Uśmiech nie był w stanie zejść mu z pyska. Mięśnie twarzy zastygły w miejscu jak porażone. Serce kołatało szybko, aż przesadnie; oblała go fala gorąca. Umysł działał na najwyższych obrotach. Nie był w stanie uwierzyć, że to wszystko się stało... Bo się stało, prawda? To nie było kolejne marzenie senne, które za chwilę wyrwie się spod kontroli?
„Nie stracisz mnie. O to byś się musiał bardziej postarać.”
Przez ciało Szałwiowego Serca przeszedł dreszcz, jak gdyby szept kotki był podmuchem mrozu. Schylił łeb i wtulił nos w jej szyję. Oddychał szybko – odgłos, który przy tym wydawał, był niejasny. Równie dobrze można by było go uznać za początek śmiechu, jak i płaczu. Nie był pewny, na które zbierało mu się bardziej.
— Dziękuję — wymruczał, nie będąc w stanie znaleźć kolejnego słowa. Wciąż jego całe ciało było napięte, a krew w żyłach buzowała, a jednak w jego umyśle pojawiła się pewna ulga. Wszystko było już za nim. Nie musiał się dłużej obawiać i zastanawiać, tonąc w myślach, nie widząc ich końca. Padły te dwa najważniejsze słowa, które musiały paść. Gdyby znów się powstrzymał, nadszedłby w końcu kiedyś ten zryw brawury, który sam wypchnąłby mu je z gardła.
A może właśnie powinien się bać? Powinien złapać się za krtań i zacisnąć ją mocno tak, by nigdy już nie przeszły przez nią takie słowa?
Może tak naprawdę popełnił błąd, najgorszy z najgorszych, najgłupszy z najgłupszych, który już niedługo zażąda kary i pokuty?
— Przepraszam, ale — oderwał się i usiadł na ziemi — chyba zaraz z tego wszystkiego zemdleję...
Źródlana Łuna zaśmiała się delikatnie.
— Nie teraz! Noc się jeszcze nie skończyła — zauważyła. — Nasze spotkanie nie dobiegło końca.
— Ach, czyli teraz po prostu nie chcesz mnie wypuścić, tak? — miauknął z udawanym oburzeniem. — Nie przejmujesz się moim zdrowiem, tylko sobą...
— Chyba nie myślałeś, że dam ci teraz odejść?
— Przecież nigdzie się nie wybieram. Tylko nieco kręci mi się we łbie...
— Połóż się na ziemi. Nie upadniesz, jak już będziesz leżeć.
Kocur przechylił łeb i położył się na chłodnej, tracącej ciepło dnia ziemi. Po chwili Łuna zrobiła to samo, usadawiając się zaraz przy jego boku.
Przyjemnym uczuciem było móc to zrobić bez myślotoku i wyskakujących zewsząd pytań, czy ten gest oznaczał coś więcej, czy tylko coś uroił sobie w głowie.
Tkwili tak przez długie uderzenia serca, ciesząc się chwilą prawdziwej wolności. Z nieba zmywały się powoli żywe barwy zachodu słońca, zastępując je ciemną nocą. Powietrze jeszcze nosiło ostatki dawnego gorąca, który przez ostatnich kilka księżyców palił bezlitośnie ziemię tylko po to, by teraz ustąpić zimnemu wiatrowi. Świerszcze wyśpiewywały swe ostatnie pieśni, wołając ostatnich partnerów na ostatnią miłość.
Szałwiowe Serce nie chciał myśleć o świcie, który musiał w końcu nieubłaganie nadejść i podzielić ich drogi. Nie chciał wstawać, czuł się teraz tak błogo. Jakby jego umysł oczyścił się z tych wszystkich okropnych wspomnień i czarnych scenariuszy. Jakby ciepło bijące od ciała Źródlanej Łuny wnikało w niego i spalało po swojej drodze wszystko, co złe.
— Podobają ci się takie przeprosiny?
Źródlana Łuna wepchnęła łeb pod jego brodę. Z jej gardła uchodziło mimowolne mruczenie. Nie musiał nawet zadawać tego pytania.
— Były to najlepsze, jakie tylko mogłeś mi dać — miauknęła cicho, przymykając zmęczone, złote oko.
***
Od tamtego spotkania coś się w nim zmieniło. Zapłonął w nim kolejny ogień. Jego emocje odznaczały się inną obawą, stresem i żalem, ale też podekscytowaniem i cichą radością z tego, że w końcu mógł nazwać Łunę swoją partnerką. Nawet jeśli tylko mówiąc do siebie. Szeptem.
Nieważne.
Siwa Czapla i Kijankowe Moczary zauważyli zmianę w jego zachowaniu, zwłaszcza w dniach zaraz po nocnej schadzce. Zbywał ich chłodno. Nie chciał się ujawniać przed nikim, nawet przed najbliższymi. Gdyby klan się dowiedział, byłoby już po nim. Nadszedłby koniec tego wszystkiego, co nieudolnie budował przez całe swoje życie. Upadek wątłej szansy, w którą jeszcze naiwnie wierzył, na zostanie kimś więcej niż zwykłym księciem. Koszmar. Coś, do czego nie mógł nigdy dopuścić...
Jednak w głębi serca milczenie przynosiło mu pewien ból. Czuł dumę z tego, jak cudowną kotkę mógł zwać swoją lubą. Czuł irytację, gdy któryś z kotów wytykał mu bycie samotnym. Mógł tylko zwiesić łeb, zatrzymać prawdę cisnącą się mu na język i westchnąć głęboko. Czuł zazdrość o te wszystkie zakochane pary w Klanie Nocy, które czułościami przypominały mu o rozłące ze Źródlaną Łuną. O to, że nie nikt nie był w stanie jej poznać. O to, że nie mógł się z nią położyć w centrum obozowiska, w świetle pełnego dnia, i podzielić językami. Tak, by nikt by na nich nie patrzył dziwnie i nikogo to nie interesowało.
Gdyby tylko urodziła się w Klanie Nocy, a nie wśród tych zafajdanych klifiaków...
Został wyznaczony na patrol graniczny. Północna granica... Nie lubił na nią chodzić z innymi kotami. Zawsze wtedy czuł spięcie, że Źródlana Łuna się tam pojawi, wszyscy ją zobaczą i skojarzą z nim. Tego dnia wolał się tym nie przejmować. Nie mieli umówionego spotkania. Zaraz miała nadejść noc zgromadzenia, wtedy będą mieli okazję do rozmowy...
Odnowił oznaczenie zapachowe i zapatrzył się we wzgórza pnące się daleko w tereny obcego klanu. Obce, choć był w nich pewien znajomy element... Zbyt znajomy...
Wśród trawy wyrosła srebrna sylwetka. Położył po sobie uszy, gdy zdał sobie sprawę, jakiego kota zobaczył. Oj nie — pomyślał, zaciskając zęby i odwracając głowę.
— Patrzcie, idzie klifiak! — zawołał któryś z jego towarzyszy.
— Myślicie, że będzie chciał narobić sobie guza? — mruknął psotnie Rozpromieniony Skowronek.
— Co się tak gapi? Patrolu nigdy nie widział? — dodała Biedronkowe Pole.
Tylko on milczał, patrząc się na swoją partnerkę ze związanymi łapami i niewidzialnym kneblem w pysku.
Posłał jej przepraszające spojrzenie.
<Łuno?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz