BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Źródlana Łuna x Szałwiowe Serce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Źródlana Łuna x Szałwiowe Serce. Pokaż wszystkie posty

10 grudnia 2025

Od Szałwiowego Serca CD. Źródlanej Łuny

“Przerażasz mnie.”
Próbował opanować swój drżący oddech na tyle, by móc coś powiedzieć. Nie był w stanie. Gardło było zamknięte, a brzuch skurczył się przy tym tak, że z każdą próbą wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa czuł się jak przy torsjach. Drżał. Drżały jego łapy i całe ciało. Nie wiedział, co czuje i dlaczego. Nieomal upadł; trzymał się na niestabilnie ustawionych nogach, trzymając opuszczony pysk i gwałtownie dysząc. Gdyby tylko teraz mogła spojrzeć w głąb jego potarganej duszy, zrozumieć to, czego on sam nie był w stanie i powiedzieć mu uspokajająco, że nic się nie stało. Te myśli nie były prawdziwe. Plusk musiał umrzeć i nie było nic, co on mógł z tym zrobić.
Ona jednak nie mogła tego wszystkiego wiedzieć.
— Przepraszam — bąknął w końcu, czując, jak każdy dźwięk targa jego piersią. — Przepraszam, przepraszam, przepraszam… — Zaczął powtarzać to jedno słowo jak mantrę. Wszystko dudniło w nim od środka – miał wrażenie, że jego wszystkie narządy nagle zmieniały miejsce, wykręcając się na lewą stronę. W końcu, mimo walki, naprawdę zaliczył upadek. Jego pysk przesiąkł nie tylko morską wodą, ale i własnymi łzami. Był tak wewnętrznie przeładowany, że musiał to jakoś wyrzucić, nawet jeśli nie chciał. Nawet jeśli przez to wyglądał delikatnie, niestabilnie i słabo. Nie miał na to wpływu. Nie umiał tego zatrzymać. — Tylko nie idź, zostań, proszę — wypłakał jeszcze.
Przez jakiś czas nie słyszał nic poza swoim łkaniem i szumem fal, które delikatnie obmywały jego ciało.
— Nigdzie sobie nie idę — westchnęła Źródlana Łuna. Po chwili poczuł, jak się do niego zbliża i jak jej łapy go muskają. Od razu poczuł w tych miejscach rozlanie kojącego ciepła. Chciałby teraz się w nią wtulić, a jednocześnie był zlękniony dopełnieniem swojej wizji. Nie zrobiłby jej nigdy krzywdy. Wiedział o tym. To coś innego, coś głęboko w nim szeptało inaczej.
Nagle poczuł na swoim karku czyjeś zęby. Zęby Łuny. Chciała go wynieść na brzeg jak kociaka. Nie oparł się temu, pomógł jej się unieść i spaść na już suchy piasek; ten zaraz przesiąkł wilgocią z jego futra. Uniósł w górę głowę na swoją partnerkę ze spojrzeniem, które możnaby zrozumieć jako błaganie o litość. Nagle wspiął się w górę. Zatopił w futrze na jej szyi nos, podarowując jej jedno przepraszające liźnięcie, po czym wsadził w to miejsce swoją głowę. Docisnął się do jej ciała. Nie widział wyrazu pyska kotki, lecz nie mogło być to zachowanie, którego się wtedy spodziewała.
— Kocham cię bardzo. — Z jego pyska wyciekło to kilka słów. — Nie idź. Ja też się boję…  — bełkotał. Nie był sam pewien tego, co mówił. Co robił i dlaczego. — Kocham cię tak bardzo — powtórzył się, zatapiając łeb coraz głębiej w srebrną sierść Łuny.

***

Kolejny zmierzch. Kolejne słońce utonęło w odmętach wody, by zapadła ciemność i przyjemny chłód. By znów ją zobaczył w pełni swej okazałości. By powitała go z szerokim uśmiechem i by go odwzajemnił. By wywiązała się między nimi kolejna rozmowa o wszystkim i o niczym, by opowiedział mu o wszystkich głupotach z ostatnich kilku wschodów słońca i by ona opowiedziała mu o swoich. By oparła swój policzek o jego głowę, a jego przeszedł miły dreszcz. By położyli się na wygrzanej ziemi i opatuliła ich miękka trawa. Nigdy nie była tak przyjemna w dotyku. By spoglądał w jej stronę i bryza przynajmniej ten jeden raz nie piekła w oczy. By po tylu księżycach i tylu przejściach, wciąż błyskały w nich iskry.
By objęli się i rozmawiali dalej. By mógł wtulić się w jej futro i poczuć wibracje od jej mimowolnego mruczenia. By ciepło i ich sama obecność były właściwie wystarczające. Łuna nie musiałaby się do niego odzywać nawet słowem. Mogła tylko zasnąć w jego ramionach, jak zwykła robić, a on przeleżałby u jej boku całą noc jako wierny stróż. Podziwiałby spokój na jej pysku i każdy pojedynczy oddech. A gdyby jednak chciała się odezwać, jej głos stałby się pieśnią piękniejszą od tych, które przez całe życia układały drozdy i słowiki. Nie obchodziło go nawet, co mówiła – wysłuchałby wszystkiego, co tylko wyszło z jej ust. 
By złożyła na jego pysku pocałunek.
By wszystkie inne myśli nagle odeszły i zostały zastąpione przez ich nawzajem, jak niebo, które nagle oczyszcza się z obłoków. By wyznania nie musiały mieścić się tylko w słowach, bo każde spojrzenie, każdy ruch i każdy uśmiech był tak jednoznaczny, jak tylko było to możliwe. Tylko przed nią był w stanie rozegnać od siebie ochronne warstwy, które nie pozwalały mu nigdy dojść do środka. Przynajmniej na tyle, na ile potrafił, nawet jeśli nie było to wiele. Tylko ona była w stanie poznać prawdy, których nigdy nie powiedziałby nikomu innemu. 
Gdyby mógł, przeniknąłby przez nią, by zespoić się w jedność. By być razem nie tylko ciałem, ale i duszą. By zobaczyła wszystkie jego skryte w głębi lęki, zmartwienia, ambicje i marzenia, których nie potrafił nazwać lub przepchnąć przez gardło. By okazały się zgodne: dwa serca, dwie piersi i ich jeden równy rytm.

***

Wyruszył w drogę powrotną jeszcze zanim wzeszło słońce. Nad równiną wisiały ciężkie chmury, z daleka dochodziły odgłosy wojny, a powietrze niosło ze sobą woń nadchodzącej burzy.

***

Niebo ponownie stało się czyste. Ktoś rozegnał ciemność, zanim ta zdążyła opaść na ziemię. Błyskawice okazały się jedynie pustą groźbą. Może karą przodków, która nie zdołała ich dopaść. Może odwleczonym wyrokiem czekającym na swoją egzekucję.
O wysokim słońcu zapał prawie wszystkich wojowników szybko się kończył. Świeża zwierzyna na stosie, ukończone na dany dzień treningi oraz puste wygrzane miejsca w obozowisku skutecznie kusiły gromady. Obóz zamienił się w gąszcz kocich futer, poprzeplatanych ze sobą w antycznej tradycji dzielenia się językami. Gwar stał się normą w miejscu, do którego gdy przybył przed świtem, nie było ani jednej żywej duszy. Na wspomnienie spotkania znów pogrążył się w marzeniach. Teraz mógł sobie na to pozwolić. Nikt nie widział przecież obrazów, które umysł stawiał tuż przed nim. Siwa Czapla i Kijankowe Moczary byli zbyt zajęci ożywioną gadką między sobą, by przejąć się stanem przyjaciela. Ich najbardziej interesowały w tamtej chwili psoty uczniów czy wspominki własnych głupich historyjek z młodości. Mógłby się w nie zaangażować, lecz nie był w stanie odpędzić od siebie myśli o kimś, kto był teraz już zbyt daleko.
Wzrok kocura opadł w dal, na jedną pustą plamkę w splątaninie odpoczywających wojowników. Często wyobrażał sobie jeden i ten sam widok – ich razem w jednym objęciu, leżących pośród innych, udających kawałek tłumu. Banał. Coś tak prostego, że samo marzenie o nim wydawało się najzwyczajniej głupie. Być gdzieś bez ciągłego uczucia bycia obserwowanym. Bez wrażenia, że popełnia się błąd. Być razem. Zwyczajnie. Po prostu.
Z ust kocura uleciało bezgłośne westchnięcie.
Poczuł pewne przygnębienie. Dobrze wiedział przecież, że nie mógł tego osiągnąć. Nieważne jak bardzo tego chciał, nieważne co by zrobili, by to osiągnąć, Klan Nocy nigdy by ich nie zaakceptował. Nie było nawet po co się starać. Musieli zaakceptować swój los.
Zamrugał oczami, przenosząc spojrzenie w inne miejsce. Począł śledzić wzrokiem sylwetkę swojego brata, który szedł wzdłuż krawędzi obozu, mijając wszystkie dzielące się językami koty. Nie żeby było w tym coś nadzwyczajnego – Błękitna Laguna nie należał do kotów wyjątkowo towarzyskich. Nigdy nie byli ze sobą szczególnie blisko. Szałwiowemu Sercu było ciężko zobaczyć w nim coś więcej niż to idealne dziecko i najlepszego wojownika, który samym istnieniem przypominał mu o własnemu niedołęstwu. Zawsze miał w oku chłodny błysk, a każdy krok wyliczony równo co do długości jednego wąsa. Nie umiał nawiązać z nim więzi. Tolerowali się, lecz żyli obok siebie, nie razem.
Poczuł niepokój.
Błękitna Laguna zbliżał się do wyjścia. Szedł na polowanie, pomyślał sobie Szałwiowe Serce, próbując stłumić wewnątrz siebie ten niewyjaśniony lęk. Bo czego mógł się niby bać? Co mógł chcieć mu zrobić i za co?
Zamiast opuścić wyspę, zanurzając się w wodzie i odpływając na tyle daleko, by dać bratu spokój ducha, nagle skręcił. Nie dość, że skręcił, to przysiadł na chwilę przed rozległym sumakiem, służącym zarówno za legowisko przywódcy i mównicę. Skoczył i znalazł się na gałęzi. Szałwiowe Serce miał wrażenie, jakby był jedynym kotem, który widział zajście. Wszyscy wokół zdawali się być zbyt pochłonięci rozmową, by zwrócić na to uwagę. Chciał coś lepiej dojrzeć? Wojownicy często przysiadali na niższych partiach krzewu, by mieć widok na całe obozowisko. Laguna się jednak nie zatrzymywał, aż nie doszedł do najwyższych gałęzi. Dopiero wtedy skupił na sobie wzrok kilku równie zagubionych co Szałwiowe Serce współklanowców.
— Klanie Nocy! — zawołał, ściągając na siebie uwagę już prawie wszystkich zgromadzonych, którzy ucichli. Słyszał rozbawione, zdziwione szepty swoich dwóch kompanów, gdy jemu samemu strach ściskał pierś. Coś było nie tak. Bardzo, bardzo nie tak… — Zazwyczaj przywódcy wygłaszają z tego miejsca swoje przemowy, lecz jest to sprawa niecierpiąca zwłoki... Drodzy towarzysze. W przeciągu ostatnich księżyców straciliśmy wielu wojowników, których niegdyś uważaliśmy za lojalnych przyjaciół. Mogliśmy myśleć, że pozbyliśmy się już wszystkich zdrajców, lecz jeden z nich wciąż chowa się wśród nas. Bliżej, niż ktokolwiek mógł sądzić.
Szałwiowe Serce słuchał go, czując coraz większe niezrozumienie i strach. Co się musiało wydarzyć, by skłonić Lagunę do takiej nagłej reakcji? Kto jeszcze raczył mącić ich pokój? Ile lisich serc chowało się w cienistych kątach ich jedynej bezpiecznej przystani?
Jedno lodowate spojrzenie wymierzone prosto w jego stronę wystarczyło, by oblał kocura zimny dreszcz.
— Z wielu stron dochodziły mnie słuchy, że jeden z szanowanych wojowników łamie kodeks wojownika. Sam się o tym przekonałem. Zebrałem świadków i ich dowody, które pozwalają mi powiedzieć, że sam książę Szałwiowe Serce oddał się zdradzie! — wygłosił, sprawiając, że wszystko przed oczami wspomnianego się rozsypało.
Wstał odruchowo, tak, jakby te słowa były nacierającym wrogiem. Siwa Czapla i Kijankowe Moczary sami poderwali się i odsunęli gwałtownie, zupełnie zdębiali. Przyjął obronną posturę, kuląc się w sobie, cofając się o kilka kroków i strosząc sierść ze strachu, który zapełnił zamiast krwi jego żyły. Zataczał on kolejne okręgi, dając do zrozumienia co dalszym częściom jego ciała, że to był czas na przerażenie. Nogi zwiotczały, ciało osłabło od dreszczy, które przybrały na sile, przemieniając się w fale spazm. Zamieniły one jego skórę we wzburzone morze. Nie był w stanie oderwać wzroku od pyska Błękitnej Laguny. Nie wiedział, co zrobić. Nie wiedział, co się teraz stało. Zewsząd rozlegały się głosy wszystkich zszokowanych pytających o szczegóły. Było ich tak dużo, że zagłusiły jego myśli. Dziesiątki oczu wpatrywały się wprost w niego; nie musiał nawet spoglądać na tłum, by poczuć na całym ciele żar palących spojrzeń.
Zaniemówił. Otworzył pysk, lecz jedyne co był w stanie zrobić, to dyszeć jak wycieńczony pies.
— Dowiodłem, że wielokrotnie opuszczał obóz nie po to, by polować czy patrolować teren, a… 
— Łazić na zakazane spotkania! Nie tylko w ciągu dnia! — Z tłumu wyskoczyła Porywisty Sztorm i zaraz stanęła przy sumaku, po czym wdrapała się na jedną z najniższych gałęzi. Błękitna Laguna z pewnością był niezadowolony z tego, że właśnie mu przerwano, lecz nie odzywał się. Najwyraźniej wojowniczka miała coś ważnego do powiedzenia. — Na własne oczy widziałam, jak wymykał się z obozu w środku czarnej nocy! Myślał, że jest nieuchwytny, lecz nawet jeśli oszukał strażnika, nie mógł oszukać mnie! Zobaczyłam dokładnie jak wychodzi z obozu w kierunku granicy z Klanem Klifu! Patrząc na to, z jaką pewnością siebie szedł, to nie mógł być jego pierwszy raz
— Co zrobił?! — Tłum kotów domagał się odpowiedzi. Patrzył raz w stronę Błękitnej Laguny, raz w stronę Szałwiowego Serca. Jakby nie potrafił uwierzyć. Gdyby to on był na ich miejscu, też by im nie wierzył. 
— Romansował z wojowniczką Klanu Klifu!
Padło w końcu to jedno oskarżenie, które uderzyło prosto w serce.
Zatrząsł się, jak gdyby ktoś właśnie wymierzył w jego stronę cios. Wyjątkowo celny. Uderzył dokładnie tak, by zabolało najmocniej. Fala żalu, wściekłości, rozpaczy i obezwładniającej zgrozy. Najgorszy koszmar, który dawno temu odepchnął w niepamięć, nagle wrócił, by ziścić się i swoimi zębiskami pożreć wszystko to, na co pracował. To musiał być koniec. Nie chciał słyszeć nic więcej. Gdyby tylko mógł, wbiłby sobie pazury i zęby w szyję, zakrztusił się własną krwią i padł przed nimi wszystkimi martwy. Byle tylko to skończyć. Klanie Gwiazdy! Był w stanie usłyszeć, jak coś się kruszy. Nie był pewien, czy były to wszystkie jego marzenia, czy tylko równie zdradzone co przepełnione zdradą serce.
— Jak – jak ty śmiesz stawiać mi taki zarzut!? — zdołał wydukać, każdą sylabę wypluwając osobno, niezdolny do złożenia myśli, a co dopiero mowy. Całe morskie oczy były teraz zaczerwienione. Nos piekł go od środka od powstrzymywanego z uporem płaczu. Chciał walczyć. Chciał krzyczeć. Chciał bić, kopać i zataczać się po ziemi jak kocię.
…ale czy miało to jakikolwiek sens?
— To musiało rozpocząć się bardzo dawno temu. — Głos został zabrany przez kogoś, którego dobrze znał. Czując nasuwające mu się beztroskie wspomnienie, Szałwiowe Serce otrzymał kolejny cios. — Gdy jeszcze był moim uczniem, wysłałem go na samotne polowanie w stronę brzegu morza. Gdy długo nie wracał, poszedłem zobaczyć, co się z nim stało. Tam zastałem tę dwójkę: jego i jego klifiaczkę. Kto wie, czy już wtedy nie splugawili kodeksu.
— I ciągnęło się aż do teraz — wtrącił znów Błękitna Laguna. — Zaledwie kilka wschodów słońca temu, w noc zgromadzenia, ujrzałem ich razem. Wtulonych w siebie, szepczących słodkie słówka bez krzty wstydu.
Po obozie poniósł się odgłos obrzydzenia. Szałwiowe Serce nie mógł go słuchać. Niech ogłuchnie. Oślepnie. Niech mu Gwiezdni dadzą umrzeć, na osty i ciernie! Dadzą ostatnie błogosławieństwo w postaci słodkiej ucieczki od tego koszmaru.
Głosy się nasilały. Próbował je odpierać; próbował się tłumaczyć, wymyślać prędkie wymówki, lecz siła gniewu wszystkich była obezwładniająca. Nie mógł nawet przebić tych słów. Tonął w odmętach rozszalałego tłumu.
W końcu wątła nadzieja na uniknięcie tego całego okropieństwa rozmyła się. Nie miał szans. Wszystkie ścieżki, które przed nim biegły, zostały rozdarte. Mógł tylko wbijać swój błagalny wzrok w Błękitną Lagunę, z rozpaczą tłumiącą nienawistne poczucie zdrady. Tak, jakby jego litość mogła cokolwiek zdziałać. Jakby mógł cofnąć swoje słowa. Nie mógł.
Zamiast próbować odpychać od siebie masę, poddał się jej. 
Odrzucenie przemieniło się w ciszę. 
Cisza w przyznanie do winy. 

06 grudnia 2025

Od Źródlanej Łuny CD. Szałwiowego Serca

Krzyk jej partnera przedarł się nad szum morza. Futro na jej grzbiecie stanęło dęba; uniosła głowę do góry, jej język nadal wystający z uchylonego pyska. Odruchowo obejrzała się za siebie. Może ktoś ich zauważył? Może…. Może ktoś, kogo znał? Albo ktoś z jej klanu? Już widziała kłopoty, w jakich by się znalazła, już widziała zawód w oczach ojca. Jej żołądek ścisnął się ze strachem… Jednak na plaży nie było nikogo poza nimi. Słyszała jedynie skrzeki ptactwa i niespokojne oddechy Szałwiowego Serca.
Spojrzała na wojownika ze zmieszaniem wymalowanym na pysku. Nic się nie działo. Dlaczego więc wyglądał na takiego… Roztrzęsionego? Przestąpiła z łapy na łapę.
— Szałwiowe Serce?
Cisza. Jeszcze raz obejrzała się przez ramię, ale nic się nie zmieniło. Point, stojący teraz w pewnej odległości od niej, wyglądał, jakby zobaczył ducha. Jego sierść nastroszona, oczy szeroko otwarte, a łapy ugięte, jakby gotowe do biegu.
— Wszystko dobrze? — spróbowała jeszcze raz, jej głos niepewny.
Kocur zawzięcie pokręcił głową. Zmarszczyła nieco brwi, a jej gardło ścisnęło się. Ta sytuacja tak strasznie przypominała jej moment, w którym pierwszy raz w pewnym sensie wyznała mu swoje uczucia i została, w skrócie, wystawiona. Tylko, że teraz niczego nie powiedziała! Nie zrobiła niczego źle! Co, na Klan Gwiazdy, właśnie się działo?
Końcówka jej ogona zadrżała, poniekąd z poirytowaniem. Zrobiła jeden krok do przodu; w tym samym momencie Szałwiowe Serce cofnął się jeszcze bardziej. Położyła po sobie uszy. Wojownik uchylił pysk, jakgdyby chciał coś powiedzieć, zacząć znowu się tłumaczyć… Jednak jeśli rzeczywiście coś do siebie szeptał, to na tyle cicho i takie brednie, że nic nie zdołała zrozumieć. Ponownie spróbowała zbliżyć się do kocura, tym razem z powodzeniem. Przystanęła parę długości wąsów od niego, wbijając spojrzenie w rozedrgany wyraz jego twarzy. Jej ogon niepewnie musnął bok pointa.
— Szałwiowe Serce- Co się dzieje? — wydusiła z siebie. — Przerażasz mnie.


<Szałwik?>

04 grudnia 2025

Od Szałwiowego Serca CD. Źródlanej Łuny

Uśmiech, który do tej pory trzymał na swoim pysku, nagle opadł. Zmartwienie sprzed kilku spotkań wróciło. Westchnął z poczuciem pewnej winy – przecież te podejrzenia zaczęły się przez niego. To on podszedł do Łuny na zgromadzeniu, nie zwracając uwagi na to, kto jej towarzyszył. Musieli być ostrożniejsi, ale wiele im umykało. Zwłaszcza Szałwiowemu Sercu – albo jego umysł działał na najwyższych, wyniszczających obrotach, albo nie działał wcale. A to im nie pomagało.
— Nie musisz przychodzić za każdym razem, jeśli czujesz, że to niebezpieczne. Wolę o jedno mniej spotkań na jakiś czas, niż ich zupełny brak. Mnie jeszcze nie przejrzeli. Jakby co, to się im wytłumaczę. Zadbaj o swoje dobro — miauknął, szczerze zmartwiony. Wyjście na jaw ich relacji było dla niego scenariuszem z najgorszego koszmaru bez względu na to, czy miałoby się przytrafić jemu, czy jej. Prawdziwe ryzyko sprawiło, że zaraz się zdenerwował. Może powinien pozwolić jej wrócić do obozu, jej bratu było łatwiej uwierzyć w to, że poszła na zwykły spacer? Czy to by było dla niego wystarczające? Ugh... Nie, nie chciał o tym myśleć. Nie przyszedł tu po to, by się zadręczać. Stresował się już tym wszystkim wystarczająco. — Ja jakoś dam sobie radę. Poczekam, chwilę popłaczę i wrócę kolejnego wschodu słońca bardziej stęskniony, niż kiedykolwiek przedtem — zapewnił z udawanym smutkiem, próbując dodać do tej sytuacji odrobinę humoru.
— Kusząca propozycja — miauknęła, drgając z rozbawienia wąsami. — Jeden dzień by cię już wpędził w rozpacz?
— Mawiają, że apetyt rośnie w miarę jedzenia — odparł z szerokim uśmiechem. — Im częściej i im dłużej się spotykamy, tym bardziej za tobą tęsknię, gdy już nadchodzi rozłąka. Zaczynam tęsknić już kiedy tu przyjdę, bo już mnie w ogon pali wizja końca...
Został pacnięty w pysk łapą.
— Ej! A to za co? Ja się tak uzewnętrzniam, a ty takie coś... — burknął do roześmianej Źródlanej Łuny.
— Za to, jakie gadasz głupoty! Poeta się znalazł! — Teatralnie westchnęła z przewróceniem oczu. — Nie tęsknij, tylko ciesz się, że tu dla ciebie jestem. 
— Nie byłoby tęsknoty bez tej radości.
— W takim razie odstaw ją na później. Wystarczy mi już w życiu smutasów...
Przewrócił oczami, odczekując chwilę. Gdy już zapadła między nimi cisza, została przerwana przez zaskoczone sapnięcie Źródlanej Łuny, gdy łapy Szałwiowego Serca zwaliły ją nagle na ziemię.
— To za tego chlasta — mruknął figlarnie. Jego towarzyszka próbowała się wyrwać i go uderzyć. Przetoczyli się tak razem przez trawę, aż miękkie źdźbła nie zamieniły się w sypki piach. Szałwiowe Serce czuł, jak ten wbija mu się we wszystko — futro, poduszki łap, a nawet usta... Nie odpuszczał jednak walki bez wygranej. W końcu próby Źródlanej Łuny dobiegły końca. Mógł nareszcie stanąć triumfalnie, z uniesionym wysoko ogonem, szczerząc się jak mysi móżdżek.
— Ha! I kto tu jest lepszy, rybko? — miauknął ze złośliwym uśmieszkiem... Który zaraz zamienił się w nagły grymas bólu. Okazało się, że gdy przeciwnik jest zaraz pod tobą, łatwo mu wymierzyć celnego kopniaka w brzuch. Nawet tylko jedną nogą.
Gdy zgięty w pół Szałwiowe Serce dochodził do siebie, kotka wykorzystała moment, by się wyrwać i odejść w stronę morskiego brzegu. Zamrugał kilka razy i po chwili poszedł za nią, wciąż nieco krzywym krokiem po otrzymanym ciosie.
— Ale jesteś — mruknął, gdy znalazł się obok.
— Ty zacząłeś — wzruszyła ramionami i nachyliła się nad delikatnie falującą taflą, przednim łapom pozwalając stanąć w co chwilę przykrywanym mule. Opuściła język i zaczęła chłeptać nim wodę. Obserwował ją tak przez chwilę w ciszy.
Gdy tak na nią patrzył, nagle w jego głowie pojawiła się pewna... myśl. 
Momentalnie przed oczami pojawił mu się widok sprzed kilku księżyców. Stała pochylona nad wodą tak, jak Pluskający Potok. Jej nogi zgięte w przykucu tak jak jego, usiłujące odepchnąć się od zabójczej tafli. Szałwiowe Serce przypomniał sobie zaraz, jak jego łapy dociskały szyję rudzielca. Przypomniał sobie te jego nozdrza i pysk zalane wodą. Przypomniał sobie ten żałosny, rozpaczliwy, przerażony jęk i ryk, który usilnie próbował w nim zdusić. Odbijał się właśnie od ścianek jego uszu, jakby naprawdę ktoś wrzeszczał w niebogłosy, a nie tylko jego umysł płatał mu okropne figle. Przypomniał sobie, jak ciało Plusku opadło. Jakie to było proste, by pozbawić go życia. Jak wystarczyło go puścić, by popłynął z prądem i na zawsze został wymazany z kart historii. 
Gdyby tylko chciał, nic by nie stałoby mu na przeszkodzie, by to samo zrobić Łunie. Wygrałby, miał wobec niej na tyle dużo siły, że nie potrzebowałby nawet przytrzymujących skazańca strażników. Kilka uderzeń serca. Byłoby po wszystkim.
Szarpnął głową, jakby otrząsnął się ze snu, a w tym przypadku bardziej koszmaru. Dlaczego o tym pomyślał?! Jego źrenice rozszerzyły się do granic tęczówek, łapy zmiękły, a pod skórą zagotowało się z nagłej fali strachu. Co to była za wizja?! Jak on w ogóle mógł to ze sobą skojarzyć? Połączyć? Dlaczego ta jedna śmierć nie mogła mu wyjść z głowy? Pluskający Potok na nią w pełni zasłużył. Ktoś musiał wykonać rozkaz Spienionej Gwiazdy. Musiał zginąć. Powinien zginąć. Gdyby nie to, czekałaby ich zagłada. Uwolnił w ten sposób Klan Nocy od sparszywiałego zdrajcy.
Poczuł się w jednej chwili tak strasznie brudny i winny nie tylko tego, co stało się teraz, ale i zabójstwa sprzed księżyców, że nie był w stanie tego zatrzymać w sobie. Przeraził się natłoku okropnych, obrzydliwych myśli, których nie chciał znać. Wrzasnął ze strachu i zatoczył się w koło, odchodząc od Źródlanej Łuny, która do tej pory wciąż beztrosko piła wodę, zupełnie nieświadoma. Wyglądał, jakby wpadł w histerię.

<Łuna?>

30 listopada 2025

Od Źródlanej Łuny CD. Szałwiowego Serca

Na jej pysk najpierw wstąpiło zaskoczenie, a później zmieszanie. Zamrugała powoli. Co… Po co? Po jakiego grzyba opowiadał jej historię o swoim pierwszym zakochaniu?
Ugryzła się w język, aby w odpowiedzi nie palnąć byle czego, co pierwsze przyjdzie jej na myśl. Co ona w ogóle miała mu odpowiedzieć? Nie wiedziała nawet, co ma sobie o tym myśleć. Trochę psuło jej to wizję bycia tą pierwszą… Tą jedyną. Tą wyjątkową. Nie chciała być zazdrosna – nie miała o co – ale jakoś ją to… Zawiodło. Ona wcześniej nikogo nie miała; zawsze uważała, że jeżeli się już kogoś kocha, to na całe życie. Tylko raz. Ale… Ale może nie każdy tak miał.
Westchnęła cicho.
— Nadal jesteś mysim móżdżkiem — miauknęła po chwili, ponownie opierając głowę o skałę. Szałwiowe Serce, czegokolwiek się spodziewał, nie był na takie słowa przygotowany… Zmrużyła ślipię. Chyba powinna być trochę bardziej poważna. — Nie no, ale na serio… To dziękuję, że mi o tym mówisz.

***

Jej ogon przesuwał się po kamiennej posadzce, raz w prawo, raz w lewo. Promienna Łapa krążyła dookoła niej, popychając łapami jakiś drobny kamyk; wcale nie wydawała się zmęczona treningiem, a jazgot uchodzący z jej pyska obijał się o uszy niebieskiej. Mało co rozumiała… Młodsza zdawała się gadać bez przerwy, biegać bez przerwy, i Klan Gwiazdy wie co jeszcze.
— Co jutro? Co będziemy robić?
Wystawiła do przodu łapę, tuż na trasę uczennicy, zmuszając ją do zatrzymania się.
— Jak się nie uspokoisz, to nic nie będziemy robić — miauknęła, jednak kąciki jej pyska uniosły się lekko. Promyk podniosła wzrok znad swojej zabawki. — Rano wyjdziemy na patrol, a po południu mogę zabrać cię na polowanie. Pasuje?
Szylkretka pokiwała szybko głową, uśmiechając się w stronę “ciotki”.
— Pasuje!
Z tymi słowy chwyciła kamyk między zęby i oddaliła się w kierunku jaskini, w której znajdowało się legowisko uczniów. Już po chwili zniknęła w środku, wciągnięta w rozmowę z Tawułową Łapą.
Wojowniczka ziewnęła i podniosła się na łapy. Ona też z chęcią wczołgałaby się na swoje posłanie; może na Promyk treningi nie robiły wrażenia, ale ona zdecydowanie odczuwała zmęczenie, spowodowane dodatkowymi obowiązkami. W końcu bieganie w tę i z powrotem po terenach klanów o trzech łapach takie łatwe nie było. Jednak sen musiał jeszcze trochę poczekać – miała jeszcze tego wieczoru pewne plany… Z pewnym kimś.
Zbliżyła się do wodospadu, mierząc wzrokiem siedzącą na warcie Kukułczy Wdzięk. Zachodzące słońce raziło ją w oko, ale podejrzliwy wyraz twarzy liliowej nie umknął jej uwadze. Normalnie celowała by w moment, kiedy przy wyjściu nikogo by nie było, ale młodsza brała swoje zadanie bardzo poważnie i nie oddaliła się z tamtąd już od jakiegoś czasu.
— Źródlana Łuno, gdzie się wybierasz? — głos Kukułki, przesadnie przesłodzony, od zawsze działał jej na nerwy. — Robi się już późno.
Przystanęła przed kotką i zwróciła w jej stronę pysk.
— Na spacer, może zapolować — odmiauknęła.
Liliowa uniosła brew, ale nie wtrąciła już niczego. Po grzbiecie Łuny przeszedł dreszcz; zanim jednak zdążyła zniknąć za wodospadem, usłyszała kolejny, znajomy głos… Mirtowe Lśnienie wyszedł z naprzeciwka w towarzystwie Pchełkowego Skoku. Zmarszczyła nos z niezadowoleniem. Czy nic nie zamierzało jej dzisiaj iść na łapę?
Rudy, zauważywszy siostrę, przerwał rozmowę z wojowniczką i zatrzymał się.
— A ty gdzie się wybierasz?
— Nie twój interes — mruknęła, strzepując ogonem.
Ślipia Blasku zmrużyły się.
— Promienna Łapa jeszcze Cię nie wymęczyła?
Nie odpowiedziała. Posłała bratu ostatnie spojrzenie i wyminęła go, wychodząc z obozu na skalną ścieżkę. Pewnie powinna być milsza… Pewnie powinna nie mieć mu złe faktu, że wtyka nos w nie swoje sprawy. W końcu to ona robiła coś wbrew zasadom, nie on.

Poduszki jej łap dotknęły powoli stygnącego piasku. Rozejrzała się po okolicy, nie widząc żadnej żywej duszy; słyszała jedynie szum morza i skrzek ptaków przelatujących wysoko nad jej głową.
Przysiadła na plaży, wbijając wzrok w wodę. Być może przyszła trochę za wcześnie… Ostatnie promienie słońca odbijały się od fal, a pomarańcz na niebie powoli ustępował miejsca ciemnej, granatowej barwie. Przesunęła łapą po piasku. Zahaczyła pazurem o coś więcej, niż jakiś drobny kamyk; zaintrygowana rozgarnęła piach i już po chwili wyciągnęła z pomiędzy jego ziaren jasną, lśniącą muszelkę. Kąciki jej pyska uniosły się lekko. Lubiła błyskotki, jak każda inna dama… Może powinna ją dać Promiennej Łapie? Młoda chyba miała kolekcję takich przeróżnych rzeczy. Albo komuś innemu?
Zajęta własnymi myślami, nie usłyszała odgłosu zbliżających się kroków. Dopiero dotyk na jej uchu przywołał ją do rzeczywistości – sierść na jej karku nastroszyła się, a ona sama odskoczyła w bok.
— Szałwiowe Serce! — syknęła, odwracając pysk w stronę kocura. — Mówiłam, że masz przestać to robić!
Wojownik spoglądał na nią spod przymrużonych powiek, kąciki jego pyska uniesione w uśmiechu. Prychnęła z udawanym oburzeniem i wygładziła futro.
— Ciebie też miło widzieć — zamruczał.
Wywróciła okiem, ale nie protestowała, gdy nos pointa dotknął jej policzka. Poklepała miejsce obok siebie końcówką ogona. Po paru uderzeniach serca przycisnęła swój bok do tego partnera i oparła o niego głowę.
— Coś ciekawego u ciebie?
Ponownie chwyciła muszelkę między łapy. Wzruszyła barkami, wbijając spojrzenie w horyzont.
— Niezbyt — miauknęła, uśmiechając się. Po chwili jednak jej mina nieco zrzedła. — Mój brat nadal się mnie czepia. Pewnie będzie jeszcze gorzej, jak wrócę dzisiaj do obozu… Wie, że nie mówię mu prawdy. Nigdy nie byłam dobra w kłamaniu — westchnęła. Jej uszy opadły do tyłu. Nie lubiła kłócić się z Blaskiem, nie lubiła tego, na jaką drogę zeszła ich relacja. — Nie lubię wciskać mu ciągle tych samych wymówek, ani wynajdywać nowych. Czuję, że prędzej czy później mnie przejrzy. Powiem jedno nie to słowo, wyjdę późno z obozu o jeden raz za dużo… Czemu to musi być takie skomplikowane?
Jej gardło ścisnęło się nieco. Już od paru wschodów słońca cała ta sytuacja, jak i nowo znalezione… Rozwiązanie, ciążyły jej w sercu. Ale nie mogła mu powiedzieć o Niesfornej Łapie i jej planie, prawda? Gdy tak myślała o tym w retrospekcji, cały ten pomysł wydawał się jej idiotyczny. Powinna się tego wstydzić. Przycisnęła ogon ciaśniej do swojego boku. A może jednak powinien o tym wiedzieć? Gdyby znalazła się na jego miejscu, na pewno chciałaby, aby jej to powiedział. Jednak zacisnęła zęby na języku i nie pozwoliła sobie powiedzieć ani słowa na ten temat. Nie będzie mu gadać o takich głupotach…


<Szałwiowe Serce?>


23 listopada 2025

Od Szałwiowego Serca CD. Źródlanej Łuny

Gdy kotka zaczęła mówić, wyciągnął pysk z jej miękkiego futra. Momentalnie w nos uderzył go chłód sprawiający, że chciał jak najszybciej schować go z powrotem. Noce pory nagich drzew były zimne, a gdy szczypał mróz, nawet najgrubsze futro potrafiło zawieść.
Mógł zostać w obozie Klanu Nocy, w wygrzanym legowisku, gdzie leżące jeden obok drugiego ciała wojowników dawały przyjemne ciepło. One jednak mogły ogrzać go tylko od zewnątrz. Nawet jeśli teraz cała jego prawa strona marzła, nie było mowy, by pogardził tym miejscem dla jakiegokolwiek innego. Wystarczyło mu to przyjemne uczucie w piersi. Mógł drżeć z zimna, a nawet by tego nie czuł, gdyby tylko znajdował się u jej boku.
Jego posklejane oczy pomknęły po czystym niebie, które się przed nimi rozciągało. Nie odzywał się, aż nie skończyła opowiadać swojej historii. Właściwie sam wracał dopiero do pełnej jawy.
— Pokaż mi te, które pamiętasz — poprosił słabym, sennym głosem. Źródlana Łuna skinęła głową i przez chwilę rozglądała się, z pewnością myślała, próbując zgromadzić całą porozsypywaną po jej głowie wiedzę.
— Przed nami — miauknęła, sprawiając, że Szałwiowe Serce uchylił powieki — Byk. Od góry ma rogi, pysk i kawałek tułowia.
Jedynym, z czym skojarzył mu się ten obraz, to bykiem jelenia. Skrzywił się, gdy powiązał to ze starym wspomnieniem. Ogromny samiec o rozłożystym porożu i jego czujny wzrok ponownie pojawiły się przed oczami kocura w miejscu gwiazdozbioru. Spotkał go wiele, wiele księżyców temu. Jeszcze z Czereśniowym Pocałunkiem... Nie, o niej nie chciał pamiętać...
Źródlana Łuna musiała nie zwrócić większej uwagi na wyraz pyska i milczenie swojego towarzysza. Powiodła wzrokiem dalej.
— Delikatnie na lewo jest Orion. Widzisz? Z tą jasną gwiazdą bliżej góry — miauknęła, a gdy kolejny raz nie usłyszała odpowiedzi, szturchnęła lekko partnera. — Chciałeś żebym opowiadała — zauważyła, brzmiąc na urażoną.
Szałwiowe Serce zamrugał parę razy, czując, jak widok przed nim się stopniowo rozmywa i wiruje. Sen próbował usilnie wyrwać go w swoje objęcia, choć próbował się mu przeciwstawić. Myśl o tym, że w takim stanie będzie musiał spędzić cały kolejny dzień wypełniony po brzegi obowiązkami powoli wypełzała mu gdzieś z tyłu głowy. Gdy wracał ze spotkań do obozu, zostawało mu tylko musnąć legowisko. Świt nastawał tak prędko, że budził się nawet bardziej zmęczony niż przedtem.
— Przepraszam... — wymruczał. — Masz piękny głos. Nie wiem, czy ci to mówiłem. Jest taki delikatny, melodyjny. Zasnąłbym w uderzenie serca jak kociak, gdybyś tylko zaśpiewała mi kołysankę.
Nie był pewny, dlaczego to powiedział. Jego mowa składała się w połowie z sennego majaczenia.
Źródlana Łuna zaśmiała się pod nosem.
— I bez tego mi chyba dobrze idzie...
— Mów dalej, proszę. Orion? — miauknął, trącając jej podbródek czołem.
— Ma sylwetkę dwunoga. Jedną łapę trzyma w górze, drugą przed sobą. Nosi imię jednego z nich. Nie wiem jaka stała za nim historia, nie jestem pewna, czy kiedykolwiek ją poznałam. Ale to jeden z najjaśniejszych gwiazdozbiorów. — wyjaśniła.
— Może ze sobą walczą? Orion w pół ciosu, Byk właśnie go bodzie porożem... — zaproponował, przyglądając się scenie. — Dwunodzy są dziwni. Oni byliby w stanie stanąć oko w oko z jeleniem.
Nastała między nimi krótka chwila ciszy. Szałwiowe Serce spojrzał dalej. Nagle między gwiazdami zaczęły tworzyć się niewidzialnie połączenia, jak gdyby między nimi została uprzędzona cienka nić. Prawdopodobnie nawet nie łączył ich w dobry sposób. Zresztą, po co miałby się słuchać zdania dwunożnych, którzy opierali je pewnie na własnych wyobrażeniach, wierzeniach i wszystkim innym, co im się uroiło w głowach. Hm... Ciekawe czy mieli gwiazdozbiór kota?
Patrzył tak dalej. Mijał niebo, chłonąc wzrokiem całą panoramę, która zawisła nad szumiącym morzem. Woda ciągnęła się aż po horyzont. Zaczął zmierzać w stronę swoich rodzimych terenów i szukać formacji właśnie tam, gdy nagle dojrzał dwa niepozorne punkciki.
Same pośród wielu innych, słabszych lub już złączonych ze sobą już gwiazd. Tym razem miał wrażenie, jakby przędza między nimi była grubsza, nie tylko wymyślona, a zauważalna gołym okiem.
— A tamten? — Wskazał nosem kierunek, jakby próbował trącić te dwie gwiazdy, które z jakiegoś powodu go zainteresowały niż wszystkie większe i bardziej okazałe zbiory.
— Ten na dole?
— Nie, ten wyżej. — Wskazał kierunek drugi raz.
— Hm... Nie wiem — odpowiedziała po kilku uderzeniach serca myślenia. — Mówiłam, nie pamiętam już aż tak dużo. Tylko to, co mocniej zapadło mi w pamięć.
— Może nikt go jeszcze nie nazwał. Możemy być pierwszymi.
— Coś proponujesz?
Zamilkł na moment.
— Widzę nas w tych gwiazdach — wyszeptał. — Może Klan Gwiazdy wspiera nas w ciszy. Może nie chce tego przyznać, lecz spogląda na nas z góry i to bez nienawiści.
Na wzmiankę o przodkach Łuna zdawała się posmutnieć. Mógł o tym nie wspominać, lecz w tamtej chwili nawet nie zdawał sobie sprawy, jak słodko-gorzkie słowa wypowiadał. Następnego świtu przyjdzie opamiętanie, lecz teraz naprawdę w to wierzył. Patrzył w niebo i wierzył, że jego serce biło w odpowiedni rytm. Przodkowie, którym był oddany, go nie porzucili. Przymykali oko, podarowując parze kochanków osłonę nocy na swobodne spotkania. Świadkami byli tylko on, ona i rój wolno mrugających gwiazd.
Kotka cicho westchnęła. Odwróciła głowę, przymknęła ślepię i wcisnęła głowę pod brodę Szałwiowego Serca. Zanurzyła nos w jego grubym (szczególnie teraz, porą nagich drzew) futrze, docierając nim aż do ukrytej między kosmykami skóry. Dotknęła jej tym zimnym, mokrym lustrem. Chłód rozszedł się po jego szyi.
Trwali tak przez chwilę w bezruchu i ciszy. W przemarzniętych uszach był wyłącznie szum morza, świst wiatru i ich oddechy wzburzające w powietrze chmury białej pary. Poruszył wzrok na poprzednie gwiazdozbiory, które Łuna mu pokazywała i zamyślił się na dłuższą chwilę.
— Kochałaś kogoś kiedyś? — zapytał nagle pod natłokiem nieprzyjemnych wspomnień. Kotka uchyliła jedno oko, zmęczonym i zdziwionym głosem odpowiadając:
— ...ciebie?
— Oprócz mnie. Przede mną.
— Nie — miauknęła, wyciągając pysk, by spojrzeć na partnera. — Był tylko tamten jeden dzieciak, co chyba się we mnie zauroczył, ale to już ci mówiłam. Co, zrobiłeś się zazdrosny?
Milczał przez kilka uderzeń serca.
— Byłem jeszcze kiedyś zakochany. Zanim cię bliżej poznałem, zanim zostałem mianowany... — zaczął mówić, choć sam nie był pewien, dlaczego opowiadał jej tę historię. Mógł się spodziewać, że nie była to rzecz, którą Łuna chciała usłyszeć. Jego samego uspokoiła odpowiedź, że był jej pierwszym. Gdyby nie ona, pewnie w głowie miałby teraz ogromny mętlik... A jednak mówił dalej. Jeśli ona otworzyła się teraz przed nim, on też nie powinien chować przed nią tajemnic. — Była moją przyjaciółką od samego żłobka. Dorastałem z nią, spędzaliśmy dużo czasu. Pomagała mi z problemami, dawała nawet korepetycje, gdy już została wojowniczką. No i... Byłem głupi, jak możesz się spodziewać — mruknął i pokręcił głową. — Myślałem, że czuła to samo, co ja. Wyznałem jej uczucia i resztę dnia przepłakałem w jakichś kłujących jeżynach, aż mój wujek mnie nie znalazł i nie zabrał mnie do obozu. Chyba sam się przestraszył. Nasze ścieżki się całkowicie rozeszły, może trochę bardziej z mojej, niż z jej winy. Nie umiałem się z nią przyjaźnić dalej tak, jakby nic się nie stało. Potem została dziewczyną mojej siostry. Byłem tak strasznie wściekły, że nie otworzyłem do żadnej z nich pyska przez tyle księżyców, że aż wstyd przyznać... Byłem strasznie dziecinny. Bałem się, że przy tobie zaliczę, hm... "Powtórkę z rozrywki". Znowu źle zrozumiem znaki, zrobię z siebie skończonego mysiego móżdżka i nigdy więcej cię już nie zobaczę.

<Łuno?>

09 listopada 2025

Od Źródlanej Łuny CD. Szałwiowego Serca

Mokra trawa uginała się pod jej łapami. Słońce wychylało się zza grubych chmur, a mgła, która wcześniej otulała cudze terytoria w oddali zdawała się rozpływać w powietrzu.
Cudze terytoria… Wpatrywała się w polanę rozciągającą się po drugiej stronie granicy. Nawet, gdy nie była umówiona na żadne spotkanie, często zdarzało jej się zajść w to miejsce. Czasem przysiadała na jednym z kamieni, wystawiając pyszczek do słońca, a czasem przechadzała się po piasku, raz po raz spoglądając na odległą linię drzew. Lubiła wyobrażać sobie, że następnym razem zobaczy wśród nich tą jedną znajomą sylwetkę, że za parę nocy jej bok spocznie na skrawku trawy, przyciśnięty do tego Szałwiowego Serca. Każda taka wizja wypełniała ją ekscytacją. W końcu mogła bez wstydu rozmyślać o nim, mogła okazywać swoje… Czułości bez obawy, że zostaną one odebrane tak, nie inaczej, lub co gorsza, odrzucone. Nie musiała się tym martwić. Ich spotkania były miłą odskocznią od szarej codzienności, a nie kolejnym powodem do nerwów.
Była więc zaskoczona, gdy kątem oka dojrzała błysk znajomego futra. Tyle, że wraz z nim zauważyła też całą zgraję towarzystwa. Szałwiowe Serce szedł razem z patrolem; jakąś wysoką, starszą szylkretką, kremowym wojownikiem i kimś z tyłu, kogo nie była w stanie zobaczyć. Jej łapy zastygły w miejscu, wbite w ziemię, a od grupy kotów poniosły się mało przyjazne głosy.
— Co się tak gapi? Patrolu nigdy nie widział? — usłyszała słowa jednego z nich.
Podeszli już na tyle blisko, że było za późno, aby poszła dalej i ich zignorowała. Odwróciła pysk tak, aby dobrze ich widzieć – chociaż starała się nie skupiać spojrzenia na żadnym z nich. A tymbardziej na poincie. Nie potrzebowała nikogo, kto połączyłby kropki.
Szałwiowe Serce posyłał jej bezradne spojrzenie, wargi zaciśnięte. Oczywiście, że to jej pozostawiał wykaraskać się z tej sytuacji! Zdusiła w sobie chęć wytknięcia kocurowi języka, rzucając mu jedynie przelotne spojrzenie. Nie takiego spotkania się spodziewała! Już otwierała pysk, aby… Aby co? Aby się wytłumaczyć? Odgryźć się? Jednak i gardło, i umysł ją zawiodły – nie była w stanie wymyślić niczego sensownego, a tym bardziej tego powiedzieć. Zmarszczyła brwi i zrobiła to, co jej pozostało; obróciła się na pięcie i z wysoko uniesionym ogonem czmychnęła wgłąb terenów Klanu Klifu. Trudno, najwyżej będą ją mieli za tchórza. I pomimo, że nie chciała tego, nie chciała również ryzykować.

*noc zgromadzenia 8.11*

Droga do obozu nie była długa, jednak tym razem zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Głównie przez Mirtowe Lśnienie, który dreptał u jej boku, posyłając jej zaciekawione spojrzenie.

Stała naprzeciw brata, wymieniając się ostatnimi słówkami, zanim oboje rozejdą się w swoje strony. Nim jednak kocur zdążył się odwrócić, poczuła przy uchu ciepły oddech i usłyszała czyjś znajomy głos.
— Szałwiowe Serce... — miauknęła pod nosem. Wbiła nerwowy wzrok w pysk brata, który wydawał się nieco zdziwiony. Posłała mu uśmiech, zanim szybko odwróciła się i zgarnęła nocniaka ze sobą.
— Musisz przestać to robić — westchnęła, jednak uśmiech nie opuścił jej ust. Szybko oddaliła się gdzieś z dala od rudego.— Nigdy nie mogę cię zauważyć. No, a to był mój brat.


Wtedy braciszek nie zadawał jej żadnych pytań; w zasadzie, to nie miał kiedy. Całe zgromadzenie spędziła w towarzystwie partnera, a Blaska zobaczyła dopiero, gdy ich ojciec zwołał klifiaków do powrotu.
Widziała słowa cisnące mu się na język. Z wszystkich kotów, które mogły jej towarzyszyć, gdy nocniak ją znalazł, musiał to być on… Nawet Strzępce czy Pchełce byłoby łatwiej cokolwiek wytłumaczyć. Mogła się przynajmniej cieszyć, że jeżeli już był to ktoś z jej rodziny, to przynajmniej nie Judaszowcowa Gwiazda.
— To… Z kim dzisiaj spędziłaś zgromadzenie?
Z jej pyska wyrwało się poirytowane westchnienie. Idąc po jego lewej stronie nie była w stanie dojrzeć jego mimiki, a monotonny głos nie zdradzał niczego.
— Z moim znajomym — miauknęła krótko, unosząc wyżej podbródek.
Nie lubiła kłamać, nigdy nie popierała takiego zachowania. A teraz? Teraz robiła to niemal codziennie.
Zeszli z piasku na trawę. Blask przybliżył się nieco, a dreszcz przebiegł po jej karku. Mimo sympatii, którą darzyła brata, nie chciała teraz się z nim użerać… Noc mijała jej tak przyjemnie. Do czasu.
— Długo się znacie? To powitanie nie wyglądało… Jakbyście spotkali się niedawno.
— Może — mruknęła. Końcówka jej ogona zadrżała. — Nie moja wina, że ty nie wiesz, jak nawiązywać znajomości.

***

Białe punkciki pojawiły się na ciemniejącym niebie. Skała, na której leżeli, była chłodna, a wiatr muskał kosmyki ich futra.
Pysk Szałwiowego Serca wciśnięty był w sierść na jej szyi, a ona opierała prawy policzek o jego czoło. Rozkoszowała się spokojem. Mogli rozmawiać o wszystkim i o niczym; nawet, gdy w ich klanach nie działo się nic ciekawego, o czym warto było opowiadać, rozmowa i tak się ciągnęła. A gdy tematów brakło, zapadała pomiędzy nimi przyjemna cisza. Nie przyznałaby się, ile razy w takich momentach zdarzyło jej się przymknąć ślipię na wystarczająco długą chwilę, aby uciąć sobie drzemkę… Na jej obronę, spotkali się praktycznie zawsze wieczorami. Normalnie już dawno leżałaby w swoim cieplutkim posłaniu!
Uniosła spojrzenie do góry. Tego dnia nieba nie zakrywały chmury, a gwiazdy wyraźnie migały na granatowym tle. Lubiła je oglądać. Zdarzyło jej się wieczorami siedzieć przed obozem wraz z bratem i testować swoją wiedzę o nocnym niebie. Zupełnie jak wtedy, gdy byli kociakami. Kurcze, skąd jej wzięło na wspominki?
— Zanim trafiłam do Klanu Klifu, miałam na imię Eris — miauknęła, sama nie wiedziała, dlaczego. Może po prostu, aby o czymś mówić? Odchyliła głowę do tyłu, układając się wygodniej. — Nie pamiętam, czy kiedyś Ci mówiłam. Tak nazwali mnie moi prawdziwi rodzice… Bardzo lubili gwiazdy i wszystko, co z nimi związane — leniwie wyciągnęła jedną z łap do góry, łącząc białe punkciki niewidzialną linią. — Uczyli mnie i Blaska je rozpoznawać. Nie pamiętam już wszystkiego, ale pewnie byłabym w stanie rozpoznać niektóre gwiazdozbiory.


<Szałwik?>

08 listopada 2025

Od Szałwiowego Serca CD. Źródlanej Łuny

Uśmiech nie był w stanie zejść mu z pyska. Mięśnie twarzy zastygły w miejscu jak porażone. Serce kołatało szybko, aż przesadnie; oblała go fala gorąca. Umysł działał na najwyższych obrotach. Nie był w stanie uwierzyć, że to wszystko się stało... Bo się stało, prawda? To nie było kolejne marzenie senne, które za chwilę wyrwie się spod kontroli?

„Nie stracisz mnie. O to byś się musiał bardziej postarać.”

Przez ciało Szałwiowego Serca przeszedł dreszcz, jak gdyby szept kotki był podmuchem mrozu. Schylił łeb i wtulił nos w jej szyję. Oddychał szybko – odgłos, który przy tym wydawał, był niejasny. Równie dobrze można by było go uznać za początek śmiechu, jak i płaczu. Nie był pewny, na które zbierało mu się bardziej.
— Dziękuję — wymruczał, nie będąc w stanie znaleźć kolejnego słowa. Wciąż jego całe ciało było napięte, a krew w żyłach buzowała, a jednak w jego umyśle pojawiła się pewna ulga. Wszystko było już za nim. Nie musiał się dłużej obawiać i zastanawiać, tonąc w myślach, nie widząc ich końca. Padły te dwa najważniejsze słowa, które musiały paść. Gdyby znów się powstrzymał, nadszedłby w końcu kiedyś ten zryw brawury, który sam wypchnąłby mu je z gardła.
A może właśnie powinien się bać? Powinien złapać się za krtań i zacisnąć ją mocno tak, by nigdy już nie przeszły przez nią takie słowa?
Może tak naprawdę popełnił błąd, najgorszy z najgorszych, najgłupszy z najgłupszych, który już niedługo zażąda kary i pokuty?
— Przepraszam, ale — oderwał się i usiadł na ziemi — chyba zaraz z tego wszystkiego zemdleję...
Źródlana Łuna zaśmiała się delikatnie.
— Nie teraz! Noc się jeszcze nie skończyła — zauważyła. — Nasze spotkanie nie dobiegło końca.
— Ach, czyli teraz po prostu nie chcesz mnie wypuścić, tak? — miauknął z udawanym oburzeniem. — Nie przejmujesz się moim zdrowiem, tylko sobą...
— Chyba nie myślałeś, że dam ci teraz odejść?
— Przecież nigdzie się nie wybieram. Tylko nieco kręci mi się we łbie...
— Połóż się na ziemi. Nie upadniesz, jak już będziesz leżeć.
Kocur przechylił łeb i położył się na chłodnej, tracącej ciepło dnia ziemi. Po chwili Łuna zrobiła to samo, usadawiając się zaraz przy jego boku.
Przyjemnym uczuciem było móc to zrobić bez myślotoku i wyskakujących zewsząd pytań, czy ten gest oznaczał coś więcej, czy tylko coś uroił sobie w głowie.
Tkwili tak przez długie uderzenia serca, ciesząc się chwilą prawdziwej wolności. Z nieba zmywały się powoli żywe barwy zachodu słońca, zastępując je ciemną nocą. Powietrze jeszcze nosiło ostatki dawnego gorąca, który przez ostatnich kilka księżyców palił bezlitośnie ziemię tylko po to, by teraz ustąpić zimnemu wiatrowi. Świerszcze wyśpiewywały swe ostatnie pieśni, wołając ostatnich partnerów na ostatnią miłość.
Szałwiowe Serce nie chciał myśleć o świcie, który musiał w końcu nieubłaganie nadejść i podzielić ich drogi. Nie chciał wstawać, czuł się teraz tak błogo. Jakby jego umysł oczyścił się z tych wszystkich okropnych wspomnień i czarnych scenariuszy. Jakby ciepło bijące od ciała Źródlanej Łuny wnikało w niego i spalało po swojej drodze wszystko, co złe.
— Podobają ci się takie przeprosiny?
Źródlana Łuna wepchnęła łeb pod jego brodę. Z jej gardła uchodziło mimowolne mruczenie. Nie musiał nawet zadawać tego pytania.
— Były to najlepsze, jakie tylko mogłeś mi dać — miauknęła cicho, przymykając zmęczone, złote oko.

***

Od tamtego spotkania coś się w nim zmieniło. Zapłonął w nim kolejny ogień. Jego emocje odznaczały się inną obawą, stresem i żalem, ale też podekscytowaniem i cichą radością z tego, że w końcu mógł nazwać Łunę swoją partnerką. Nawet jeśli tylko mówiąc do siebie. Szeptem.
Nieważne. 
Siwa Czapla i Kijankowe Moczary zauważyli zmianę w jego zachowaniu, zwłaszcza w dniach zaraz po nocnej schadzce. Zbywał ich chłodno. Nie chciał się ujawniać przed nikim, nawet przed najbliższymi. Gdyby klan się dowiedział, byłoby już po nim. Nadszedłby koniec tego wszystkiego, co nieudolnie budował przez całe swoje życie. Upadek wątłej szansy, w którą jeszcze naiwnie wierzył, na zostanie kimś więcej niż zwykłym księciem. Koszmar. Coś, do czego nie mógł nigdy dopuścić...
Jednak w głębi serca milczenie przynosiło mu pewien ból. Czuł dumę z tego, jak cudowną kotkę mógł zwać swoją lubą. Czuł irytację, gdy któryś z kotów wytykał mu bycie samotnym. Mógł tylko zwiesić łeb, zatrzymać prawdę cisnącą się mu na język i westchnąć głęboko. Czuł zazdrość o te wszystkie zakochane pary w Klanie Nocy, które czułościami przypominały mu o rozłące ze Źródlaną Łuną. O to, że nie nikt nie był w stanie jej poznać. O to, że nie mógł się z nią położyć w centrum obozowiska, w świetle pełnego dnia, i podzielić językami. Tak, by nikt by na nich nie patrzył dziwnie i nikogo to nie interesowało.
Gdyby tylko urodziła się w Klanie Nocy, a nie wśród tych zafajdanych klifiaków...
Został wyznaczony na patrol graniczny. Północna granica... Nie lubił na nią chodzić z innymi kotami. Zawsze wtedy czuł spięcie, że Źródlana Łuna się tam pojawi, wszyscy ją zobaczą i skojarzą z nim. Tego dnia wolał się tym nie przejmować. Nie mieli umówionego spotkania. Zaraz miała nadejść noc zgromadzenia, wtedy będą mieli okazję do rozmowy...
Odnowił oznaczenie zapachowe i zapatrzył się we wzgórza pnące się daleko w tereny obcego klanu. Obce, choć był w nich pewien znajomy element... Zbyt znajomy...
Wśród trawy wyrosła srebrna sylwetka. Położył po sobie uszy, gdy zdał sobie sprawę, jakiego kota zobaczył. Oj nie — pomyślał, zaciskając zęby i odwracając głowę.
— Patrzcie, idzie klifiak! — zawołał któryś z jego towarzyszy.
— Myślicie, że będzie chciał narobić sobie guza? — mruknął psotnie Rozpromieniony Skowronek.
— Co się tak gapi? Patrolu nigdy nie widział? — dodała Biedronkowe Pole.
Tylko on milczał, patrząc się na swoją partnerkę ze związanymi łapami i niewidzialnym kneblem w pysku.
Posłał jej przepraszające spojrzenie.

<Łuno?>

26 października 2025

Od Źródlanej Łuny CD. Szałwiowego Serca

Nie chciała przyznać, nawet sama przed sobą, jak długo czekała, marząc, aby te trzy słowa w końcu opuściły pysk Szałwiowego Serca.
Wychodząc tamtego wieczoru z obozu nie była pewna, na co ma być gotowa. Czego miała się spodziewać. Pomimo “pogodzenia” się na zgromadzeniu, do domu powróciła z poczuciem nieprzyjemnego napięcia. Nie podobał jej się brak wyjaśnień, chciała je zyskać tu i teraz; rozsądek mówił jej jednak, aby dała kocurowi poukładać myśli. Nie chciała się kłócić. Może i cała ta sytuacja dała upust jej złości, ale nie chciała, aby wojownik jeszcze bardziej się przed nią płaszczył. Przynajmniej nie publicznie – tego chciała by im obu oszczędzić, przeciągnąć ich sielankę w czasie. Świadoma była tego, jak bardzo ich związek mógłby być kruchy, wbrew temu, co mógł myśleć Szałwiowe Serce.
Związek… Słowo to sprawiało, że jej żołądek ściskał się lekko. W pozytywnym sensie, z ekscytacją; ale również ze zmartwieniem. Nie mogła się nie zastanawiać, jak to by wyglądało, gdyby… Gdyby zostali parą. Nic… Nic by się nie zmieniło, prawda? Tylko oni by o tym wiedzieli. Nie musiałaby się obawiać reakcji ojca, reakcji przyjaciół. Nikomu nie musiałaby nic mówić. Ba, nikomu nie powinna nic mówić.
Wszystko pozostałoby tak samo, jak dotychczas; zyskałaby jedynie potwierdzenie, pewność, której tak bardzo chciała.
Turkusowe oczy wojownika błysnęły. Zdała sobie sprawę, że tym razem to ona zamilkła na zbyt wiele uderzeń serca – jego mina stała się jedynie bardziej niepewna, a pysk otworzył się, jakby już chciał cofnąć wszystko, co jej powiedział… Jednak ona nie mogła znaleźć żadnych słów. Ten jeden raz, gdy naprawdę musiała coś odpowiedzieć, język ją zawiódł. Wpatrywała się kocurowi w oczy jeszcze przez chwilę, jej usta rozdziawione z… Zaskoczeniem? Niezdecydowaniem? Zanim, w przypływie emocji, których nie była w stanie nazwać, postąpiła krok do przodu rzuciła się mu w objęcia.
To musiała być najbardziej jasna, zrozumiała reakcja, którą mogła mu dać, prawda? Szałwiowe Serce, choć widocznie nieprzygotowany, czym prędzej przysunął się bliżej, nie dając się jej przewrócić (gdyż nagły ruch sprawił, że jej łapy zaczęły się nieco rozjeżdżać). Zacisnęła ślipie i wcisnęła nos w jego sierść.
— Ja… Um. Też cię kocham — miauknęła w końcu, jej głos drżący. Niekontrolowany uśmiech cisnął się jej na pysk; w końcu, opanowawszy się, cofnęła głowę nieco do tyłu.
Stało się. Koniec niepewności, koniec gdybania, co powinna była mówić, a czego nie, koniec wahania się, czy powinna zrobić krok do przodu.
Starała uspokoić się, chcąc powiedzieć mu coś więcej. Wzięła głęboki oddech i usiadła, jednak kąciki jej pyszczka nadal uniesione były wysoko.
— Oczywiście, że też się bałam — zaczęła, uciekając w bok wzrokiem. — Nadal się boję. I… Nie musisz wspominać mi o naszych klanach, o kodeksach… Bardzo dobrze zdaję sobie z tego sprawę. — Przełknęła ślinę, gdy w myślach pojawił się jej obraz rozwścieczonego ojca. Ponownie podniosła spojrzenie na Szałwiowe Serce, odzyskując nieco pewności siebie. — Długo… Długo o nas myślałam. Nie mogłam siedzieć cicho. Zawsze wydawało mi się, że pomiędzy nami… No- wiesz. I cieszę się, że się nie pomyliłam — zniżyła głos do szeptu — a stracić… Nie stracisz mnie. O to byś się musiał bardziej postarać.


<Szałwiowe Serce?>

Od Szałwiowego Serca CD. Źródlanej Łuny

parę wschodów słońca po zgromadzeniu

Sam nie był pewien, w jaki sposób udało mu się wyjść. Obóz Klanu Nocy okalała ze wszystkich stron woda, która wydawała całkiem zauważalne dla kociego ucha dźwięki, nawet jeśli ktoś próbował płynąć cicho – nie chciał ryzykować. Stojąca tej nocy na straży Krabowe Paluszki z pewnością by go zauważyła i poszła sprawdzić, co się działo. Przez te kilka dni myślał... Aż nie wymyślił akceptowalnego planu. Wysepki wokół obozu stanowiły może i trochę ciężki, ale możliwy do przebycia dużymi susami most z jednej strony na drugą. Więcej rzeczy szeleściło w zaroślach, niż pluskało w wodzie. Na brzegach wysp, gdy otaczały go wysokie trzciny, był niezauważalny. Przeszedł obok starszej kocicy i zniknął za umocnieniami. Przeskoczył wpierw na mały skrawek zieleni. Później na prawdziwy brzeg. I zniknął, idąc w stronę granicy z Klanem Klifu tak, jak jej wtedy obiecał.
Próbował ułożyć sobie w głowie odpowiednią mowę, lecz nie mógł skupić swoich myśli. Ciągle odpływał. Zanim odszedł w głąb polany, jeden raz spojrzał na falującą taflę wody. Wspomnienie Pluskającego Potoku uderzyło w jego głowę nagle z głuchym dźwiękiem. Musiał mrugnąć, by pozbyć się obrazu, który wyrósł przed oczami. Nawet wtedy pozostał w formie fioletowego, rozmytego obrysu wypalonego na powiekach.
Spotkania ze Źródlaną Łuną zawsze były dla niego słodko-gorzkie. Zawsze przynosiły mu stres. Ktoś mógł ich razem zobaczyć, zaraz wybuchną plotki, robił z siebie przed nią najgorszego rybiego móżdżka, łamał kodeks, zdradzał klan i własne wartości. Te myśli go nigdy nie opuszczały. A mimo to jej sama obecność i to ciepłe uczucie w najczystszej jego postaci, gdy był w stanie wyodrębnić je z plątaniny nerwów, przynosiło niesamowite ukojenie dla rozedrganej duszy. Było to kilka błogich chwil jak moment zapadania w sen. Tylko kilka – a pomimo całej otoczki zdenerwowania, stresu i niepokoju sprawiały, że wracał. Jak teraz.
Widział z oddali, jak kotka sama szła w tę stronę. Jej sylwetka przystanęła na miejscu wcześniej niż on. Szałwiowe Serce przełknął nerwowo ślinę, gdy znalazł się już parę lisich skoków od niej. Miał nadzieję, że tego nie usłyszała... Uśmiechnął się do niej nerwowo, próbując wybadać, czy wciąż była na niego zdenerwowana. Odwzajemniła gest, podchodząc o krok bliżej. Odrobinę wygładził samo podnoszące się futro na grzbiecie.
Księżyc wciąż jeszcze jasno lśnił, choć ćwierć tarczy zdążyła przykryć ciemność. Jego delikatne światło opadało na pysk i ciało Źródlanej Łuny, okrywając ją łagodnym cieniem. Nad wszystko wybijał się blask złotego oka i lekko opalizujące pióra sroki.
Speszył się tym widokiem.
— Jak tam ucho? — zapytał, gubiąc wszelkie pomysły na rozpoczęcie rozmowy w lepszy sposób.
— Dobrze — odparła, uprzednio wzdychając. Pomimo tego zapewnienia delikatnie się skrzywiła. — Prawie się zagoiło. Gorzej było z wypytywaniem przez mojego ojca... — Przechylił łeb, pokazując, że słuchał. Wojowniczka jednak zamiast kontynuować, nagle wzdrygnęła się i podniosła na niego wzrok. — Ale do rzeczy. Obiecałeś... Że mi to wszystko wyjaśnisz. Słucham.
Westchnął, usiadł na ziemi i owinął łapy ogonem. Noce stawały się już chłodne, a ziemia nie trzymała tak dobrze ciepła słońca, jak porą zielonych liści.
— Tak, obiecałem...
Uciekł wzrokiem w ziemię, zastanawiając się, jak mógł być z nią szczery, a jednocześnie wdać się w kolejną kłótnię jak ta na zgromadzeniu. Na chwilę zacisnął zęby. Nieważne ile by się namyślał, pewnie i tak skończy jak ostatnio.
— Nie masz nigdy takiego poczucia, że robimy coś złego? — zapytał nagle. — Gdyby ktoś nas odkrył, bylibyśmy skończeni. Nasze klany nie dałyby nam spokoju. Ba... — Nagle spojrzał w górę, na gwiazdy, które zaczynały migotać na czarniejącym niebie. — Myślisz, że przodkowie to pochwalają?
Chyba... Nie była to odpowiedź, której się spodziewała, wnioskując po podarowanym mu spojrzeniu.
Gdyby się nie powstrzymał, przez ból, który teraz roziskrzył się w jego brzuchu, złamałby się w pół.
— Ja się po prostu boję. I wierzę, że też się boisz. Kochasz Klan Klifu, jak ja kocham Klan Nocy. Wierzysz głęboko. Jesteś dobrą wojowniczką, która przestrzega kodeksu wojownika. A jednak go łamiesz. Oboje to robimy.
Pauza.
— Mimo – nie, proszę, nic nie mów, daj mi skończyć — przerwał kotce, widząc, jak otwierała usta, by coś powiedzieć. Z pewnością rozumiała go teraz źle. Nie zdążył przekazać jej wszystkiego. — Mimo wszystko, chciałem powiedzieć, i tak do tego wracamy. I tak tu stoimy, po zmierzchu, sami, ukryci przed resztą świata. Bo ty wiesz, my wiemy, że to jest tego warte.
Prawda?
— I to jest to twoje wytłumaczenie? — powiedziała zdziwiona, przekrzywiając głowę.
— Posłuchaj mnie — miauknął, podchodząc do niej. Źródlana Łuna wstała z miejsca, widząc, jak ten się przybliża. — Wtedy kotłowało się we mnie tak wiele emocji. Wciąż się kotłuje. Nie potrafię nawet ich wszystkich nazwać. Spanikowałem, gdy tamtego dnia... To powiedziałaś. Żałowałem tego długo i nie przestałem. Wiem, że unikałem tego miejsca i spotkań. To było okropne. Przyznaję się, bo nic innego mi nie zostało. — Machnął ogonem, próbując strącić z siebie przynajmniej odrobinę narastającego niepokoju. — Myślałem jednak o tobie. Każdego wschodu słońca — przyznał. Oblał go wstyd. Nie wierzył, że mówił to na głos i to jeszcze jej. Jakim cudem się na to zdobył? I jeszcze nie wykitował? Chociaż do tego mu chyba było już blisko. — Jest w moim życiu dużo trudnych rzeczy i uczuć, przed którymi chciałbym uciec. — Przełknął nerwowo ślinę drugi raz. Jego łapy drżały. Wiedział, co zaraz opuści jego pysk. Wiedział i bał się tego strasznie. — Ale, nawet gdybym próbował, ja nie mogę uciec przed tobą. Nie chcę, nie mogę, bo... Naprawdę cię kocham. Tak bardzo nie chcę cię tracić. Nie takim głupstwem. Przepraszam.

<Łuno? ;3>
 
rysunek wykonany przez @kermitnx

14 października 2025

Od Źródlanej Łuny CD. Szałwiowego Serca

Spodziewała się wszystkiego. Naprawdę. Tylko nie tego.
Z nadal otwartym pyszczkiem wpatrywała się w prędko znikająca między drzewami sylwetkę wojownika. Nawet nie wiedziała, jak ma się czuć. Zawiedziona? Zła? Z niedowierzaniem przeniosła wzrok na skałę, gdzie jeszcze parę uderzeń serca temu wpatrywał się w nią nerwowo. Chyba wybrała to drugie.
Wpatrując się w morze pozostała do momentu, w którym słońce nie zniżyło się tuż nad jego fale. Jej myśli nie chciały się uspokoić, biegnąc niczym banda zdziczałych psów. Jak miała na to zareagować? Powoli dochodziło do niej to, w jaki sposób została wystawiona. Jej pazury zaskrobały o kamień. Wiedziała, że czasem zachowywał się nieco… niestosownie, ale to już była przesada. Tak się po prostu nie robi!
Szybkim, mało zgrabnym ruchem podniosła się ze skały i zeskoczyła na piasek. Chyba coś mu do głowy uderzyło, jeżeli myśli, że będzie się za nim uganiać. Że będzie… Tolerować takie zachowanie. Fuknęła ze złością, trącając łapą jakiś drobny kamyk.

*noc zgromadzenia 11.10*

Zanim jeszcze dotarli na wyspę, miała wrażenie, że złość w końcu rozniesie ją do końca i wcale się tam nie pojawi. Jej łapy mocno uderzały o podłoże, gdy szła tuż za bratem – aż tak głośno i wcale nie w jej stylu, że Mirtowe Lśnienie zaczął posyłać jej zmartwione spojrzenia. Ale co mogła mu powiedzieć? Jeszcze nikomu nie zdradziła swojego… Sekretu. A gdyby już zdradziła, to wiedziała, że nie byłby on pierwszym, który by dowiedział. Nie wiedziała, czy bardziej bałaby się reakcji ojca, czy właśnie jego.
Cieszyła się, że jej nowomianowana uczennica, Świetlista Łapa, trzymała się wraz z rodzeństwem. Głupio by się czuła, zostawiając ją samą na jej pierwszym zgromadzeniu. Zbyła brata tuż po dotarciu na wyspę – kiedy jednak zauważyła pojedynczych nocniaków, zwlekała ze znalezieniem Szałwiowego Serca. Nie była pewna, co tak w zasadzie ma mu powiedzieć.
Po dłuższej chwili kuśtykania i wymijania obcoklanowiczów, jej spojrzenie w końcu padło na wojownika. Momentalnie się w niej zagotowało. Dwa księżyce!? Dwa księżyce bez wyjaśnienia! Kto przy zdrowych zmysłach odbiega gdzieś w las po byle jakim "nie wiem, nie mogę", czy jakoś tam. Gdy już po powrocie do obozu w ten nieszczęsny dzień minął jej cały smutek i strach, pozostał jedynie zawód. A potem wściekłość.
Podniosła wysoko podbródek i skierowała się w stronę kocura. Nie za bardzo obchodziło ją w tamtym momencie to, że wokół niego mogli siedzieć jacyś jego koledzy – to mogła odkręcić później. Jeżeli byłoby jakieś "później". Stanęła przed kocurem i odchrząknęła głośno.
— Szałwiowe Serce — miauknęła, mierząc go uważnie spojrzeniem.
Point podniósł na nią spojrzenie. a kąciki jego pyska uniosły się nerwowo.
— Och! Cześć, Źródlana Łuno...
Oh, jak bardzo miała ochotę zetrzeć mu ten uśmiech z pyska. Jej ogon wściekle przesuwał się z jednej strony na drugą. Jak on śmiał?
— Nie patrz na mnie jak strapiony pies — wysyczała, mrużąc oczy. Wbrew sobie podniosła nieco głos, ignorując wszystkich dookoła. — Masz mi to wszystko wytłumaczyć!
Mina kocurowi zrzedła. Z gorzkim westchnieniem spuścił wzrok.
— Proszę, nie krzycz... Chcę cię przeprosić tak, jak tylko potrafię. Tak strasznie żałuję tego, co zrobiłem, że nie mogę spać. Przysięgam, jest mi okropnie wstyd...
Zamknęła na chwilę pysk. Zacisnęła zęby i przybliżyła się jeszcze o krok. Jej ogon nadal podrygiwał w powietrzu, zdradzając jej zdenerwowanie równie dobrze, co jej spojrzenie.
— Dobrze — fuknęła po chwili. — Ale co w ciebie wstąpiło? Może to tylko ja tak uważam, ale dorosły kot nie odbiega w siną dal jeżeli coś mu się nie podoba. Wy- Wybacz, jeżeli jakoś cię uraziłam- albo nie wiem, nie odwzajemniasz moich uczuć i do czegoś- do czegoś cię zmusiłam — powiedziała wprost — ale to nie powód, żeby zachowywać się aż tak dziecinnie!
Szałwiowe Serce zaczął kręcić gorliwie głową.
— Nie, nie, nie, to zupełnie nie tak — wymiauczał bardzo szybko, starając się utrzymać z kotką kontakt wzrokowy. — Nie zrobiłaś nic złego, tak jak mówisz, to ja jestem dziecinny... Jestem mysim móżdżkiem, zrobiłem okropnie i przyznaję się do tego przed tobą... Bo nie wiem, co innego mogę zrobić. Nie mogę zrozumieć siebie. Przepraszam.
Zacisnęła wargi, powstrzymując kolejny, zapewne niepotrzebny syk. Wąsy Szałwiowego Serca przelotnie dotknęły tych jej i- oh, wszystko mówiło jej, aby odpuścić sobie i dać się kocurowi przytulić, ale uparcie stała przy swoim. Odchyliła lekko głowę do tyłu, i już miała kontynuować... Jednak końcowo usiadła. Owinęła ogonem prawe udo i ponownie wbiła spojrzenie w wojownika.
— Przeprosiny przyjęte — syknęła w końcu, nie mogąc powstrzymać ostrego tonu głosu. Ze zmęczonym westchnieniem uniosła wzrok na nocne niebo, błagając przodków o cierpliwość, zanim znów spojrzała na pointa. — To- powiedz mi, czego nie rozumiesz. Wyjaśnij mi to, proszę.
Na pysku wojownika wymalowała się ulga.
— Nie wiem, jak to powiedzieć... Nie wiem dokładnie nawet, co to jest. Po prostu się boję. Ciebie, siebie... Tego, co pomiędzy nami? — wymamrotał, jego wzrok rozbiegany. Położyła po sobie uszy, zatrzymując się na tych słowach. — Gdy cię widzę i chcę porozmawiać, zbliży-żyć się, to w tej samej chwili zawsze coś mi mówi z tyłu głowy, że powinienem uciec. I ta myśl jest okropna... A jeszcze bardziej okropna, gdy wiem, że mogę się jej posłuchać...
Próbowała być spokojna. Naprawdę próbowała. Jednak kocur sam siebie tylko głębiej wprowadzał w bagno.
— Boisz się mnie? — ponownie podniosła głos, przepełniony zawodem. — Wiem, że- że wyglądam jak wyglądam, i nie jestem z twojego klanu, ale nie jestem również jakąś niewychowaną samotniczką! — wysyczała. Jej ogon ponownie zaczął uderzać o podłoże. — Czego możesz się bać na tyle, żeby od tego uciekać? Nie rozumiem Cię. Pomijając już fakt, że w ogóle chciałbyś uciekać, bo to zachowanie godne uczniaka, nie ciebie!
Szałwiowe Serce ponownie się przeraził.
— Nie, to nie tak! — wypalił — Nie boję się ciebie przez to, jak wyglądasz i to, kim jesteś, w żadnym wypadku, nie myśl tak! To nie jest wina ciebie jako osoby, tylko wina tego, że cię... — Zamilkł, jego pysk nadal otwarty. Poczuła nieprzyjemny skręt w żołądku. — Ja też siebie nie rozumiem, przecież wiesz... To takie żałosne!
Nagle się wyprostował. Jednym ruchem głowy przeleciał wzrokiem ze swych łap na pysk Źródlanej Łuny. Spojrzał jej prosto w oczy.
— Wiesz co? Możesz mnie walnąć. Pozwalam ci. Zasłużyłem na to sobie.
Zaniemówiła. Jej zdrowy rozsądek mówił jej nie, ale… Bardzo chciała kogoś uderzyć. Jej ostatnia bójka zakończyła się stratą nogi i oka, i od tamtego momentu nosiła ze sobą tyle złości na tego nieszczęsnego wilczaka, że nie trzeba było jej dwa razy powtarzać. Może to nie to samo, ale skoro się prosił.
Zanim ponownie zdążył otworzyć pysk, żeby coś powiedzieć, zamachnęła się i... Sprzedała mu z liścia w policzek. Bez pazurów, ale porządnie.
Sama zaskoczona swoją reakcją, cofnęła się i otworzyła szerzej oczy.
— Wybacz — wymamrotała. Ślipia wojownika, wpierw zaciśnięte, uchyliły się ponownie. — Poniosło mnie... Teraz oboje zachowujemy się dziecinnie.
Widać było, że nie tego się spodziewał. Skrzywił się nieco, jednak jego spojrzenie w końcu padło na jej pysk i… Uśmiechnął się delikatnie.
— Czyli jesteśmy kwita? — miauknął i choć było to przykryte śmiechem, głębiej można było usłyszeć zmartwioną prośbę. — Powiem ci, co tylko zechcesz wiedzieć... I może ubiorę to trochę lepiej w słowa, byś nie musiała mnie już uderzać…
— Tak — westchnęła, kładąc łapę na ziemi. Spojrzała na kocura spod przymrużonych powiek. — Tylko nie uśmiechaj się tak jeszcze, bo z chęcią mogę się powtórzyć. Wyobrażę sobie, że jesteś wilczakiem i moja łapa sama sama zacznie się ruszać.

*parę wschodów słońca później*

Przystanęła na granicy. Ostatnie promienie słońca zdążyły już zniknąć, pozostawiając jedynie bladą poświatę między drzewami.
Zgodnie z obietnicą, kocur już tam czekał. Uśmiechnął się do niej lekko, jak gdyby badając teren – odwzajemniła gest, podchodząc o krok bliżej. Przez chwilę rozwarzała, czy zrobić może coś więcej… Sama jednak siebie zganiła. Szałwiowe Serce musi sobie na to zasłużyć. Przycupnęła na wilgotnej trawie.
— Jak tam ucho? — spytał po chwili, gdy owinęła łapy ogonem.
Z jej pyska wyrwało się ciche westchnienie.

— Nie wiem, co jeszcze bym chciała wiedzieć — miauknęła po chwili, wpatrując się kocurowi w oczy. Już myślała nad jakimś inteligentnym pytaniem, już miała coś powiedzieć... Zimne, obce kły zacisnęły sie na jej uchu. Zaskoczona spojrzała w górę, szarpiąc się – jedynie po to, aby stanąc pyskiem w pysk z kłębem czarnej mgły. Wydarła się na całe gardło, ściągając tym samym na siebie uwagę kotów z wyspy.
— Łuna?! — wydarł się przeraźliwie wojownik. — Co to, na osty i ciernie, było!?
— Nie wiem! — syknęła. Jej łapa odruchowo znalazła ucho i przycisnęła je do głowy. — Uh...
Czy za każdym razem, kiedy wyszła z obozu, coś musiało się jej przytrafić?


Może widok zjawy bardziej zapadał w pamięć, niż jej kły?
— Dobrze — odparła, krzywiąc się lekko na samo wspomnienie stworzenia. — Prawie się zagoiło. Gorzej było z wypytywaniem przez mojego ojca…
Wzdrygnęła się. Kocur przekręcił głowę nieco w bok, jak gdyby zachęcał ją do kontynuowania; miała jednak inne plany.
— Ale, do rzeczy — westchnęła, spoglądając mu prosto w pysk. — Obiecałeś… Że mi to wszystko wyjaśnisz. Słucham.


<Szałwiowe Serce?>

08 października 2025

Od Szałwiowego Serca CD. Źródlanej Łuny

Już od słów "spotykam się z tobą" jego puls przyspieszył. Z kolejnymi było tylko coraz gorzej. Wspomnienie o randkowaniu zupełnie przelało czarę – miał wrażenie, że serce zaraz wydrze mu się z piersi.
Czyli sama była nim zauroczona? To było to, co chciała mu przekazać?! Tak, Szałwiowe Serce, tak... — odezwał się ten zawiedziony głos w jego głowie. Mówił, że musi coś zrobić. Coś odpowiedzieć. Teraz, szybko, mijają uderzenia serca, jedno po drugim! Nie możesz jej zostawić tak długo bez odpowiedzi! Dalej, kłap jęzorem, cokolwiek!
Jednak on nie był w stanie nawet wypuścić oddechu. Ruszyć ogonem, pazurem. Nic. Zesztywniał całkowicie, w każdym miejscu swojego ciała, jakby swoim głosem poraziła jego układ nerwowy. 
RANDKOWALI. Powiedziała to właśnie. RANDKOWALI. Nagle jednym słówkiem zakończyła całą batalię, która do tej pory rozgrywała się na polu bitwy, jakim był jego mózg. Jakimś cudem nie przyniosła mu tym ulgi. Wręcz przeciwnie. Pierwszym, co poczuł (zaraz po szoku) był nagły strach, który tylko spotęgował jego zamarcie. Niewiedza, ona doprowadzała go do szału, ale był w niej pewien komfort. Mógł się przekonywać, że niczego między nimi nie było. Gdyby tylko coś poszło źle, mógłby o tym wszystkim zapomnieć. Pomyślałby sobie, że ta wielka miłość to jego wielkie urojenie. Łuna nigdy nie żywiła do niego uczuć. Poradziłby sobie tak, jak poradził z Czereśniowym Pocałunkiem.
Teraz nie było tego odwrotu! Rany boskie, naprawdę się nie mylił! Pragnął się mylić! Ten jeden raz z ulgą nazwałby się mysim móżdżkiem i walnąłby w łeb z uśmiechem wymalowanym na pysku. Chciała go? Kochała go? Jego trzewia zapłonęły ogniem. Jak, dlaczego, miał tyle pytań. Nie dziwiło go to, że sam się w niej zakochał. Był durniem. To do niego pasowało. Do niej? Była na to zbyt dobra, zbyt ułożona, zbyt lojalna swoim zasadom. Jej ojciec był samym przywódcą, żyła jak on, wiedziała jak to jest. I nadal wystąpiła wbrew zasadom? I to jeszcze dla kogoś takiego jak on?!
Milczał długo. O wiele za długo, by móc teraz wrócić do tej rozmowy jakby nigdy nic. Zresztą, co miałby jej teraz powiedzieć? Nic nie wiedział! Na gardle miał pętlę, a w umyśle same nierozwiązywalne supły. Ona też czuła się z tą ciszą niekomfortowo. Widział jej delikatny ruch; odwracała się, by spojrzeć na niego, by zmusić go do udzielenia jej tej odpowiedzi. Zadrżał, gdy zobaczył tylko błysk złotego ślepia. Nie, nie... Nie!
— Wszystko dobrze, Szałwiow –
— Nie! Tak? Nie wiem! — wrzasnął, zrywając się z miejsca jak poparzony. Widział to spłoszenie w jej postawie. Czegokolwiek się spodziewała z pewnością nie było tym... To. Na Klan Gwiazdy, co on najlepszego wyprawiał? — Przepraszam cię Łuna, naprawdę bardzo cię przepraszam! Nie wiem o co mi chodzi! Ja... Nie mogę! — powiedział, kręcąc gorliwie głową i momentalnie pognał w las, jakby próbował uciec przed konsekwencjami samej... Ucieczki?

<Łuno?>

26 września 2025

Od Źrodlanej Łuny CD. Szałwiowego Serca

Była przekonana, że całą żałobę miała już za sobą. Że już pozbyła się żalu wobec Klanu Wilka, że wszystko już było dobrze. Jednak uścisk wojownika sprawił, że w jej oku ponownie zebrały się łzy.
Wcisnęła pysk w jego futro. Ciemny, pręgowanym ogon muskał jej bok, raz za razem. Nie chciała płakać. Chciała mieć już to wszystko za sobą. Przez ten cały czas odkładała to spotkanie w czasie, żeby nie musieć znowu zmagać się z wyrazami współczucia. Nie chciała być traktowana delikatnie. Nie przez kogoś, do kogo żywiła… Takie uczucia.
No właśnie. Miała dużo czasu na przemyślenia. Aż za dużo. Od powrotu z ostatniego zgromadzenia jeszcze bardziej upewniła się, za kim jej serce chce gonić. Nikt w Klanie Klifu nie miał na nią takiego wpływu, jak Szałwiowe Serce (z jej rówieśników miała do wyboru jedynie kotki, do których jej nie ciągnęło, bądź Gasienicowego Ogryzka, który no… Był Gąsienicowym Ogryzkiem). Kocur zaplątał się w jej myślach jak pajęczyna; przypominały się jej jego słowa podczas nudnych rozmów z klanowiczami, a słońce odbijające się od morskich fal przypominało jej błysk jego oczu. Za każdym razem, gdy patrzyła na granicę pomiędzy ich klanami, jej gardło ściskało się z tęsknotą, a w brzuchu tańczyła zgraja polnych motyli. Bała się tego spotkania, ale mimo to uśmiechała się nerwowo, gdy ktoś pytał jej się o życie towarzyskie, a na myśli wtedy miała jedynie wojownika Klanu Nocy. Jej wąsy drżały, a końcówki uszu stawały się gorące – zupełnie tak jak teraz, gdy broda kocura spoczęła na czubku jej głowy, wyrywając ją z zamyślenia.
Momentalnie stała się bardzo świadoma otaczającego ją dotyku. Gorącego, wręcz kłującego jak sosnowe igły. Policzki ją zapiekły z zażenowaniem; to nie był odpowiedni moment, aby skupiała się na tym… Musiała zastygnąć bez ruchu na dłuższą chwilę, ponieważ Szałwiowe Serce odsunął się od niej nieco i wbił zmartwione spojrzenie w jej oczy- a właściwie oko.
— Uh… — odezwała się w końcu, próbując zebrać myśli do kupy. Mało elegancko pociągnęła nosem i otarła łapą łzy z policzka. — Um- Witaj.
Uśmiechnęła się niemrawo i przekręciła głowę w bok. Wojownik otworzył pyszczek, ale nie wydusił z siebie żadnego słówka; widziała jednak pytania cisnące mu się na język.
— Klan Wilka — miauknęła krótko, odchrząkując. — Bitwa. Nawet… Nie jestem pewna o co, leżałam n-nieprzytomna większość… Czasu.
Jej głos zmiękł nieco; końcówkę wymamrotała pod nosem, wciskając pazury w podłoże. Odkaszlnęła po raz kolejny. Czuła, jak wzrok kocura wędruje z jej pyska gdzieś dalej, w bok – ogon, który zdążyła odsunąć do tyłu, ponownie przycisnęła do biodra, próbując zakryć większość pokrywających jej ciało blizn.
— Jeju, naprawdę, tak mi przykro… — mruknął w końcu, spoglądając ponownie na jej pysk. Jej gardło ścisnęło się nieco. Pokręciła głową i westchnęła cicho.
— Już… Nie trzeba. Nasłuchałam się t- tego wystarczająco w obozie.
Szałwiowe Serce skinął niepewnie głową. Wyglądał, jakby szukał innych słów, bądź kolejnego pytania. Pochyliła nieco głowę, czując ucisk w klatce piersiowej. Nie zapowiadało się na to, że będzie w stanie powiedzieć mu wiele więcej; zdecydowała się podejść o krok do przodu i oprzeć czoło o jego bark. Uczucie z paru chwil wcześniej powróciło, ale tym razem pozwoliła sobie znaleźć w nim trochę komfortu. Chyba jej się należało.

***

Dnie spędzane w obozie, kryjąc się przed palącymi promieniami słońca, dłużyły jej się niemiłosiernie. Przypominały jej czas, który spędziła uziemiona w legowisku medyka, nie umiejąc jeszcze do końca dobrze się poruszać. Nienawidziła tego. Wyczekiwała jedynie momentu, w którym słońce zaczynało chylić się za horyzontem – i czym prędzej wyrywała się na zewnątrz, czasem razem z patrolem, a czasem pod pretekstem polowania.
Tego wieczoru wybrała to drugie. Cieszyła się z wolnej chwili sama ze sobą, planując podszlifować nieco swoje umiejętności, oraz może… Zahaczyć o granicę z Klanem Nocy. Tak przy okazji. Ostatnim razem nie było dane jej porozmawiać z Szałwiowym Sercem zbyt długo – jej pobyty poza obozem były wtedy jeszcze kontrolowane, jednak teraz? Teraz mogła działać na własną łapę. Kto mógłby zabronić jej spotkania z… Przyjacielem?
Oczywiście, zdawała sobie sprawę, że pomimo swoich stale rosnących uczuć, powinna myśleć racjonalnie. Bardzo dobrze o tym wiedziała. Jednak w tym momencie myśl o łamaniu kodeksu nie przeszkadzała jej tak bardzo jak kiedyś. Zbywała ją gdzieś na drugi plan, skupiając się bardziej na tym, co mówiło jej serce – nie umysł. Wiedziała, że było to głupie. Nigdy wcześniej nie pomyślałaby o robieniu wyjątków w zasadach dla byle jakiego kota. Kłóciło się to z wartościami wbijanymi jej od dziecka do głowy; jednak zauroczenie zdawało się przebijać nauki ojca.
Jej łapy sprowadziły ją na plażę. Obrzuciła spojrzeniem spowite cieniami tereny nocniaków, szukając tego jednego, konkretnego – aż go znalazła. Jego pysk również zwrócony był w jej stronę. Czekała jedną chwilę, a później drugą, aż Szałwiowe Serce zbliżyłby się do granicy, jednak pozostał w miejscu, jakby zamyślony. Zmarszczyła nosek. Po paru uderzeniach serca sama postąpiła jeszcze parę kroków do przodu; dopiero wtedy kocur otrząsnął się i przytruchtał bliżej. Na jego pysk wstąpił uśmiech, lecz był on słabszy niż zazwyczaj.
— Witaj, Szałwiowe Serce — zamruczała cicho, unosząc podbródek do góry. Niepewne spojrzenie wojownika zasiało ziarenko wątpliwości w jej sercu. Może… Wcale nie chciał się z nią widzieć? Nie, co za bzdury. Zdawała sobie sprawę z tego, jak za nią szalał. Tak jej się przynajmniej wydawało. Chyba nie przeszłoby mu od tak… Tymbardziej, że rozmawiali już na zgromadzeniu, i wtedy wszystko było dobrze…
— Cześć, Łuna — miauknął w końcu, wyglądając już nieco bardziej pewnie. Przybliżyła się o kroczek, ocierając policzkiem o jego bark, po czym przekręciła głowę trochę bardziej w bok, aby spojrzeć mu w oczy. Mimowolnie zaczęła się zastanawiać, czy mu po głowie chodzą takie same myśli, jak jej? Czy również martwi się łamaniem zasad, może nawet bardziej niż ona? Mogło by to wytłumaczyć niepewność, którą widziała za każdym razem, zanim do niej podszedł. Cóż, był tylko jeden sposób, żeby się tego dowiedzieć.
— Chodź… Teraz jest idealna pogoda. Usiądźmy gdzieś sobie — zaproponowała, nie czekając, aż kocur zdąży się otrząsnąć. Bawiło ją to, jak łatwo dało się go onieśmielić. Nawet jeżeli by się tego wypierał; ona i tak wie lepiej.
Już po chwili znalazła idealny, wygrzany wieczornym słońcem kamień. Dosyć niezdarnie wdrapała się do góry, ignorując pomocną łapę wojownika. Usadowiła się z boku i poklepała końcówką ogona miejsce obok siebie, a gdy kocur do niej dołączył, westchnęła cicho i położyła głowę na łapach.
— Wiesz… Zastanawiam się czasem, jak moi znajomi zareagowali by na to, że spotykam się z tobą — miauknęła. — Mój ojciec pewnie by nie chciał, żebym randkowała w obrębie klanu, a co dopiero poza…
Jej wąsy zadrżały. Co ją naszło, żeby… Tak to powiedzieć? Odwrocona do Szałwiowego Serca prawą stroną nie była w stanie dojrzeć jego reakcji; pozostało jej jedynie wbić wzrok w morskie fale. Było to trochę głupie. Mogła to powiedzieć jakoś inaczej… Zmrużyła ślipię i przekręciła głowę nieco w bok. No trudno.

<Szałwiowe Serce?>

05 września 2025

Od Szałwiowego Serca CD. Źródlanej Łuny

po poprzednim zgromadzeniu [13.07.2025]
Dopiero gdy wraz ze wszystkimi nocniakami ruszył w drogę powrotną, dotarło do niego wszystko, co tej nocy zrobił i powiedział. Zadręczał się myślami, których nie mógł od siebie odegnać. Mysi móżdżek, mysi móżdżek, mysi móżdżek! — powtarzał sobie w głowie aż do znudzenia, aż do chwili, gdy te słowa dzwoniły mu w głowie jak bojowe okrzyki.
Nie mógł pozbyć się tego płomiennego uczucia, które zostało na jego skórze we wszystkich miejscach, których dotknęła. Przypominały mu o napływie niepokoju i jednoczesnej, przewyższającej ekscytacji, która przeszywała całe jego ciało, gdy tylko kotka po raz pierwszy się o niego oparła. Mimowolnie zamarł, jak zaklęty w kamień, gotowy przestać oddychać, byle tylko było jej wygodnie. A później, gdy się już w niego wtuliła... Nie, nie, nie, musiał przestać, przestać myśleć!
Dlaczego jej powiedział, że jest piękna? Dlaczego, co za durny pomysł przyszedł mu do głowy, by mamrotać takie głupstwa w środku zgromadzenia do kotki z innego klanu! Gdyby tylko mógł, to pobiłby się w ten durny łeb ze wstydu, wyrzutów sumienia i tego cichego przeświadczenia w podświadomości, które udowadniało mu, że wcale nie żałował swych słów. Był głupi i mówił z nadmuchaną pewnością siebie głuszca (która zresztą szybko zamieniała się w tę cietrzewa), ale nie potrafił przyznać się do kłamstwa, bo nie skłamał. Naprawdę tak uważał, a to paradoksalnie było najgorszą częścią tego całego zamieszania.
A do tego była tak śmiała... W tej swojej śmiałości natomiast nienachalna, niezarozumiała... Nawet gdy wywoływała go, zbliżała się czy nawet wyśmiewała, robiła to z dozą elegancji, którą znał wcześniej tylko z jednej, okropnie znienawidzonej przez niego wojowniczki... Właściwie, to wspomnienie było jednym z pierwszych od bardzo dawna. Ktoś, kto uprzednio zatruwał mu każdy wyparował mu z głowy, zupełnie tak, jakby został... Zastąpiony?
Nie, to było obraźliwe stwierdzenie. Nie mógł nazwać tak Łuny, nawet gdyby bardzo chciał, bo to znaczyłoby, że przyznałby się do swoich uczuć. A jeśli Szałwiowe Serce coś o sobie wiedział, to to, że jego uczucia sprawiały mu same problemy. Szczególnie gdy problemem nie było już zwykłe gdybanie, czy zostanie odrzucony, czy nie, a kwestia zdrady klanu, świętego kodeksu, całego swojego rodu... Nie, nie, nie! Koniec! Definitywny koniec!
— Co ci, Szałwiowe Serce? — spytał wyłaniający się z mroku Kijankowe Moczary, czym przeraził pogrążonego w zamyśleniu wojownika. Książę o mało co nie upadł z własnych łap i nie przetoczył się po ziemi. Wbił przestraszony wzrok w kocura tak, jakby był rozwierającym swoją szczękę psiskiem, a nie jego przyjacielem. Ze splecionych nóg w końcu wyodrębnił zwarty krok i stanął tak, przyciągając dziwne spojrzenia nie tylko Kijanki, ale i paru innych współklanowców. — Na Klan Gwiazdy, naprawdę! Co ci? Patrzysz na mnie jak atakujący lis, a może i gorzej! Wyglądałeś na jakiegoś osowiałego, to myślałem, że się zapytam — mówił dalej, mierząc go wzrokiem — ale ty nie jesteś osowiały, tylko obłąkany!
Szałwiowe Serce patrzył tak na niego przez chwilę, tkwiąc w bezruchu, po czym wypuścił z pyska powietrze, odwrócił głowę i zaczął iść przed siebie, jak gdyby nigdy nic.
— Hej, nie odpowiedziałeś na moje pytanie! — wrzasnął Kijankowe Moczary, natychmiast do niego podbiegając.
— Nic mi nie jest — odpowiedział lakonicznie i chłodno, choć pod skórą gotował się do czerwoności; w tej chwili jednak nie jako pozostałość po spotkaniu z Łuną, a ze szczerego lęku, który musiał przykryć. Na gwiazdy, było po nim widać, że coś jest nie tak! Kolcolist już wiedział, że się znał z tą "klifiaczką", teraz inni widzieli, jak dziwacznie się zachowywał, wystarczyło dodać dwa do dwóch... A on już dobrze wiedział, jak jego koledzy kochali rozsiewanie idiotycznych plotek na jego temat! O nie, już po uszach obijał się mu ich chichot! Musiał jak najszybciej to powstrzymać! — Nie wiem, o co ci chodzi — dodał. Jakimś cudem te słowa nie wywołały na Kijance żadnego wrażenia, a na pewno nie w taki sposób, na jaki liczył.
— Pfff, ta! Jeszcze czego! Myślisz, że mam trzy księżyce? Gadaj — miauczał podekscytowanie i wyjątkowo denerwująco. Z ostatnim słowem tryknął go w ramię. — Coś się stało na tym zgromadzeniu, nie powiesz mi, że nie. Na Klan Gwiazdy, ciebie z oczu spuścić, to już się ładujesz w jakieś tarapaty...
Szałwiowe Serce słuchał go aż do chwili, gdy jego gniew już całkiem kipiał wewnątrz. Ponownie spojrzał na czarnego, zmarszczył nos i syknął głośno.
— Jak ci mówię, że nic się nie stało, to nic się nie stało. Zamknij się ten jeden raz z łaski swojej — powiedział i przyspieszył, zostawiając Kijankowe Moczary za sobą. Wiedział, że nie powinien tak reagować, ale teraz nie miał czasu na wyrzuty sumienia czy żadne bardziej skomplikowane myślenie. Parsknął, karcąc siebie w myślach, choć sam nie był pewny za co. Tę głupią rozmowę, głupie spotkanie z Łuną, czy najgłupsze z nich wszystkich uczucie, które do niej żywił?

***

niedługo po tamtym zgromadzeniu
Złożył się do snu jak każdego innego dnia. Minęło parę wschodów słońca od nocy zgromadzenia – buzujące w nim emocje zdążyły już nieco opaść, pozwalając mu na normalne funkcjonowanie. Jak zwykle zmęczony runął na swoje legowisko, szybko pogrążając się we śnie. Obudził się jednak szybko... Zupełnie tak, jakby po paru minutach już nastał poranek. Królicze skóry zmieniły swoją teksturę na nieco bardziej szorstką, z każdym włosem dłuższym i znacząco grubszym... W końcu otworzył ślepia, by spostrzec, że nie było to już jego legowisko, a ciągnąca się daleko połać łąki. Ba, łąki... Doliny. Do nieba pięły się otaczające go góry. Wszystko to było nierealne, wręcz bajkowe. Pośrodku tego wszystkiego stał kot; prawie podskoczył ze strachu, gdy go zobaczył.
— Witaj, Szałwiowe Serce... — odezwał się łagodnym, jednocześnie tajemniczym i dziwnie mu znanym głosem, jak słowo na końcu języka.
— ...witaj? — miauknął niepewnie, nie odrywając wzroku od postaci.
— Pfft, skąd u ciebie ten niepewny ton? Już zdążyłeś o mnie zapomnieć, Szałwiku?
Przez kilka uderzeń serca milczał, jedynie świdrując wzrokiem swoją rozmówcę, czy, jak mógł już wywnioskować, rozmówczynię – jej sylwetka składała się jednak z niemożliwych do rozpoznania cieni.
— ...powinienem cię pamiętać? — zapytał, machając ogonem. — Kim jesteś?
— Oczywiście! To byłoby nadzwyczaj przykre, gdybyś zapomniał o mnie. Chodź bliżej. Nie stój tak — dodała zachęcająco. Wahał się przez chwilę, lecz w końcu zdał sobie sprawę, nie miał nic do stracenia. Chciał poznać tożsamość tajemniczej postaci. Podszedł bliżej, wciąż nieco niepewnym krokiem. Ciemna sierść kotki zaczęła nabierać barw, gdzieniegdzie jaśniejąc aż do liliowego odcienia. Jej oczy także się zapaliły jak dwa płomienie.
— Brawo! Czy teraz już wiesz z kim rozmawiasz, czy może nadal potrzebujesz pomocy w przypomnieniu sobie kim jestem?
— Łuna! — zawołał, gdy poznał swoją rozmówczynię, nieco za głośno. Mimowolnie uśmiechnął się. — Na gwiazdy, ale mnie wystraszyłaś! Ale... Gdzie my jesteśmy? Czemu ty tu jesteś? — zaczął oglądać się w kółko.
— Już zapomniałeś? Przecież sam mnie tutaj zaprosiłeś... — miauknęła, wciąż łagodnie się do niego uśmiechając, choć w jej głosie pojawiło się pewne zmartwienie. — Jesteś dzisiaj jakiś dziwny. Nieobecny. Wszystko u ciebie w porządku? — zapytała.
Nic już nie rozumiał...
— Naprawdę? — zapytał, głowiąc się, czy ta rozmowa była prawdziwa, czy może ostro przesadził z nasionami maku przed snem. Nie był pewny. — Tak, wszystko okej, nie musisz się martwić... — miauknął i dodał cichym szeptem, bardziej do siebie niż do niej: — chyba.
— To dobrze... — odpowiedziała i nagle wszystkie troski nagle zniknęły z jej pyska i tonu. Odwróciła się nieco, spoglądając na scenerię, która ich otaczała. — Chodź, Szałwiku, spójrz. Kwiaty tak pięknie kwitną. Nie chcesz powąchać? — dopytała, łapkami delikatnie dotykając jednej z bliżej nieznanych mu roślin.
Cokolwiek to było i gdziekolwiek był, nie mógł powiedzieć, że nie cieszył się z obecności Łuny, nawet jeśli trudno mu było się do tego przyznać.
— Oczywiście, że chcę — odpowiedział natychmiast, podchodząc do barwnych, kwiecistych główek. Sztachnął się słodkim zapachem, który się z nich wydobywał. Spojrzał na wojowniczkę. — Ładnie pachną... — Brzmiał tak, jakby chciał jeszcze coś dodać, lecz w porę ugryzł się w język. Nie, Szałwiowe Serce, powiedziałeś jej już za dużo! — pomyślał, marszcząc nos. Kotka zdawała się tego zupełnie nie wyczuć.
— Trawa jest taka miękka... Powietrze ciepłe i słodkie... Podoba mi się tu, a tobie? — miauknęła, odwracając się do niego pyskiem. Patrzyła na niego z przymrużonymi, wesołymi oczami. — Czy możesz wyobrazić sobie piękniejsze miejsce niż to?
— Nie wydaje mi się. — Jeszcze raz rozejrzał się dookoła. Nie wiedział, gdzie się znajdowali, lecz biła od tego miejsca jakaś taka... Dziwna aura. Nie potrafił tego wytłumaczyć. Normalnie w obcym miejscu byłby wiecznie czujny i gotowy na atak, lecz tutaj czuł się bezpiecznie. Może to po prostu tamci samotnicy już skrzywili mu mózg... — Jest śliczne, jak nic, co widziałem na terenach Klanu Nocy.
— Cieszę się, że tobie też się podoba. Połóż się obok. Jest tu wygodnie, miło... — Źródlana Łuna sama to zrobiła, moszcząc się wygodnie na łące. Nie widział, czemu miałby się nie zgodzić. Trawa doprawdy była miękka, jak ugniecone mszyste legowisko. — I to nie tak, że ma ci się gdzie spieszyć. Nie masz gdzie wracać, racja? — dodała łagodnym tonem. Już miał się odezwać, gdy słowa Źródlanej Łuny go zdziwiły. Zamrugał.
— Nie mam gdzie wracać? — zapytał, upewniając się, że dobrze ją usłyszał.
Wyraz twarzy Źródlanej Łuny nagle powrócił do troski, jeszcze większej niż ta, która była na jej pysku na początku. Spojrzała na niego żałująco; jak matka, która patrzyła na wesołe, lecz chore, nieświadome niczego kocię. Może tak, jak patrzyła na niego niegdyś Mandarynkowe Pióro.
— Szałwiku... Jesteś mądrym kocurem, jestem pewna, że już dawno to sobie uświadomiłeś. Nie jesteś jak oni. Nie należysz do nich. Jesteś... Inny. Te wszystkie spojrzenia, szepty, na pewno je słyszałeś. Coś głęboko w tobie, tak głęboko, że nawet łapą nie jesteś w stanie tego uchwycić, jest odmienne. Dziwne. I ty o tym dobrze wiesz. Nie od dziś, nie od wczoraj... Od zawsze wiedziałeś.
Powiedziała wiele, lecz zamiast coś rozjaśnić, jedynie zrodziła w jego głowie więcej pytań. Wpatrywał się w nią z szeroko otwartymi oczami, próbując zrozumieć, o czym mówiła... Albo zrozumieć skąd ona o tym wiedziała. Z jej ust wylał się potok myśli, które zduszał w sobie, które zatruwały mu umysł, a których nigdy nie wypowiedział głośno. Przeraziło go to. Nie miała prawa ich znać. Nikt nie miał.
— Tak..? — miauknął z tą samą niepewnością, którą miał w głosie, gdy widział jej zacienioną sylwetkę. — Ale... Dlaczego mi to mówisz?
Był zdezorientowany. Nadal niewiele rozumiał. Smutek i powaga, które pojawiły się na pysku jego przyjaciółki zniknęły tak samo szybko, jak się pojawiły, nie dając żadnych wyjaśnień. Kotka znów się uśmiechnęła.
— Żeby ci pomóc! No już, chodź Szałwiku, rozchmurz się i przestań udawać, jakbyś nie wiedział tego wcześniej — miauknęła z dziwną wesołością. — Patrz jak jest ładnie! Nie jesteś szczęśliwy ze mną?
— Oczywiście, że jestem szczęśliwy — odparł natychmiast — ale nie rozumiem, jak chcesz mi tym pomóc...
— Nie przejmuj się tym — powiedziała kojąco. — Potrzebujesz po prostu więcej czasu, ale to nie jest ważne w tym momencie. Chcę się cieszyć tą chwilą z tobą. Za rzadko się widujemy! — dodała. Nie wiedział, jak na to wszystko zareagować. Zaczynał odnosić wrażenie dziwnej senności, która powoli odbierała mu trzeźwość ducha.
— Tak, to prawda... — Obraz przed oczami zaczął mu wirować, a głowa boleć, jakby zakręcił się do utraty równowagi. Nie wiedząc, co się dzieje, uśmiechnął się nerwowo. — Emm, Łuna... Ty też to widzisz? — zapytał, próbując utrzymać na niej wzrok w trakcie, gdy cała polana zaczynała się rozmywać.
— Lepiej niż kiedykolwiek! Niestety... Nie napatrzymy się na ten widok już długo. Ktoś uraczył nas swą obecnością. No cóż, Szałwiku. Jakieś ostatnie słowa?
Dodatkowe oko. Równina zamieniająca się w falującą papkę, jakby wpadła pod taflę wody, w którą ktoś zawzięcie uderzał. Dziwne uczucie, które towarzyszyło mu z tyłu głowy przez cały ten czas.
Coś tu naprawdę nie było tak...
Chciał spytać o naprawdę wiele rzeczy. Co się stało, z jakiego powodu tak się zachowywała, DLACZEGO MIAŁA OKO NA CZOLE, lecz przeszkodził mu w tym jej głos. Mówiła spokojnie, jakby wszystko było w porządku. Jakby właśnie ucinali sobie zwykłą pogawędkę. Prawie upadł – wirowanie mąciło mu w głowie. Wbił pazury w trawę, a raczej coś, co ją przypominało.
— Kto?! — Próbował rozejrzeć się, lecz każdy ruch głową powodował utratę równowagi i rozchodzący się dreszcz, jakby szarpał nerwy. Znów się zachwiał, nim sprowadził z powrotem wzrok na towarzyszkę i wpatrujące się w niego jaszczurze, krwistoczerwone oko. — Ostatnie... Co???
W jego uszach rozbrzmiało głuche uderzenie, jakby właśnie rąbnął głową o skałę. W przeciągu uderzenia serca oczy zaszły mu ciemnością.

***

Od tamtej pory unikał wszystkiego, co nawet mogłoby mu się skojarzyć ze Źródlaną Łuną. Sam z siebie za nic nie zapuszczał się na granicę z Klanem Klifu, a gdy już patrol prowadził go w tamte strony, starał się nie patrzeć na miejsca spotkań z wojowniczką. Zawsze denerwował się, że ją zobaczy. Miał w głowie ten dziwaczny sen, choć dawny, wciąż żywy w jego umyśle. Jej słowa, zachowanie... To był wynik jego dzikiej wyobraźni czy coś znacznie mroczniejszego? Miewał nieraz ekscentryczne sny, lecz tamten nie przypominał niczego, co wcześniej wykreowała jego głowa. A może... Może nie chciał znać odpowiedzi...
Nawet przeklęte rybitwy i ich wrzaski – nawet to doprowadzało go do szału. Nawet szum morza! Ha, i niech ktoś do niego przyjdzie i powie mu w pysk, jakim pokrzepiającym serce uczuciem jest miłość! Niech tylko na niego spojrzy i zajrzy w jego rozedrgany umysł! Jedyne, co mu do tej pory sprawiła, to wstyd, strach i paradoksalną nienawiść.
Bał się, tak strasznie się bał... Ten lęk chował gdzieś głęboko w sobie. To było przecież tak durne. Lękać się jednej, zupełnie losowej wojowniczki Klanu Klifu? Ten strach jednak nie wynikał z tego, co ona mogła zrobić – przez nią bał się... Siebie. Sprawiała, że szalał. Tracił kontrolę nad sobą i swoimi uczuciami. Mówił to, czego powstydziłby się nawet największy mysi móżdżek, robił największe głupoty, a właściwie... Niczego jeszcze pomiędzy nimi nie było. Nic, tylko to napięcie, przez które wykręcały się jego kiszki. Już pochłaniała jego głowę, nie chciał myśleć, co się stanie, jeśli tylko pozwoli się temu rozwinąć. Dlatego unikał tej przeklętej granicy. Im mniej ją widywał, tym bardziej rozmywała się wśród jego wspomnień. Pocieszał się myślą, że na pewno go nie chciała, coś sobie uroił w głowie, a to wszystko z ich spotkań było tylko zbiegami okoliczności. Podświadomie wiedział, że przekonywał samego siebie do tego tylko dla komfortu. Może nie tylko, by jakoś zniechęcić się do kontynuowania ich znajomości, a też po to, by prawda nie zabolała go tak, jak przy Czereśniowym Pocałunku.
Powinien przestać o tym myśleć, lecz nie mógł. Stąd wstyd. Pomimo świadomości, że robił źle, wciąż zatracał się w marzeniach, które zgniatał i wyrzucał z głowy przy każdym opamiętaniu. Miał wyryte na powiekach zasady kodeksu mówiące twardo, że była to zdrada, a on nigdy nie chciał się dopuścić czegoś tak paskudnego. Nie w stosunku do Klanu Nocy – klanu, którego kochał całym swoim sercem. Klanu, dla którego powstał, który jako książę reprezentował. Nie było rzeczy, która dla Szałwiowego Serca przewyższała wartość swojego klanu.
I dlatego właśnie nienawidził tych myśli, którymi wciąż do niej odpływał. Nienawidził tęsknoty za nią, której nie mógł przestać czuć pomimo tego, że sam unikał ich spotkań jak ognia. Najbardziej z tego wszystkiego nienawidził jednak swoich łap – łap, które po czasie same zaczęły prowadzić go w to przeklęte miejsce. Zawsze szukał jej wzrokiem; smakował powietrze, by spróbować wyczuć jej zapach. Nie znajdował jej. Granica była pusta i cicha, jakby kotka o nim zapomniała lub, co gorsza, przed nim uciekała. Za każdym razem przychodził, chwilę czekał, parskał, przeklinając się pod nosem za głupotę i szedł z powrotem do obozu. A po kilku wschodach słońca wracał. Zawsze niósł wtedy w sercu prowadzące go utęsknienie oraz lekko tlącą się nadzieję, że znów jej nie zobaczy.
Nie inaczej było teraz. Było zimno, było obrzydliwie. Chmury groziły deszczem w każdej chwili. Nie miał nawet jak omijać kałuży, błota, śniegu i wszystkiego pomiędzy, bo zakrywało całą ziemię. Każdy krok był nieprzyjemny, a mimo to szedł dalej. Tylko po to, by móc popatrzeć na pustą plażę, puste równiny Klanu Klifu, a następnie wrócić z jednej strony czystym, a z drugiej zabrudzonym sumieniem.
Serce zakłuło go w piersi, gdy zamiast pustki lub granicznego patrolu z daleka był w stanie dojrzeć szarą sylwetkę. W jednej chwili ogarnął go lęk, odchylający w tył uszy i zmieniający jego łapy w cienkie trzciny. Stanął jak wryty, próbując rozpoznać z dala, czy była to ona, jakiś inny wojownik czy może tylko głaz, który płatał mu figle. Nie wiedział, co zrobić. Czy to nie jest to, czego właśnie chciałeś, Szałwiowe Serce? — mówił oschle głos w jego głowie, jakby był rozczarowany swoim żywicielem.
Co miał niby zrobić? Zawrócić? Nagle czmychnąć w drugą stronę z podkulonym ogonem? Nie... Choć jedna część, ta bardziej racjonalna właśnie to mu podpowiadała, kocur westchnął głęboko i z dreszczem przechodzącym mu przez palce postawił kolejny krok. Z każdym z nich narastał w nim lęk i podekscytowanie, kąciki pyska samoistnie podnosiły się do góry, a brzuch wykręcał się na lewą stronę.
Coś jednak było nie tak. Im bliżej się znajdował, tym bardziej ta postać stawała mu się znajoma. Wiedział, że patrzył na Źródlaną Łunę. Był już pewien, że to ona, lecz wyglądała inaczej. Marniej. Nie trzymała już łba w górze, spoglądając na niego spod przymrużonych powiek. Wręcz przeciwnie – garbiła się z nieregularnie podskakującą klatką piersiową, jakby właśnie zakończyła męczący bieg. Jej dymne futro nie było już nieskazitelne. Przerywały je biegnące po skórze blizny, jak gdyby stoczyła wiele wyczerpujących bitew. To nie były zwykłe rany, takie, które posiadał i on. Przeraził się, gdy zdał sobie sprawę, że w miejscu, w którym przedtem lśniło złote ślepię Łuny, była... Pustka. Nic. Zacieniony oczodół z jedynym wspomnieniem wzroku, który wcześniej na niego stamtąd spoglądał. Niżej znajdowało się poszarpane, cudem zagojone gardło. Jeszcze niżej jej noga, a raczej jej zupełny brak.
Całkowicie zaniemówił, zatrzymując się przed kotką w grobowej ciszy. Nie miał czelności się odezwać. Miał wrażenie, że każde z pytań i słów, które teraz cisnęły mu się na język były nieodpowiednie lub żenujące, żadne nie oddawało powagi. Jakiekolwiek wyrazy współczucia by jej wyśpiewał, zabrzmiałby teatralnie, okropnie, a jednocześnie milcząc tak przez kolejne uderzenia serca dostawał poczucia, że zachowywał się jeszcze gorzej, niż jakby palnął coś mysiomózgiego.
— Łu-Łuna? — zająknął się, pytając, jakby chciał zawrzeć w tym jednym zawołaniu wszystko to, co teraz dręczyło go bez odpowiedzi. Co się stało? Kto to zrobił? Czy to dlatego przez te wszystkie wschody słońca przychodził na granicę samotnie? Jego pysk zadrżał. Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, lecz nie mogła tego wypchnąć z ust. Zrobił jeszcze jeden niepewny krok w jej stronę, by znaleźć się blisko jej pyska, by móc spojrzeć w jej oczy, a raczej... Oko. — Ja naprawdę — miauknął i jego głos nagle się załamał — ja naprawdę nie wiem, co powiedzieć... Jest mi tak... Strasznie przykro — mówił, śledząc spojrzeniem całe jej ciało i szpecące je szramy, ze szczerym żalem, który wypełniał jego serce.
Zanim Źródlana Łuna zdążyła mu odpowiedzieć, zbliżył się jeszcze bardziej i w ludzkim wyrazie współczucia zwyczajnie ją objął, gładząc ogonem po jej boku, ocierając się o nią swoim łbem.

<Źródlana Łuno?>