiele daje. Wiesz twoja matka to taki lisi odchód, że wątpię, że do ciebie zagada więc ją olej, a jeśli chodzi o resztę, to wierzę, że może nie jest aż tak źle, jak myślisz i może to tylko chwilowe. — Mówiąc to, jednocześnie głaskał mnie delikatnie i czule po głowie.
Stałam tak jeszcze przez kilkanaście uderzeń serca, wtulona w puszystego i kochanego przyjaciela, który mnie przytulał i pocieszał. Poczułam, że łzy spływały coraz delikatniej i rzadziej, aż w końcu, w ogóle ich nie było. Potrzebowałam usłyszeć coś takiego. Bardzo. Moje serduszko z chwili na chwilę biło coraz wolniej, powolutku ponownie zbierając się do kupy. W końcu delikatnie się odsunęłam. W końcu nie miałam na celu naruszać czyjejś przestrzeni osobistej, czyż nie?
— Dziękuję Miodku. Tak teraz myślę... Nie jestem aż taka sama. W końcu mam Makowy Nów, która wspiera mnie i jest jak druga matka, której tak mi brakuje... No i, mam też teraz Ciebie. Dziękuję, że jesteś, byłeś i mam nadzieję, zawsze będziesz — mruknęłam, znowu się w niego wtulając. Walić przestrzeń osobistą.
— Nie musisz dziękować, zawsze będę dla ciebie, gdy będziesz tego potrzebować i przy okazji cieszę się, że masz Makowy Nów jako nową, lepszą mamę.
— Borsucza Puszcza niby mówi, coś na kształt tego, że mnie kocha, bo jest moją matką, że taka jest miłość. Ale ja się czuje, jakby miała mnie absolutnie gdzieś. Jakby przebywanie ze mną na tych samych terenach klanowych było dla niej trujące. Choćbym nie wiem, co zrobiła, nie daje po sobie nawet cienia oznaki jakieś dumy. Nie wiem, kiedy ostatni raz mi powiedziała, że mnie kocha... Makowy Nów jest inna. Troszkę mi ją przypomina, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Jest stanowcza i nie daje sobą pomiatać, ale jednocześnie nie jest nie wiadomo jak surowa czy chłodna. Takie koty po prostu potrzebują czasu, żeby się do kogoś przekonać. W dzieciństwie zastąpiła mi matkę, nawet jeśli po prostu zajmowała ten czas treningami. Nie wiem, co bym bez niej zrobiła. Co mała ja bym bez niej zrobiła…
- Szkoda, że Borsucza Puszcza jest dla ciebie taka. Jeśli chodzi o moich rodziców, to ich kocham, ale czuję, że jesteśmy od siebie za daleko; po prostu od dzieciństwa czułem, że coś nas odpychało. Moja matka zajmowała się ziołami, a mój ojciec rzadko nas odwiedzał, a jak już, to najwięcej czasu spędzał z Lamentującą Tonią, nigdy ze mną. Nie dziwi mnie to, jest podobna do niego i to bardzo, i jeszcze ma imię po jego członie, to już o czymś świadczy! Nie było mi dane mieć z nimi bliskiego kontaktu, chyba sam los tego chce…
Kocur poprawił fryzurę łapą kilka razy, po czym jeszcze dodał od siebie.
— Cóż, przenigdy nie gadałem z Makowym Nowiem, ale widzę, że naprawdę wiele dla Ciebie zrobiła.
— Przykro mi to słyszeć, ale pamiętaj, że teraz już nie jesteś taki sam. No, w końcu jestem jeszcze ja, a chyba kimkolwiek dla Ciebie jestem, prawda? — spytałam niby pół żartem, jednak tak naprawdę bałam się jakiejś negatywnej odpowiedzi. Bardzo.
Mówiąc to, poczułam, jak owiewa mnie lekki wietrzyk, który spowodował, że cała moja długa i puchata sierść teraz się na prostowała i zaczęła falować na wietrze. Pojedyncze liście zaczęły spadać z drzew, z czego jeden z nich upadł perfekcyjnie na mnie.
Kocur przez dłuższą chwilę wpatrywał się we mnie i moje falujące na wietrze futro. Kiedy popatrzył na liście, które zwiewały z drzew i pojedynczy na mnie opadł, to zachichotał.
— Kimkolwiek? To za mało. To zbyt ignoranckie, gdybym zgodził się z tym stwierdzeniem. Nie jesteś dla mnie kimkolwiek, tylko kimś! Jesteś kotem, z którym jak spędzam czas, to czuje, że coś mnie dopełnia, że pustka, którą mam w sobie, się zapełnia. Jesteś dla mnie jak skrzydła motyla, brzmi trochę głupio, ale... Wyobraź sobie, że jestem motylem bez skrzydeł, dziwne, co nie? Właśnie! Motyle bez skrzydeł nie mogą żyć, prędzej czy później umrą zdeptane przez inne większe stworzenia lub z braku jedzenia, dlatego, gdy jestem z Tobą, czuje się jak motyl ze skrzydłami, który może latać wyżej niż może i żyć pełnią życia! Bez tych skrzydeł nie wiem, czy bym przeżył w Klanie Wilka.
Liliowy po chwili zrobił się lekko czerwony, ale myślę, że to było ze szczęścia.
— Ja mógłbym cię traktować lepiej niż Syczkowy Szept! Daj mi szansę, nie zmarnuje jej tak, jak on…
Spojrzałam na Miodową Korę, który z uśmiechem wyznawał mi te przesłodkie rzeczy, których nigdy nie spodziewałabym się usłyszeć od kogokolwiek.
— To takie... Piękne... — wyszeptałam, patrząc głęboko w oczy kocura.
Więcej nie musiał dodawać, do mnie już wszystko dotarło. Nic więcej nie mówiąc, powoli podeszłam w stronę Miodka, który aż kipiał sympatią, skierowaną do mnie.
Delikatnie i czule wtuliłam się w jego szyję, nie oszczędzając przy tym mruczenia.
— Nic więcej nie musisz mówić — wyszeptałam, zamykając oczy.
— Jak mogłam być tak ślepa, żeby nie wiedzieć Ciebie? Od małego byłam wpatrzona w kogoś, kto chyba ma mnie po dziurki w nosie. Cichy, nieempatyczny... — mówiąc to, aż kipiałam z radości.
Nigdy chyba nie poczułam takiej fali szczęścia jak w tamtej chwili. Serce dudniło mi jak szalone, a ja kontynuowałam.
— Gdyby nie Ty, pewnie dalej byłabym zapatrzona w niego. A tu proszę, odsłaniasz mi oczy, ukazując się niczym słońce o poranku. Powiedz mi. Odpowiedz mi na jedno pytanie. Czy chcesz zostać moim Słońcem? Czy chcesz, żebym została Twoim Księżycem? — To pytanie odbijało się w mojej głowie niczym echo, sprawiając, że z każdym uderzeniem serca tylko bardziej się denerwowałam. Nie wiem czemu. W sumie to może dlatego, że to w pewnym sensie było to zaproszenie do związku. Momentalnie zrobiło mi się gorąco, a łapki jakoś same zaczęły się przebierać przez stres, który zżerał mnie od środka.

< To jak Słońce? >