Opko Miodka od strony Iskierki
✩ ★ ✩ ★ ✩
Mimo iż nie mogłam nic powiedzieć ani się poruszyć, słyszałam każdą rozmowę, jaka była odbywana w moim otoczeniu. Słyszałam, jak medyczka chodzi po swoim legowisku w te i wewte, a potem, kiedy kroki stały się głośniejsze — czyli kiedy przechodziła obok mnie — wyczuwałam delikatne powiewy powietrza, zapewne spowodowane nerwowym machaniem ogona. Teraz jednak nie czułam nigdzie jej zapachu. Jedyne co to słodka woń mojego partnera, który nie odstępował mnie na krok. Od samego wypadku minęło kilka dni, a przez ten czas Makowy Nów nie przydzieliła go do żadnego patrolu. Liliowy zajął legowisko obok mnie i czuwał nade mną. Czasem jakieś koty przychodziły i przynosiły jedzenie, ale czułam, jak bardzo Miodkowi było z tym niekomfortowo. Czasem szeptał do mnie, że wpatrują się w niego lub we mnie, a potem wracały do swoich grup i szeptały. W pewnym momencie udało mi się delikatnie podnieść powieki, a przed moimi oczami ukazał się obraz ukochanego.
— M-miodku? — szepnęłam ledwo słyszalnie, mając nadzieję, że ten zaraz to usłyszy, lub zobaczy, albo zrobi cokolwiek.
W ogóle nie wiedziałam, co mi jest. Byłam zdezorientowana, nie wiedziałam przez chwilę, co się stało, jednak potem przypomniałam sobie swój żałosny upadek. Nie miałam siły podnieść głowy, aby zobaczyć swoje łapy. Wpatrywałam się w Korę, z nadzieją, że zaraz powie, że wszystko będzie dobrze. Kocur podniósł uszy.
“Usłyszał mnie!” — pomyślałam szczęśliwie, uśmiechając się.
— Tak to ja, już jesteś bezpieczna, moja mama tobą się zajmie.
Powiedział, po czym czule polizał mnie za uchem. Najpierw Kora również się uśmiechał, jednak po chwili jego uśmiech jakby zbladł.
— To masz siłę ze mną porozmawiać na temat kociaków? Bo dopiero co wstałaś, więc możesz być zmęczona.
— O kociakach zawsze mogę porozmawiać — mruknęłam, uśmiechając się do Miodowej Kory.
Nie wiedziałam jeszcze, jaka bomba za chwilę na mnie spadnie. Kocur westchnął.
— Chodzi o to, że po rozmowie z Cisowym Tchnieniem dowiedziałem się, co jest problemem.
Ja również westchnęłam. Podniosłam ogon i pogłaskałam partnera po głowie.
— Nie bój się. Możesz powiedzieć mi wszystko.
— Chodzi o to, że nie mogę mieć żadnego biologicznego potomstwa. Moja mama mi powiedziała, że jako kociak urodziłem się słaby i że często chorowałem i to może być powodem.
Otworzyłam trochę bardziej oczy. Jak mój Miodek mógł pomyśleć, że to COKOLWIEK zmieni między nami? Uśmiechnęłam się. Słabo — ale jednak.
— Jeśli myślałeś, że to cokolwiek zmieni, że przestanę Cię kochać, czy cokolwiek takiego, to chyba naprawdę nic nie masz w tej swojej małej, uroczej główce. Jeśli Nikła Gwiazda się zgodzi, to jak tylko wyzdrowieję, wyruszymy we dwójkę znaleźć jakiegoś kocura, dobrze? Może i nie będziesz ich biologicznym ojcem, ale miłość nie wywodzi się z krwi, a uczuć.
Zanim Miodek mi odpowiedział, wtulił się w moje puchate futerko, które nadal nosiło na sobie aromat lasu.
— Dlatego Cię kocham. Obiecuję być ich najwspanialszym ojcem, nawet jeśli nie będzie w nich mojej krwi, ważne, że będzie twoja. Kotki, którą kocham nad wszystko.
Mój uśmiech jeszcze bardziej pojaśniał, a po policzku spłynęła mi pojedyncza łza szczęścia zmieszanego ze smutkiem.
— Co do Nikłej Gwiazdy postaram się być na tyle przekonujący, że nam pozwoli i znajdziemy kogoś idealnego dla nas.
— To idź do niego teraz, a ja tu poczekam, Cisowe Tchnienie ma na mnie oko, nie bój się o mnie. — szepnęłam, następnie dając Miodkowi szybkiego buziaka. — No już, leć.
Miodowa Kora wstał.
— Dobrze, mam nadzieję, że ta rozmowa pójdzie mi dobrze.
Dotknął mojego noska swoim, po czym wyszedł z legowiska medyczki, zapewne w stronę legowiska przywódcy.
Kiedy Miodzio był już poza legowiskiem Cis
✩ ★ ✩ ★ ✩
Stresowałam się.
“A jeśli się nie zgodzi? A jeśli nie znajdę nikogo i wrócę z pustymi łapami? Bez potomstwa dla mnie i mojego partnera?”
“Przekręciłam” się na drugi bok, jeśli można to tak nazwać, ponieważ Cisowe Tchnienie kazała mi się nie ruszać, abym jak najprędzej mogła wrócić do swoich obowiązków.
Ten czas, kiedy Kora był u Nikłej Gwiazdy, zdawał mi się być jednocześnie uderzeniem serca i całą wiecznością. Z oddali ujrzałam pojedynczą jaskółkę, siedzącą samotnię w ciszy otaczającej tę samotną duszyczkę. Przypominała mi trochę mnie samą. Wyglądała jakby… Się bała. Może bała się, że jakiś wojownik jednym ruchem zakończy jej żywotność. Może bała się przyszłości. Może bała się samotności. Takich możliwości była niezliczona ilość. Można by było porównać je do ziaren piasku na ziemi lub ilości gwiazd na niebie. Podobno gwiazdy to dusze naszych gwiezdnych przodków, spokojnie płynące po srebrnej skórce. Ta myśl dodawała mi spokoju. Kiedy moje myśli wirowały niczym huragan, zajmując moją uwagę, ujrzałam wojownika podchodzącego do mnie nerwowym krokiem. Zanim cokolwiek powiedziałam, on odezwał się pierwszy. Myślałam, że chciał od razu przejść do rzeczy, jednak coś było nie tak. Powietrze jakby zgęstniało, utrudniając mi oddychanie. Strach i rozpacz opanowały moje myśli, mimo iż Miodowa Kora nie wydusił z siebie jeszcze nawet jednego, pojedynczego słowa.
“Czyżby się nie zgodził?! Nie nie nie! Wszystko tylko nie to! Oh, Klanie Gwiazdy… Za co nas tak karzesz?... “
Bałam się, że zaraz mój ukochany rozerwie moje serce niczym cieniutki liść, pozwalając mi pogrążyć się razem z nim w rozpaczy. W moim umyśle zadźwięczał odgłos przypominający ostatnie westchnienie zwierzyny w pysku swego oprawcy, kiedy wysoki kocur z wieloma bliznami i okrągłymi uszami rozdeptuje szczątki mojego serca, które już i tak nie dawało oznak życia.
— Możesz iść… — powiedział, nie nawiązując ze mną kontaktu wzrokowego.
Chciałam odetchnąć z ulgą, jednak coś mi nie pozwalało. Nie powiedział mi jeszcze wszystkiego. Czułam to. Nie chciałam na niego naciskać, wręcz przeciwnie, chciałam go jakoś wesprzeć!
— W takim razie, dlaczego jesteś taki smutny? — spytałam ze zmartwieniem w głosie.
— Jest pewien… Warunek…
— Jaki warunek? To nie problem, prawda? Jeśli to musi być jakiś kot z Klanu Wilka, mogę spróbować podejść do Piołunowego Dymu. Jest moim kolegą no a tak poza tym, jest podobnej maści co ty! Wspaniałe byłoby mieć kocięta wyglądające jak ty, co nie? A-ale oczywiście inne też będę kochać dokładnie tak samo!
— Możesz iść, ale jeśli… Jeśli nie wrócisz przed upływem dwóch wschodów słońca, to uznają cię za zdrajcę, po prostu, jeśli coś pójdzie źle, to cię stracę, a nie chcę tego! Obiecasz mi, że wrócisz z tego cała? Masz wyruszyć za dwa wschody słońca! To tak mało i tak dużo czasu jednocześnie… Proszę, obiecaj. Wróć do mnie jak najszybciej…
Spojrzałam na swojego zmartwionego partnera, a w jego oczach zobaczyłam obawę. Obawę o coś niemal najważniejszego na świecie, a przynajmniej w świecie Miodowej Kory. Na moim pyszczku zawitał łagodny uśmiech z nieukrywaną figlarną nutą.
— Obiecuję — mruknęłam jedynie, następnie wtulając się w jego liliowe futro.
Powoli zamknęłam złote ślepia, wdychając jego zapach. Był dla mnie niczym uzależnienie. Im więcej dostajesz, tym więcej łakniesz. Był kojący jak kołysanka w środku burzy.
— Bo po burzy zawsze wychodzi tęcza — szepnęłam, strzepując swoim czekoladowym ogonem.
Słyszałam bicie jego serca, które niczym jeden organizm synchronizowało się z moim.
Nasze oddechy splątały się w tańcu, przypominając melodie graną na igłach drzew z kroplami deszczu graną przez wiatr. Promienie słońca wolno przesuwały się w naszą stronę, chcąc ogrzać nasze futra. Mój pysk w jego gęstej grzywie... To wszystko jakby z oddali... Mimo iż obydwoje wiedzieliśmy, co nas czeka, nie baliśmy się, a natura starała się nas wesprzeć, kojąc nasze dusze i dając im zbawienie. Nie wiadomo kiedy, do wcześniej zauważonej przeze mnie pojedynczej jaskółki dosiadła się druga. Wtem w oddali zaświergotała para jaskółek siedzących obok siebie, symbolizująca nas w mojej głowie. Nieco większy samiec okrył swoją ukochaną skrzydłem, chcąc ochronić ją przed całym światem. Ochrona. Ochrona, która zaszczepiona była w miłości do drugiego żywego stworzenia. Ten gest przypomina matkę, próbującą ochronić swoje dzieciątko przed złem świata, które mogłoby chcieć je skrzywdzić. Te wszystkie uczucia, jakie wtedy odczuwałam... Jedno związane było z drugim, przybierając postać złożonego, przemyślanego łańcucha. Składało się na to wiele czynników. Bagaż doświadczeń, dorastanie wokół konkretnych kotów... To wszystko składało się w całość. Wiodło mnie przez cały mój żywot aż do tego momentu. I to... To było idealne. Mogłabym tak trwać przez wieczność, zapominając o świecie, dając sobie chwilę wytchnienia. Mimo iż wewnętrzne każdy wie, że takie chwile nie trwają wiecznie, czasem trzeba po prostu o tym zapomnieć i czerpać z niej tyle ile się da. Bo na tym polega filozofia życia.
Następnego dnia późnym popołudniem
✩ ★ ✩ ★ ✩
W zamyśleniu obserwowałam obóz powoli wypełniający się kotami jak pszczoły zbierające się w jednym ulu, aby zgromadzić swoje zapasy. Jedna spójna społeczność, przypominająca jeden organizm. Organizm, składający się z poszczególnych części. Wystarczy, że jedna zawali, a cały system rozpadnie się niczym pył, ponieważ nie chodzi tylko o całokształt, a o każdą, pojedynczą funkcję i rzecz, która sprawia, że dana rzecz ma w ogóle jakiekolwiek prawo bytu. Swoim funkcjonowaniem nie różni się wiele od puzzli. Każdy osobny element tworzy razem całość, tak jak każdy pojedynczy puzzel przykłada się do końcowego powstania skończonej układanki. Każdy ma swoje miejsce, odpowiednie tylko dla niego. Ta myśl czasem dodawała mi sił. Pomagała, kiedy życie dawało w kość, tak jak teraz, nie pozwalając mi na posiadanie potomstwa ze swoim partnerem. Byłam już gotowa na zostanie matką, a życie jakoś się układało! Szczawiowe Serce był dla mnie niczym syn, to prawda, jednak to mi nie wystarczało. Pociechy Makowego Nowiu też mi nie wystarczyły. Chciałam wychować swoje dzieci pod własną piersią, móc patrzeć na ich pierwsze kroki, słyszeć ich pierwsze słowa, być przy nich zarówno przy wzlotach, jak i upadkach. Chciałam poczuć bijące serce pod swoją piersią. Nagle poczułam na sobie ogon. Z początku myślałam, że to Miodek, ewentualnie Szczawik? Kiedy jednak obróciłam głowę, ujrzałam Rysi Trop — starą przyjaciółkę jeszcze za czasów uczniowskich. Miło się z nią spędzało czas. Obok niej stała jedna z moich sióstr, Jaskółcze Ziele. Byłam z nią zdecydowanie najbliżej z całej mojej rodziny, jednak od kiedy została mianowana, nagle nie miałyśmy dla siebie tyle czasu, ile byśmy chciały.
— Hejka Iskruś, możemy się dosiąść? — spytała czarna kotka z łagodnym uśmiechem na pysku.
— Jasne, że tak! — odparłam, klepiąc łapą miejsce obok siebie.
— Przepraszam, że ostatnio spędzam z wami tak mało czasu. To w zasadzie, to od kiedy zostaliśmy wojowniczkami, więc nie wiem, czy takie ostatnio…
— To nic takiego — miauknęła szylkretka, zgrabnie owijając swój ogon wokół łap.
— Co wy na to, żeby trochę odnowić kontakty? Możemy wybrać się na wspólne polowanie, poprosić o przydzielenie do jednego patrolu granicznego, lub tak po prostu przejść się dla przyjemności!
Złotooka rzucała pomysłami, na które robiło mi się ciepło na sercu. Ona zawsze w chwilę potrafiła rozwiać wszystkie moje troski o natrętne myśli, swoją radosną energią roztapiając je niczym promienie słoneczne roztapiające grubą warstwę lodu, pozwalając rzece dalej gnać przez las.
— Jeśli chcecie, możemy zrobić to osobno, bo ja z Rysim Tropem nie znam się tak dobrze. Raz ja raz ona, a może kiedyś nawet i we trójkę, jeśli Wam to nie przeszkadza! Iskrząca Nadziejo?
— Jak dla mnie to świetny pomysł, podoba mi się — mruknęłam z szerokim uśmiechem, po chwili odwracając głowę do brązowookiej.
Ślepia kocicy w świetle słońca lśniły niczym bursztyn, przyciągając spojrzenia. Chciałam żartować, że dzięki nim będzie miała w Klanie Wilka niezłe branie, kiedy już wypowie się na temat możliwości zacieśnienia więzi, kiedy podszedł do nas kot, który skradł me serce raz, ale na wieki.
— Witaj Iskro, przepraszam, że się wtrącam, ale możemy na słowo?
Rzuciłam przepraszające spojrzenie przyjaciółce i siostrze.
— Wybaczcie kochane, ale mój ukochany mnie porywa, do zobaczenia jutro! — pożegnałam się z nimi, następnie odwracając się do Miodka.
— Może chodźmy w jakieś bardziej ustronne miejsce, bez czujnych uszu dookoła? — zapytał, puszczając mi oko.
— Jasne! — odpowiedziałam, strzepując swoim puchatym ogonem, który ułożył się jak wodospad, kosmykami upiększając całokształt. Kiedy Miodowa Kota puścił mi oko, zarumieniłam się, zapewne wyglądając jak czerwony kot. Szybko zakryłam pyszczek ogonem, jednak on i tak zdążył to zauważyć, reagując śmiechem.
— Urocza jesteś — szepnął, na co zaczerwieniłam się jeszcze bardziej, aby znów usłyszeć jego śmiech.
Przeszliśmy przez centrum obozu, na chwilę chowając się w jak prawie zawsze o tej porze opustoszałym legowisku wojowników.
— Tak więc, o co chciałeś zapytać kochany? — mruknęłam, siadając naprzeciwko niego.
<Mężu? Żądam randki.>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz