Opko dzieje się jeszcze przed przeprowadzką
Szylkret skulił się lekko.
— N-no... D-dobrze, ch-chodźmy...
— Chodź chodź — zachęcał go, kierując się w stronę wyjścia z obozu.
Za chwilę ten pasożyt dowie się, co to znaczy być wojownikiem.
***
Wyszli z obozu. Chłodny, lecz całkiem lekki wiatr przeczesał ich futra. Niebo nie wyglądało dobrze. Było bardzo ciemne. Lukrecja przypuszczał, że za chwilę lunie.
— T-to c-co m-mam ci niby p-pokazać? — zapiszczał czekoladowy.
— Jak walczysz — miauknął. — Śmiało, rzuć się na mnie!
Mówił poważnie. Nie żartował. Takie coś z pewnością nie było silne, więc atak takiego robala nie zrobiłby mu krzywdy. A nawet jeśliby zrobił, cieszyłby się, że takie coś nauczy się walczyć.
— C-co?! — spanikował kocur. — N-nie m-mogę cię z-zaatakować!
— Czemu? — zapytał, przekręcając łeb.
— B-bo... T-tak. P-po p-prostu n-nie m-mogę...
— Nie piszcz, pieszczochu — warknął przez zęby kremowy.
— Nie p-piszczę! — tym razem jednak rzeczywiście pisnął. — I-i n-nie j-jestem p-pieszczochem!
— Ale byłeś — syknął, uderzając łapą w podłoże.
— N-nie! N-nie b-byłem n-nigdy p-pieszczochem, n-niby k-kiedy?
— Ja o tym wiem, wiem, że nim byłeś. Mówiłem Ci przecież — miauknął. — No dalej, zaatakuj, bo ciągle będę ci to wypominać. Chyba tego nie cjceszz, prawda?
Szylkret niepewnie skoczył na kocura, próbując go przygwoździć do podłoża. Szkoda tylko, że mu to nie wychodziło. Albo rzeczywiście nie chciał go skrzywdzić, albo był aż tak słaby. Nie zdziwiłby się, gdyby poprawną odpowiedzią okazałaby się być ta druga.
Wysunął lekko pazury i przywalił mu nimi w policzek. Czekoladowy pisnął przeraźliwie z bólu.
— C-co t-ty r-robisz?! — wydukał cicho, wydając się być oszołomiony.
— Walczę, uczę cię, jak to być wojownikiem — syknął zadziornie, szykując się do zadania kolejnego ciosu.
— A-ale w-wysuwasz p-pazury! — załkał cicho, odsuwając się do tyłu. — M-mogłeś m-mnie b-bardzo z-zranić!
— No i co?
Zdziwiony kocur aż wybałuszył oczy.
— A-ale t-tak s-się n-nie r-robi! M-miałbym b-bliznę i... I w ogóle...
— I? Przynajmniej wyglądałbyś jak prawdziwy wojownik, a nie jak pieszczoszek z miasta.
— T-to b-by b-bardzo b-bolało! Cz-czego t-ty n-nie r-rozumiesz?! — Kuklik z powrotem stanął w pozycji bojowej.
Arlekin uśmiechnął się lekko, widząc efekty swojego nauczania.
— Och, jak dobrze, że chociaż chcesz się bronić — zamruczał. — Walcz dalej. W prawdziwej walce nikt by cię nie słuchał!
— N-nie b-będę cię atakować! To chore!
— Ale ja tego chce — miauknął głośno kremowy. — Jak nie, to wracamy do obozu i przyjdę po ciebie później. Musisz się przygotować, nie będę się nad tobą litować. Nawet na to nie licz — poinformował go.
< Kukliku? >
[przyznano 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz