BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lukrecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lukrecja. Pokaż wszystkie posty

08 kwietnia 2023

Od Lukrecji CD. Larwy

Jeszcze za czasów treningu Larwy

Furia z powrotem ogarnęła całe jego ciało. Boleśnie zacisnęła mu szczękę i zmusiła do warknięcia przez zęby. Sierść na jego białym karku stanęła dęba. W zielonych oczyskach kocura zapłonął srogi gniew. Nienawidził go. Wysunął szpony tak mocno, jak tylko mógł i boleśnie wbił je w ziemię. Nie mógł uwierzyć w to, co słyszał. Nie był jego. Był cholerną pomyłką. Błędem. Kimś, kto nigdy nie powinien był zaistnieć. Zniszczy go tak samo, jak zniszczył Brzoskwinię. Mordował go wzrokiem. Ledwo powstrzymywał się od wbicia mu pazurów w gardło. Jedyną siłą, która nie pozwalała mu na ten czyn, był Komar. Bał się jego gniewu. Nie chciał podzielić losu Wiatru. Nie chciał żałośnie zdechnąć, wyrzucony jak śmieć poza terenami Owocowego Lasu. Wyszczerzył się wrogo i zamachnął łapą na jasny pysk kocura. Nie wytrzymał. Lodowa kra powstrzymująca go od wskoczenia do morza szału załamała się z trzaskiem. Gdy szpony arlekina przecięły pysk czekoladowego ucznia, kocur wydał z siebie zduszony krzyk. Przewrócił się i padł na ziemię. Wstał na łapy, obmierzając ojca wzrokiem. Machnął wrogo ogonem, po czym rzucił się w jego stronę, wskakując na jego grzbiet. Lukrecja upadł płasko na ziemię i przewrócił się na bok. Warcząc groźnie, strącił z siebie kocura, wręcz rzucając nim na podłoże. Kremowy wstał na równe łapy i pazurami przygwoździł swojego syna do ziemi. Czuł, że traci nad sobą kontrolę. Miał szansę. Larwa mógłby skończyć tak samo, jak Brzoskwinia. Teraz, albo nigdy.
Z pyska przygniecionego do ziemi kocura wydało się sapnięcie. Stracił na moment dech. Wpatrywał się w oczy wojownika, wijąc się pod nim niczym larwa. Nie był jednak w stanie się spod niego uwolnić.
— Co chcesz zrobić? — zapytał ze spokojem, lekko się uśmiechając. — Tato?
Śmiał pytać i szczerzyć się w tak obrzydliwy sposób. Na uśmiech było za późno. Larwa bezpowrotnie stracił szansę. Uniósł drugą łapę i szarpnął go za pysk.
— Powiedz, co cię tak bawi? Rzeczywiście ci do śmiechu? — spytał, wciąż go nie puszczając. — Słucham, powiedz, nie wstydź się. Wykaż się.
Skrzywił się.
— Tak... Ponieważ cieszę się, że widzę prawdziwego ciebie, a nie to co widuje codziennie w obozie — wymiauczał. — Szkoda tylko, że musiałem cię rozzłościć, by przekonać się na własnej skórze, że jeszcze całkowicie nie upadłeś.
— Nie upadłem. To przykre, że musiałem ci cokolwiek udowadniać. Zawsze sądziłem, że mi ufasz i nie wątpisz w moją siłę — miauknął. Zastanawiał się jeszcze przez chwilę, czy nie dać mu spokoju. To co powiedział było dość... Ciekawe, ale nie był taki naiwny. Ten czort był cwany.
— Ufałem... aż nie zobaczyłem jaką słabością emitujesz przy Daglezjowym Smrodzie. Naszły mnie zwątpienia... czy nadal mam ojca... czy może już nie — powiedział, patrząc na niego w skupieniu.
Uciekł wzrokiem w bok. Rzeczywiście było tak okropnie? Miał wrażenie, że od momentu przyprowadzenia tej Klifiaczki zaczęli krzywo na niego patrzeć. Jakby już nie był podejrzany... Ale, co go to obchodziło? Nie ich interes. Mógł robić co chciał.
— A może mam w tym jakiś cel? — rzucił, po chwili przemyśleń ponownie wbijając wzrok w jego oczy. — Życie jest o wiele bardziej skomplikowane, niż ci się wydaje, Larwo.
— Już ci mówiłem co sądzę o tym twoim celu. Ona nie jest warta niczego czego pragniesz. No chyba, że chodzi ci o zwykłe zaliczenie i zrobienie sobie kolejnych dzieci — prychnął, dalej leżąc pod jego łapami. — Wiem to ojcze. Dlatego ja korzystam z tego co jest dane i ustawiam się już powoli w życiu. — Uśmiechnął się. — Ja nie oglądam się za nic nie znaczącymi samicami jak ty. Ja aspiruje znacznie wyżej. Mam lepszych znajomych, znajomych, którzy dzierżą władzę.
Jak widać, nie wiedział. Nie pragnął jej! Była ostatnią rzeczą, jakiej by pragnął. Gdyby jego celem było zaliczanie każdej samicy po kolei, miałby ich już tysiące. Pokręcił łbem. 
— Jesteś mną, znasz każde moje uczucie, wszystkie cele i marzenia? — zapytał. — Nie jestem aż tak głupi. Nie pragnę zrobienia sobie niezliczonej ilości kociąt. To wręcz żałosne i smutne, że tak myślisz.
— No to po co ci ta wronia strawa? Nie widzisz jaka jest fałszywa? To ona cię wykorzystuje, a nie ty ją — uświadomił go, bo to tak z jego perspektywy wyglądało. — Możesz mnie oświecić, wtedy nie będę cię oskarżał o takie rzeczy.
— Nie masz prawa mi mówić, co mam robić. Wszystko jest pod kontrolą. Po prostu tego nie widzisz. Wiem co robię — zapewnił.
— Jak tam chcesz. Zobaczymy kto miał rację, gdy prawda wyjdzie na jaw — prychnął pod nosem.
— Jaka prawda? — przekręcił łbem. — O mojej relacji z Daglezjową Igłą? Ach, przykre, że mój własny syn marzy o zrobieniu mi pod górkę — westchnął sztucznie. — Nie wiesz o tym, że nie zagląda się w czyjeś interesy nie będąc o to proszonym, Larwo?

< Larwo? >

22 marca 2023

Od Lukrecji CD. Larwy

Dawno temu

— Pójdę, tylko oczekuje od ciebie, żebyś się przygotował i pokazał mi coś godnego podziwu i uwagi — miauknął, patrząc w jego oczy. — Nie chce tracić czasu na coś, co takowe nie jest — pomruk wydał się z jego pyska. — Szpak to dobry i godny zaufania wojownik, mam nadzieje, że nie zawiedzie ani mnie, ani ciebie.
Srebrny kociak skinął do niego głową.
— Szkoda, że Komar nie wybrał ciebie na mojego mentora. Obiecałeś mi kiedyś, że pokażesz mi co i jak — rzucił z zawodem w głosie.
— Jak pokażesz mi coś dobrego na treningu, to owszem, nauczę cię czegoś — odpowiedział, machając ogonem. — Ale oczekuje, żebyś także na własną łapę przyłożył się do swojego treningu.
Zastanawiał się nad możliwościami tego robala. Nie wyglądał na silnego. Wątpił, że jego pokaz rzeczywiście się mu spodoba. Z resztą, czego mógł się spodziewać po kocięciu tej zdechłej, wroniej strawy?
— Oczywiście. Nie zawiodę — zapewnił kocura, uśmiechając się. — A... Co u ciebie tato?
— W porządku, nic nowego — skłamał. Przecież wplątał się w nietypową relacje z klifiaczką. — A jeśli chodzi o trening, mogę przyjść jutro. Powiadom Szpaka. Daj znać, jeśli nie będzie mu  pasować, a wybiorę inny termin.
Szpak był dobrym wojownikiem. Cechował się siłą i odwagą. Nie znał go szczególnie dobrze, ale przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Cieszył się, że mentorem Larwy nie został Kuklik, czy inna Miodunka. Naprowadziliby go na złą drogę. Albo stałby się beksą, albo jakimś niepoważnym idiotą.
— Dobrze! To do jutra! — zawołał radośnie, opuszczając ojca.
Skinął mu łbem na pożegnanie i odszedł zajmować się własnymi sprawami. 

***

Szpak zgodził się na wyznaczony termin. Mimo iż miał do załatwienia ciekawsze sprawy, niż nędzny pokaz jego syna, miał zamiar pójść. Przynajmniej urozmaici sobie tą żałosną, szarą i monotonną rzeczywistość. Ależ będzie mieć ubaw, jak tylko podwinie mu się łapa. Nie mógł pojąć, dlaczego Larwa był aż tak szczęśliwy. Starał się być dla niego jak najgorszym rodzicem. A ten tymczasem zachowywał się, jakby był jego spełnieniem marzeń. Naprawdę zależało mu na jego warkocie i niemiłych komentarzach? Jego krzyki sprawiały mu przyjemność? Tak dziwacznego kocięcia jeszcze nie widział. Tak bardzo starał się zrujnować mu dzieciństwo, tym samym dostarczając dodatkowe dawki bólu Miodunce i Nikomu, a w zamian otrzymywał uśmiech na pysku i tryskające radością okrzyki. 
Wciąż rozmyślając, kocur dotarł do wyznaczonego przez mentora Larwy miejsca. Miejscem tym była niewielka polanka, porośnięta całkiem wysoką trawą, otoczona wysokimi liściastymi drzewami. Kocur z niecierpliwieniem oczekiwał rozpoczęcia pokazu syna, który przed chwilą, podekscytowany się z nim przywitał. Nie miał pojęcia, dlaczego. Najwidoczniej młody nie był przygotowany na to, co miało zdarzyć się w przypadku jego bardzo prawdopodobnego niepowodzenia. Skoczywszy na niewielki pień, usiadł na nim, chcąc obserwować widowisko z nieco większej wysokości.
Uczeń Szpaka schylił się, unosząc swój nos niewiele ponad ziemię. Tropił przez dłuższą chwilę, powolnie i prawie bezszelestnie stawiając długie kroki. Być może i próbował się starać, lecz nie to było ważne. Ważne było, czy rzeczywiście uda mu się skutecznie zapolować. Za moment przyczaił się i zgarbił jeszcze mocniej. W prawdzie, trochę mu się już to dłużyło. Pragnął, by w końcu zaliczył wpadkę... Jak na zawołanie, ku zdziwieniu Lukrecji, już za kilka uderzeń serca, czekoladowy arlekin skończył leżąc płasko na ziemi. Kremowy zachichotał cicho, za moment przywracając swojemu pyskowi kamienny wyraz twarzy. Zmarnowany Larwa wrócił do kocurów, kręcąc głową. 
— Nie mam dzisiaj coś szczęścia — miauknął z wyraźnym żalem w głosie. 
Już za chwilę, było tak blisko... Nareszcie pokaże temu robalowi, co znaczy zły rodzic. Strzepnął ogonem, gniewnie marszcząc nos. 
— Właśnie widzę — warknął, obnażając kły.  Spojrzał szybko na Szpaka, który również nie wydawał się być usatysfakcjonowany. — Co to miało znaczyć, Larwo? Zmarnowałeś mój cenny czas. Tyle cię prosiłem! Zawiodłeś mnie!
— Nie moja wina! Ziemia jest rozmokła i ciężko się na niej porusza! — fuknął na swoją obronę. — Szpak potwierdzi, że ostatnio było lepiej! Prawda?
Kątem oka zerknął na wyraźnie zmieszanego Szpaka. Świetnie, niech jeszcze go wesprze... Nie tym jednak miał się zajmować. Z powrotem przekierował wzrok na pysk syna i wbił pazury w korę, zeskakując na ziemię.
— Właśnie, że twoja — odpowiedział mu, jeżąc futro na karku. — To jest oczywiste. Dzisiaj byłem na treningu Traszki. O wiele lepiej jej szło. Twoja wymówka jest bardzo słaba, a kłamstwo ma krótkie nogi. Okłamałeś mnie, Larwo.
Bardzo dobrze czuł się w roli wymagającego rodzica. Była to świetna okazja zarówno do wygarnięcia mu wszelkich błędów, jak i zrzucenia z siebie ciężaru emocji po całym dniu.
— Przepraszam — mruknął, kładąc po sobie uszy.
 — Na dzisiaj koniec treningu — ogłosił Szpak i odszedł w ciszy, pozostawiając ich samych. 
— Tato... — zwrócił się do kocura. — Ja naprawdę się staram. Dam radę.
— Nie robisz postępów, a twoja wymówka jest już po prostu żałosna. Nie chce już tego słyszeć — wysyczał gniewnie. — Nie obwiniaj pogody, oboje dobrze wiemy, że to nie jest prawda. Jestem sprawiedliwy. Wiem co robię. Nie pyskuj, bo moja cierpliwość dobiegnie końca — zagroził.
— Wcale nie! — nadymał białe policzki. — Chodzę codziennie na treningi. Mam szacunek do mentora. Robię postępy i to jest wina pogody! Ostatnio złapałem mysz! Gdybym nic nie potrafił, to nie miałbym czym się szczycić! Jesteś niesprawiedliwy! — warknął na niego głośno.
Oczywiście, że nie miał. Był tylko jednym, głupim nic nieznaczącym smarkiem. Dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę? Żałosne. 
— Po tym co robisz obecnie, wątpię. Jak byłem młodszy, oglądałem wiele treningów i inne koty w twoim wieku radziły sobie o niebo lepiej. A to, czy jest sucho czy mokro, nie ma znaczenia. Nie uczysz się. Nie ćwiczysz. Zajmujesz się czymś innym, olewasz polecenia mentora i marnujesz mój czas! — zaniósł się krzykiem i strzepnął wściekle ogonem. 

< Larwo? Nadrabiamy >

25 grudnia 2022

Od Lukrecji CD. Larwy

Dawno

— Kto to był? Jak będę dusy tes dostane takiego mentola? Tes sce być silny! Tak jak ty tatusiu! — zawołał radośnie malec.
— Może uda mi się namówić lidera do bycia twoim mentorem? Byłbyś tak silny, jak ja — odparł, oplatając łapy ogonem.
Czekoladowy zamrugał aż z niedowierzania.
— To... To zascyt! Tak! Na pewno cię posłucha! Jesteś w końcu supel wojownikiem i jego psyjacielem! Sce być jak ty! Nauc mne! Ja jus duzi jestem! Mogę tlenować! — zapewnił, opierając łapki na jego łapie, by zadrzeć wyżej główkę.
Zaśmiał się cicho. Przyjacielem? Raczej tym, co wpędzi go do grobu. Naiwny, głupi kociak. Nie miał pojęcia o życiu. Ale cóż, czego miał się spodziewać po takiej żałosnej istocie?
— Chciałbyś zacząć swój trening teraz? — zapytał kremowy, układając sobie w głowie plan. — Jesteś pewien? To nie jest łatwe.
Larwa uśmiechnął się szeroko, kiwając łebkiem.
— Tak! Jak sacne już telas, to jak będę duzi, to będę taki silny jak ty! — miauknął głośno.
— Skoro tak, to zaczekaj tu na mnie chwilę — poprosił, odwracając się od niego i wstając. — Dalio, popilnujesz kociąt? Wychodzę. Wrócę tu po jednego za moment.
Liliowa skinęła łbem. Kocur wyszedł ze żłobka, kierując się w stronę legowiska wojowników. Oby tylko udało mu się go przekonać. Bał się własnego cienia i tak obrzydliwie piszczał. Zachowywał się jak baba. Żaden z niego kocur. Kiedy na niego patrzył, aż go wykręcało. Był okropnie żałosny.
— Cyprys — rzucił, przekraczając próg legowiska, po chwili wbijając wzrok w brata. — Musisz mi pomóc. To proste, podejdź tu, to wytłumaczę Ci, o co chodzi.
Zielonooki ruszył w jego stronę, widocznie panikując. Jak zwykle. Pasożyt.
— Wystrasz mojego kociaka — zarządził, machając ogonem. — Warknij na niego, nasycz, popchnij, cokolwiek. Ja go uratuje. Proste, prawda? Żadna filozofia. Nawet ktoś tak żałosny i bojaźliwy jak ty powinien sobie poradzić — wytłumaczył, przy okazji wbijając mu kilka szpilek.
— D-dlaczego mam to robić? — pisnął, a jego ogon w moment znalazł się pod brzuchem. — T-to chyba nie jest w p-porządku, n-nie chce straszyć twojego k-kociaka.
— Ale musisz, nie masz wyboru — mruknął i wzruszył ramionami. Wyszedł z legowiska i zachęcał go do podążenia za nim ruchem łapy.
Rudy również, lecz bardzo niechętnie, opuścił legowisko. Błądził wzrokiem po całym obozie, zapewne szukając okazji i pretekstu do ucieczki. Mysi bobek. Już nawet kociaka się bał.
— Stań przed żłobkiem i czekaj — warknął, wchodząc do środka kociarni. — Larwo, już jestem! — zawołał syna. — Wyjdź i zaczekaj na mnie na dworze, muszę jeszcze pomówić o czymś z Dalią.
Powolnie ruszył w kierunku szylkretowej, następnie obok niej siadając. Obserwował sytuację ze środka. Cyprys podszedł do Larwy, oczywiście drżąc ze strachu. Miało być odwrotnie! Z jego pyska wydał się cichutki, ledwie słyszalny warkot. Co za idiota! Nawet nie potrafił wystraszyć głupiego kocięcia. On jednym syknięciem przyprawiłby je o zawał serca. Wywrócił oczami i ruszył do wyjścia. Z pyska rudego wydało się kolejne niemrawe mruknięcie. Kremowy wykonał susa do przodu, wysuwając pazury.
— Odsuń się — wysyczał do rudego, zasłaniając swojego syna. Obrzydliwe. Czuł się cholernie żałośnie. Gdyby taki Wanilia, czy Miodunka teraz na niego patrzyli, spłonąłby ze wstydu. Nie był przecież dobrym rodzicem. Był paskudnym potworem bez serca.
 — Tata! Ten pan lobił wlll, wlll, tak śmieśnie — wyjrzał zza niego Larwa, obserwując tą żenującą scenę.
Spojrzał na czekoladowego kątem oka. Nie przestraszył się. Co za mysi bobek. Wszystko tylko utrudniał. Jednym dodatkowym sykiem odgonił rudego, któremu zbierało się na płacz. Nie cierpiał go! Był okropny. Z wielką przyjemnością zmiótłby go z powierzchni ziemi. Tak samo, jak Brzoskwinię.
— Chciał ci zrobić krzywdę — miauknął do Larwy, obejmując go ogonem.
— Naplawdę? — malec rozszerzył oczka w zdziwieniu. — Ne wyglądał na kogoś takiego. Baldziej mnie lozbawił. Ja tes będę tak walcec o pats tata. Wiiii — zaprezentował.
Uniósł brew, nie wiedząc, jak ma zareagować. Nie miał ręki do kociąt.
— On tylko takiego udaje, chce uchodzić za niewinnego, słodziutkiego kota. Nawet uważa się za kotkę — rzucił pogardliwie. Miał już dosyć grania przed tym kociakiem uroczego i kochającego ojca. Chciał w końcu pokazać swoje prawdziwe oblicze, ale musi na czymś zbudować relację, w której będzie mógł bawić się jego uczuciami.
— Naplawdę? A cemu? Znam tes kogoś kto taki jest, ale odwlotnie. Kuklik se nazywa — pochwalił się kocurowi swoimi znajomościami. — Nawet znam zastępce!
Kuklik. Jego syn zadawał się z tym obrzydliwym pajacem? To jakaś pomyłka. Nie mógł do tego dopuścić. Jeszcze zacznie głosić takie same bzdury. Jego dzieci miały być silne. I jeszcze Agrest! Tego było już za wiele.
— Synu, zanim zaczniesz się z kimś bliżej zadawać, pytaj mnie o to — mruknął, próbując ukryć niezadowolenie. — Chce dla ciebie jak najlepiej, dlatego też, dobrze by było, gdybyś miał odpowiednie towarzystwo — wytłumaczył się.
— Um... Dobrze tato. — miauknął, wyraźnie zdziwiony. — To gsie idziemy na tlening? I co bęsiemy lobić? — zapytał wtulając się w ogon, którym był okryty.
Zbierało się mu na wymioty od tych słodkości i dobroci. Jeszcze brudził swoim istnieniem jego ogon!
— A gdzie chciałbyś iść? — spytał i przekręcił łeb. — A co będziemy robić, to zobaczysz jak dotrzemy na miejsce. Myślę, że Ci się spodoba, Larwo.
— Może... — zastanowił się nad tym. — Gsies gdzie ty tato się szkoliłeś! Chcę tam gdzie ty! — krzyknął, widocznie się ekscytując.
— Szkoliłem się na innych terenach — oznajmił mu. — A na drzewo jeszcze nie możesz się wspinać.
— Och... — Zwiesił po sobie uszka. — Skoda. No to... to potlenuj mnie tam gsie uważasz. To będzie tylko nase miejsce — miauknął, uśmiechając się szeroko.
— W porządku, chodź zatem — ruszył przed siebie, kątem oka spoglądając, czy kociak za nim podąża.
Na początku szedł za nim w całkiem dobrym (jak na takie małe paskudztwo) tempie. Później sapał coś niezrozumiale pod nosem. Trudno. Niech sobie radzi. Za chwilę jednak zatrzymał się i głośno go o tym poinformował.
— Tato... A nie moses mnie wziąć do pyszczka? — pisnął młody.
Wzdrygnął się w myślach. Zapewne ta cała Dalia nawet ich nie myła.
— Nie dajesz już rady? Jeśli tak, dobrze, wezmę cię, ale na chwilę — rzucił, próbując ukryć niechęć. — Podejdź do mnie.
Nachylił się nad czekoladowym kociakiem, który podreptał mu pod łapy i złapał go za kark. Wywracając oczami, ruszył do przodu. Niech ten robal nie oczekuje aż tyle. Gdy tylko wyszedł z obozu, zatrzymał się przy sporej, zamarźniętej kałuży. Zaraz zacznie się zabawa, przyjemna tylko dla jednej strony.
— Jus jesteśmy na miejscu? — zapytał, rozglądając się zafascynowany po otoczeniu.
— Tak — odparł, postawiając go na ziemi. — Tam dalej jest zbyt zimno, nie chce, żeby coś ci się stało.

< Larwo? >

25 października 2022

Od Lukrecji

Tej nocy nie mógł spać. Z tych emocji, z tego wszystkiego! Połamał Nikogo. Zgwałcił Nic. Czy był potworem? Był. Niezaprzeczalnie. Był gorszy od Bzu. Całą noc przewracał się z boku na bok, dopiero rano zasypiając na chwilę. Gdy tylko stało się widno, podniósł się z legowiska i przeciągnął. Lekki, chłodny wiatr uderzył w jego sierść. Jego łapy zaś, zmoczyła rosa. Zamrugał oczami sennie, rozglądając się. Próg obozu przekroczył właśnie wysoki, czekoladowy kocur idąc u boku burego wojownika. Wanilia i Żbik. Uderzyło w niego dziwne uczucie. Wanilia go lubił? Tego marudnego, wiecznie niezadowolonego Żbika? To brzmiało zbyt dziwnie. Za bardzo się różnili. A jednak, rozmawiali i najwidoczniej sprawiało im to radość. Uśmiechy na ich pyskach mówiły same za siebie. Zwiesił po sobie uszy i trzepnął ogonem. Co go to właściwie obchodziło? Nie był w stanie stwierdzić. Od jakiegoś czasu, kiedy tylko pomyślał o tym czekoladowym, pomarańczowookim kocurze, czuł się dziwnie. To uczucie było dla niego obce. 
— Coś nie tak, Lukrecjo? 
Pytanie wyrwało go z przemyśleń. Poczuł, jak łapy mu się uginają. Uderzył ogonem w ziemię i nie mówiąc nic, uciekł wzrokiem na bok.
— Hej, o co chodzi? Wszystko w porządku? Patrzysz tak na mnie ciągle — stwierdził Wanilia. 
Potrząsnął łbem, czując się coraz bardziej niezręcznie.
— Tak, wszystko gra — miauknął, szczerząc się głupio. — No a, a... A u ciebie? — zapytał szybko, zapominając co wcześniej chciał powiedzieć. Nie umiał z nim rozmawiać!
— U mnie wszystko w porządku — odpowiedział, machając ogonem i spoglądając na Żbika. — Jesteś pewien? Wyglądasz trochę, jakbyś był nie przytomny, albo miał zawroty głowy. Może zaprowadzę cię do Plusk, co?
Miał zostać zaprowadzony do rudej przez Wanilię? Czuł, jak robi się czerwony. Uśmiechnął się lekko, wbijając wzrok w ziemię.
— Zaprowadź go. Zobacz, wygląda, jakby chciał rozmawiać z ziemią. Ja idę odpocząć — odparł bury. 
Pręgowany dziko odwrócił się w kierunku odchodzącego wojownika, a następnie obrócił się w stronę kremowego. 
— Chodź, bo źle wyglądasz — przyznał, kierując się w jego stronę. 
Arlekin palił się ze wstydu. Niemal podskoczył, kiedy kocur objął go ogonem. Poczuł dziwne uczucie na grzbiecie. Niepewnie posunął łapę do przodu. Kątem oka spojrzał na czekoladowego. Był taki... Nie mógł tego przed sobą przyznać. Nie umiał. To półdługie, powiewające ładnie na różne strony futro, te pomarańczowe oczy, ten ciemny nos... Lubił jego wygląd. Bardzo. Rozmyślając tak, ponownie na niego zerknął. Gdy ich spojrzenia się spotkały, gwałtownie obrócił łeb w drugą stronę. Zauważył to! Był głupkiem. Westchnął, kładąc po sobie uszy. Wkrótce spostrzegł medyczkę układającą swoje zioła. Zanim zdążył otworzyć pysk, Wanilia wytłumaczył jej, o co chodzi. Troszczył się o niego? Nie umiał odnaleźć się w tej plątaninie uczuć.

23 października 2022

Od Lukrecji

 Jak obiecał, tak zrobi. Zostawił kocura samego, gnijącego w środku lasu. Miał nadzieję, że tam zdechnie. Nienawidził go. Zepsuł mu życie. Przez cały czas świadomie puszczał się z Miodunką, chcąc tylko go wykorzystać. Zależało mu na skłóceniu ich. Paskudny oblech. Że też nie wydrapał mu oczu... Żałował, ale zawracanie się w tym momencie było złym pomysłem. Trudno. Teraz był czas na męczarnie dla tej obrzydliwej wroniej strawy. Nie mógł doczekać się widoku strachu w tych okropnych brązowych oczach. Nie mógł doczekać się jej żałosnych pisków. Widoku spływających po jej polikach łez. A najbardziej, żałosnego skowytu Nikogo, błagającego go o wybaczenie i zaprzestanie tego, co robi. Ale go nie dało się już zatrzymać. Nie było odwrotu.
Gdy tylko powrócił do obozu, od razu spostrzegł to lisie łajno, kręcące się po jego obrzeżach. Idealna sytuacja. Każdy był zajęty swoją pracą i nikt nie zwróci na nich uwagi. Ruszył w jej stronę, napinając mięśnie. Strzepnął ogonem.
— Patrz jakiś łazisz, pokrako — warknął, uderzając ją barkiem najmocniej, jak potrafił.
Czekoladowa zatrzęsła się i wbiła w niego wzrok.
— Przepr-raszam — odsunęła się na bok z piskiem.
Pokręcił łbem i wysunął pazury.
— Nie wiem, czy powinienem ci wybaczyć — mruknął, a na jego pysku pojawił się lekki uśmiech. — Chociaż, jedną rzecz mogłabyś dla mnie zrobić — zaczął.
Srebrna podkuliła ogon i wybałuszyła oczy. Cofnęła się lekko do tyłu.
— Co takie oczy robisz? Zdziwiona? Sądzisz, że będę pozwalał ci na coś takiego, robalu? — warknął, zdenerwowany myślą, że kotka może uciec.

Tw: gwałt, brutalne sceny


od Lukrecji CD. Nikogo

 *po zostaniu wojownikiem przez Lukrecję*


Został wojownikiem! Po tylu księżycach męki, nareszcie stało się to, czego pragnął. Nie rozumiał, dlaczego taka Miodunka została wojowniczką szybciej od niego. Przecież ona nie potrafiła nawet dobrze polować, nie wspominając o walce. Komar ją lubił? Mało prawdopodobne, ale może to dlatego, że była uczennicą jego zastępcy? Nie wiedział. Nie chciał zaprzątać tym sobie dalej głowy. Został nim szybciej od Mleczyk, co już było jakimś osiągnięciem. Teraz na jego pysku niemal nieprzerywanie gościł uśmiech. Zamachał ogonem na widok nadchodzącego czarnego arlekina. Ach, czy ten dzień może być jeszcze piękniejszy?
— O. Jesteś. Szukałem cię — mruknął żółtooki.
— Hej, hej — przywitał się z nim, szczerząc się dumnie. — Jak się czujesz? — zapytał, przyglądając się mu. Wyglądał trochę dziwnie. Był chory?
— Nie wiem. Dobrze chyba — uśmiechnął się lekko, siadając na ziemi. — Zostałeś.... woj... wojownikiem, słyszałem. Fajnie.
— Co taki spięty jesteś? — zmartwił się i strzepnął ogonem. — Chcesz może... No wiesz, skoro jestem wojownikiem, to Fretka nam nie przerwie — zaproponował, spoglądając na niego.
— No wiem... — powtórzył Nikt. — Wiem — uśmiechnął się lekko. — Tak...
Zamruczał i otarł się o jego miękki bok. Zgodził się! Ten dzień był wspaniały.
— Chcesz... iść gdzieś? — zapytał zaciekawiony dawny uczeń Krwawnika, owijając ogon wokół jego ogona.
— Tak — Lukrecja skinął łbem. — Mam nawet pomysł gdzie — zachichotał, zachęcając go do podążenia za nim ruchem łapy.
— A gdzie? — zapytał, rozglądając się po otoczeniu.
— Pokażę ci — miauknął wesoło. — To bardzo ciekawe miejsce. Myślę, że ci się spodoba.
Niedługo dotarli do miejsca, do którego prowadził kremowy. Był to sad, przypominający ten, który znajdował się na starych terenach. Rosły tu wysokie, teraz lekko łysawe drzewa. Teren porastała również gęsta trawa, a wraz z lekkim wiatrem unosiły się suche liście w rozmaitych kolorach. Zielonooki kocur zatrzymał się i zamachał radośnie ogonem. Spoglądał na pysk swojego partnera, mając nadzieję, że spodobało mu się to miejsce.
— Ojej. To tu? — zapytał czarny arlekin.
— Tak — kiwnął głową i chcąc zrobić mu niespodziankę, ucałował go w polik.
Kocur uśmiechnął się do niego, ocierając o jego szyję.
— Piękne miejsce. Dziękuję, że mi je pokazałeś. Za buziaczka też — zamruczał.
Liznął go w policzek jeszcze raz. Zaraz po tym, ruszył do przodu, zachęcając go ruchem ogona.
— Mam jeszcze coś ciekawego! — zawołał radośnie.
— Co takiego? — skierował się za nim, przylegając wciąż do jego boku.
Zarumienił się lekko.
— Widzisz tę stertę liści? — zapytał, wskazując na nią jednym z pazurów. — Chodź!
Dotarli do sporej sterty wyschniętych liści. Nie wiedział, czy Nikt lubi takie zabawy, ale i tak chciał spróbować.
— Listki? Chcesz się nimi pobawić? — miauknął syn Doli.
Nie odpowiedział nic, a na jego pysk wpełzł uśmiech. Strzepnął ogonem i skoczył na kocura, przewracając go. W wzajemnym uścisku poturlali się po liściach, przygniatając je i krusząc. Obaj zachichotali głośno. Najwidoczniej, podobało mu się to! Był bardzo szczęśliwy. Kochał ten dzień.
— To było... zabawne — odparł kocur z uśmiechem na pysku.
Schylił się i liznął jego szyję. Zachichotał, a potem przetrącił łapą liście, obsypując nimi czarnego arlekina. Młodszy nachylił się i również go polizał. Lukrecja zamruczał zadowolony i jeszcze raz go cmoknął.
— Chcesz iść po coś do jedzenia do obozu? — zapytał, ocierając się o niego. — Ciężko tu się szło... Możesz ty przynieść, a ja tu poleżę i zaczekam, co ty na to? — zaproponował.
— W porządku — mruknął, schodząc z niego. — Jakby Miodunka tu przyszła, to krzycz — zawołał, ruszając przed siebie.

***

Kolejny, całkiem miły dzień. Bycie wojownikiem było jednak wspaniałe. To niezwykłe uczucie wolności i samodzielności było świetne. Nie musiał się już przejmować żadną Fretką. Miał teraz swoje własne życie. Nikt już mu niczego nie zabroni. W końcu czuł się jak dorosły kot, a nie jak dzieciak, którego trzeba niańczyć. Rozciągnął się, ale zaraz po tym od razu się wyprostował. Nikt zmierzał w jego stronę. Nie mógł przecież źle przed nim wypaść.
— M-musimy pogadać — mruknął pod nosem, trzepiąc ogonem.
— Cześć — przywitał się z nim doskakując do jego boku, chcąc się o niego otrzeć. Cofnął się jednak, czując, że kocur jest bardzo spięty. — Wszystko w porządku?
Czarny potrząsnął głową.
— Musimy... wyjść z obozu — miauknął, kierując kroki gdzieś w las.
Wzruszył ramionami i ruszył za nim. Był trochę zdziwiony jego tonem. Wyglądał na wręcz przerażonego. O co mogło chodzić? Miodunka coś mu zrobiła? A może jeszcze ktoś inny? Nie mógł odnaleźć się w tej dziwnej plątaninie domysłów. Gdy tylko wystarczająco oddalili się od obozu, Nikt jak po ciężkiej pogoni za czymś, opadł na ziemię zmęczony. Skrzywił pysk i wbił wzrok w podłoże.
— Wybacz... M-muszę to zrobić... — wziął głęboki oddech. — N-nie możemy już być dalej razem.
Jak tylko usłyszał ostatnie słowa kocura, wmurowało go. Nie wiedział co powiedzieć. Potrząsnął łbem i przekrzywił go.
— Co masz na myśli? — spytał w końcu, machając ogonem na lewo i prawo.
— T-to, że... — wziął głębszy oddech. — Nie możemy być razem...— spiął się, patrząc na niego zmęczonym wzrokiem. — Już nigdy. Przepraszam. Tak musi być... Tak będzie dla nas lepiej.
Dotarło do niego to, co powiedział kocur. Co? Jak to, nie mogą być razem? Po tym, co dla niego zrobił? Po tym, jak dał mu tyle wskazówek co do życia i jego problemów, po tym, jak byli razem w krzakach i razem płakali? To był jakiś żart?
— Co... — sapnął, wpatrując się w jakiś punkt na ziemi. — Co ty powiedziałeś? — spytał, w końcu podnosząc na niego wzrok.
— Że... że to koniec... — powtórzył mu Nikt. — J-ja... Ja nie potrafię dać ci tego czego chcesz — mruknął bez wyrazu. — Miodunka jest zła... Krzyczy, bije, a gdy cię nie ma, jest inna. Miła i kochana... Nie ma tego cierpienia...

Tw: przemoc


Spiął się cały i nastroszył. O czym on do cholery gadał? Walnął się w łeb? Miał gorączkę? Przedawkował kocimiętkę? Nie mógł uwierzyć w jego słowa. Nie mógł. Po tym wszystkim, co razem przeżyli? Po tym wszystkim co dla niego zrobił, ot tak zrywa, dla jakiejś zasranej Miodunki? Był niepoważny. To nie mogła być prawda. To był tylko głupi błąd. Mylił się. Mylił. Kocur zacisnął zęby w gniewie. Zrobił krok do przodu i posłał mu takie spojrzenie, jak Brzoskwini w chwili śmierci.
— Zastanów się nad tym, co przed chwilą powiedziałeś — warknął. — Zastanów się. Za chwilę będziesz żałować i to wszystko pięknie odszczekasz!
Położył po sobie uszy, kuląc się pod jego spojrzeniem. Łzy wezbrały mu w oczach i zaczął drżeć.
— N-n-nie! Z-zostaw mnie! J-ja nie chcę byś mnie krzywdził! J-ja... Ja wybrałem. U-uszanuj to. O-o-ona o mnie dba, tuli i jest zawsze przy mnie, a ty? Ciebie nigdy nie było, gdy potrzebowałem wsparcia — pociągnął nosem. — N-n-nie będę szczekać. Przepraszam. To... to koniec...
Wysunął pazury i przejechał nimi w ziemi tak, jak po pysku Brzoskwini tamtej nocy. Mordował go spojrzeniem. Gniew palił mu pazury. Palił mu szczękę. Z każdym uderzeniem serca, coraz bardziej pragnął wydrapać mu oczy. Jebany niewdzięcznik. Tyle dla niego zrobił. Tyle oferował. Był tak dobry. A ten, miał to głęboko w zadzie. Był fałszywy. Wykorzystał go. Bezczelnie wykorzystał.
— Co to ma kurwa znaczyć?! — wrzasnął, podchodząc jeszcze bliżej. — Tłumacz się, ty niewdzięczne, fałszywe lisie łajno!
Czarny arlekin wydał z siebie pisk. Cofnął się gwałtownie.
— M-mówię jak jest... M-miodunka mnie kocha i... i daje mi wsparcie, którego ty nigdy mi nie dałeś. Nie byłeś przy mnie, kiedy tego potrzebowałem, a ona tak. Trenowałeś, a ona się mną opiekowała. T-to nie moja wina, tylko twoja! Wszedłeś między nas... — zaskomlał.
— Zamknij mordę — wysyczał, robiąc jeszcze jeden krok. — Zapomnij, że kiedykolwiek byłem dla ciebie miły. Zapomnij, że kiedykolwiek ci pomogłem. Zapomnij o tym wszystkim. Zdradziłeś mnie. Kochałeś ją. Wmawiałeś mi bzdury, bylebym jej znienawidził. Nie wstyd ci? Nienawidzę cię — zawył przez zęby, jednym ruchem pazurów łapiąc go za pysk. — Nienawidzę!
Dawny uczeń Krwawnika zamknął oczy, zaciskając je najmocniej jak potrafił. Łzy pociekły mu po policzkach, a oddech przyspieszył.
— Jesteś potworem... — wyszlochał żałośnie.
— A ty? Ty jesteś święty i wspaniały, tak? Pomyśl co zrobiłeś. Znienawidziłem Miodunki przez twoje jebane, żałosne kłamstwa. Nie wstyd ci? Zepsułeś mi życie. Ciągle kłamałeś. Wykorzystywałeś mnie. Nakłoniłeś do kocimiętki. Jedyne czego chciałeś, to pobyć że mną w krzakach i popsuć mi życie? Nie tędy droga — syknął, ściskając jego obrzydliwą mordę coraz mocniej. — Wcale nie będzie mi ciebie szkoda, jak zdechniesz tu sobie żałośnie. Nikt za tobą nie będzie płakał. Rozumiesz? Jesteś nikim. Jesteś zerem. Nienawidzę cię!
— M-masz rację. N-nic tylko niszczę wszystko wokół. N-nie chciałem. T-to... to przez przypadek. Ja wcale... ja wcale nie chcę nikogo skrzywdzić. P-proszę... Ja już nie będę. Zostanę sam... Nie zasługuję na nikogo — piszczał.
— Owszem, w końcu się tego nauczyłeś — sapnął gniewnie. — Jesteś nikim, jak wskazuje twoje imię. Nie zasłużyłeś na inne. Jesteś tylko głupim błędem. Nie powinieneś zaistnieć. Nie powinno cię tu być. Nie zasługujesz na nic dobrego. Jesteś bezużyteczny. Nikt ciebie nie potrzebuje. Zatruwasz powietrze. Niszczysz wszystko wokół. Tylko każdemu przeszkadzasz. Pogódź się z tym.
Zaskomlał, kiwając łbem. Pociągnął nosem. Zaczął się szarpać, próbując się mu wyrwać.
— P-puść mnie. J-ja muszę już wrócić do Mioduńci. O-ona się będzie martwić...
— Przesłyszałem się? Powtórz to. No na co czekasz? Na oklaski? — zacharczał, wbijając mu pazury coraz bardziej, nie zważając na to, że może mocno go zranić. Wręcz przeciwnie, pragnął tego. Pragnął jego cierpienia. Zasługiwał na nie. Był niewdzięcznym gnojem. Pomyłką. — Wybij sobie tę wronią strawę z głowy! Teraz będziesz zajęty cierpieniem. Będziesz płakał. Kwiczał. Błagał o wybaczenie. Lecz na nie, będzie już za późno. Nie przyjmę twoich przeprosin. Zapamiętaj moje słowa. Będziesz żałował. Cholernie żałował. Takiego bólu jeszcze nigdy nie odczułeś. Już nie ma powrotu. Będziesz przezywać piekło — wysyczał, przejeżdżając mu pazurami po szczęce. — Nie ma odwrotu. Nie zasłużyłeś na wybaczenie. Zepsułeś wszystko. Teraz ty poczujesz, co to znaczy ból.
Parsknął śmiechem, co nie było adekwatne do sytuacji.
— J-ja wiem co to ból... — wyznał. — O-od kocięctwa mnie biją i krzywdzą. Czułem już wszystko... Naprawdę... — zapewnił, znów zaczynając się wić. — J-ja... ja wiem... Nie mogę przepraszać. P-puść mnie. Muszę wrócić do Mioduńci. O-ona... O-ona mnie potrzebuje. Będzie tęsknić... A ja nie chcę, by była na mnie zła — zaskomlał.
— Czy ty zamierzasz się w takiej sytuacji kurwa śmiać? Wiem co mówię — syknął. Gniew wypalał mu skórę. Nie wytrzymywał tego. Puścił pysk kocura po czym gwałtownie zamachnął się na niego pazurami. Po tym czynie sapnął głośno, wpatrując się w jego oczy. To dopiero początek jego koszmaru.
Żółtooki pisnął, upadając na ziemię. Spojrzał na niego ze strachem w oczach. Niech się boi, głupi niewdzięcznik.
— N-nie jedz mnie! — zawył głośno.
— Jeść takie coś? Takie gówno, co nawet kotem się nie może nazywać? Za kogo ty mnie masz? Brzydziłbym się — oznajmił mu.
Podszedł do leżącego na ziemi kocura. Pasożyt. Oblech. Niewdzięcznik. Idiota. Schylił się i przejechał mu pazurami po karku. Cieszył się z jego bólu. To jednak było wspaniałe. Kocur wydał z siebie krzyk, wyginając grzbiet w łuk. Zaczął się czołgać, a następnie wstał na łapy, chcąc mu uciec. Przybił go pazurami do ziemi. Byłby w stanie nawet go tu zabić. Nie zasługiwał na nic dobrego. Był okropny. Był jednym wielkim, obrzydliwym pasożytem. Bał się jednak, że ktoś go zauważy. Strzepnął ogonem i zdjął mu szpony z grzbietu. Wycelował nimi w jedną z jego tylnych łap. Czarny znowu wrzasnął czując ból w łapie. Za chwilę, krzyk się urwał. Zacisnął mocno oczy. Zaczął drżeć z bólu.
— Przestań! To boli! — wył dalej.
— A nie mówiłem, że będziesz błagał mnie o przestanie? Widzisz, ja jednak wiem dużo więcej od ciebie. Zawsze mam rację, pasożycie — wysyczał gniewnie. — Ale jak już wcześniej powiedziałem, nie ma odwrotu. Zaczęło się cierpienie. Teraz czas byś ty to poczuł — kiedy tylko zakończył to zdanie, zaczął naciskać na jego łapę tak mocno, jak tylko umiał.
Wrzasnął przeraźliwie, a po polikach spłynęły mu łzy.
— D-dość! Błagam! Pomocy! — wydarł się nagle i przeraźliwie głośno
Przestał naciskać na jego kończynę. Nie mógł się tak wydzierać! Za chwilę ktoś tu przyjdzie i będzie skończony! Odskoczył od jego łapy, podszedł do jego pyska i z całej siły zatkał mu go.
— Nie drzyj tej obrzydliwej japy — zawarczał, aż zrobiło mu się gorąco. O mały włos!
Żółtooki ugryzł go w łapę. Odsunął ją, a następnie przyłożył mu pazurami łapy, w którą go ugryzł. Nie będzie pozwalał sobie na takie coś! Naskoczył na jego szyję. Schował pazury i zaczął mocno na nią naciskać. Miał nadzieję, że za chwilę zdechnie. Nienawidził go.
— Jeśli jeszcze raz się wydrzesz, albo spróbujesz się wyrwać, to jesteś skończony. Będzie o wiele gorzej. Być może, nawet stracisz swoje życie — zagroził, trzepiąc ogonem. — Zastanów się więc dobrze, czy na pewno tego chcesz. Jeśli nie, to bądź mi posłuszny i nie rób tego, gnoju. Nie masz prawa mówić o tym nikomu. Jeśli tylko komuś powiesz, nieważne kto to, domyśl się, co się stanie.
Żółtooki wił się, tracąc możliwość swobodnego oddychania. Widział, jak robił się wręcz fioletowy. Gdy tylko poluźnił ucisk, kocur zakaszlał, łapczywie biorąc do pyska powietrze.
—  N-nie powiem, p-puść... Khe, khe — krztusił się.
— Obiecaj mi to — zawarczał. — Przysięgnij na swoje życie! Jeśli ktokolwiek się o tym dowie, wykręcę ci kark, a Twoje flaki porozwieszam na drzewach. Rozumiesz?
Pisnął, kiwając łbem, biorąc szybkie oddechy.
— P-przysięgam. N-nie powiem — wyskomlał. — N-nie powiem, n-nie powiem.
— Mam taką nadzieję, pasożycie — kopnął go jeszcze, szczerząc się paskudnie. — Jesteś śmieciem. Jesteś zerem. Jesteś nikim. Nikt nie będzie za tobą tęsknił. Każdy cię nienawidzi. Jesteś fałszywym idiotą. Zdychaj tu sobie, a ja tymczasem, idę zgotować ci jeszcze większe piekło. Nie ma odwrotu! — zawarczał, mordując go wzrokiem i w końcu kierując się w stronę obozu, zostawiając go tak.
Niech gnije.

< Nikt? >

18 października 2022

Od Lukrecji

 Komar zwołał zebranie klanu. Zaciekawione koty stanęły przed drzewem, na które wkrótce wskoczył niebieski. Wspiął się na jedną gałęzi i z każdym kolejnym susem był na coraz wyzszej. W końcu zatrzymał się na jednej z najwyższych i wyprostował się. Lukrecja zaś, dokończył swój posiłek i ruszył za gromadą zgromadzonych. Stanął niedaleko Fretki, która posłała mu lekki uśmiech. To się nie kleiło. Fretka, która nie narzeka na wszystko i nie morduje go wzrokiem? To brzmiało zbyt pięknie, żeby było prawdziwe. Kremowy rozglądnął się, ciekawy odczuć innych kotów. Wszyscy z przejęciem patrzyli na lidera, który wodził wzrokiem po tłumie. Może z wyjątkiem jego mentorki, która ciągle spoglądała na niego. Dziwnie się z tym czuł. 
— Owocowy Lesie, zebraliśmy się tu, aby zakończyć trening jednego z uczniów i przyjąć go jako wojownika — miauknął żołtooki nagle, po chwili niepokojącej ciszy.
Wbił wzrok w jego oczy. Serce zabiło mu szybciej. Tak bardzo pragnął zostania wojownikiem. Trenował tak ciężko. Nie rozumiał, dlaczego taka Miodunka była od niego mianowana szybciej. Umiała zdecydowanie mniej. To wszystko było cholernie nie sprawiedliwe. 
— Lukrecjo, wystąp — rzucił i strzepnął ogonem.
To nie mogła być prawda. To się nie działo. Nie dowierzał. To zdawało się być zbyt piękne, aby było prawdą. Ten moment wydawał mu się zbyt cudowny. Nie sądził, że w końcu nadejdzie. Tracił nadzieję. Wręcz opadła mu szczęka. Zdziwiony, przez chwilę nawet nie wiedział co zrobić. Gdy tylko zrozumiał, co właśnie się stało, zrobił trzy kroki do przodu i uniósł łeb do góry, spoglądając nerwowo na lidera.
— Nadszedł czas, abyś dołączył do grona wojowników. Wykazałeś się determinacją i odwagą. Czy przysięgasz pozostać lojalny naszej społeczności i walczyć o jej dobro? — spytał, machając lekko ogonem.
Arlekin przełknął ślinę, nieprzerywanie wpatrując się w ślipia Komara.
— Przysięgam — zawołał głośno, chcąc pokazać swoją waleczność. Serce waliło mu okropnie. Czuł się, jakby za chwilę miało mu wyskoczyć z gardła. 
— Witamy cię zatem jako nowego wojownika Owocowego Lasu — oznajmił glośno niebieski.
Czuł się wspaniale. Jakby nastał dla niego ratunek. Szczęście. Nowa chęć do życia. Uśmiechnął się szeroko i zamachał ogonem, w głębi serca skacząc z radości i piszcząc jak kocię. Nareszcie jego marzenie się spełniło. Dostał tego, czego pragnął. To było wspaniałe. Kochał to uczucie. Trenował ciężko i zasłużył na ten tytuł. Był wojownikiem Owocowego Lasu. Prawdziwym wojownikiem.
— Gratulacje, Lukrecjo — miauknęła do niego Fretka. — Zasłużyłeś. 

[przyznano 5%]

14 października 2022

Od Lukrecji

 Wysunął pazury. Wśród dosyć wysokich kłosach trawy, tuż przy drzewie, chowała się duża, ruda wiewiórka. Zupełnie nieświadoma, że za chwilę miała zginąć ze szponów arlekina. Zrobił krok do przodu. Zwierzę drgnęło delikatnie i machnęło ogonem. Kocur był już wystarczająco blisko. Napiął mięśnie i przygotował się do skoku. Gotowy, wykonał susa w jej stronę. Odbił się od suchych liści miażdżąc je i krusząc. 
Nie wszystko jednak poszło po jego myśli. 
Poczuł nagły ból i pieczenie przy łapie. Zaczepił się o wystający, ostry kamień i poturlal się po ziemi, zupełnie tracąc równowagę. Przerażona wiewiórka wskoczyła na drzewo i zniknęła w ciemnej dziupli. Kocur sapnął i wstał ciężko, krzywiąc się. Jego tylna, prawa łapa brudna była od krwi. Nie dość, że zrobił sobie ranę, to jeszcze naderwał pazur. Fretka będzie wściekła. 
Zdenerwowany pokuśtykał w stronę obozu, rezygnując z dalszego polowania.

***

— Plusk — odezwał się ignorując fakt, że ruda obecnie była zajęta. — Na polowaniu się wywróciłem i zrobilem sobie to — wywrócił oczami, podnosząc brudną łapę. 
— Lukrecjo, nie mogę w tym momencie — odmówiła mu, przypatrując się skupiona szyi burej kotki.
— Odmawiasz mi pomocy? — wyburczał, podchodząc do niej bliżej.
Płasykopyska podniosła łeb i wbiła wzrok w oczy swojego syna.
— Jak już mówiłam, jestem zajęta — mruknęła. — Usiądź obok Szpaka i zaczekaj w spokoju na swoją kolej. Przerwałeś mi moją pracę i muszę zaczynać od nowa.
Klnąc w myślach, powolnie ruszył w stronę niebieskiego i z niechęcią obok niego usiadł. Kątem oka zbadał jego pysk. Wyglądał całkiem w porządku.
— Co tam, młody? — miauknął niebieski. — Co sobie zrobiłeś?
Spojrzał na niego zszokowany. Nie spodziewał się, że ten do niego zagada. Kremowy zamachał ogonem i odwrócił głowę w jego stronę.
— Miałem wypadek na treningu, zahaczyłem się o ostry kamień i rozciąłem sobie łapę — opowiedział mu, pokazując kończynę. 
Wojownik skinął głową i ruszył w stronę medyczki, która go zawołała. Szkoda. A miał nadzieję, że więcej z nim porozmawia. Wydawał się całkiem ciekawy. Pewnie mieliby wiele wspólnych tematów. 
Lukrecja znudzony przeciągającym się badaniem Szpaka, postanowił skupić się na słowach kotki. Co jak co, ale mógłby się co nieco o ziołach dowiedzieć. W końcu nie będzie musiał przychodzić do medyków jak kociak, którego boli brzuch. Nauczy radzić sobie samemu, jak prawdziwy wojownik, taki jak Wiatr. Powtarzał sobie w głowie każde słowo medyczki, chcąc zapamiętać jak najwięcej. Przerwał dopiero po dłuższej chwili, kiedy Plusk zawołała go do siebie.

wyleczeni: Winogrono, Szpak

[przyznano 10%]

13 października 2022

Od Lukrecji CD. Nikogo

 — Bardzo — odparł, szczerząc się głupio. Przysunął się do niego i objął go swoim ogonem. Położył na jego barku swoją głowę. Nie wiedział, czy to tak właśnie wyglądała prawdziwa randka, ale miał nadzieję, że mu się spodoba.
Nikt położył głowie na jego głowie, mrucząc. Podobało mu się to. Bardzo. To było świetne. Czarny arlekin polizał go powoli za uchem. Kremowy uniósł głowę i pocałował go w policzek, za chwilę jednak znowu położył łeb na barku kocura, czerwieniąc się. Żółtooki natomiast znów dał mu całusa, a potem kolejnego. Czuł się dobrze. Nawet bardzo dobrze. Kochał jego bliskość. Mając świadomość, że oboje tego chcą, czuł się jeszcze lepiej. Nie było to zmuszanie, tak jak kiedyś. Teraz naprawdę się kochali. To było świetne. Otarł się głową o jego szyję. 
— Kocham cię — miauknął cicho, przymykając oczy.
— J-ja też... — dał mu całusa w pyszczek, cały zarumieniony.
Uśmiechnął się, kładąc po sobie uszy zawstydzony. To było wspaniałe. Chyba się zgodził. Byli razem? Miał taką nadzieję. Głupio mu było o to pytać, w końcu to niby prosta sprawa. Nie miał żadnego doświadczenia w miłosnych sprawach. Jako kociak jedynie zmuszał innych do cmokania go, ale to nie było to samo.
— J-jesteś super — miauknął, nie wiedząc co powiedzieć.
Dawny uczeń Krwawnika uśmiechnął się.
— Ty też jesteś. Możemy tu poleżeć i poprzytulać się trochę — zaproponował.
— D-dobrze — Lukrecja skinął głową i położył się na miękkiej trawie. Prześledził wzrokiem każdy szczegół na twarzy kocura. Nikt był śliczny. Nie dało się temu zaprzeczyć
Nikt przytulił się do niego i oplótł go swoim ogonem. Kremowy zamruczał wesoło i
już chciał cmokać go w policzek, kiedy w jego uszach rozbiegł się drażniący głos tej liliowej zrzędy. Odsunął się przestraszony. Głupia, będzie mu teraz przeszkadzać. Niech sobie idzie w krzaki z tą białą wronią strawą, na którą tak zawsze zerka.
 — A co to za randki tutaj? — zawarczała groźnie Fretka. — Do roboty się bierz, a nie się klej do innych kotów. Wszędzie cie szukałam, a ty się całujesz i chadzasz po krzakach, idioto — wysyczała. 
— D-daj spokój — mruknął, podnosząc się z ziemi. — Nie mam żadnej prywatności. Wszędzie wtykasz ten swój zasmarkany nochal.
— Morda — warknęła przez zęby, a jej sierść się zjeżyła. — Nie podskakuj, bo pazurami w tą jape dostaniesz. No już, marsz, idziemy trenować walkę, która tak słabo ci idzie.
Nie szła mu przecież słabo. Co ona wygadywała? Walczył bardzo dobrze. Już dawno powinien był zostać wojownikiem.
— T-to ja... ja już pójdę — miauknął niespokojnie czarny.
— A ty — liliowa zwróciła się do niego — nie klej się do uczniów. Przez takich jak ty ten gówniarz nie może zakończyć treningu, bo zajmuje się jakimś głupim romansem. Zrozumiano?
— T-t-tak. P-przepraszam. N-n-nie chciałem... M-miłego treningu — życzył Lukrecji, szybko schodząc jej z oczu.
Zastępczyni kiwnęła łbem. 
Co za idiotka? Wiedział, że ten cały Komar ma nie pokolei w głowie. Sam jest skończonym głupkiem i jeszcze wybrał na zastępcę kogoś takiego. Odwrócił głowę w stronę odchodzącego Nikogo i uśmiechnął się lekko w jego stronę. 

***

Wracał z treningu z Fretką, która ku jego zdziwieniu zgodziła się, by miał chwilę wolnego. Rozkoszował się ciszą i spokojem od wysłuchiwania paskudnych rozkazów kotki. Uśmiechnął się, ale za chwilę uśmiech z jego pysk zniknął. Ujrzał płaczacego przy krzakach Nikogo. Co się stało? Wyglądał na przerażonego. — Co się dzieje? — zawołał, ruszając w jego kierunku.
— J-ja... ja zrobiłem coś złego! — załkał głośno.
— Co? — zaczął panikować. Usiadł przy nim, próbując dowiedzieć się, o co chodzi, ale kocur tylko szlochał coś niezrozumiale.
— M-M-Miodunka mnie... naćpała i... i ja... i my... ona... ona może być w ciąży! — zapiszczał wylewając mase łez. 
Nie dowierzał. Nie docierało to do niego. Nie był w stanie przyjąć tego do wiadomości. Miodunka go naćpała i poszli razem w krzaki? Zamrugał parę razy, czując narastający gniew. Zdradził go? — Jak to w ciąży? — zapiszczał zszokowany.
— N-n-nie wiem! O-ona tak mówi! A ja... ja się boję! Zerwałem z nią, ale... ona... ona mnie zmusza bym z nią był! Nie zostawi mnie nigdy w spokoju! Ja nie chcę być ojcem! Jestem za młody na to! — łkał wciąż.
— Nienawidzę tej suki — wysyczał, a jego sierść się zjeżyła. 
Nie wierzył w to. Nie sądził, że jego siostra jest aż taka głupia. Zapewne miała to po tym mysim bobku Bzie. Miała obsesję na punkcie Nikogo, tak jak Bez miał na punkcie Plusk. Była potworem.
Pociągnął nosem, kładąc po sobie uszy.
— Przepraszam. Ja... Starałem się jej postawić, ale ona... Ona jest sprytniejsza ode mnie. Mógłbym jej wlać, bo prawie się pobiliśmy, ale... Ale nie chcę jej skrzywdzić, bo mi Komar odgryzie łapę — otarł zasmarkany nos. — W końcu nie jestem prawdziwym Owocniakiem...
— Jesteś i żaden zasrany Komar temu nie zaprzeczy. Ta cała Miodunka jest jakaś pierdolnięta — zawarczał, ryjąc pazurami w ziemi. Nie mógł opanować gniewu. Nie był w stanie patrzeć na tą liliową idiotkę. Od tej mordy zbierało mu się na wymioty. Te jej Niktusiu i tulenie go na siłę. Z nią było coś ostro nie tak.
— Tak... Jest... — wbił wzrok w swoje łapy. — B-boje się jej. Grozi, że jak zrobię znów coś wbrew jej woli, to... to mnie będzie trzymać za ogon całe dnie. Mówi, że chcę dla mnie dobrze i że mnie kocha — pokręcił głową. — Ona... ona jest zdolna do wszystkiego — spiął się. — Skoro mnie naćpała... B-boje się przyszłości...
— Ona nie chce dla ciebie dobrze. Ona jest chora psychicznie, to nie jest normalne — syczał coraz bardziej wściekły. Zacisnął zęby, marszcząc się. Takie coś nie zasługiwało by żyć w Owocowym Lesie czy gdziekolwiek, gdzie było bezpieczne. Cały Bez. Była dokładnie taka sama. — Mówiłem Ci przecież, że jak ci coś robi, masz mnie wołać. Dostałaby ode mnie solidnie w mordę, tak, że by się uspokoiła z tą jej obsesją. 
Gdy tylko o niej myślał, wykręcało go. Udawała taką słodką i kochaną, a w rzeczywistości była paskudną wronią strawą. Miał ochotę rozerwać ją na strzępy. Ten jej pysk, ten piskliwy głosik, nie cierpiał tego!
Łzy znów zaczęły moczyć jego policzki. 
— N-no tak, a-ale nie mogłem... B-bo mnie trzymała, tuliła i j-jak chciałem o-odejść, to mnie przyciskała do z-ziemi. D-dopiero t-teraz u-udało mi się uciec na chwilę, b-bo o-obiecałem, że będę grzeczny...
— Trzeba było... — tracił kontrolę nad swoimi emocjami. — Po prostu... Walnąć w ten jej łeb i wysyczeć wszystko, co o niej sądzisz, czy to takie kurwa trudne?! — wybuchł, zalewając się łzami.
Czarny skulił się.
— P-powiedziałem co o tym sądzę! P-powiedziałem, że jej nie kocham, że nie chcę z nią być, że czuję się przy niej źle, a... a ona stwierdziła, że pomoże mi znaleźć miłość do niej na nowo i że... że nigdy mnie nie zostawi — również zalał się łzami.
— Trzeba było się na nią wydrzeć! Mogłeś użyć pazurów. Mogłeś ją skrzywdzić. Tak jak ona ciebie. A może tak naprawdę nie powiedziałeś jej tego? Może tak naprawdę ją kochasz, co? No nie becz, gadaj! Powiedz prawdę. Myślałem, że jesteśmy tylko my, bez tego czegoś! — syczał, nieświadomie raniąc kocura.
Zaczął bardziej ryczeć, kuląc się przed kocurem. — N-nie kocham jej! Naprawdę! I... i powiedziałem! N-nie kłamię! Czemu miałbym to robić? Gdybym ją kochał, to przecież byłbym szczęśliwy, a nie jestem! Nie... Nie mogę jej skrzywdzić, dobrze o tym wiesz! Gdybym to zrobił... — pokręcił łbem. — Nie ukryłaby ran, a ja zostałbym uznany za zdrajcę, bo atakuje swojego!
— Muszę z nią porozmawiać. Muszę — fuknął, sapiąc. — A ty, spróbuj się jej postawiać. Warcz na nią, sycz. Nie ważne, co na to odpowie. Nie chcesz jej, to tak zrób. Odwali się w końcu. Powiedz jej w twarz, bez jąkania się, ostrym tonem, że jej nie chcesz i z wami koniec. Nie reaguj na jej płacz i piski. Zignoruj wszystko, co po tym powie. Nie chodź z nią w żadne chaszcze. Rozumiesz?
— A-a jak się wkurzy i mnie uziemi na zawsze? N-nie będą mógł już chodzić nigdzie sam...
— podzielił się z nim swoimi obawami.
— Wtedy ja zareaguje. Zrobię z tym w końcu porządek — obiecał Lukrecja. — Co ona sobie myśli, robiąc coś takiego. Idiotka. Psychopatka — westchnął, przysuwając się do niego bliżej. — Kocham cię — miauknął. — Naprawdę cię kocham. Nie chce, żebyś cierpiał.
— J-ja też cię kocham — czarny przytulił się do niego, mocząc łzami jego futerko. — P-postaram się. D-dla ciebie. B-będę się stawiał.
— Liczę na ciebie — zamruczał, ocierając się o niego. — Nie zawiedź mnie.

< Nikt? >

[przyznano 5%]

Od Lukrecji CD. Miodunki

Bardzo dawno temu, jeszcze jak byli młodymi uczniami

— Nie widziałeś? Kuliła się przednim, to nie jest normalne! — odparła, nieco za głośno, ale na szczęście medyczka jej nie usłyszała.
— Plusk boi się wszystkiego — miauknął, wywracając oczami. — Dosłownie. Gdybyś ty na nią tak syknęła, też by się skuliła. Normalna reakcja przy takich strachliwych kotach pokroju Plusk.

***

Obecnie

Spora, szara mysz wskoczyła na wyschnięty, żółtawy liść. Oczy Lukrecji śledziły każdy jej ruch. Pazury kocura już chciały wbić się w jej grzbiet. Zielonooki machnął ogonem, robiąc krok do przodu. Cicho wysunął szpony, podnosząc łapę. Zwierzę zeskoczyło z liścia, kierując się w stronę suchej trawy. W tym samym momencie ostre pazury kocura uderzyły w jej szarawą sierść, a za chwilę jego kły jednym mocniejszym szarpnięciem zakończyły jej żywot. Arlekin podniósł swoją zdobycz z ziemi i pokierował się w stronę miejsca, które niedługo miało stać się obozowiskiem. 
Liście drzew były teraz w rozmaitych kolorach. Od mocno rzucających się w oczy odcieniach czerwieni, po rude, żółte, zielonkawe a nawet brązowe. Lekki, ciepły wiatr umilał atmosferę. Kremowy bardzo lubił tę porę roku. Nie dość, że widoki były piękne, to jeszcze nie było ani zbyt chłodno, ani szczególnie ciepło. Było w sam raz. Nic dodać, nic ująć. 
Ich obóz wyglądał już trochę bardziej, jak obóz. Inne koty wciąż znosiły tutaj gałęzie i mech do budowy legowisk. Taki też plan miał zielonooki, kiedy tylko trochę odpocznie. Podszedł do niewielkiego stosiku, na jakim inne koty kładły swoje zdobycze. Szara mysz upolowana przez niego przed chwilą sturlała się na dół stosu. Kremowy rozciągnął się i usiadł niedaleko sterty. Wszystko było świetne, dopóki kątem oka nie spostrzegł Miodunki. Tej idiotki. Odwrócił się w jej stronę. Gapiła się na niego, tak, jakby chciała go rozszarpać.
— Odsuń się, bo jeszcze wybuchniesz — zawarczał, trzepiąc ogonem.

< Miodunko? >

[przyznano 5%]

10 października 2022

Od Lukrecji do Gwiazdnicy

Złapał w zęby sporą, suchą gałąź. Ruszył do przodu, w stronę jak na razie niewielkiej sterty patyków. Położył znalezisko na szycie, w tym samym czasie, co jedna z wojowniczek, Krecik.
W końcu doszli na nowe tereny. Budowali obóz, w tym właśnie celu zbierali wszelkie liście i gałęzie. Bardzo się cieszył. Nareszcie ta wędrówka, która wydawała się być bezkresna, zakończyła się. Łapy bolały go od ciągłego łażenia. Niedość, że musiał skakać po drzewach i rzucać się na swoją mentorkę w ramach treningu, to jeszcze musiał wędrować codziennie niezliczone, wielkie odległości. Nie mógł doczekać się pierwszej nocy tutaj. Spokojnego leżenia i niezadręczania się całym tym wędrowaniem.
Arlekin niósł w stronę stosu kolejne patyki. Ku jego zdziwieniu, sterta w tak szybkim tempie stawała się coraz większa. Przypuszczał, że każdy będzie zmęczony i jedyne co zrobią inni, to przyniesienie może po dwie gałęzie i na tym koniec, ale mocno się pomylił. Każdy zdawał z siebie wszystko. Może z wyjątkiem pasożyta Bza, który chyba nie zbyt wiedział, co się dzieje. Typowe.
Wywrócił oczami, zbliżając się do sterty. Kątem oka spostrzegł Miodunkę, jak zwykle klejącą się do Nikogo. Nie cierpiał jej. Nie mógł nawet opisać, jak bardzo irytowała go ta szylkretowa wronia strawa. Nikt był jego partnerem. Nie obrzydliwej, liliowej psychopatki. 
Zacisnął zęby, by za chwilę pod wpływem lekkiego uderzenia niemal stracić równowagę. Pod wpływem zdenerwowania zjeżyła mu się sierść. Zdezorientowany obejrzał się za siebie i ujrzał czekoladowego kocura również zajmującego się patykami.
Wanilia. 
Nawet nie spodziewał się, że tak teraz wyglądał. Rzadko kiedy się na niego napotykał, a jeszcze rzadziej w ogóle zwracał na niego uwagę. Był teraz całkiem wysoki i szczupły... Ładny. Wręcz śliczny. Pokiwał głową, nie dopuszczając do siebie tej myśli. Cholera, przecież był z Nikim. Tak się nie robi!
— P-przepraszam, nie chciałem na ciebie wpaść — miauknął dziko pręgowany. — Zamyśliłem się trochę, głupio wyszło...
— Nie szkodzi — odpowiedział mu, lekko się uśmiechając.
Pomarańczowooki również się uśmiechnął. Razem ruszyli do stosu z gałęziami, kątem oka na siebie zerkając. W tym samym momencie ułożyli swoje patyki na stercie. Nim Lukrecja zdążył odwrócić się w stronę ucznia Maczek, ten zniknął. Przestraszył się go? Nie lubił go? Powiedział coś nie tak?
Kremowy westchnął i machnął ogonem. Zwiesił po sobie ucho. 
— Cześć! 
— Cześć! — ponowił wysoki głosik.
Arlekin nawet nie zorientował się, że to było do niego, zanim małe liliowe kocię nie poturlało się pod jego łapy. Co te kociaki tak do niego ciągnęło? Przecież nie wyglądał przyjacielsko...

< Gwiazdnico? >

przynoszenie gałęzi 

[przyznano 10%]

Od Lukrecji CD. Nikogo

 — N-nie wiem — wyszeptał kremowy, bojąc się jego reakcji. 
— R-randkę? — zaproponował czarny arlekin.
Pokiwał głową, ucieszony pomyslem żółtookiego. Był bardzo zdziwiony. Sądził, że kocur zaproponuje powrót do innych kotów. Nie mógł uwierzyć, że sam zaproponował randkę. Jednak go lubił? Na to wyglądało.
— M-mam do ciebie mówić Nikt, czy jakoś inaczej? — zapytał Lukrecja, chcąc wypaść przed nim jak najlepiej.
— N-no nie wiem... Nie mam nadal imienia. Nie zasłużyłem najwidoczniej — zwiesił łeb. — A-ale chciałbym mieć jakieś tylko... Musi nadać mi je lider. Jednak... skoro... chcesz, t-to... Możesz dać mi pseudonim. A-ale tylko dla nas. Nikt inny nie może o nim wiedzieć.
— Kocimiętek? — zażartował, chcąc rozluźnić atmosferę. — C-co lubisz najbardziej?
— Och... Najbardziej... Wiesz... To trudne pytanie. W zasadzie to... Lubie jak mnie ktoś docenia i... nikogo nie zawodze — wyznał mu. — A jak pytasz o ulubioną rzecz... Mam ślimaka Skorupka. Dostałem go od Agresta. Taki tam przyjaciel... Ale niezbyt rozmowny — również zażartował.
— Ch-chciałbym mówić do ciebie inaczej, niż Nikt, to takie... Niemiłe — mruknął uciekając wzrokiem. — P-p-przepraszam cię za to, że wtedy cię biłem... Byłem głupim dzieciakiem i nie wiedziałem, co robię...
— Nikt to nawet nie jest imię... To... Brak go — wyjaśnił, słysząc jego przeprosiny, lekko się uśmiechnął. — Dobrze to słyszeć — przysunął się bliżej do niego. — M-możemy zacząć wszystko od nowa, co ty na to? A nazywać... możesz mnie jak ci się podoba. Nawet kocimiętek może być, jeżeli czujesz się z tym lepiej. Mi... mi już przestało zależeć. Sądziłem, że dostane imię od liderki jak zostane wojownikiem, ale... Myliłem się. A teraz Komar rządzi, a on... mnie nie cierpi... — westchnął.
— Nie lubię Komara — przyznał wprost, mając nadzieję, że nie będzie o to wypytywać. — Zacznijmy. Tak będzie najlepiej — uśmiechnął się lekko.
Nikt skinął łbem, łapiąc swoim ogonem ogon kremowego.
— T-to gdzie chciałbyś pójść na naszą randkę? — zapytał nieśmiało.
— Ty możesz wybrać — miauknął, nie mając pomysłu.
— M-m-możemy pospacerować — zaproponował. — Niedaleko widziałem polane z kwiatami... Jest tam bardzo ładnie.
— O, to dobry pomysł — zgodził się, podnosząc się z ziemi.

< Nikt? >

[przyznano 5%]

Od Lukrecji CD. Kuklika

Opko dzieje się jeszcze przed przeprowadzką

Szylkret skulił się lekko.
— N-no... D-dobrze, ch-chodźmy...
— Chodź chodź — zachęcał go, kierując się w stronę wyjścia z obozu.
Za chwilę ten pasożyt dowie się, co to znaczy być wojownikiem.

***

Wyszli z obozu. Chłodny, lecz całkiem lekki wiatr przeczesał ich futra. Niebo nie wyglądało dobrze. Było bardzo ciemne. Lukrecja przypuszczał, że za chwilę lunie.
— T-to c-co m-mam ci niby p-pokazać? — zapiszczał czekoladowy.
— Jak walczysz — miauknął. — Śmiało, rzuć się na mnie!
Mówił poważnie. Nie żartował. Takie coś z pewnością nie było silne, więc atak takiego robala nie zrobiłby mu krzywdy. A nawet jeśliby zrobił, cieszyłby się, że takie coś nauczy się walczyć.
— C-co?! — spanikował kocur. — N-nie m-mogę cię z-zaatakować!
— Czemu? — zapytał, przekręcając łeb.
— B-bo... T-tak. P-po p-prostu n-nie m-mogę...
— Nie piszcz, pieszczochu — warknął przez zęby kremowy.
— Nie p-piszczę! — tym razem jednak rzeczywiście pisnął. — I-i n-nie j-jestem p-pieszczochem!
— Ale byłeś — syknął, uderzając łapą w podłoże.
— N-nie! N-nie b-byłem n-nigdy p-pieszczochem, n-niby k-kiedy?
— Ja o tym wiem, wiem, że nim byłeś. Mówiłem Ci przecież — miauknął. — No dalej, zaatakuj, bo ciągle będę ci to wypominać. Chyba tego nie cjceszz, prawda?
Szylkret niepewnie skoczył na kocura, próbując go przygwoździć do podłoża. Szkoda tylko, że mu to nie wychodziło. Albo rzeczywiście nie chciał go skrzywdzić, albo był aż tak słaby. Nie zdziwiłby się, gdyby poprawną odpowiedzią okazałaby się być ta druga.
Wysunął lekko pazury i przywalił mu nimi w policzek. Czekoladowy pisnął przeraźliwie z bólu. 
— C-co t-ty r-robisz?! — wydukał cicho, wydając  się być oszołomiony.
— Walczę, uczę cię, jak to być wojownikiem — syknął zadziornie, szykując się do zadania kolejnego ciosu.
— A-ale w-wysuwasz p-pazury! — załkał cicho, odsuwając się do tyłu. — M-mogłeś m-mnie b-bardzo z-zranić!
— No i co?
Zdziwiony kocur aż wybałuszył oczy.
— A-ale t-tak s-się n-nie r-robi! M-miałbym b-bliznę i... I w ogóle...
— I? Przynajmniej wyglądałbyś jak prawdziwy wojownik, a nie jak pieszczoszek z miasta.
— T-to b-by b-bardzo b-bolało! Cz-czego t-ty n-nie r-rozumiesz?! — Kuklik z powrotem stanął w pozycji bojowej.
Arlekin uśmiechnął się lekko, widząc efekty swojego nauczania.
— Och, jak dobrze, że chociaż chcesz się bronić — zamruczał. — Walcz dalej. W prawdziwej walce nikt by cię nie słuchał!
— N-nie b-będę cię atakować! To chore!
— Ale ja tego chce — miauknął głośno kremowy. — Jak nie, to wracamy do obozu i przyjdę po ciebie później. Musisz się przygotować, nie będę się nad tobą litować. Nawet na to nie licz — poinformował go.

< Kukliku? >

[przyznano 5%]

09 października 2022

Od Lukrecji

Mocne pacnięcie pazurami wybudziło go ze snu. Kocur podniósł głowę i rozejrzał się zaspany. Stała przed nim niziutka, masywna liliowa kotka z widocznym gniewem na pysku. Fretka.
— To ostatni raz jak cię budzę — warknęła. — Kociakiem to ty już nie jesteś. Nie jestem twoją niańką i nie będę nad tobą stać i prosić żeby jaśnie pan się obudził. Chcesz zostać wojownikiem, to dbaj o siebie i swój trening — rzuciła, odchodząc.
Sapnął zdenerwowany. Przecież większość kotów jeszcze spała. Głupia. Dlaczego to akurat ona musiałabyć jego mentorką? Już wolałby jakiegoś pasożyta pokroju Kuklika, przynajmniej nie znęcał by się tak nad nim.
Rozciągnął się i poderwał z ziemi, ruszając za kotką. Przeskoczył niskie krzaki, a jego łapy zmoczyła poranna rosa. Futro natomiast przeczochrał ciepły i całkiem przyjemny wiatr.
Jego oczom ukazała się zamglona polana z licznymi, rozłożystymi drzewami. No wspaniale. Zapewne będzie musiał się wspinać. Nie cierpiał tego robić. Bał się wysokości. Przypominało mu się, jak stracił ucho. Nie chciał tego pamiętać. Ale nie mógł o tym zapomnieć. Nie potrafił.
Pręgowana tygrysio kotka wskoczyła na drzewo, z łatwością pnąc się wyżej, wbijając pazury w korę i wykonując skoki na przód. Aż dreszcz przeszedł mu po grzbiecie. On też miał tak robić? W życiu. To wyglądało strasznie.
Kiedy tylko dotarł do drzewa, które wcześniej widział z oddali, poczuł się jeszcze gorzej. To wyglądało straszniej, niż z daleka. O wiele straszniej.
— Pokaż co potrafisz, pokrako — krzyknęła kotka, stając na kolejnej gałęzi.
Zacisnął zęby, powstrzymując się od syknięcia na nią. Czemu była aż tak wredna i złośliwa? Nienawidził tego. Jako kociak sądził, że to całkiem dobra i odważna wojowniczka, a teraz z chęcią rzuciłby się jej do gardła.
— Oj, cykasz się? — zakpiła. — Czego można spodziewać się po tak starym uczniu... Nawet twoja marna siostra cię przegoniła. Tak samo ten czarny arlekin, co nawet nie zasłużył na imię. Nie martwi cię to?
Z każdym jej słowem, był coraz bardziej wściekły. Gniew palił go w łapy. Chciał wskoczyć na to drzewo i zrzucić ją z wysokości. Pragnął tego. Coraz bardziej i bardziej.
Wysunął pazury i skoczył na drzewo. Rył pazurami w korze, ścierając je sobie. Teraz kierowała nim wciekłość. Lęk przed wysokością był na drugim miejscu. Obie te emocje toczyły ze sobą zaciętą walkę.
Kremowy wskoczył na gałąź, na której stała Fretka. Z trudem powstrzymywał się od spojrzenia w dół. Chwiał się, przerażony wizją spadnięcia. Jeszcze nigdy nie był na aż tak wysokim drzewie.
— Nie chwiej się tak, bo zlecisz — rzuciła liliowa. — Trzymaj się! — zawołała, gwałtownie uderzając łapami w gałąź.
Przytulił się do gałęzi, krzycząc w myślach. Cholernie się bał. Z nią było coś mocno nie tak. Przecież spadając z takiej wysokości oboje by się pozabijali! 
Kiedy tylko kotka przestała bujać gałęzią, otworzył oczy. Zadyszał ciężko, będąc przerażony wszystkim, co teraz się działo. Co jeszcze wymyśli ta idiotka?
— To było cholernie niebezpieczne, zabilibyśmy się spadając z takiej wysokości! — zawył, a w jego oczach zebrały się łzy.
— Nie marudź — mruknęła. — To był test wytrzymałości. Postawiłeś się swojemu lękowi. Brawo — miauknęła cicho, schodząc z gałęzi.
Nigdy nie spodziewał się, że ta go pochwali. Wydawała się zimną istotą, która nigdy nie jest miła. To było ironiczne, czy powiedziała to szczerze?

[przyznano 5%]

Od Lukrecji do Agresta

 Postój, wędrówka. Postój, wędrówka. Ciągle to samo. W kółko. Miał już tego dość. Dokąd oni w ogóle szli? Bo jakieś pchlarze z klanów im tak powiedzieli? Decyzję tego całego Komara były idiotyczne. Mysi bobek. Jakim cudem był on u władzy? Usiadł i oplótł ogon wokół łap. Dostrzegł, że jakiś czekoladowy kocur się na niego patrzy. To ten nowy zastępca Agrest? Wyglądał bardzo marnie. 
— Jakiś problem? — zapytał, zdenerwowany, że ten ciągle się na niego gapił.
Drgnął, gdy kremowy na niego warknął. 
— Uch, nie — rzucił, sprawiając wrażenie zirytowanego — Zamyśliłem się po prostu.
— Myślisz o mnie, bo ciągle się tak na mnie gapisz? — warknął Lukrecja. — Patrz się na coś innego, bo mnie to drażni.
Kocur trzepnął końcówką ogona. 
— To posuń się, a nie stoisz centralnie naprzeciwko.
Wywrócił oczami i odsunął się do lekko tyłu. Jeszcze będzie mu rozkazywać, idiota.
— Zadowolony, królewiczu Agreście? — syknął.
— W miarę — odpowiedział czekoladowy.
— Ależ ty masz kaprysy, wielki panie zastępco... — westchnął, kiwając głową na boki.
— To ty miałeś do mnie problem, nie ja do ciebie — zawarczał bicolor.
Machnął ogonem i wyprostował się. Zaraz ta wronia strawa pożałuje skakania do niego.
— Jak powodzi ci się jako zastępca? Tak nerwowy kot chyba nie powinien być pomocnikiem lidera, racja? To samo tyczy się Fretki — sapnął, szczerząc się złośliwie.
Kocur zwiesił uszy. 
— Nie powinien, ale na razie jestem potrzebny. A Fretka… — mruknął niepewnie. — Ma przynajmniej sporo doświadczenia.
— W czym? — zakpił. — Ty chyba nawet nie wiesz, o czym mówisz. Komar ma dziwne upodobania. Takie nerwowe coś, co nawet nie umie porozmawiać z drugim kotem i wredota, której nic się nie podoba...
— To dziwne, że jej nie lubisz, skoro w tych kwestiach jesteś prawie taki sam, tylko, że gorszy — wymamrotał, krzywiąc się.
— Gorszy od niej? To dopiero zabawne! — zaśmiał się głośno i sztucznie. — Nie porównuj mnie do niej — zawarczał przez zęby.
Agrest przewrócił oczami zirytowany. 
— Kogo chciałbyś na zastępce więc?
— Napewno nie ciebie, ani jej — odpowiedział mu. — Kogoś silnego i mądrego. Jak uważasz się za takiego inteligentnego, pomyśl, kto tutaj taki jest — rzucił, czekając na jego odpowiedź.

< Agreście? >

[przyznano 5%]

03 października 2022

Od Lukrecji CD. Nikogo

 Czarny arlekin podniósł głowę, wbijając zaskoczony wzrok w syna Plusk.
— L-l-lukrecja? — pisnął.
Zamrugał oczami sennie, słysząc czyjś pisk. Białe futro w czarne łatki i żółte oczy. Zdjął z niego swoje łapy i odsunął się gwałtownie. Jak to się stało? Co oni do cholery robili?
— Nikt? — zaskomlał, odsuwając się w panice jeszcze bardziej.
— L-L-Lukrecja? — pisnął znów.
— D-dlaczego my jesteśmy w krzaku... Sami... —również zapiszczał, wyskakując z rośliny.
— N-n-nie wiem. N-nie pamiętam. M-miałem dziwny sen... i... i chyba dalej śnie... — mruknął, po czym wyskoczył z krzaków.
Kremowy otrzepał się z liści, które przyczepiły się do jego futra. To był sen, czy jakiś nieśmieszny żart? Nie dowierzał. Jakim cudem znaleźli się we dwoje, sami, w jakiś chaszczach? To było straszne. Poszedł w krzaki z Nikim?
Pokręcił głową niedowierzając.  
— Gdzie są inne koty? — miauknął, trzepiąc ogonem zdenerwowany.
— N-n-nie wiem — Nikt rozejrzał się przestraszony. — P-poszukajmy ich.
Skinął głową przerażony. Wstyd wypalał mu możliwość mówienia. To jakiś głupi przypadek, czy oni naprawdę mieli randkę w krzakach? Co w niego wstąpiło? Nie mógł przyjąć tego do wiadomości. Uderzył się w głowę i stracił panowanie nad sobą, czy jak?
Zaczęli kierować się w stronę obozu. Czasem ich spojrzenia się spotykały, a oni łapali niezręczny kontakt wzrokowy. Czuł się głupio. Bardzo głupio. Było mu wstyd za siebie. Z jednej strony chciałby z nim o tym porozmawiać, a z drugiej trafił język, kiedy tylko na niego spojrzał. Był idiotą.
Kiedy tylko minęli gęste krzaki i kilka drzew, jego oczom ukazały się znajome, śpiące koty. Odetchnął z ulgą, ciesząc się, że nie wyruszyli w dalszą drogę. Zerknął na Nikogo, widząc, że ten chce się odezwać.
— S-są... — wskazał ich ogonem, po czym nieśmiało na niego spojrzał. — P-p-pamiętasz coś?
— T-trochę tak — wyjąkał zawstydzony.
Nie umiał rozmawiać o czymś takim. Nie był w stanie. Brzuch mu wykręcało na myśl, że ma z nim mówić o tym, co stało się w nocy w krzakach. Całowali się? Przytulali? Czy może nawet gorzej?
— J-ja też — żołtooki wbił wzrok w swoje łapy.
Przełknął ślinę i trzepnął ogonem.
— Cz-czy my zrobiliśmy, n-no wiesz co — palił się ze wstydu.
— U-um... N-nie wiem... M-może? T-tego n-nie pamiętam, a-ale p-pamiętam buziaczki... — pisnął cieniutko.
Sapnął, nie wiedząc co ma powiedzieć. Zwiesił po sobie uszy, skupiając się na ruchach bujanej przez wiatr trawie. Palił się ze wstydu.
— Całowaliśmy się tak jak wtedy na drzewie? — zaskomlał w końcu zielonooki zwijając się ze wstydu. Co on do cholery zrobił...
— Ch-chyba na-nawet bardziej n-niż na drzewie — szepnął, paląc się bardziej do czerwoności.
Usiadł i zakrył łapą oczy. Ten wstyd był nie do opisania. Nie mógł już wytrzymać.
— Chce-esz o tym zapomnieć? — odezwał się dawny uczeń Krwawnika.
— J-ja nie wiem — odpowiedział cicho, gapiąc się głupio na ziemię. — J-ja już nic nie wiem...
— W-wiesz... T-to... T-to nie było nic złego... Znaczy... J-już się kiedyś całowaliśmy i ci się to podobało... — kocur chyba chciał go pocieszyć. 
— W-wiem, ale to w krzakach to było coś innego — zawył, czując się coraz gorzej.
— Och... M-możliwe... — zaczerwienił się mocniej. — T-ta kocimiętka... To jej wina... N-nie wiedziałem, że mi tak odbije...
— Ja n-nie wiedziałem, że to tak mocno działa — przyznał zgodnie z prawdą.
Był głupszy nawet od swojej siostry. Co on narobił.
— P-prawda...T-to... L-lepiej wracajmy do swoich o-obowiązków — zaproponował, by dalej nie ciągnąć tej niezręcznej rozmowy.
Kiwnął głową, odchodząc od kocura. Położył się niedaleko jakiejś wojowniczki, nawet nie wiedząc kto to. Czuł się, jakby przebiegł maraton. Padł na ziemię zmęczony jak ścigane wcześniej przez drapieżnika zwierzę i westchnął, układając się w kłębek. Przymknął oczy. Nawet nie wiedział, że aż tak go to zestresuje.

***

Ta Fretka była najgorszą mentorką, jaką mógłby sobie wyobrazić. Nie dość, że była cholernie wredna i syczała na każdy jego ruch, to jeszcze była tak leniwa, że nawet nie chciało jej się iść z nim na trening. To nie koniec, ba, był postój, więc powinien był odpoczywać, a nie biegać po jakimś nieznanym terenie. Liliowa kazała mu iść coś upolować i wrócić do niej najszybciej, jak potrafi. Co za idiotyczny pomysł. A to oczywiście dlatego, bo zapewne zachciało jej się randkować ze swoją ukochaną Świt, czy jak jej tam było. Paskuda.
Zawarczał z nosem w trawie, zawzięcie próbując coś wywęszyć. Niczego tu nie było. No szkoda, że nie kazała mu pływać w kałuży i łapać bakterie. Idiotka. 
— H-hej co tu robisz?
Na to pytanie podskoczył zaskoczony. Wyjął nochal z trawy i zaczął się rozglądać. Zza kilku sporych drzew zmierzał do niego Nikt.
Nikt.
Ten sam kocur, z którym niedawno całował się i tulił (a może nawet robił coś gorszego?) w krzakach. Nie był w stanie spojrzeć mu w oczy. Nie po tym, co zrobili. Odwrócił głowę i zaczął skakać wzrokiem a to po pierwszym lepszym drzewie, a to po krzakach.
— P-próbowałem polować, ale nie mogę nic tu znaleźć — miauknął, wpatrując się w korę drzewa jak głupek.
— Ja właśnie też polowałem. Co... Co tam u ciebie?
Krrmowy zdziwił się na pytanie kocura. 
— Ch-chyba dobrze — mruknął, nie wiedząc co ma powiedzieć.
— O... To dobrze. A chciałbyś, nie wiem... popolować może razem? — zaproponował żołtooki.
— M-możemy — odparł, wciąż jednak czując zawstydzenie wczorajszą sytuacją.
Skierowali kroki przed siebie, wspólnie węsząc. 
— Jak ci idzie w ogóle trening? — zapytał Nikt.
— Teraz mam inną mentorkę — sapnął wściekle, czując gniew, gdy tylko o niej pomyślał. — Nie cierpię jej. Zachowuje się, jakby była jakąś władczynią świata, mądrzy się na każdy temat, jest wredna i leniwa.
— Współczuje. Nie wyobrażam sobie mieć innego mentora... Musi ci być naprawdę ciężko.
— I jest, to prawda — odpowiedział i skinął głową. — Wiatr był o wiele lepszy, ale nie spodziewałem się, że jest zdrajcą... Dlatego płakałem — wyznał mu nie do końca zgodnie z prawdą.
— Och... To wszystko wyjaśnia. Musiał być dla ciebie bardzo bliski, a okazał się... kimś złym... — czarny podszedł bliżej kocura, kładąc mu pocieszająco łapę na ramieniu. —Wszystko się ułoży. Wiesz... Każdy musi przejść przez okropne chwilę w swoim życiu. Ja przeszedłem i żyję, to i ty sobie poradzisz — starał się go pocieszyć. Mimo, że wcześniej nawet się całowali, to wręcz palił się z zawstydzenia. Niby zwykły gest, ale czuł się tak dziwnie. Próbował się uśmiechnąć, ale znowu zrobił minę, jakby zjadł zepsutą piszczkę.
Kocur zdjął powoli łapę z jego ramienia. 
— Wybacz. Pewnie ci dziwnie. Nienawidziliśmy się, a wczoraj skończyliśmy w krzakach... Brzmi jak żart. Ale... Ale było fajnie, nie? W sensie... No wiesz... Mogliśmy płakać... A skończyło się... inaczej... Uh... Wybacz, nie wiem co mówię... — mruknął, kręcąc przecząco głową.
— B-było fajnie, n-na chwilę zapomnieliśmy o problemach — zapiszczał bardzo zawstydzony.
— Racja... To było... przyjemne... — zgodził się z nim. — Jak... Jak śpię z Miodunką, to nie czuję relaksu. Tylko napięcie i stres. A wczoraj się rozluźniłem i to czułem... Myślisz, że to wina kocimiętki, czy my... no wiesz... — zerknął na niego.
Nie bardzo rozumiał słowa kocura. A może jednak? To byłoby chyba zbyt szalone? A z resztą, kto wie? Ten świat był wystarczająco pokręcony.
— T-ty śpisz z Miodunką? — spytał lekko zdziwiony Lukrecja.
— Nie zauważyłeś? Jak byliśmy uczniami, to ona... ona spała na moim legowisku, a później połączyła swoje z moim i... jak nie chciałem z nią spać, to mnie chwyciła za kark i zmusiła do spania z nią — wyznał, kładąc po sobie uszy. — Teraz jak jestem wojownikiem to mogłem ukryć się przed nią w legowisku wojowników, ale teraz wędrujemy i znów się do mnie klei...
Co za idiotka. Miała na jego punkcie obsesję. 
— To chore — warknął zdenerwowany. — Ona powinna przyjmować jakieś zioła na uspokojenie.

< Nikt? >

[przyznano 5%]

27 września 2022

Od Lukrecji CD. Borsuka

 Pod jego łapami pojawił się nagle dosyć pulchnym, niewielki czarno-biały kociak. Jak dobrze kojarzył, był to brat tej wrednej burej kocicy, która chlapała na niego brudną wodą. Ciekawe, czy był taki sam jak ona.
— Cześć, jestem Borsuk! — odezwał się radośnie. — Wyglądasz na doświadczonego wojownika, dlatego spytam cię o to, czy da się spadać na drzewo. Moja siostra mi tak powiedziała, ale wydaje mi się, że na drzewo można jedynie wchodzić, a nie na nie spadać. Ale może takie dorosle koty jak ty skacząc po drzewach spadają na inne, jak to jest w końcu?
Zamrugał parę razy, próbując złapać sens wypowiedzi malca. Gdy w końcu zrozumiał, co miał na myśli, machnął ogonem i uśmiechnął się lekko.
— Nie, mi przynajmniej taka sytuacja się nie zdarzyła — odparł. — Twojej siostrze chodziło o to, że masz się od niej odczepić. Łapiesz?
— Aha — mruknął niebieskooki. — A jakie to ma powiązanie z drzewem? To bez sensu. Te powiedzonka są jakieś dziwne czasami...
— Tak już się mówi — wzruszył ramionami.
Czemu to kocię postanowiło wypytywać akurat jego? Nie wygladal przyjaźnie, a przynajmniej tak mi się wydawało. 
— No a jak już rozmawiamy, to wytłumacz mi, dlaczego niebo jest niebieskie — zarządził wesoło bicolor.
— Chyba żaden kot nie zna odpowiedzi na to pytanie — zaśmiał się cicho, chcąc zakończyć ten temat. — Tak już stworzyła natura.
— To ją będę pierwszym, który się dowie, jak to jest dokładnie! — zachichotał. — A dlaczego ja nazywam się Borsuk, a moja siostra Sadzawka?
— Jesteś podobny kolorem do Borsuka, zapewne dlatego, nie wiem, co mieli na myśli twoi rodzice — odpowiedział. — A Sadzawka to pewnie dlatego, że twoja siostra bardzo lubi taplać się w kałużach.
Topił się pod warstwą coraz to większej ilości pytań ze strony kociaka. Może to dlatego, że od momentu zostania uczniem praktycznie nie miał z nimi żadnego kontaktu?

< Borsuku? >

[przyznano 5%]

Od Lukrecji CD. Bzu

 Jakiś czas po zostaniu uczniem

Wybierał się właśnie na trening z Wiatrem. Czego on chciał od niego ten głuchy mysi bobek? Pogadać? Bardzo śmieszne. Stał na środku przejścia, mając minę jakby za chwilę miał zwymiotować.
— Co, aż taki jestem okropny z tym uchem? — zawarczał, sunąc do przodu. — No dalej, gadaj!
Arlekin dalej nie mógł poradzić sobie z faktem rozerwanego ucha. Czuł się z nim obrzydliwie.
Sierść niebieskiego się zjeżyła, a ten cofnął się do tyłu. Kremowy wywrócił oczami i wyminął kocura, idąc w kierunku wyjścia z obozu. 

***

Randka z Nikim była wspaniała. I to była prawdziwa randka, a nie tortury, jakie wcześniej mi urządzał. Nie był pewien, czy to właśnie była miłość, ale w każdym razie, to uczucie było cudowne. Gdy tylko o nim pomyślał, robiło mu się jakoś milej i weselej. Nie mógł pojąć, jak wcześniej mógł tak się nad nim znęcać. On okazał się być całkiem niezłym kotem. Lubił go. Nawet bardzo. Niezaprzeczalnie.
Czy dobrą niespodzianką byłoby wzięcie od Plusk kolejnych liści kocimiętki i pójście na spacer do lasu? Z pewnością, ale czy ruda dałaby mu je ponownie? Wątpił. 
Nadstawił uszu, słysząc, że nastał koniec postoju Zastanawiał się, gdzie tak właściwie zmierzali. Ciężko podniósł się z ziemi i ruszył do przodu, wodząc wzrokiem po suchawej trawie. Wciąż rozmyślał o Nikim i o całej sytuacji w Owocowym Lesie. Tęsknił za Wiatem. Bardzo mu go brakowało. Gdyby tu był, opowiedziałby mu o swojej randce i o tym, jak się czuję. Ale nie mógł. Nie było go tutaj. Wszystko przez tego cholernego Komara.
Lukrecja nawet nie zauważył, kiedy zrównał krok ze swoim największym koszmarem, Bzem. Gdy tylko się zorientował, odsunął się w bok, rzucając mu wypełnione gniewem spojrzenie. To właśnie ta wronia strawa skrzywdziła Wiatra i Plusk. Gdyby nie on, płaskopyska nie byłaby taka przerażona wszystkim i bezradna. Bez niego byłoby zdecydowanie lepiej. 
Zmarszczył się, wrogo wpatrując się w pysk niebieskiego. 

< Bzie? >

[przyznano 5%]

Od Lukrecji CD. Nikogo

 Durna przeprowadzka. Głupie życie. Niesprawiedliwe wszystko. Okropny Komar. Wronia strawa Fretka. Łzy pokapały mu po polikach. Cholernie tęsknił za Wiatrem. Nie miał już nikogo, bo ten idiota postanowił go wygnać. Nic już nie miało sensu. Westchnął, widząc idącego koło niego czarnego arlekina. Czego chciał?
— Um... Wszystko w porządku? — odezwał się żółtooki.
Zwiesił po sobie uszy w szoku. On się o niego martwił? Nikt, z którym wcześniej się nienawidził?
— Tak — mruknął kremowy, ale jego wyraz pyska mówił sam za siebie — nie było dobrze. Było okropnie.
— Na pewno? Wyglądasz... jakby coś cię martwiło — zauważył.
— No, trochę tak jest — przyznał. 
Kogo on oszukiwał? Przecież widać było, że płacze. Był słaby. Kocury nie powinny przecież płakać, prawda? Wiatr tak nie robił. On był silny.
— A co... co się stało? — pisnął wojownik. Lukrecja poczuł, że kocur nieco się spiął. Zapewne bał się, że zostanie okrzyczany. Nie zrobiłby tego. Czuł się zbyt żałośnie.
— Po prostu, ot tak, jest mi źle i przykro — kłamał żałośnie.
Powie mu, że tęskni za swoim ojcem który został wygnany, bo zamordował Brzoskwinię dla przejęcia władzy? No przecież nie. Kłamanie nie wychodziło mu aż tak dobrze, jak wcześniej.
— Ja też płacze, gdy jest mi źle i przykro... — rzucił pocieszająco. — To przynosi ulgę.
— Ja płaczę już długo i nie czuję ulgi — zaszlochał. 
Miał dosyć bycia w takim stanie. Czucia się jak niepotrzebny śmieć i płakania co chwile.
— Och... Um... Może... Potrzebujesz się komuś wygadać? Duszenie w sobie emocji nie jest dobre... — zasugerował dawny uczeń Krwawnika.
Czy mógł mu ufać? To nie było chyba dobrym pomysłem. Przecież się nie lubili. Znęcał się nad nim. Bił go. Gryzł. Szarpał... 
— A k-komu miałbym się wygadać? — pisnął.
— N-nie wiem... Możesz mi. Ja... nikomu nie powiem. I tak z nikim się tu nie zadaje jakoś blisko. No i... dziwnie widzieć cię smutnego. To do ciebie nie podobne. Nie wiedziałem, że umiesz płakać.
— Każdy czasem płacze, nawet ja — szlochał, nie wiedząc nawet co mówi. Gdyby nie byl w takim stanie, pewnie w życiu by tak nie powiedział. — Jest mi ciężko po ostatnich wydarzeniach...
— Chodzi o śmierć twojej babci? — zdziwił się. — Przykro mi. Nie wiedziałem, że byliście ze sobą aż tak blisko.
Przełknął ślinę. Nie, nie chodziło to. Zdecydowanie nie. On nie był z nią nawet spokrewniony. Ale przecież nie powie mu prawdy.
— Natłok stresu — mruknął jedynie.
— Wiem coś o tym. Po wojnie miałem też dużo stresu. Aż odechciało mi się żyć... Ale... Ale Miodunka mi pomogła — westchnął. — W zasadzie to nie mogę się od niej uwolnić. Jest... straszna...
Miodunka? Straszna? Wiedział, że jest bardzo upierdliwa i irytująca, ale nie sądził, że aż straszna. Też go zastraszała? Biła? Drapała?
— Robi ci krzywdę? — miauknął ożywiony słowami kocura.
— N-niezbyt... Ona się... do mnie klei... Za bardzo. T-to nie tak jak ty i ja wtedy na d-drzewie. N-nie puszcza mnie nigdzie samego, ciągle chce m-mnie całować i jak mówię, że nie chcę t-to ona mnie nie słucha — położył po sobie uszy.
— Czego można się po kimś takim spodziewać... — westchnął zawiedziony własną siostrą. — Jak to nie pozwala ci nigdzie chodzić samemu? Przecież chyba nawet nie jest twoją partnerką, tak?
Był świadomy, że Miodunka go lubiła, ale nie miał pojęcia, że było z nią coś aż tak mocno nie tak. Miała na jego punkcie obsesję. Idiotka.
— N-no... n-no jest właśnie. Jak miałem depresję, to... to powiedziała, że jesteśmy razem. Myślałem, że żartuje. T-taka zabawa jak było to między nami, ale... ale wzięła to b-bardzo na poważnie i... i nie chcę słuchać mojego zdania, że ja... ja nie chcę być z nią... — wyznał z wyczuwalnym trudem.
— Co z nią jest nie tak — syknął. — To obrzydliwe, że tak się do ciebie ślini. Nie możesz na nią tak ostro warknąć i powiedzieć, że nie chcesz i tyle? 
Teraz rozmawiało im się tak... Lepiej. Jakby byli kolegami. A przecież to Nikt urwał mu ucho. Nie powinien był być dla niego miły, ale robił to. Rozmawiało im się całkiem przyjemnie. To było dziwne.
— Nie potrafię... Ona... Pewnie by mnie zjadła żywcem. To skomplikowane. Teraz jest i tak zła, bo muszę spać w legowisku wojowników, gdzie ona nie może. A jak raz powiedziałem, że nie chcę się z nią całować, to stwierdziła, że jestem nieśmiały...
— Jest głupia — stwierdził, wycierając łapą mokre od łez poliki. — Czasem zachowuje się jak kociak, mający mózg wielkości orzeszka.
— Chyba każdy tak się kiedyś zachowywał — stwierdził, niepewnie na niego zerkając. — Nie jesteś już na mnie zły... o tamto?
— Masz na myśli ucho? — zapytał, patrząc mu w oczy.
— T-tak... — kocur odwrócił wzrok, spinając się. — Naprawdę nie chciałem...
Czy był zły? Nie potrafił stwierdzić. To było już jakiś czas temu. Zdążył się przyzwyczaić. Nie przeszkadzało mu ono już tak mocno, jak wcześniej. Rzeczywiście wyglądał teraz bardziej jak silny wojownik. Sapnął, kładąc po sobie uszy. — N-nie, już nie — szepnął ledwie słyszalnie.
— Wiesz... Nie jesteś taki zły, jak... jak przestajesz zgrywać twardziela. Miło wiedzieć, że masz uczucia.
Jakieś dziwne uczucie ścisnęło mu gardło. Co on robił? Oni się teraz lubili? Nie był w stanie stwierdzić, kim był teraz dla niego kocur. Spróbował się uśmiechnąć, ale niezbyt mu to wyszło. Miał minę bardziej jakby połknął cytrynę, niż się cieszył.
— Ale masz wyraz pyska... Nie uraziłem cię... prawda? — dodał zaraz. — T-to była pochwała... Jak... Jak coś... — wytłumaczył się.
Pokręcił głową. 
— Ch-chciałem się uśmiechnąć, tak głupio wyszło — miauknął lekko zawstydzony.
— Och... Czasem też nie potrafię się uśmiechać. Mam... mało szczęśliwych chwil, by móc to robić częściej. Słyszałem jednak, że... jest taka roślina co poprawia nastrój. Nie jadłem jej nigdy, ale pamiętam, że kiedyś ci ją przynosiłem od Plusk — przypomniał o tym sobie.
Przekręcił łbem, zastanawiając się, co ma na myśli kocur. Nie pamiętał tego.
— Pamiętasz może, jak się nazywała?- —Kocimiętka? Tak. Tak mówiłeś. Szkoda, że nie daje się ją na smutki. Skoro ma takie działanie, że chcę ci się dalej żyć... to kto by nie skorzystał? Wbił wzrok w łapy.
— Ach, to o nią chodzi — miauknął, przypominając sobie. — Może poproszę, by nam ją dała? Coś tam niosła w pysku, pewnie swoje rośliny. Raczej nie będzie mieć powodów, by nam odmówić. Wiem, że bardzo dobrze smakuje. 
— Naprawdę? Oboje widzę mamy gorszy humor... Ty płaczesz, ja... ja pewnie zaczne później. Tak. Weźmy ją. Tak na zgodę.
— D-dobrze — zielonooki skinął łbem. — Czekamy na postój?
— Tak. Ale musimy działać szybko i odejść, bo jak mnie Miodunka dorwie to... to mnie nie puści. Pewnie nie da mi nawet tego spróbować. A ja chcę — miauknął z pewnością w głosie.
— Jak będzie się do ciebie rzucać, to syknę na nią tak, że zrobi pod siebie — zachichotał niepewnie.
— Uważaj, bo pewnie by ci przylała. Ona jest... dziwna. Ale... Ale nie gadajmy o niej. Mam jej dość — westchnął, idąc dalej. 
Postój ogłoszono kilka uderzeń serca później. Lukrecja od razu poczuł na sobie spojrzenie kocura. 
— To idź. Czekam za tym tam drzewem. Schowam się i potem pójdziemy z dala od wścibskich nochali.
— W porządku, nie odchodź, zawołam cię, jak by co — powiadomił go i udał się w stronę rudej kotki odpoczywającej sporo od niego. 
Zamachał ogonem, delikatnie podekscytowany pomysłem na rozweselenie się. 
— Plusk — miauknął, stając nad płaskopyską. — Potrzebuje kocimiętki. Byłabyś w stanie mi ją dać? Potrzebuje jej. Kaszlę. Trochę już nauczyłem się o ziołach, wiem, czego mi potrzeba. 
Kotka skinęła głową. 
— M-mam — miauknęła, łapiąc roślinkę leżącą obok niej w zęby. — Wyglądasz bardzo słabo. — Dziękuję — odpowiedział, odbierając ją jej i kierując się w stronę wskazanego drzewa.
Plusk była bardzo naiwna. Gdyby był medykiem, w życiu nie dałby losowemu kotu jakichkolwiek ziół. Skąd mogła wiedzieć, co z nimi zrobi? A gdyby była to trutka?
Gdy tylko wrócił do Nikogo, zauważył na jego pysku szeroki uśmiech. 
— Masz. Ekstra. To chodźmy nim nas ktoś wywęszy — zażartował czarny arlekin.
Uśmiechnął się lekko i ruszył za kocurem. Szli chwilę, nie biegnąc, ale idąc całkiem szybko. Oboje pragnęli już tylko szczęścia i zapomnienia o problemach. Do tego, było bardzo ciepło i przyjemnie. Otaczały ich drzewa, które dawały cień i spore chaszcze. Ten teren wydawał się być w porządku.
 — Może zatrzymamy się tu? — spytał kremowy.
Żółtooki skinął łbem, siadając na ziemi.
— To podzielmy się i jedzmy — mruknął.
Do jego nozdrzy wpadł słodki, znajomy zapach. Zawsze tak samo cudowny. Złapał w zęby kawałek rośliny i przeżuł, mając chęć na więcej. Widział, że Nikt zrobił to samo. Chyba żaden kot nie potrafił oprzeć się temu zapachowi i cudnemu smakowi...
Żuł kolejny kawałek. Gdy tylko przełknął, sięgnął po kolejny. I tak w kółko. Rzeczywiście, nie miał teraz głowy o myśleniu o problemach. Było tak jakoś... Weselej. Zaczęło działać.
Czarny arlekin zaśmiał się głośno i podszedł do niego z uśmiechem na pysku.
— O rany... — miauknął, wpatrując się w jego dziwnie drgające wibrysy. — Twoja sierść tańczy!
— N-na prawdę? — spytał, przekręcając łeb. — Mam wrażenie, że masz teraz takie większe oczy — stwierdził bez namysłu.
— A ty... — zamrugał, otwierając zaskoczony pysk. — Ty ładnie pachniesz — zaniuchał, przez co zderzył się z nim pyskiem, chwiejąc nieco na łapach. — Ups. Wybacz. Niechcący
Zachichotał. Bardzo mu się to spodobało. Był taki mięciutki i ładnie pachnący.
— Jeszcze raz — rzucił, machając ogonem.
Czarny znów się zbliżył, stykając się z nim pyskiem ze śmiechem. 
— Bum! — rzekł, gdy to się stało.
— Ale groźny jesteś — zaśmiał się, schylając się na ziemię po kolejny kawałek. — Sądzisz, że jak się w niej wytarzam, to stanę się nią? No wiesz, że będę zielony... — zastanawiał się, żując.
— Tak! Będziesz zielony! — Nikt pokiwał energicznie głową, biorąc kilka listków i kładąc mu je na nosie. — O! Już jesteś kocimiętką!
Kichnął, niemal przewracając się na niego. 
— Spróbuj się w niej wytarzać — zachęcił, popychając go nosem. — Ja już nią jestem, teraz ty. Właściwie, to możesz wytarzać się we mnie, skoro jestem kocimiętką.
Żołtooki zachwiał się, gdy Lukrecja go popchnął, przez co skończył w kocimiętce jak chciał. Wydał z siebie głupi chichot, owijając ogon o jego łapy. 
— To chodź tu kocimiętko — przyciągnął go do siebie.
Stracił równowagę i upadł na czarnego arlekina. Rzeczywiście nią był! Pachniał nawet lepiej niż ona sama! Liznął go w policzek. 
— To teraz jesteśmy kocimiętkami! — zachichotał głośno.
— Tak! — zaciągnął się zapachem kocura i kocimiętki. — Ale bosko pachniesz — zamruczał. — Spróbuje czy dobrze smakujesz — miauknął, liżąc go po szyi.
— To łaskocze! — zaczął śmiesznie piszczeć.

< Nikt? >

[przyznano 5%]