BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotnicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotnicy. Pokaż wszystkie posty

03 września 2026

Od Kobczyka

Chmurki sunęły po jasnoniebieskim nieboskłonie, wpadającym w czystą biel u spodu. Kobczyk poruszała nieznacznie ogonem, zastanawiając się nad pewną istotną kwestią; mianowicie, czy dałoby się zastąpić wadliwe oko czymś innym. Skoro Dwunożni mieli potwory, może jakaś część z nich byłaby idealna, a w dodatku wytrzymała? Czy taki kot widziałby przez twardą posadzkę, której nie dało się porysować pazurami? Będzie musiała się nad tym zastanowić. Podniosła łeb i spojrzała na pierwszego pacjenta. Był to bury kocur o brązowych oczach. Gdyby nie jego przysadzista sylwetka i siwe włoski na kufie, możliwe, że zlałby się z tłem dużo lepiej niż Kobczyk. Trwali w ciszy, dopóki Wernyhora nie wrócił z potrzebnymi ziołami, dzięki którym łapa samotnika zagoi się sprawnie po ugryzieniu szczura. Czy zamieszkiwał Siedlisko Dwunożnych, że go użarł szczur? Kobczyk nie widywała ich za często, raczej zwierzynę leśną i od czasu do czasu właśnie Wyprostowanych, chociaż ostatnio rzadziej. Częściej raczej słyszała warkot i wycie psów w oddali. Bury kocur poruszył nieznacznie łapą, pesząc się, gdy przez jego gest, zrzucił przypadkowo mały kamień. Przedmiot głucho uderzył o grunt, zsuwając się po nim lekko. Spojrzał na czarno-białego, jakby spodziewał się, że z tego powodu zostanie wyproszony. Kocur jednak pokręcił głową, zauważywszy jego zakłopotanie. Kobczyk przyglądała się całej tej interakcji, licząc na coś, co sprawi, że przestanie jej się nudzić.
— Nic nie szkodzi, drogi! Później sobie go ułożę raz jeszcze, a teraz pokaż mi tę łapę, no — powiedział, przysuwając do siebie ciemną kończynę i oglądając ją dokładnie. Nie potrzebował wiele czasu na namysł, ponieważ już uderzenie serca później kiwnął głową jakby na znak, że przyjął i zabrał się za robienie mikstury ziół. Chwycił rozgałęzioną roślinę o grubym, jasnym i porządnie rozgałęzionym korzeniu, delikatnie ubrudzoną w suchej ziemi. Starł ją z niej łapą. Ząbkowe liście kolczaste, kwitnące fioletowe kwiaty zdradziły czekoladowej, iż był to łopian mniejszy. Na ugryzienia szczurów najczęściej używało się sposobu z dzikim czosnkiem, ale łopian działał równie dobrze. Najzwyczajniej w świecie był rzadziej spotykany. Papka pokryła ciemne kłosy starszego, który skrzywił się delikatnie. — Poboli cię chwilę i przestanie, zaufaj mi — próbował go jakoś pocieszyć niebieskooki. Wreszcie zawinął mu łapę w pajęczynie ciasno i sprawnie, żeby papka się nie starła przy ruchu. — Odpoczywaj i nie nakładaj na nią zbyt wielkiego nacisku. Jeśli chcesz, możesz się dzisiaj przespać u mnie, dopóki nie poczujesz się lepiej.
Dryfująca Bulwa pokręcił delikatnie i nieśmiało głową.
— Nie mogę. Czeka na mnie w naszym schronie moja partnerka, rozumiesz — spojrzał na swoje łapy, uśmiechając się delikatnie. Wernyhora pokiwał głową z zapałem.
— W takim razie wróć do mnie, jeśli poczujesz się inaczej lub będziesz chciał najzwyczajniej w świecie spędzić z kimś czas — uśmiechnął się do niego, a brązowooki z wdzięcznością pochylił się lekko, żegnając się z dwójką charakterystycznym ruchem ogona. Kobczyk przewróciła oczami, pazurem wydrążając w ziemi małe kółeczko. Nic ciekawego. Wernyhora na chwilę wyszedł, zostawiając brązowooką samą, chociaż jej to nie przeszkadzało.
Następnym w kolejce okazał się Monarch Pierwszy. Pora Zielonych Liści przyniosła ze sobą masę infekcji, co nie było raczej czymś typowym. Zazwyczaj koty chodziły i pociągały nosem, niżeli martwiły się, czy jutro przestaną mieć czucie w łapach. Kobczyk wyprostowała się lekko, przejeżdżając językiem parokrotnie po swojej piersi, gdy niebieski kocur wszedł do środka i przywitał się z nią skinieniem głowy z tym swoim głupkowatym uśmieszkiem.
— Boli cię ucho, przyjacielu, prawda? Pozwól mi się mu przyjrzeć i już ci pomagam — powiedział mu Wernyhora. Dzisiaj był wyjątkowo mało gadatliwy. Może to przez to, że skupił się bardziej na robocie, niżeli paplaninie? Zamruczał cicho. — Kiedyś przyszedł do mnie pacjent podobny do ciebie. Już następnego dnia nie bolało go nic! Normalnie, jakby jakieś siły wyższe mu użyczyły swojej łaskawej łapy. Był od razu bardziej energiczny, jakby tchnęła w niego nowa, kocięca wręcz energia… — Wycofał się do magazynku z powrotem, nadal coś gadając, trochę do siebie. Kobczyk nie sądziła, by Monarch go słuchał szczególnie długo. Zamiast tego rozglądał się po norze, jakby szukał punktu, na którym mógł zawiesić wzrok. Łaciaty wrócił z ulistnioną, wzniesioną roślinką o intensywnie żółtych kwiatach. Jej aromatyczny zapach rozniósł się po jamie, kręcąc niebieskiemu lekko w nosie. Wernyhora zabrał się za żucie jej na papkę, w smaku była ostra i przez to nieprzyjemna. Szybko się jednak z tym uporał i tego pacjenta potraktował dokładnie tak samo, jak poprzedniego, chociaż w tym przypadku to ucho zostało obandażowane, a nie łapa.
— Dziękuję ci, Wernyhoro. Miłego dnia! — powiedział Monarch Pierwszy, nawiązując chwilowy kontakt wzrokowy z Kobczykiem, zanim nie wyszedł z jamy. Kocica westchnęła, kręcąc głową. Nic tu po niej. Niczego dzisiaj nowego nie zaobserwowała. Czuła się tak, jakby odrobinę zmarnowała swój czas, przesiadując tutaj. Dlatego też podniosła się ze swojego miejsca i gdy już miała wyjść, niebieskooki mruknął do niej jeszcze;
— Cieszę się, że dzisiaj przyszłaś. Nie każdy mentor ma możliwość utrzymywania kontaktu ze swoimi uczniami po zakończeniu nauki. Szerokiej drogi, Kobczyku. I zgłoś się do mnie, w razie, gdybyś potrzebowała. Twoja mama nie czuła się ostatnio za dobrze, prawda? Weź to, to jej pomoże. — Łapą przysunął następną dawkę pięciornika kurzego ziela. Miała ochotę znów przewrócić oczami, nie była już przecież koteczką, która dopiero co się uczyła. Wiedziała, które zioła, do czego służyły. Mimo wszystko nie skomentowała tego i wzięła zioło, a samotnik pożegnał się, strzygąc spokojnie wąsami. Czekoladowa wyszła wreszcie z tunelu. Pod łapami czuła nieco zwilżoną, wysoko pnącą się trawę. Niebo pokryło się gęstymi, śnieżnobiałymi chmurami, przestrzelonymi w paru miejscach przez dużo ciemniejsze, najprawdopodobniej burzowe. Musiała szybko wrócić do swojego domu, w przeciwnym razie zmoknie, bo ulewa była tuż za rogiem.

***

Krople deszczu uderzały o igły drzew iglastych, przepuszczając przez nie ciecz masowo, która potem ze stukotem opadała na poszycie leśne. Kobczyk przysunęła się do Mewy i zachęciła ją do tego, żeby spożyła zioło na infekcję. Jej mama była od jakiegoś czasu chorowita – jak nie infekcja, to kolec w łapie, zawsze coś… Vanka pozwoliła sobie pomóc w postaci nałożenia papki na łapę i obwiązania ją pajęczyną, co Kobczyk zrobiła dość mechanicznie i wręcz odruchowo. Mewa zamruczała, układając kończynę przed siebie ostrożnie, jakby bała się, że każdy ruch mógł jej zetrzeć cenny medykament. Nie było to błędnym spostrzeżeniem; jeśli tylko zaczęłaby nią trzeć po gruncie, pajęczyna bardzo łatwo by się zabrudziła i ześlizgnęła z łapy, a wraz z nią papka z zioła. Musiała się porządnie wchłonąć i zwalczyć infekcję.
— Dziękuję ci, kochanie. — Po tych słowach polizała ją lekko po głowie jak za czasów kocięcych. Kobczyk nie skomentowała tego w żaden konkretny sposób. Dokończyła swoją robotę i miała nadzieję, że teraz czas będzie mogła poświęcić na poszerzanie swojej wiedzy odnośnie do prowizorycznego oka.

Wyleczeni: Dryfująca Bulwa, Monarch Pierwszy, Mewa

31 sierpnia 2026

Od Węgorza

Węgorz był niezbyt przekonany co do pomysłu Kongera… niezbyt zaskakujące. Zwęglony kocur nie lubił miasta, nie lubił się tam zapuszczać, niezbyt mu się widziało być złapanym i znowu siedzieć w smętnym szarym budynku z klatkami. Kradnięcie jedzenia z parapetu było idiotyczne, mogli po prostu coś upolować, ostatnio zielonookiemu coraz lepiej to szło.
— Czy my naprawdę musimy tam iść? Przecież teraz w lesie jest pełno zwierzyny… a oni są niebezpieczni i w ogóle nie chcę się tam zapuszczać. — Młodszy kocur marudził całą drogę pomimo tego, że truchtał za starszym. — Niepotrzebne narażanie się — burknął.
— Cicho, młody. Las jest bardziej niebezpieczny, mało jeszcze wiesz o życiu, a zachowujesz się, jakbyś miał co najmniej osiemdziesiąt księżyców na karku.
— Ale-...
— Cicho. — Jego przybrany ojciec uciął dyskusję, zanim Węgorz mógł wytoczyć jakikolwiek kolejny argument. Zielonooki coś tam zabrzęczał pod nosem, ale już więcej się nie odezwał, aż dotarli do jednego z domów na skraju lasu.
— Jeśli coś ci się stanie, to nie będę cię ratował — skłamał Węgorz, siadając na słupie od ogrodzenia… jakby coś się stało Kongerowi, to od razu by próbował cokolwiek zadziałać. Nie doczekał się odpowiedzi, bo jego nieoficjalny ojciec ruszył w stronę domu.
Konger wślizgnął się do domu przez otwarte okno i wkrótce wyskoczył z obiecującym łupem w pysku, zamieszkujący dom Dwunożny nie był zadowolony z tego faktu, bo wkrótce za sobą usłyszeli krzyki i wrzaski, ale obydwa koty były już za daleko, aby właściciel skradzionego jedzenia mógł cokolwiek im zrobić.

16 sierpnia 2026

Od Promiennego Słońca do Chudego Grzbietu

Promienne Słońce była chora. Nie mogła spać. Odkryła to bardzo szybko, gdyż jej życie nagle stało się dyktowane przez jej uparte próby spania. Promienne Słońce wahała się nad rozwiązaniami. Z jednej strony mogła poprosić jakiegoś dwunoga, ale wiele by tym ryzykowała. Zadawanie się z nimi miało pewne koszty. Dlatego też znalazła się przy klanowych granicach. Miała cichą nadzieję spotkać Jagnięcy Ukłon na spacerze, chociaż wiedziała, jak niskie prawdopodobieństwo to było. Zamiast tego jej czujny nos złapał zapach innego medyka. Silny smród ziół i maści dotarł do niej, jak szła wzdłuż granicy z Klanem Wilka. Mysie Łajno. pomyślała, po czym skierowała się w tamtym kierunku.
Promyk przekroczyła rzekę ze względną łatwością. Jedyne co jej nie odpowiadało to, że w ogóle musiała to zrobić. Klan Wilka był przerażający, ale zanim znajdzie samotnika lecznika to zdąży się jej pogorszyć. Podeszła bliżej i wspięła się na drzewo na wszelki wypadek. Tam jej oczom ukazał się chudy, acz wysoki kocur ubrany w pelerynę z ziół. Yup... na pewno medyk.
— Kto tam jest?! — Zapytał drżącym głosem kot.
— Dzień dobry — przywitała się z nim, zeskakując z drzewa. Czasami zapominała, ile ran miała na ciele.i że wygląda przerażająco dla niektórych kotów. Może go nie wystraszy na amen. Kot wyglądał na marnego.
Medyk odskoczył kilka kroków w tył, próbując zlać się z tłem lasu. Kocur oddychał szybko, a jego serducho uderzało nieregularnie ze strachu. Machnął nerwowo ogonem. — Zobaczymy czy taki dobry! Czego chcesz?! — Fuknął, marszcząc krótki nosek. Przestraszyła go jednak całkiem porządnie. Trudno. Promień usiadła na ziemi i gdyby mogła, to założyłaby łapy na ogon. Chciała wyglądać jak najmniej groźnie dla nowego towarzysza.
— Szukam ... Pomocy. Medycznej...— wyjaśniła cichutko. Zmarszczył brwi. Położył uszy jeszcze bardziej po sobie, nie wyglądając na przekonanego. Potem wypuścił nerwowo powietrze z płuc.
— Ta j-jasne! — Warknął. – Czemu samotnik miałby potrzebować pomocy od kotów z klanu?
— Może, dlatego że samotnik, który się na tym zna, jest bardzo daleko i jest ciężki do znalezienia. — miauknęła zaskoczona pytaniem. Jako kot klanowy ona sama zdawała sobie sprawę z tego jak ciężkie są do wyleczenia choroby, dla kotów bez klanu. Czyżby Klan Wilka operował aż tak różnie? — Zanim znajdę samotnika medyka, zdążę oszaleć. Nie spałam od dwóch dni.— potarła łapą pysk. Widać było pod jej oczami worki. Chudy wyprostował uszy i nieco się rozluźnił. Wysłuchał tego, co mówiła i poruszył wąsami. Popatrzył na kotkę. Zmierzwione futro od długiej wędrówki, zmęczone, mętne oczy, blizny na ciele...
— Samotnicze życie daje w kość, co? — Zapytał z gorzką nutą w głosie. Wypuścił powietrze ponownie, uspokajając się bardziej. — Jako medyk nie odmówię Ci pomocy, ale szczerze to nie do końca mi się to podoba! Znaj moje dobre serce i powiedz mi objawy, jakie masz. Tylko nie zbliżaj się za bardzo do mnie!
—To nie życie samotnicze pozbawiło ogona i oka niestety. — mruknęła, ale urwała swoją historię. — Okej. Dziękuję Więc... Czuję się zmęczona, ale nie mogę spać. Ilekroć zapadam w sen, jest on płytki i szybko się przebudzam. Nawet szum miasta, który zazwyczaj buja mnie do snu, mi nie pomaga. Ani cisza z działek dwunogów. Nic... nie mogę spać. — wytłumaczyła Była wdzięczna, że ten kot klanowy jej pomoże.
Chudy zmarszczył bardziej brwi. Pogrzebał pazurem w ziemi, nim odpowiedział coś treściwego.
— Eh... wygląda mi to na bezsenność. — Burknął. — M-Mogę dać Ci mieszankę ziół, która pomoże... ale masz coś dla mnie w zamian?
— sama mam niewiele, ale mogę zaoferować... upolować wam coś. Wspinam się też dobrze, mogę sięgnąć po zioła, których ty nie sięgasz, chociaż ja słabo się na nich znam...— oświadczyła. Miała niewiele do zaoferowania, a jej zmęczona głowa nawet nie pomyślała, że kot klanowy mógłby czegoś od niej chcieć. Zawsze miała to po prostu dostępne. — Jest coś, czego byś sobie życzył w zamian?
Medyk zaczął zastanawiać się, co mógłby chcieć od kotki. Myślał i myślał... aż wymyślił!
— Znajdziesz mi gałąź, która będzie niezbyt długa, ale też nie za krótka i musi mieć koniecznie kilka małych gałązek na jednym z końców. Będę się nią drapać — Polecił, po czym zaczął przygotowywać mieszankę dla kotki. Promyk zmarszczyła nos. To było dziwne żądanie. Banalnie proste. Kotka zadarła głowę do góry. Drzewa tutaj były głównie iglaste, ale odrobina liści wystawała to tu to tam z wysokich buków i platanów. Kiwnęła głową do medyka i zaraz była na drzewie. Wspinaczka na sam czubek zajęła jej parę uderzeń serca. Tam zerwała odpowiednią gałązkę. Młodą, giętką, ale wystarczająco wytrzymałą, aby nie złamała się na kościstych palcach kota z klanu wilka. Zaraz potem zgrabne zeszła na ziemię, lądując zaraz obok medyka. Rzuciła jego życzenie pod jego nogi z delikatnością, na jaką było stać jej zaspane kości.
Kiedy kotka rzuciła mu drapaczkę na ziemię, uśmiechnął się niczym kociak i machnął zadowolony ogonem.
— Nigdy więcej swędzących pleców! — Miauknął triumfalnie. Kocur zabrał gałązkę i położył obok nieużytych ziół. Następnie przełożył mieszankę na duży liść, podsuwając ją kotce. — Masz tutaj wydzielone porcje na trzy wschody słońca. Nie bierz wszystkiego na raz — polecił. — uwierz mi, że cała dawka za jednym razem nieźle Cię wychłosta! - zarechotał.
Promyk wzięła zioła, rzucając szybkie podziękowanie i udała się z powrotem do miasta. Leki zadziałały szybko, zwłaszcza że brała je według polecenia. Wkrótce znowu mogła spać po nocach.

<Chudy?>

wyleczeni: Promienne Słońce

14 sierpnia 2026

Od Promiennego Słońca CD. Truskawki

tw: krew, rany.

Mały krok mało nie sprawił, że Promyk straciłaby życie. Dachy były niestabilne i wysoko ponad ścieżkami wyprostowanych. Promienne Słońce zdawała sobie z tego sprawę, kiedy wspinała się po dachach. Tym razem jednak mało nie przypłaciła tego swoim zdrowiem. Odetchnęła ciężko i powolnym krokiem kontynuowała swoją wędrówkę, w niezbyt określonym kierunku. Daszek po daszku, balkon za balkonem, parapet za parapetem w końcu zeszła na ziemię, zupełnie niedaleko swojego ulubionego parku... Potrzebowała tej chwili odetchnienia. Wszystko wokół niej bowiem zdawało się krzyczeć i powoli rozsypywać na kawałki.
Łapka szybko stała się dla niej kimś bliskim. Promyk nigdy nie sądziła, że będzie tak mocno spoufalać się z kociakiem dwunogów, a jednak. Nigdy też nie sądziła, że opuści swój klan zaraz po stracie swojego ukochanego ogona. A tu proszę. Jej życie ułożyło się w dziwny sposób. Poznała pieszczocha, wyniosła się do miasta, a teraz… teraz była tutaj.
Ostatnią noc spędziła w bardzo miłym towarzystwie na samym dachu gniazda Łapki. Był płaski, stabilny i bezpieczny, idealny na wpatrywanie się w niebo i szukanie, chociaż cienia gwiazdy. Promienne Serce tęskniła za ich błyskami. Kiedy je widziała, miała pewne poczucie, że jej wujek, tatko i brat na nią patrzą. Że pilnują jej każdego kroku i uśmiechają się w jej kierunku. Wiedzą, że podjęła swoje decyzje… Wszyscy to wiedzą. Jeśli będzie miała kiedyś szansę… chciałaby przeprosić swojego żywego brata. Może nie błagać o wybaczenie, ale wypowiedzieć wszystko, co ją trapi. Jak wściekła była, jak bardzo te emocje rzucały nią od długiego czasu i jak on stał się ofiarą jej wybuchu. Jej załamania. “Przepraszam” chciało wyrwać się z jej gardła, bo już dorosła. Już zrozumiała. Jednak nie miała szansy ich powiedzieć. Słoneczne Oko był za daleko… Poza jej zasięgiem.
A teraz... ta noc spędzona w objęciach Łapki rozsypała jej życie jeszcze bardziej. Promyk była przekonana, przez chwileczkę, że coś dla siebie znaczą. Coś więcej niż przyjaciółki, niż ulotna znajomość, która rozpadnie się przy pierwszym podmuchu wiatru. I musiało to być złudne przekonanie. Musiało… Los był parszywy.
Łapka z samego ranka czuła się źle. Beznadziejnie. Chmurka stroszyła się i powtarzała jej, że to wina jej schadzek z kocurami z osiedla, od wizyt u sąsiada i jedzenia śmieci, które wszyscy jej oferowali. Ale jej dwunóg zabrał ją w pudle do… kogoś. Chmurka nie skomentowała gdzie, chociaż wyraźnie wiedziała.
“Ciąża” było wystarczająco zrozumiałe dla wszystkich kotów, nawet w języku wyprostowanych. Łapka oczekiwała kociaki, a jej balkon pozostawał ciągle zamknięty. Serce Promyk krajało się na myśl, że właściwie to była tylko elementem zabawy pieszczoszki. Że nie znaczyła dla niej wiele i była dodatkiem do jej życia i swawoli. Promienne Słońce usiadła na brzegu małego jeziorka wykopanego w tym miejscu. Za to lubiła ten park na brzegu miasta, blisko pojedynczych, niskich gniazd. Nie było tutaj tych twardych maszyn plujących wodą w górę, nie. Tutaj stało normalne bajorko, pełne wody, lilii i ryb.
– Miło cię widzieć ponownie Promyku – Głos zza jej pleców wyrwał ją z zamyślenia.
– Krokus … – odetchnęła wojowniczka, obracając się w kierunku dźwięku. Tam stała starsza już i siwiejąca kotka. Jej pyszczek był płaski, z jednym zębem wystającym nad górną wargę. Jej ciało pokrywały blizny, które otrzymała w ciągu swojego życia i niósł się za nią zapach mułu i ziół. Była dorywczym medykiem, którego Promyk znalazła w tym parku zupełnie przez przypadek. Od tamtej pory odwiedzała ją raz na jakiś czas na krótką rozmowę o życiu albo po prostu schować się z nią w norze, zażyć odrobiny natury w tym zatrutym dymem miejscu.
– Co tak siedzisz sama na brzegu wody? – zagadnęła
– Myślę. – odparła wojowniczka. Stara kotka usiadła obok niej i zakręciła wąsami.
– A nad czym to myślisz? – zagadnęła.
– Nad miłością… rodziną ... złamanym sercu… – padła znudzona odpowiedź. Chociaż może bardziej zmęczona niż znudzona.
– Złamane serce… Trudna sprawa. Chcesz się wyżalić? – zaproponowała starsza.
– Wyżalić się… z czego? Zrobiłam sobie nadzieję bez zadawania pytań. Wina leży po mojej stronie, teraz tylko muszę się z tym pogodzić. – odparła, wzruszając ramionami.
– Rozumiem. – odparła Krokus. Promyk była wdzięczna, że kotka nie naciskała więcej. Posiedziały jeszcze chwilę w milczeniu, zanim ich rozmowa zeszła na zupełnie inny temat.
– Ucznia? Wzięłaś ucznia? – Krokus spojrzała na nią zaskoczona.
– Tak. Wzięłam. Jakoś tak ze trzy dni temu, ale jej wyprostowani nie wypuszczają jej jeszcze z domu. Siedzą w nim z nią całymi dniami. Podobno jutro z samego rańca ma być wolna i gotowa… – mruknęła Promyk. Miały już całą jedną lekcję i to głównie z wchodzenia na płot.
– Zaskakujesz mnie coraz bardziej. Koty klanowe wydają się mieć takie dobre serce. – Promienne Słońce miała ochotę zaśmiać się na słowa kotki, jednak zrezygnowała. Życie klanu nie było proste. Z pewnością nie prostsze niż życie na ulicach miasta. Wszystko miało swoje zalety i wady, ale koty z klanu, który znała Promyk, nie były miłe, z paroma wyjątkami. Jagienka, Słoneczne Oko, Tawułowa Bryza… W klanach istniało ciepło i miłość. Po czym cienie na ścianach zaczynały tańczyć w ognisku iluzji zapalonym przez zło, które czyha w kątach. I ono rozpala to ognisko coraz bardziej, a komfortowe cienie zwiększają się w ułudzie pozornej miłości. I robią się większe i dłuższe aż w końcu stają się tylko zniekształconym wypaczeniem rzucanym na ścianę przez pożar, którego nie da się już ugasić.
Promyk tak bardzo żałowała swoich decyzji. Skrzywdzenia brata, niewypowiedzenia się o niewinności Tawuły czy nie pożegnała z ojcem. Jedyne czego nie żałowała to, że uciekła spod władzy Mirtowego Lśnienia.
– Więc jutro pierwsza prawdziwa sesja treningowa, co? – Krokus uśmiechnęła się szeroko.
– Tak… – Promyk westchnęła. To będzie długi poranek.
Tak też było. Zjawia się o świcie i zasiadła na dachu gniazda Truskawki. Ruszyła się z niego, dopiero kiedy drzwi jej gniazda trzasnęły i jej dwunogi wyszły z domu i wsiadły do swojego potwora. Promyk zeskoczyła z dachu do ogrodu i zajrzała na wielkie szklane drzwi. Wyglądały jak te na balkonie Łapki. Promyk potrząsnęła głową, odganiając to nieprzyjemne wspomnienie. Podeszła do małego okienka w nich i szturchnęła je łapą. To ugięło się pod naciskiem i pozwoliło jej wsunąć się do środka. Tam Promyk rozejrzała się po gnieździe.
– Truskawko? – zawołała.
– Promyk! – dzieciak wyłonił się z jakiegoś innego pomieszczenia. – To już? Co robisz w środku? Wiesz jak wejść? Widziałaś, jak ja wchodzę?
– Za dużo pytań, za mało słuchania. – mruknęła Promienne Słońce. – Skoro zostałam Twoją mentorką, to mów mi pełnym imieniem. Promienne Słońce.
– Promienne Słońce… Nie wiedziałam, że masz pełne imię! Ma jakieś znaczenie? Kto ci je nadał? Czemu przedstawiłaś się jako Promyk?– rozpędziła się biała koteczka.
– Za dużo pytań. Nie mamy na to czasu. Teraz za mną. Wychodzimy. – oznajmiła wojowniczka i prześlizgnęła się z powrotem na świeże powietrze. Och jak dobrze jest żyć na łonie natury. Jej nowy uczeń wystąpił za nią i z ekscytacją przebiegł po trawie, zatrzymując się pod płotem.
– Co dzisiaj będziemy robić?! – zapytała ekscytacją.
– Dzisiaj… przejdziemy się po terenach. Zapoznamy się z drogami, ścieżkami, dachami, znakami orientacyjnymi i jak wrócić do swojego gniazda z dowolnego miejsca. Zapachy, widoki. Taki partol. – mruknęła Promyk, wskakując na płot. Chwilę poczekała, aż ten nieporadny kociak wespnie się za nią. Truskawka popatrzyła się na swoją mentorkę z ekscytacją.
– Czy potem będę mogła też zwiedzać sama!? – zapytała. Jej uszy były postawione na sztorc, a oczy świeciły się tą dziecięcą ciekawością.
– Nie. Nie od razu przynajmniej. Parę razy zapoznamy się z tym terenem, a potem będziesz musiała wrócić sama do gniazda. Raz za dnia... raz w nocy.
– Ale w nocy moi wyprostowani zamykają mi drzwi… – kociak przechylił głowę na bok.
– Znajdzie się jakiś sposób. Moment nieuwagi, uchylone drzwi, niedomknięte okno… – Promyk poklepała ją po czubku głowy. Może nie będzie tak źle z tym dzieciakiem jako uczniem. – Dobra… idziemy!
I poszły. Zwiedzanie odbywało się powoli. Promyk upewniała się, że Truskawka powącha wszystko, co może i nazwała każdy element otoczenia. Widocznie jej się czasem nudziło to wszystko. Chciała już, chciała do przodu.
– Jak się kot spieszy, to się lis cieszy. – mruknęła do niej w końcu Promyk. – Jeśli nie nauczysz się tego porządnie, nie będziesz miała podstaw do nauczenia się maskowania, obserwacji, przechodzenia przez ulicę, skakania po balkonach. Jeśli się zgubisz, bo nie wiesz, gdzie jesteś… Nie uratuje cię nic. Wielu samotników nie jest miłych i już się o tym przekonałaś. – mruknęła Promyk. – Są na tym świecie koty, które rozerwą cię za samo istnienie. Są takie, które tylko na ciebie prychną i sobie pójdą. Są dwunożni, który zwrócą cię do domu, a są tacy, co wyniosą cię do zupełnie obcych miejsc. – oznajmiła Truskawce, której mina zrzedła nieco. – Nie chcę cię straszyć, ale życie w mieście nie jest piękne. Życie w lesie także. Musisz się tego nauczyć, nieważne jak bardzo ci się to nudzi. Musisz być bezpieczna.
– … Dlaczego ktoś miałby chcieć mnie skrzywdzić?! Przecież nic im nie zrobiłam!– pisnęła uczennica.
– Bo nie wszystkie koty są dobre. Nie obchodzi ich czy im coś zrobiłaś, czy nie…
Truskawka potem skupiła się na zadaniu znacznie bardziej. Włożyła w to całe swoje zaangażowanie i Promyk nawet ją pochwaliła. W końcu dobrze jej szło! Obserwowała wszystko uważnie, nazywała zdarzenia, przedmioty, gniazda. Budowała w tej małej główce mapę swojego legowiska dwunożnych i okolic. I Promienne Słońce wiedziała, że będzie ją zabierać dalej i dalej. Budować większą i większą mapę, aby ten kociak zawsze wiedział jak wrócić do domu…
– A … to? Co to? – Truskawka zadała jej ciekawskie pytanie, wskazując na drobinki bordowych kropelek odbitych na trawie. Promyk zmarszczyła nos zaraz po powąchaniu.
– Krew… W miarę świeża… – wojowniczka nastawiła uszy i wsłuchać się uważnie. Szum potworów nie był tutaj tak ciężki, ale jednak nadal górował nad śpiewem lasu, więc ciężko było jej wychwycić jakiekolwiek podejrzany dźwięk. Dopóki nie usłyszała bolesnego jęku. Zjeżyła się i od razu przeszła przed Truskawkę. Nie ważne kto to był, mógł być niebezpieczny. Ciekawska uczennica zrozumiała przekaz i nie pchała się przed jej łapy, kiedy szły w kierunku nieszczęśnika.
Za rogiem Promyk najpierw zobaczyła sporo krwi. Potem poczuła ten znajomy zapach Klanu Klifu schowany pod metalicznym smrodem rozlanej cieczy. Podeszła bliżej żwawym krokiem.
– Dużo krwi! Musimy mu pomóc! Szybko!– Truskawka spanikowała. Jej oczy były rozszerzone w strachu i przerażeniu. Zastygła w miejscu, ale z jej gardła wyrywały się kolejne monologi.
–Opanuj się Truskawko. Cisza! – i uczennica zamilkła – To ktoś znajomy. – oznajmiła jej Promyk. Nachyliła się nad kotem, który poruszył nerwowo uchem. – Już mu pomagam!
– P... Pro... Promienne… S… Słońce? – szepnął. Jego głos był słaby, ledwo słyszalny.
– Tak. Gąsienicowy Ogryzku… Co się stało? – spytała zaskoczona Promyk.
– Zosta… Zostałem wygnany… – miauknął boleśnie. – Zaatakowali mnie, zanim odeszli… Boli… Nic nie widzę…
– Co? Nie... Nie tak mają wyglądać wygnania… – prychnęła Promyk. – Dobra. Wstawaj. – pchnęła go nieco ramieniem. – Musisz wstać, żebym mogła cię przerzucić przez plecy. – poleciła mu. Kot podniósł się na trzęsących się łapach. Promyk mogłaby poprosić swoją uczennicę o pomoc, ale nie chciała pobrudzić jej białego futra krwią.
– Dobrze… Tak trzymaj, jeszcze kawałek. – instruowała go.
– Pomóc? – Truskawka zajrzała na nich z miną niepokoju.
– Nie. Jak się pobrudzisz krwią, to twoi dwunodzy nie wypuszczą cię do dorosłości! – mruknęła i szybkim ruchem opuściła bok Ogryzka, aby wsunąć się pod niego. Kot, kiedy tylko stracił podparcie w jej silnym boku, zaczął od razu opadać. Prosto na jej plecy. Promyk jeszcze tylko poprawiła go trochę za przednią łapę, otrzymując bolesny jęk. – Wytrzymasz… – oznajmiła.
– Co teraz? Co teraz? – Truskawka podeszła bliżej. Jej łapki były pokryte cienką warstwą czerwieni.
– Idę z nim do mojej znajomej samotniczki.
– Idę z wami! Idę z wami!!! – zawołała Truskawka.
– To daleko… Idź do domu.
– Nie. Proszę. Ja będę grzeczna i będę się słuchać. I wrócę do domu przed powrotem moich dwunożnych, obiecuję! – promyk spojrzał a na nią. Nie miała czasu się kłócić. Kot na jej barkach powoli się wykrwawiał.
– Dobrze… Żwawo! Musisz nadążać. – To pewnie nie było zbyt ciężkie zadanie, zważając, że Promyk miała na palach kota swojej wielkości.
Droga do parku nie była długa, ale z pewnością była ciężka, gdyż pod górkę. Promienne Serce zmachała się niemiłosiernie, ale wtargała Gąsienicowego Ogryzka na samą górę i do dziupli skrytej między płaczącymi wierzbami przy wodzie. Muł i błoto utrudniały jej poruszanie się, ale wpadła do środka zmachana. Krokus podniosła na nią swoje wielkie, zaskoczone oczy.
– Och… – mruknęła i od razu ruszyła do akcji. Nie była doświadczoną zielarką ani medyczną. Umiała zrobić tylko podstawy, ale to nadal więcej niż Promyk. Truskawka usiadła sobie z boku poinstruowana przez obie starsze kotki, kiedy te krzątały się i próbowały zrobić, co mogły dla biednego klifaka.
Kiedy Ogryzek był już stabilny, Promyk usiadła obok swojej uczennicy.
– Całkiem niezły pierwszy trening co? – zagadnęła, drapiąc się po brodzie.
– Tak… – mruknęła koteczka i zamilkła.
– Dobra. To wszystko na razie co mogę dla niego zrobić. Zostaw mi go tutaj na chwilę… Żeby nie wdała się infekcja.
– Pewnie. Dziękuję Ci Krokusie. Znajdę dla ciebie jakiegoś soczystego szczura za tę przysługę. – Obiecała starszej kotce.
– Jak znajdziesz zamiast tego, jakiegoś dobrego dwunożnego resztka to byłoby lepiej dla mnie. Najlepiej ten taki płaski placek z czerwonym sosem.
– Dobrze… Postaram się coś ukraść. – miauknęła wojowniczka w odpowiedzi. – A teraz idę odprowadzić tego łobuza… I dopilnować, żeby wymyła łapy.
– Dobra myśl. Dobrej nocy… wróć jutro, proszę. Pomożesz mi go przełożyć na posłanie, jakie przygotuję.
– Dobrze.
I dwie koteczki wyszły z nory pod płaczącą wierzbą.
– Odprowadzę cię. – mruknęła Promienne Słońce. – Chodź. – i na tym się skończył ich trening. Promyk musiała upolować płaski placek z sosem dla Krokus…

<Truskawko?>

[2157 słów - Trening Truskawki]

[22%]

12 sierpnia 2026

Od Lisiego Ostu do Żabiego Oka

Słowa otuchy wypowiedziane przez Czajkę wciąż echem odbijały mu się w głowie, mimo że od tamtego momentu minęło już kilka dni, a może nawet i księżyców, choć Osetkowi ciężko było stwierdzić. Większość dni zlewała mu się w jedność. Były wypełnione niekończącymi się przemyśleniami na temat Sennej Łzy. Tak samo, jak wypełnione było jego serce — w tym przypadku jednak goryczą i żalem do samego siebie. Czarnofutry nie potrafił wybaczyć sobie tego, jak się zachował i do czego dopuścił. Był zbyt beztroski, zakochany po uszy. Nie dopuścił do siebie świadomości, że jeśli doczeka się kociąt z miłością swojego życia, to nie będzie mógł ich wychowywać, ponieważ był tylko głupim, brudnym samotnikiem. Klanowi Nocy i jego członkom nie dorastał nawet do łokci. Nigdy w życiu nie zgodziliby się, by go przyjąć! A nawet jeśli, to byłoby już za późno, by zgrywać tatuśka. W końcu Nocniacy załapaliby, że to podejrzane, iż Lisi Oset tak prędko złapał uczucia do Sennej Łzy i zaczął pomagać jej w opiece nad kociętami. Domyśliliby się, że musiał znać się z nią wcześniej, a wtedy okrzyknęliby kotkę zdrajczynią, a na to przecież nie mógł pozwolić.
Nie powinien więc mieć z nią miotu, ponieważ nieważne, jak bardzo by się starał, i tak nigdy nie miałby szansy ujrzeć swoich kociąt. Poza tym tak na dobrą sprawę Senna Łza nawet nie była jego partnerką, co dobijało go jeszcze bardziej. Tyle dni i nocy ze sobą spędzili. Tak często ze sobą rozmawiali, dzielili się językami. To było oczywiste, że ich uczucie było żywe, silne i odwzajemniane przez obie strony. Dlaczego więc nigdy nie przyznali się do tego na głos? Dlaczego, mimo tego romantycznego napięcia między nimi, zachowywali się tylko jak zwykli przyjaciele?
Co za tragedia. To wszystko nie miało się tak potoczyć. Lisi Oset nigdy nawet nie miał czasu przemyśleć tego, jak będzie musiała wyglądać ich relacja, gdy oficjalnie zostaną partnerami. Cieszył się chwilami spędzonymi z szylkretką i liczył na to, że w końcu wszystko samo się ułoży lub dojdzie do tego powoli wraz z Łezką. Nic nie przygotowało go na taki zwrot akcji, jaki zaszedł w ich relacji. Wieść o miocie naprawdę zburzyła wszystko, co dotychczas zbudowali i do czego jakoś pomalutku dążyli.
Teraz znowu czuł, że został sam, mimo iż towarzyszył mu Czajka. Po prostu zbyt dużo kotów już w swoim życiu stracił. O wiele zbyt dużo. Żadna relacja, którą miał, nie trwała zbyt długo. Dlaczego on w ogóle jeszcze próbował się z kimś zaprzyjaźniać? Może powinien odejść od Czajki, zanim się do niego przywiąże i zanim rozdzieli ich okrutny los, krzywdząc tym samym zarówno Lisi Oset, jak i samego niebieskofutrego?
Samotnik przełknął ślinę, czując, jak żołądek wywraca mu się z nerwów. Leżał, skryty między krzewami, próbując odgrodzić się jakoś od silnych podmuchów wiatru. Gdzieś niedaleko musiał znajdować się Czajka, który zapewne szukał właśnie jakiegoś smacznego kąska. Lawirował między pniami drzew, nos trzymał cały czas przy ziemi, a uszy postawione miał na sztorc, tylko po to, by znaleźć coś, co wyżywiłoby jego samego i Osetka, który od dłuższego czasu był jedynie cieniem samego siebie.
Mimo iż Mglisty Sen nauczył go dobrze, jak polować, czarnofutry czuł teraz, że nie potrafiłby złapać nawet kulawej myszy. Czuł się po prostu źle i przez cały czas chodził tak rozkojarzony, że ciężko byłoby mu się skupić na tyle, by zakraść się do swojej ofiary i jeszcze bezszelestnie się na nią rzucić, by ją zagryźć.
Wiedział jednak, że nie mógł się tak czuć do końca swojego życia, mimo iż wydawało mu się, że ten stan nigdy nie przeminie. Cóż, nie przeminie, dopóki nie weźmie się w garść. A siedzenie tak i pozwalanie Czajce na pracowanie za ich dwóch nie pomagało mu w tym, by w końcu wyjść z dołka. Dlatego też postanowił oddalić się na moment od miejsca dotychczasowego pobytu ich dwójki, by nieco odświeżyć umysł i wszystko to dobrze przemyśleć. Jeszcze nie wiedział, czy zamierza odejść na kilka godzin, kilka dni czy może na zawsze.
Im bardziej oddalał się od Czajki, tym bardziej godził się z myślą, że najrozsądniej byłoby do niego nie wracać. Nawet jeśli był kotem, który kilka księżyców temu uratował go od śmierci i nadał jego życiu nowe przeznaczenie. Kochał Czajkę. Jak brata. Ale wiedział, że jego miłość zawsze przynosiła innym pecha, dlatego wolał dać niebieskiemu spokój, zanim jakieś nieszczęśliwe zdarzenie rozdzieli ich na zawsze, tak jak to było w przypadku innych bliskich Lisiego Ostu.

* * *

Łapy kocura zaprowadziły go wprost pod granicę z Klanem Nocy. Nie miał już nawet siły przekonywać się, że było to przypadkowe. Wiedział, jak bardzo jego serce ciągnęło właśnie w to miejsce. Miejsce, w którym zawsze spotykał się z Senną Łzą. Z którego mógł zatopić się w jej pięknych, żółtych oczach. Na ich wspomnienie zaczął zastanawiać się, czy któreś z jego kociąt odziedziczyło je po niej. Wtedy też poczuł ucisk na sercu związany z tym, że najpewniej nie dowie się, jak wyglądają jego pociechy. Czy wdały się bardziej w matkę, czy w niego? Czy któreś z nich także miało takie śmieszne kępki futra na uszach? Czy któreś z nich również miało na ciele białe plamki, które przypominały gwiazdy na nocnym niebie?
Lisi Oset w końcu zatopił pazury w ziemi i strzepnął ogonem. Położył po sobie uszy, z trudem powstrzymując łzy, które cisnęły mu się do oczu. Miał wrażenie, jakoby zaraz cały ten smutek miał rozsadzić mu czaszkę.
Był takim obiecującym kotem… Gdyby został w Owocowym Lesie, teraz mógłby pełnić rangę uzdrowiciela przy swoim przybranym ojcu. Mógłby zakochać się w jakiejś kotce ze swojej przynależności. To z nią mógłby założyć rodzinę. Mógłby mieć kocięta, które by odwiedzał, z którymi by się bawił i które zaprowadzałby do ich dziadka. Mógł osiągnąć naprawdę wiele. Mógł być szczęśliwy.
Nie wiedział już nawet, kogo powinien winić za tę porażkę, jaką było jego życie. Siebie samego, Ziemniaka, a może tych samotników, którzy zapoczątkowali serię nieszczęść w jego życiu, gdy zażądali od jego rodziców terenów na własność?
Mógłby tak zastanawiać się w nieskończoność, gdyż gdybanie nad tym, jak wyglądało jego życie, gdyby nie poszczególne wydarzenia, nigdy go nie nudziło. W końcu jednak jeden z Nocniaków dostrzegł go, gdy tak stał nieruchomo na granicy, i postanowił do niego podejść.
Był to srebrzysty kot o dużych ślepiach, który przenikał czarnofutrego swoim spojrzeniem. Było niemalże puste. Takie… dziwne, niepokojące. Osetek aż się wzdrygnął. Chciał odejść stąd jak najszybciej, lecz czuł, że umysł nie pozwala mu się poruszyć. Jakby jego mózg żądał od niego, by zapytał o Senną Łzę. Jakby chciał poznać odpowiedzi, nawet jeśli Lisi Oset wiedział, że pytanie o nie wprost byłoby zbyt głupie.
Srebrzysty kot zbliżył się powoli. Podszedł do wody i w paru pchnięciach był już przy drugim brzegu. Oparła przednie łapy na brzegu ziemi, parę długości wąsa od niego i obejrzał go jeszcze raz.
— Cześć.... samotniku. — Uśmiechnął się bez przymrużania oczu za mocno. — Szukasz kłopotów, że jesteś tak blisko granicy?
Po chwili Lisi Oset zrozumiał, że ów kot był płci żeńskiej, a przynajmniej tak wynikało z jego zapachu.
— Nie, nie szukam… — odparł spokojnie, po czym zrobił krok w tył. Chciał stąd odejść, by nie narobić sobie problemów z członkinią Klanu Nocy, lecz serce wciąż kusiło go, by zapytał o Senną Łzę. — Jedynie… mieszkam tu niedaleko.
Kotka wyszła z wody i otrzepała się. Spojrzała ponownie na kocura przed sobą i przechyliła głowę w ciekawości.
— Och? Niedaleko mówisz? — zagadnęła. — Dobrze wiedzieć. Ostatnio pewni samotnicy panoszą się niedaleko i szkodzą naszemu klanowi... nic ci o tym nie wiadomo, prawda? — Zamrugała szybciutko oczkami i rozejrzała się po lesie wokół.
Czarnofutry zamrugał ze zdziwienia. Przez moment wpatrywał się w srebrzystą z niedowierzaniem, a potem poczuł, jak na jego gardle zawiązuje się supeł. Samotnicy? Szkodzą Klanowi Nocy? A co, jeśli zrobią coś Sennej Łzie i ich dzieciom?
— Słucham? — wydukał po chwili, po czym pokręcił głową, starając się przybrać neutralny wyraz pyska. — Nie, nie widziałem żadnych samotników poza mną. Właściwie to dotąd żyłem raczej bliżej drogi i nie zapuszczałem się w te tereny — oznajmił, wzruszając ramionami. — To musi być jednak… ciężkie. Dla waszego klanu, w sensie. Ale jakoś sobie radzicie, prawda? — zapytał, odwracając wzrok od wojowniczki.
Nieznajoma rozluźniła ramiona i uśmiechnęła się do kota znacznie bardziej przyjaźnie.
— A radzimy sobie nawet dobrze, chociaż ostatnio podobno pobili nam wojownika i ogólnie trochę nieprzyjemna sytuacja z tym wszystkim. Wygląda, jakby pewna grupa samotników tylko czyhała na nasze życia... No i jest jeszcze Klan Klifu, ale to całkowicie osobna kwestia. — Machnęła łapą. — A dlaczego ty taki ciekawy?
Lisi Oset uniósł jedną brew do góry. Po chwili jednak wypuścił z płuc powietrze i przybrał spokojny wyraz pyska.
— Cóż, pomyślałem, że spytam z grzeczności. Słyszałem, że niektóre klanowe koty nie cierpią samotników. Gdybym trafił na kogoś takiego, już dawno mógłby mnie przerobić na ozdobę do legowiska! — zaśmiał się trochę nerwowo, po czym odchrząknął. — No… więc muszę być ci wdzięczny za to, że nie okazałaś się jednym z takich kotów. Choć z tego, co rozumiem, twoi pobratymcy nie są teraz zbyt przychylnie nastawieni do takich jak ja. Myślisz więc, że powinienem tu… no wiesz, nie przychodzić?
— Z pewnością musisz uważać, bo rzeczywiście niektóre koty z chęcią rozerwałyby ci gardło, zanim by zapytały, czy masz w ogóle cokolwiek wspólnego z tą kotką, co zabiła swoje dzieci... — Srebrzysta skrzywiła się. — Uważałabym, komu patrzysz się w oczy, aczkolwiek dzieli cię od nas rzeka... My dobrze pływamy, ale czas na ucieczkę zawsze jest, kiedy Nocniak zmaga się z nurtem. W każdym razie... Jak się nazywasz? — Nieznajoma zbliżyła się na odległość wąsa i obeszła go na około.
Lisi Oset podążył za nią wzrokiem, przez moment milcząc. Zastanawiał się, dlaczego ta kotka zdradzała mu wszystkie te informacje o Klanie Nocy. Może po to, by potem stwierdzić, że za dużo wie i będzie musiała go zabić? Na tę myśl kocura aż przeszedł dreszcz, a łapy zaczęły błagać go, by od niej uciekł. Stał jednak wytrwale w miejscu, śledząc srebrzystą swoim spojrzeniem.
— Nazywam się Lisi Oset, a ty? — zapytał, choć jego głos ledwo wyczuwalnie zadrżał.
— Żabie Oko — oświadczyła spokojnie. Usiadła sobie przed nim i podrapała tylną łapą po pysku. — Jestem zaskoczona, że jeszcze nie uciekłeś…
Czarnofutry spuścił wzrok na łapy, po czym zaczął grzebać pazurem w ziemi.
— Nie masz po co być zaskoczona. Tak czy siak, nie mam nic lepszego do roboty, ponieważ, jak już mówiłem, żyję kompletnie sam. Tak właściwie to fajnie jest czasem porozmawiać z jakimś kotem, który nie próbuje cię zjeść — stwierdził, po czym podniósł wzrok na Żabie Oko i uśmiechnął się nieznacznie.
— To prawda — przyznała Żabie Oko. — Sama też lubię rozmawiać z samotnikami i kotami spoza klanu. To zawsze fascynujące! — Machnęła łapą. — Nowe perspektywy i opinie, które nie są tą samą wiarą i opinią powtarzaną w kółko i w kółko, kiedy klan w miarę pokrywa się w swojej moralności…
Lisi Oset skinął głową, zgadzając się ze słowami Nocniaczki.
— Wiesz… słyszałem kiedyś od członka tej przynależności za drogą, że wierzą w jakąś Wszechmatkę. Rozmawiałaś już z kimś od nich? Myślę, że taka rozmowa by ci się spodobała — stwierdził, instynktownie zwracając głowę w stronę terenów Owocowego Lasu.
— Och? Coś tam słyszałam, ale jakoś nigdy nie miałam szansy się nikogo o to dopytać. Będę miała to w pamięci, jeśli tylko spotkam jakiegoś Owocniaka. — Srebrzysta pokiwała łebkiem. — Dzięki. Jesteś całkiem pomocny... i ładny. — Uśmiechnęła się żartobliwie.
Samotnik zamrugał kilka razy, zastanawiając się, czy na pewno dobrze usłyszał Nocniaczkę.
— Tak, ja… staram się być pomocny. Często szwendam się tu i ówdzie, próbując zaczerpnąć nieco więcej wiedzy o świecie. Znam przez to na przykład całkiem sporo chorób i sposobów na to, jak je wyleczyć — mruknął, próbując zignorować pochwałę Żabiego Oka na temat jego wyglądu. — Właściwie… jeszcze nie było mi dane usłyszeć o tym, w co wierzy twój klan. Może chciałabyś mi co nieco opowiedzieć, skoro już wiem, że napadają na was jacyś szaleni samotnicy?
— W co wierzy mój klan? Hmmm… — zastanowiła się Żabka. — W Klan Gwiazdy oczywiście. To byli nasi przodkowie. O... właśnie. Legenda o pierwszych kotach istnieje, haha! Zawsze opowiadam ją dzieciom. Jak to pierwsze koty spadły z nieba, skórki, księżyca i blasku słońca mieszającego się z kolorami świata... Ciekawa historia. Nie wiem ile w niej prawdy, ale pochłania dzieci za każdym razem, jak ją opowiadam. — Srebrzysta uśmiechnęła się szeroko. — Znasz się na medycynie? To całkiem imponujące. Osobiście sama bym się czegoś takiego nauczyła, ale nie mam od kogo. W naszym klanie to ród królewski zajmuje miejsce medyka, tak jak powinno być. W końcu im można ufać!
Lisi Oset skinął głową.
— Nie jest to takie ciężkie, jak się wydaje. Masz szczęście, że żyjesz w klanie, bo nie potrzebujesz znać się na medycynie. Ja, jako samotnik, nie pociągnąłbym za długo bez wiedzy o ziołach. Raz na jakiś czas przypadkiem ugryzie mnie jakiś szczur czy dopadnie kaszel, a wtedy muszę wiedzieć, co zrobić, by uratować swój tyłek — zachichotał.

<Żabie Oko?>

11 sierpnia 2026

Od Baśniowej Stokrotki do Niedźwiedziówkowego Pyłu

Zielonkawy liść musnął konar drzewa, lądując na grzbiecie kremowej samotniczki. Stokrotka pośpiesznie strzepnęła go z siebie, dekoncentrując się przy tym na polowaniu. Wiatr mierzwił raz po raz jej futro czy wibrysy. Cisza w dennym lesie była tak głośna, że nawet kotka mogła usłyszeć ciche krążenie krwi w jej uchu. Jej klatka piersiowa opadała mozolnie, a nabranie jednego wdechu było trudne. Całe ciało kocicy było w opatrunkach, oblepione pajęczynami i wszystkim, czym tylko się dało, byle by zakryć głębokie otwory, których nie zagoiliby nawet najlepsi medycy. Odruchowo samotniczka trzepnęła ogonem o ziemię, próbując odwrócić uwagę zwierzyny od ucieczki. Maleńki drozd pazurkami zaczął skrobać o orzecha, próbując go rozłupać. Kot bezgłośnie zasyczał, bezszelestnie skradając się do ofiary, naprężając mięśnie i starając się nie nadepnąć na pojedynczą gałązkę. Z trudem kocica zgięła się w łuk, chcąc doskoczyć do ptaszka. Kiedy jej łapy oderwały się od ziemi, malutkie ślepka drozda powoli zaczęły się zmniejszać, jego dzióbek otworzył się, a z niego wydobył się głośny pisk. Kremowo-różowe szpony uniosły się w górę, a brązowe skrzydła zatrzepotały w powietrzu. Cielsko włóczęgi z hukiem uderzyło o kamienie, a Baśniowa Stokrotka otworzyła pysk, mając ochotę spłoszyć całą zwierzynę w lesie, żeby być jeszcze sprawną. Kolejna zwierzyna uciekła jej w popłochu, a ta zawiedziona spuściła uszy w dół. Nakrapiane piórko drozda poszybowało w dół, delikatnie opadając na różowym nosie pręgowanej. Stokrotka z zażenowaniem podniosła łeb, łapiąc się o korę drzewa, żeby złapać równowagę. Z gardła kotki zaczął wydobywać się chropowaty dźwięk, jakby ta miała zwrócić kłaczek, ale z jej pyska wyleciała czerwona, lepka, szkarłatna ciecz, która wylewała się po kamieniach jak woda z wodospadu. Kiedy ostatnia kropla zleciała z jej podbródka, ta otarła pysk łapą i w napięciu odwróciła się, kierując się w stronę wąwozu. Bicolorka nie była w pełni sprawna. Dryfująca Bulwa z obawy o jej zdrowie zakazał jej polować, a nawet samodzielnie wychodzić z ich schronu, ale co mogło się jej stać. Pręgowana nie miała większego zamiaru dłużej zostawać w tej jaskini, bo czuła się tam nieswojo. Przez kilkanaście księżyców wychowywała, uczyła i żyła w Klanie Nocy. A teraz pozostało jej picie z brudnych kałuż i jedzenie tego, co wpadnie w jej łapy.
Kiedy zza drzew wyłoniła się werwa i ujście do jaskiń, Stokrotka westchnęła i oparła się ramieniem o drzewo. Przymrużyła oczy, próbując znaleźć wzrokiem zmartwionego Bulwę, ale nawet tego nie potrafiła zrobić. Zrezygnowana wyprostowała się i spojrzała na sam dół dziury. Pomachała zdeterminowana ogonem i pewnym krokiem zaczęła iść po wąskiej ścieżce na sam dół. Gdzieś w jej gardle miała uczucie, jakby miała gulę, którą próbowała przełknąć, ale z jakiegoś powodu ona dalej tam zostawała. Jej łapy w końcu dotknęły maleńkich drobinek ziemi i szorstkiej gleby, która spowijała większość terenu, który był dalszym ujściem do jaskini. Stokrotka rozejrzała się po ujściu, ale nikogo tam nie zastała. Pręgowana zamruczała pod nosem, dalej stawiając kroki w kierunku legowiska Chrząszcza. Dymny medyk coraz to rzadziej przychodził do swojego legowiska, jedynie po jedzenie i dalsze opatrywanie ran Stokrotki. Z ostrych i wilgotnych stalaktytów zaczęły spływać przejrzyste kropelki wody, które tworzyły kałuże. Baśniowa Stokrotka stanęła u progu groty, przymrużając oczy i próbując przyzwyczaić się do mroku i ciemności, które tam były. Kocica miała wrażenie, że w ciemności czają się nietoperze, albo bezwzględne lisy, których rude futro mogło mienić się w świetle słońca jak ogień. Kremowa przełknęła ślinę i oparła się o ściany jaskini, brnąc dalej. Jej kremowe futro stawało się cięższe z wilgocią, która unosiła się w powietrzu. Gdzieś dalej rozległ się szmer i stukot łap, które mogły należeć do dymnego włóczęgi.
— Ach, to ty — wymruczał Chrząszcz. Jego krótkie futro owiło się w ciemnościach, przez co kocica mogła zauważyć tylko jego żółte oczy. Kocurek prześlizgnął się za Stokrotkę i rozejrzał się po korytarzu. — Ktoś za tobą szedł? — wysyczał dymny kocurek. Baśniowa Stokrotka zdumiona pokręciła łbem, zmniejszając źrenice.
Krótkowłosy poprowadził kocicę do bladego światła, pokazując jej ciało królika z urwanymi uszami i wydłubanymi oczami.
— To drapieżnik! Jestem pewien — wysyczał wściekle. Kremowa zdezorientowana powąchała martwą ofiarę, czując zwietrzały zapach kota. Zmarszczyła niepewnie nos, mając w głowie tlące się złe przeczucia.
— Jesteś pewien? Może był na tyle stary, że skisł na miejscu, a ptaki zrobiły resztę — rzuciła. Pręgowany pokręcił głową, przyglądając się zwierzątku.
— Odchodzę — wymruczał w końcu. — Wszystkie zioła przeniosłem już do innego legowiska, daleko stąd. Niebieskie oczy Stokrotki rozszerzyły się, próbując zrozumieć, co ten przed chwilą powiedział.
— Nie możesz! Moje rany się w pełni nie zagoiły, zamierzasz nas tak zostawić? — warknęła przez zęby. Chrząszcz podejrzliwie spojrzał się w jej kierunku, zagarniając królika do siebie.
— Trzeba było o tym myśleć wcześniej — fuknął kocurek, wzruszając ramionami. Minął samotniczkę, wychodząc z jaskini.
Bicolorka westchnęła, zaciskając mocniej paluchy przy ziemi. Kocica dalej odczuwała bolesne rany po walce, a teraz nikt nie mógł jej leczyć. Baśniowa Stokrotka zebrała się z miejsca, zostawiając jaskinię pustą, z tajemniczym królikiem na półce skalnej. Wyjście z wąwozu samemu było bardzo trudne, zwłaszcza że nie było przy niej Dryfującej Bulwy. No właśnie, a gdzież on się podziewał? Zirytowana wojowniczka wspięła się po kamieniach, próbując wywęszyć odór, który niósł się od burego kocura. Światło sączyło się między gałęziami w długich, chłodnych smugach, które przecinały leśne runo i zatrzymywały się na kremowej sierści Stokrotki, kiedy ta z trudem wynurzyła się z wąwozu. Każdy jej krok pozostawiał za sobą lekko rozgarniętą ziemię i ślad, który zbyt łatwo mógł zostać odnaleziony przez kogoś, kto wiedział, czego szuka. Jej łapy drżały ledwie zauważalnie, lecz nie zatrzymała się ani razu, bo napięcie, które narastało w jej wnętrzu, było silniejsze niż ból rozlewający się pod opatrunkami, a zapach wilgoci i kamienia powoli ustępował miejsca znajomemu zapachowi lasu, który kiedyś znała tak dobrze, że potrafiła poruszać się w nim z zamkniętymi oczami. Stokrotka uniosła łeb wyżej, przymykając oczy, kiedy wiatr poruszył jej wibrysami, a wtedy poczuła coś, co natychmiast ściągnęło ją z powrotem do rzeczywistości: ciężki, ziemisty zapach, który znała aż za dobrze, nawet jeśli próbował ukryć się pod warstwą świeżego powietrza. Nie zastanawiała się długo, bo jej ciało samo podjęło decyzję, zanim zdążyła ją w pełni uformować w myślach. Ruszyła w głąb lasu, pozwalając, by trop prowadził ją między drzewami, które zdawały się zbliżać do siebie z każdym kolejnym krokiem. Bury stał pośród niskich krzewów, jego sylwetka była napięta, a ogon poruszał się powoli, zdradzając skupienie, które przerwał dopiero dźwięk jej kroków. Kocur uniósł głowę i spojrzał wprost na nią, jakby od dawna wiedział, że się pojawi.
— Baśniowa Stokrotko! — miauknął, a w jego głosie pojawiło się coś pomiędzy ulgą a irytacją, której nie próbował nawet ukryć. — Coś się stało? Dobrze wiesz, że Chrząszcz kazał ci nie wychodzić — dodał gniewnym tonem. Kremowa zwolniła dopiero tuż przed nim, a jej klatka piersiowa unosiła się nierówno, jakby każdy oddech był walką, której nie chciała przegrać przy nim.
— Chrząszcz… On znalazł inny dom, nie dokończy leczenia — odpowiedziała bez zbędnych słów. Bulwa zmarszczył lekko nos, a jego spojrzenie natychmiast się wyostrzyło.
— Jak to odszedł? — prychnął. Stokrotka odwróciła na moment wzrok, jakby obraz pustej jaskini wciąż stał jej przed oczami.
— Zabrał zioła, przeniósł wszystko, nawet te prochy z kurzu — powiedziała wolniej. Bulwa przez chwilę milczał, jakby próbował to poukładać, a jego ogon znieruchomiał całkowicie.
— Twoje rany nawet się nie zamknęły — mruknął w końcu, przyglądając się jej uważnie, zbyt uważnie, jakby dopiero teraz widział, w jakim jest stanie. Stokrotka uniosła lekko podbródek, mimo że ból natychmiast przeszył jej ciało.
— Uch! Nie rozumiesz, musimy tam wrócić! — rzuciła kremowa. Jego spojrzenie natychmiast się zmieniło, a oczy powędrowały w kierunku jej oczu.
— Do Klanu Nocy? — zapytał, a w jego głosie pojawiło się niedowierzanie.
— Nie rozumiesz? Zbyt pochopnie oceniliśmy sytuację! Musimy wrócić po Porywisty Sztorm i Trzcinowy Szmer — wymruczała z nutą desperacji w głosie. Bulwa prychnął cicho, robiąc krok bliżej, a jego cień padł na nią, jakby próbował ją zatrzymać samą swoją obecnością.
—Chcesz tam wejść i wyjść. Ba! Nawet dla mnie nie ma to sensu — powiedział, przewracając oczami. Stokrotka przez chwilę nic nie mówiła, lecz jej ogon poruszył się nisko przy ziemi, zdradzając napięcie, którego nie chciała pokazać.
— Muszę spróbować, idziesz ze mną, lub beze mnie — fuknęła, odwracając się od partnera.
“Zbyt ostro wystartowałam? Nie! Powinien wiedzieć, na czym stoimy” — oburzyła się. Ujście do jaśniejszej strony lasu, gdzie krzyżowały się tereny pomiędzy terenami niczyimi a Klanem Nocy, było widoczne, wciąż oznaczone stojącymi stokrotkami, ze wbitymi łuskami kotów. Stokrotka myślała, że byli dalej od wrogiego klanu, ale nawet to było złudne. Baśniowa Stokrotka dała nura w paprocie, czując odległe zapachy i inne widzimisię, jakie Mandarynkowa Gwiazda pozostawiła na swoich granicach. Bury ruszył tuż za nią, wpychając się w jej ogon.
Kiedy starsi przepychali się w krzakach, gdzieś zza drzew rozległ się cichy szmer, który przyprawił ich o szybsze bicie serca. Stokrotka nie poznawała tego miejsca, bo trochę czasu upłynęło, nim znowu wróciła na tereny Klanu Nocy. Najwidoczniej była gdzieś niedaleko wodospadu, który niegdyś zwiedzała. W jej uszy uderzał odgłos wody, która uderzała o kamienie. Wtedy się rozpoczęło. Bażant wybiegł z paproci, głośno gulgocząc, a za ptaszyskiem pomknęła kotka, nieco młodsza niż oni. Pręgowana dogoniła bażanta, łapiąc go za jego szyję i rozcinając mu brzuch. Dryfująca Bulwa z obrzydzeniem i zażenowaniem zakrył łapą głowę, a Baśniowa Stokrotka westchnęła.
— Popisy… — szepnęła. Prędko przeskoczyła w inne krzewy, co wywołało niestety głośniejszy dźwięk, niż to sobie wyobrażała. Kocica zaintrygowana zostawiła ptaszysko, odpychając je na bok. Jej wibrysy drgnęły, a ta postawiła pierwsze, nieco niepewnie kroki w kierunku kryjówki Stokrotki. Z pola widzenia kremowej zniknął Bulwa, czyżby stchórzył? Kiedy czarna nieznajoma była jeden ogon lisa dalej, samotniczka miała ochotę zapaść się pod ziemię. Wtedy nad jej głową rozległ się wrzask, który spłoszył najbliższą zwierzynę w lesie. Zdezorientowana pręgowana wyjrzała zza paproci i tam ujrzała Dryfującą Bulwę, stojącego nad ciałem kota.
— Mdleje! Czekaj, nie żyje! Weź coś… Co robimy?! — pisnął Bulwa. Bury schował pysk w łapach, próbując uniknąć wzroku Stokrotki na sobie.
— Jak co? No łap ją! — syknęła.
— Za co? — Kocur zdezorientowany pokręcił łbem, łapiąc kotkę za ogon.
— Nie za to! Za łapy! — Kremowa puknęła łapą głowę partnera, czując irytację. Bulwa pociągnął za pierwszą łapę, rozglądając się po bokach, myśląc, gdzie mógłby ją zostawić.
Zrezygnowana bicolorka wskazała buremu drzewo, a dokładnie gałąź. Ten westchnął, próbując ciało wygięte w łuk powiesić na gałęzi. Kremowa niepewnie zmarszczyła czoło, próbując ułożyć w głowie plan, który ocali jej dzieci.

***

Na czarnym jak smoła niebie, wyłonił się księżyc, który swym blaskiem oświetlił kawałek lasu, w którym znajdowali się porywacze pręgowanej kocicy. Samotnicy sami nie wiedzieli jak ją nazywać, jednak byli pewni, że pochodzi z Klanu Nocy, bo z jej futra unosił się odór ryb i niektórych jego członków. Czarna kocica powoli zamrugała powiekami, otwierając oczy, próbując pojąć, co się dzieje dookoła niej.
— Halo, halo, ktoś tu jest? Wielki straszny morderca zawitał! — krzyknęła kremowa samotniczka. Stanęła za drzewem, na którym znajdowała się kotka, by w razie niedogodzeń i humorzastych zachowań kotki temu zaradzić. Zdanie rozniosło się echem po lesie, co miało dodać mroczniejszego klimatu.
— Gdzie ja jestem? Wahh, puszczaj mnie, miernoto, ćwoku! — wysyczała bura przez zęby, próbując dosięgnąć swoich tylnych łap. Bulwa z przemęczenia sam puścił, próbując złapać oddech. Zażenowana Stokrotka złapała się łapą za głowę, próbując przybrać poważny wyraz pyska. Kiedy czarna kocica upadła na cztery łapy i doszła do siebie, podejrzliwie spojrzała w stronę miejsca, gdzie rzekomo można było dojrzeć Baśniową Stokrotkę.
— Morrrdercy, czego tu szukacie? — rzuciła wojowniczka, mrucząc pod nosem.
— Czego tu szukamy? — odparła Stokrotka z oburzeniem. — To mój dom, och, skarbie… Taka młoda, silna a wyrachowania wciąż brak, niczego was w tej kupie sterty i rozpaczy nie uczą? — miauknęła, liżąc się po piersi.
— Nie odpowiedziałaś mi na pytanie — warknęła.
— My tu? Wybacz, zapomniałam, o czym gadamy, ale wiem, o czym możemy pogadać — powiedziała Stokrotka. Kiedy pręgowana wojowniczka była już w pozycji do skoku na kotkę, ta rzuciła się na nią od tyłu, przygniatając ją do ziemi. Zniżyła swój ton głosu oraz opuściła pysk do jej ucha, by ta nie miała wątpliwości, co bicolorka do niej mówi.
— Wrócisz do obozu, zapłakana, wystraszona, biedna. Powiesz swojej przywódczyni, że dopóki nie odda Baśniowej Stokrotce swojej rodziny w jej łapy, ty wyjawisz na światło dzienne mały sekrecik. O tym, jak Mandarynkowa Gwiazda wysłała swego zastępcę, by ten zabił MNIE. Wszystko dotarło? — kremowa szepnęła jej do ucha.
Niedźwiedziówka zastrzygła uszami, nieco odpuszczając dotychczasowe targanie się po ziemi. Pokiwała nieznacznie głową, wciąż próbując wydostać się z uścisku włóczęgi. Kiedy ta wreszcie ją puściła, bura zrobiła fikołka do przodu, próbując nie stracić równowagi.
— Dotrzymaj słowa, a będę twoją dłużniczką — dodała Stokrotka, skinąwszy głową. — Ale jak odmówisz, osobiście cię znajdę i uduszę, a flaki będą służyć jako pokarm dla wron.
Pręgowana cofnęła się niepewnie. Odwróciwszy się w stronę kremowej, spojrzała się na nią po raz ostatni, a później zniknęła w krzakach.
— Nim miną trzy wschody słońca, mam was widzieć w Brzozowym Zagajniku! — krzyknęła na odchodne kremowa.

<Niedźwiedziówko?>

10 sierpnia 2026

Od Kazarka CD. Kurki

— Wybacz, że pytam, jednak nie widzę na co dzień, by ktoś z was przekraczał rzekę. Widziałem was wielu, a jednak nikt z tych, co no, spotkałem, weszli do wody. — Był dosyć zaskoczony. Chyba teraz będzie bardziej uważał, jak będzie polował przy rzece na ryby, żeby potem jakiś patrol go nie gonił z powodu kradzieży zwierzyny. Liliowy był tego samego wzrostu co on, lecz nie był jakoś wielce wysoki. Przyglądał mu się z bezpiecznej odległości. Cofnął się tak na odległość dwóch kroków od niego. Dobrze, że nie był jeszcze bliżej niego, bo by dostał ataku paniki.
— No... tak. Niewielu z nas wchodzi do wody, bo niewielu z nas umie pływać. Mnie nauczyła mama... mojego partnera — odparł cichutko liliowy Owocniak.
Rozmowa o pływaniu dla niego nie była jakimś fajnym tematem, chociaż skoro taki zaczęli, to chyba musiał go rozwinąć. Niby chciał o czymś innym pogadać, ale nie był na tyle gadatliwy, by wybrnąć z tego. W dodatku sam go zaczął.
— Mnie to tata topił w rzece i jakoś tak pływam sobie. Choć, eeeee... chociaż nie raz czułem, że chyba się uduszę przy tym, to jakoś żyje do teraz. — Jego tata nie należał do delikatnych kotów, gdy go topił, a gdy mały Kazarek chciał wrócić na brzeg, to Drzewica się na niego wydzierał tak, jakby dokonał jakiejś zbrodni i ponownie nim rzucał w tafle wody. Wtedy przypomniał sobie, że miał podczas tego taki gejzer łez w oczach.
— Och... to trochę brutalne... — mruknął nieznajomy. — Dzieci uczy się pływać trochę łagodniej... Przykro mi, że to w ten sposób się nauczyłeś... przynajmniej się nie utopiłeś jak prawie moje dzieci, eh... — Brutalne? Czyli to nie było normalne? Może jednak Drzewica wykazywał miłość rodzicielską w inny sposób... wierzył, że w głębi mu na nim zależało i kiedyś po niego wróci z matką. Tak, tęsknił za nimi. Nawet lekko oczy mu się zaszkliły, gdy o nich pomyślał... na szczęście gdy przetarł jedno oko, łzy ustąpiły.
— Masz dzieci?! Czyli jesteś ode mnie starszy? Po twoim wzroście myślałem, że jesteśmy w podobnym wieku. — Chociaż... ile on teraz miał? Kazarek już nie był nastolatkiem, tylko młodym dorosłym, ale jakoś nadal się czuł jak mały kociak, który się zgubił i próbował się odnaleźć wśród tej okolicy.

<Nieznajomy?>

09 sierpnia 2026

Od Kazarka CD. Wrony

Dołączenie do społeczności było jego marzeniem. Kazarek jednak czuł, że chciał spróbować w Klanie Wilka. Przesiadując na ich terenach, widział, że pyski Wilczaków były poważne i ponure, ale jednocześnie było w nich coś tajemniczego, jakby ich wyrazy skrywały coś więcej, czego nie mógł na ten moment dostrzec. Te koty z Owocowego Lasu wydawały się tak miłe, że aż odmówienie im było trudne.
— J–Ja sam nie wiem. — Zerknął na czarną dymną z oklapniętymi uszami. Nigdy nie widział kota z oklapniętymi uszami. Tak się wsłuchał w jej głos, że na pierwszy rzut oka nie zauważył tego.
— A po drugie czemu od r–razu, no, pazurów używacie? — Nie chciał, żeby nowo poznany kot wbił mu swoje pazury w skórę. On przecież tylko zioła zbierał, a rośliny szybciej odrastały niż martwa zwierzyna.
— Czasami jest to konieczne, ale tylko w skrajnych przypadkach, gdy na samotników nie działają ostrzeżenia. Nie możemy przecież wpuszczać byle kogo do naszej grupy. Nie każdy samotnik ma dobre intencje. — Dymna, gdy skończyła, zaczęła wylizywać sobie futerko na łapie. Te koty rzeczywiście były bardzo terytorialne, jak mówił Cętkowany Tęgosz. Przekroczysz tylko kawałek granicy i już po tobie.
— Ale mimo tego, chyba nie chcesz na serio mnie zadrapać? — Było to bardziej pytanie, niżeli stwierdzenie, bo naprawdę już nie wiedział, czy kotka by go nie zaatakowała za to, że jej odmówił.

<Gniewasz się, że nie przyjąłem twojej oferty?>

07 sierpnia 2026

Od Kazarka

Kazarek szedł powoli przez las, uważnie sprawdzając każdy zapach. Pora Nowych Liści oznaczała więcej zwierzyny, ale też więcej kotów. Samotnik, który nie uważał, szybko mógł wpakować się w kłopoty. Każdy w końcu szukał czegoś dla siebie po tak mroźnej porze. Cynamon do nich należał, lecz nie wyznawał używania przemocy na innym kocie. Gdyby miało dojść do konfrontacji o zwierzynę, wolałby uciec i nie pozostawić po sobie śladu. 
Zatrzymał się przy skrawku lasu Klanu Wilka i zobaczył zioła na drobne skaleczenia, które dopiero co urosły. Chyba nie miał ich zbyt wiele w swoim legowisku. Niektóre okazy nawet zdarzyły się zbyt wysuszyć pod jego posłaniem. Sięgnął pyskiem, by je wyrwać, ale nie zdążył. Z krzaków dobiegł szelest, a Kazarkowi zaczęło szybciej bić serce. Jego oddech był niespokojny, już miał ochotę rzucić się do ucieczki i schować się w swojej norze. Zamiast groźnego Wilczaka, jednak ujrzał małego ptaka, który pewnie czegoś szukała do jedzenia. Westchnął głęboko by się uspokoić. Czasami zapominał, że nie wszystko, co szeleści w krzakach, chce go zabić. Postanowił odpuścić ptakowi życie. Nie umiał i tak na nie polować, więc pozwolił sobie zostać jeszcze na chwilę na wilczackich terenach bez żadnego stresu, że coś go zje. Ptaki wokół latały nad sosnami, wiatr mu dudnił w uszach, a słońce trochę ogrzewało jego krótkie futro. Przynajmniej na chwilę mógł sobie powiedzieć, że może odetchnąć bez strachu, że coś na niego czyha. Było to krótkie, ale wspaniałe uczucie.

06 sierpnia 2026

Od Kazarka do Opadającego Rumianka

Cynamon wyszedł z nory. Chciał przejechać plecami po drzewie, bo strasznie go swędziało w tym miejscu. Oczywiście tylko głowę uchylił i poczuł, że wiatr tak wieje, że lekko go przesuwało. Najlepiej to by do nory wrócił, ale jak siedzieć w norze, gdzie nie ma już zapachu świeżych wrzosów? Zwykle je zbierał na terenach, gdzie zaś czuł dużą ilość kotów, jednak przecież nie ukradnie tym kotom jedzenia, tylko kwiatki, więc raczej nie powinny go zjeść za to.

***

Zgrabnie z Drogi Grzmotu przeszedł na tereny Klanu Wilka, następnie przepłynął rzekę, nadal tam będąc, aż w końcu przekroczył granicę zapachową, która już pachniała królikami. Teraz aktualnie szedł w stronę wrzosów, by zebrać ich trochę. Na szczęście były blisko granicy, więc bez wahania schwytał kilka świeżych pączków. Jakiś Burzak go zauważył, czego nie był świadomy. Jednak kot, zamiast zaatakować, przyglądał mu się.
— Ty. Co ty właściwie robisz? — Kazarek usłyszał jakiś głos. Powoli obrócił się i zobaczył jakąś kotkę, która go wołała. Jego futro lekko się podniosło, bo nie spodziewał się tu kogoś.
— No, kwiatki sobie zbieram. — Raczej nieznajoma kotka powinna to od razu zauważyć, bo niczego skomplikowanego nie robił.
— Ale dlaczego akurat tutaj? — mruknęła, przewracając oczami. — Na terenach samotników mało macie kwiatuszków? — nieznajoma miauknęła pieszczotliwym głosem, mrugając przy tym pokaźnymi rzęsami. — Wiesz, że te twoje kwiaty mogą się okazać cennymi ziołami dla naszych medyków? — zasugerowała, unosząc brew.
— Bo najbardziej mi zależy na wrzosach, a nigdzie indziej nie rosną niż tu. — Zresztą, co ona miała do niego? Póki nie atakowała go, to mógł zbierać spokojnie wrzosy do swojego legowiska. Obca mówiła też coś o medykach i że wrzosy też są przydatnymi ziołami, choć nie wiedział o tym.
— A w jaki sposób? Ci medycy są obeznani w ziołach?

<Nieznajoma lub czymkolwiek jesteś, możesz rozwinąć te właściwości wrzosów?>

Od Kazarka CD. Kobczyka

— Przezorny zawsze ubezpieczony. — Spoglądał z nieufnością na liść, bo co, jakby chciała go otruć? Przecież liście ze śniegu nie wyrastały, więc musiała to znaleźć daleko poza terenami albo miała swoją tajną skrytkę na to. Po prostu był bardzo ciekawy właściwości tego liścia, ogólnie interesowały go zioła, ale wiedzę na ich temat uzyskał od dalekich krewnych, którzy mieszkali blisko gniazd Dwunożnych.
Czekoladowa kotka nie skomentowała jego słów, zamiast tego pozwoliła sobie na milczenie, przynajmniej do pewnego czasu.
— Jesteś z okolicy? — zapytała, będąc ciekawa, od jakiego czasu tu mieszka. — Czy... słyszałeś o klanach?
Kazarek mógł tak patrzeć na to zioło, ale prędzej czy później, musiał je zjeść. Także zjadł je niechętnie, trochę się krzywiąc od jego smaku. Nieznajoma wydawała się mieć znudzenie w oczach. Nie zdziwiło go to, pewnie i tak nie był jakiś interesujący dla kogoś jako kot, bardziej jako gotowa przystawka do zjedzenia. Może czekoladowa kotka nie była jakoś bardzo nim znudzona, skoro go pytała, czy mieszka w okolicy, ale mama niby jemu zawsze mówiła, żeby nie podawać swojej lokalizacji nieznajomym. Problem był taki, że nawet teraz nie znał nawet lokalizacji swoich rodziców, co było niezręczne.
— Owszem, mieszkam tu, no od długiego czasu, właściwie to przez przypadek taki. No bo Potwór Dwunożnych prawie mnie hen, hen wygonił. — Nie wiedział, ile już tu był, co go smuciło.
— Tak, coś słyszałem, ale to tylko o tym Klanie Wilków, tym takim co go nazwali od psów wyjących. — Chciał już spytać, skąd wiedziała o klanach, ale każdy samotnik, którego spotykał, coś o nich wiedział. Także takie pytanie jej było zbędne.

<Kobczyk, teraz będę dla ciebie ciekawszy?>

02 sierpnia 2026

Od Promiennego Słońca CD. Malutkiej (Truskawki)

Promyk obejrzała się na kota, który stał zaraz za jej plecami. Był to ktoś zupełnie jej obcy, więc nie obchodziło jej za bardzo, co tam sobie szeptał pod nosem. Promyk nie dbała o swoje dobre imię w mieście. Nie obchodziło ją co inne koty będą sobie o niej myśleć. Krok za krokiem oddalała się od wysokich bloków i głośnych ulic, wstępując w cichsze, mniej zabudowane siedliska dwunożnych. Wszystko tutaj było znacznie spokojniejsze. Nie było walk gangów, walki o miejsce do spania i jedzenie. Tutaj było spokojnie. Tutaj była wolniejsza niż gdziekolwiek. Linie ogródków otoczonych kolorowymi płotami stały jeden obok drugiego, przecięte tylko cienką udeptaną ścieżką, uczęszczaną przez dwunogów. Przynajmniej od tej strony. Ale drogi grzmotu nie były takie głośne. Niewiele potworów poruszało się nimi. Czy tam aut… jakkolwiek te dziwadła nazywała Łapka? Promienne Słońce przysiadła sobie na jednym z płotów. Mogłaby się tutaj schować z dala od wielkomiejskiego tłoku. Mogłaby tutaj żyć sobie od ogrodu do ogrodu, polując sobie na myszy i szczury. W jej głowie jednak była pewna myśl, że jej dom jest gdzieś indziej. Tęskniła za lasem, a jednak kochała swój kawałek dachu nad szumem ulic. Mieszkanie tutaj oddaliłoby ją od Łapki, przybliżyłoby ją do lasu. Jedyne co trzymało ją często z dala od tego miejsca, byli wszechobecni dwunożni. Ostatnio przechadzając się po płotach, była świadkiem jak jeden z nich chwyta jakiegoś samotnika i zaciąga go do swojego gniazda. Nie podobała się jej wizja utknięcia w domu. Wystarczy już, że odwiedzała jedno dusze więzienie, Łapki. Gdyby została schwytana, to byłaby wielka tragedia. Przynajmniej dla niej. Życie za zamkniętymi drzwiami, brak własnej wolności i swobody - to wszystko stałoby się, gdyby jakikolwiek dwunóg ją znalazł i postanowił “ocalić”.
– CZEŚĆ!!! – czyjś piskliwy głosik przerwał jej rozmyślania. Promienne Słońce najeżyła się prawie od razu. – Możemy pogadać? Zostaniemy przyjaciółmi?
Promień spojrzała na tę kuleczkę, która przyturlała się pod płot. Kociak patrzyła na nią swoimi wielkimi, niewinnymi oczętami. Promyk schowała swoje kły i zajrzała na drzwi, zza których wybiegło kocię. Te zostały uchylone, lecz żaden dwunożny potwór zza nich nie wyjrzał.
– Możemy. – odparła starsza kotka, zerkając na dzieciaka pod swoimi nogami. Zeskoczyła z płotu na nisko ściętą trawę. Kociak przed nią był całkowicie biały z niebieskimi oczkami. Wyglądała… interesująco. Pachniała jak kotka, mleko i dwunogi. Nie, żeby Promień miała jakiś lepszy zapach. Resztki klanowego życia dawno zniknęły pod smrodem dymu i śmieci. – Mieszkasz tutaj? – Promyk spojrzała na malowany budynek.
– Tak! Nazywam się Malutka! – odparła koteczka.
– Malutka. Cóż za interesujące imię. – odparła Promień. – Pasuje do ciebie kurduplu. Kociak zmarszczył nos zirytowany.
– Ach przepraszam. – szylkretka miała ochotę przewrócić oczami, jednak się powstrzymała. Nie przepadała za dziećmi. Jak już były w wieku uczniów, było okej, ale takie maluszki były poza zasięgiem jej cierpliwości. – Ja za to nazywam się… Promyk. – przedstawiła się swoim kocięcym imieniem. Jak ona dawno go nie słyszała. Dawno nie wychodził z pyska nikogo, nawet jej samej.
– Promyk? – powtórzyła koteczka – Mieszkasz gdzieś niedaleko?
– Mieszkam wszędzie, gdzie mi się podoba. – oświadczyła wojowniczka i uśmiechnęła się nieco krzywo. Już zapomniała jak to jest uśmiechać się w miarę normalnie. Do kotów na ulicach miasta posyła się tylko i wyłącznie krzywe uśmiechy, gdyż nikt nie jest tam szczery.
– Och! To musi być ciekawe! Codziennie w innym miejscu! – oświadczyła koteczka. – A skąd masz takie… blizny?
– Walczyłam. – padła odpowiedź. – Z mewami. Takie ptaki znad morza. Duże i bardzo lubią atakować koty. – Promyk spojrzała na ten biały puszek, który zrobił na nią wielkie oczy. – Tutaj ich nie ma. Nie lubią żyć daleko od morza. Żaden cię nie zje.
– A co jeśli?
– To ja już z nimi walczyłam, zawalczę jeszcze raz… – machnęła łapą Promyk.
– A skąd jesteś? – maluch nie wiedział, że to niewygodny dla Promyk temat. Nie mogła jej winić za poruszenie go.
– Pochodzę… z klanu. Z klanu kotów, żyjących nad klifami… – mruknęła.
– O! Z klanu! Słyszałam o nich! Jaki był twój klan!?
– Taka tam… banda świrów. Samolubni i łatwowierni. Teraz już nie jestem z klanu … pochodzę z miasta. – Promyk otrzepała się z nieprzyjemnych wspomnień i spojrzała na tego kociaka przed sobą. Niewinne kocię co nie zaznało nigdy ani głodu, ani braku snu. Nie zaznało nocy spędzonej w ulewie, patrzenia na śmierci swoich towarzyszy. Nie zaznało knowań i zarzutów władzy, bo władzy nie znało innej niż ta od dwunogów. Ile Promyk by dała, aby urodzić się gdzieś indziej. W świecie tak naiwnym i niewinnym jak ten. Ile by dała, aby mogła znowu zobaczyć się z braćmi, przeprosić Słoneczne Oko, przytulić Tawułową Bryzę. Kiedyś ich spotka… w Klanie Gwiazdy. – Jeszcze jakieś pytania?

<Malutka?>

01 sierpnia 2026

Od Wełnistej Mszycy CD. Mglistego Snu (Śnienia)

Słuchała z uwagą słów Mglistego Snu.
— Oczywiście. Przekaże jej twoje słowa, gdy tylko uda mi się z nią spotkać — obiecała. Ostrożnie położyła swoją białą łapę na czarnej łapie kocura, by po chwili kontynuować: — Ale ty również musisz się z nią spotkać. I porozmawiać z nią sam, w cztery oczy. Jesteś jej winien rozmowy. Ona tobie również.
Brzmiało to tak prosto, wręcz banalnie, a na szali ważyło się życie kilkunastu kotów. Wełnista Mszyca zaproponowała możliwość pomocy w kontakcie z przybraną matką Mglistego Snu, Brukselkową Zadrą. Jednak, aby wcielić plan w życie, trzeba było spędzić więcej czasu niż jeden niepełny wieczór. Wiele wieczorów.
Tak jak w przypadku Brukselkowej Zadry i bliskich jej kotów pozostałych na terenach Klanu Wilka, nim ich spotkanie dobiegło końca, zdecydowała się na ponowną propozycję dołączenia niedobitków Świetlików do Klanu Burzy. Odmowa ją zabolała, lecz akceptowała ją, mimo wewnętrznego sprzeciwu.
— Jesteś do niej podobny. — Uśmiechnęła się gorzko, nieco żałując się zarówno liliowa kocica, jak i drogi jej kocur nie zdecydowali się wybrać łatwej ścieżki. Mogła mieć tylko nadzieję, ze ścieżka, która postanowili kroczyć, obejdzie się bez ofiar, a ofiara Jarzębinowego Żaru nie pójdzie na marne. — Będę wypatrywać Brukselkowej Zadry przez najbliższą kwadrę, jak i przez dwie następne będę starała pojawiać się co wieczór lub dwa przy moście. Postaram się przynieść dla was zioła, tylko muszę wiedzieć, jakich potrzebujecie — oznajmiła. — Uważaj na siebie, Mglisty Śnie. Nie mogę również i ciebie stracić ani żadnego z pozostałych Świetlików.
"Ani jednego więcej."

Aktualnie, na terenach niczyich – na przestrzeni pory nagich drzew

TW: żałoba, stan depresyjny, zaburzenia odżywiania, krew

Wełnista Mszyca umarła, pozostawiając po sobie jedynie pustą skorupę. Dni i noce zlewały się w jedno. Poczucie upływu czasu przestało istnieć. Albinoska po raz pierwszy pojęła, czym tak naprawdę jest samotność. Nie miała nikogo żywego przy sobie, do kogo mogłaby otworzyć pysk, a gdy próbowała uzyskać od Srebrzystej Skóry odpowiedź na pytania, ta niezmiennie pozostawała głucha i milcząca. Jedynie głosy zmarłego Szarej Skóry oraz Skrzypiącego Skrzypu, będące najpewniej jedynie wytworem jej wyobraźni, przybierały na sile, zaburzając postrzeganie rzeczywistości przez kocice.
Większość dni spędzała w niewielkiej norze na terenach niczyich, z której jedynie wyściubiała pysk, aby zapolować na zwierzynę, której było niewiele. Rzadko udawało jej się zaspokoić głód czy pragnienie. Zamarznięty śnieg przynosił jedynie chwilowe ukojenie.
Drobne urazy przestały mieć znaczenie, jak również pogarszający się wzrok spowodowany zbyt długim wpatrywaniem się w ziemię pokrytą śniegiem, zarówno za dnia, jak i nocą.
Nie miała ziół. Nie mogła pomóc sobie, a tym bardziej komukolwiek.
Gdy udało jej się pogodzić ze śmiercią ojca oraz Skrzypiącego Skrzypu, przyszła kolejna fala negatywnych myśli, uniemożliwiająca podjęcie decyzji. Łapy odmawiały posłuszeństwa, podobnie jak mięśnie. Marniała w oczach, lecz dla tych, których udało jej się przypadkiem spotkać, po raz pierwszy wyglądała tak od zawsze. Poczucie winy eskalowało, uniemożliwiając przespanie ciągiem, chociażby połowy czasu z godziny.
Sny zlewały się z jawą, powodując stany lękowe i omamy. W dodatku zaprowadziły ją pewnego razu na granicę Drogi Grzmotu, oddzielającą tereny Owocowego Lasu, Klanu Wilka oraz Klanu Burzy. Po śladzie spalonej ziemi na znajomych terenach będących na wyciągnięcie łapy nie było śladu, a przynajmniej nie było widać jej gołym okiem, gdyż biały puch otulił zwęgloną ziemię.
Mogła zapobiec śmierci ojca oraz Skrzypu. Wystarczyło jedynie pokonać czarny pas przecinający kocie tereny.
Śnieżnobiały śnieg został zabarwiony na czerwono, gdy kocica została odrzucona do rowu przez nadjeżdżającego Potwora. Minęła wieczność, nim udało jej się podnieść z zimnego puchu, po czym na chwiejnych nogach ruszyła poprzez ośnieżone wrzosowisko w kierunku rzeki.

<Śnienie? Jak się miewa moja ulubiona czarna owocówka?>

31 lipca 2026

Od Kazarka CD. Borowika

Mógł niby się nie zgodzić na tą ofertę, którą mu podsunął bury kocur. Cynamon jednak ledwo co przeżywał, a potrzebował bardzo pożywienia. Często chodził z pustym brzuchem, co nie było przyjemnym uczuciem. Czasami miał wrażenie, że był nadmuchany samym powietrzem... Umowa między kotem z grupy ułatwiłaby mu przeżycie tego sezonu.
— No to stoi! No to em… ile chcesz tych ryb? Ale w sumie jak mi dziurę dajesz. To je-jestem i tak bogaty! Więc gdzie ty ten, masz tę dziurę? Zaprowadzisz mnie do niej? — Chciał się upewnić czy owa dziura istniała, żeby potem się w maliny nie puścił, że nagle się okazałoby, że buras zrobił mu psikusa.
— No. No zaprowadzę cię do... — bury rozejrzał się na boki z szeroko otwartymi oczami, sprawdzając, czy nikt, aby na pewno nie podsłuchiwał. Kazarek też przez chwilę robił to samo co on, by równie sprawdzić, czy nikogo tu nie było z kotów, lub drapieżników.
— ...do mojej dziury. Muszę przecież pilnować cię. Co byś mi jej... uh... nie wyeksploatował i nie uciekł. I... hm. — Przyjrzał się mu uważnie, aż kocurek drgnął. To on miał jakieś wartości rodowe? On mógł nawet spać w jakiejś ciasnej zakurzonej norze, dla niego i tak to był już luksus.
— Możesz złowić tyle, ile dasz radę, dopóki nie zmarzniesz. A potem ja będę łowił, dopóki nie zamarznę. Ale ja nie umiem pływać, więc zapewne mój wynik będzie zauważalnie gorszy... I się potem... podzielimy. Po pół. No a jak... jak będzie nieparzyście, to... ty możesz wziąć tą... rybę dodatkową. Tak. Tak. — Nieznajomy pokiwał głową w jego stronę, by się chyba upewnić, że on go rozumiał.
— Może... być...? — Ta oferta była sprawiedliwa i trochę zbyt uległa? Mógłby w tej chwili pomyśleć, że może buras go chciał wykorzystać, ale jedzenie to jedzenie, a on już się ślinił na myśl o rybie.
— T-tak, dziękuje, że mi dajesz swoją dziurę. Obiecuje, że jej zbytnio nie pobrudzę, lub nie naruszę brudu, który tam już masz, w sumie obojętnie mi czy żyjesz w smrodzie, czy nie. — Nieznajomy się skrzywił od tego, co powiedział, ale zdania nie zmienił, więc wystarczyło mu tylko złowić kilka ryb, a jego brzuch znowu stanie się pełny.

***

Nadal przeszłość, podczas Pory Nagich Drzew

Wyszedł z dziury na swoje pierwsze łowy, spało mu się w niej zwyczajnie, bo dziura jak dziura. Zaczął aż tęsknić za swoim wygodnym wgłębieniem w drzewie, ale tutaj zdecydowanie było więcej ryb. Lód był dość trwały, zimne temperatury były tak potężne, że nie było miejsca na chwilowe ocieplenie, które mogło choć trochę osłabić pokrywę lodową. Cynamon wrócił się po jakąś większą gałąź, a następnie zaczął nią walić w lód. Powierzchnia pękła, co utworzyło dziurę, którą chciał. Kazarek zanurkował, aby coś złowić.

***

Kazarek złowił już cztery ryby, to starczyło, żeby się podzielić z burasem, który dał mu dziurę. Usłyszał z daleka chrupanie śniegu, już się zjeżył, ale w oddali zobaczył znajomego, nieznajomego.

<Nieznajomy? Bo mam te rybki dla ciebie>

28 lipca 2026

Od Czajki CD. Lisiego Ostu

Przeszłość, w czasie pory nagich drzew

Pojawienie się Sennej Łzy było czymś, czego nikt się nie spodziewał, ani Lisi Oset, ani tym bardziej Czajka, który nie miał bladego pojęcia, że ten dawny Owocniak przez te księżyce zdążył sobie kogoś znaleźć i to z jakiegoś klanu! Niebieski może i kiedyś spotkał kotkę na jakimś zgromadzeniu, lecz w ich czasie przewijało się tyle kotów, że ciężko było kogoś więcej spamiętać, szczególnie jeśli widziało się danego kota jedynie przez chwilę.
Nie ruszając się z dotychczasowego miejsca, uważnie obserwował i przysłuchiwał się całej tej rozmowie. Z każdym słowem szylkretki miał wrażenie, że gdzieś głęboko w nim rodzi się poczucie zdradzenia, zapomnienia przez kogoś bliskiego. Jakąś cząstką siebie poczuł się niczym zwykły odpad, które się pozbywa, kiedy to staje się niepotrzebny. Wszystko to było wyjątkowo absurdalnymi odczuciami, lecz Czajka sam nie wiedział, skąd one się biorą, w końcu Osetek był jedynie przyjacielem, a teraz to nawet pewnego rodzaju towarzyszem w samotniczym życiu dawnego zwiadowcy. Więc dlaczego? Dlaczego ta Nocniaczka, choć mu obca, wywoływała w nim istną burzę. Stronił od przemocy, lecz ją chciał przegonić jak najdalej, by tylko nie wracała i nie mieszała się w ich samotnicze życie u swego boku.
Mimo tego wszystkiego milczał. Milczał, kiedy młodszy wołał kocicę. Może i wtedy czułby jakąś satysfakcję z tego, że Senna Łza sama finalnie uciekła, lecz nie mógł. Nie mógł, widząc, do jakiego stanu to wszystko doprowadziło zielonookiego. To Czajka musiał co dzień znosić jego rozkojarzenie, zdenerwowanie, nieudane polowania. Z tego też powodu nie dręczył kocura o możliwość wyleczenia ze swędzącej infekcji czy kawałka szkła w łapie, który w czasie ostatniego polowania mu się boleśnie wbił. Starał się ukrywać objawy z racji zachowania Osetka. W końcu postanowił z nim o tym porozmawiać, nim któreś z nich padnie z głodu.
— Wszystko w porządku? — spytał, przysiadając obok czarnego.
Nie minęła chwila, a Lisi Oset zalał się łzami. Opuścił głowę, kładąc po sobie uszy.
— Czajko… powiedz mi, co ja narobiłem… — zaszlochał, nagle podnosząc wzrok ku niebu. — Pewnie nawet nie zobaczę tych kociąt! Pewnie nawet nie będą wiedziały, kim jest ich ojciec! Powinienem… powinienem być tam, obok Sennej Łzy. Powinienem opiekować się nią, kiedy nosi pod sercem moje kocięta! To ja powinienem rzucać im kulkę mchu, uczyć je skradać się i polować… To ja powinienem patrzeć, jak dorastają! A zamiast mnie… zrobi to jakiś inny kocur? — urwał, wbijając pazury w śnieg. — Nie chcę nawet o tym myśleć, Czajko… Zawiodłem wszystkich. Zawiodłem Łezkę. Zawiodłem własne kocięta... — wymamrotał, załamując się jeszcze bardziej.
Tego to się niebieski nie spodziewał. Nie miał bladego pojęcia, jak na to zareagować — jego nigdy nie ciągnęło do kocic, ojcostwa, zakładania rodziny. Ba! On sam się do końca nie identyfikował jako kocur, więc jakby mógł myśleć o tym, że ktoś to zaakceptuje i zostanie jego partnerem lub partnerką. Nawet nie był pewny, czy dałby radę, chociażby jednego kociaka odchować, a co dopiero trójkę lub więcej.
— Może… może nie będzie tak źle, jak myślisz? Może Senna Łza opowiem im o tobie, kiedy tylko będą na tyle dojrzałe, by wiedzieć, co zachować dla siebie oraz nie robić z tego powodu głupot? Może kiedyś spotkasz je na granicy i uda ci się je rozpoznać? — odparł, starając się jakkolwiek pocieszyć przyjaciela, nawet jeśli było to jedynie gdybanie i była szansa, że nigdy do żadnej z wymienionych sytuacji nie dojdzie. — Wybacz… Nie jestem chyba zbyt dobry w pocieszaniu, jednak nie możesz się tym tak zadręczać. Najważniejsze, by Senna Łza i wasze kocięta były bezpieczne. A my musimy przetrwać zdani na siebie, każdy dzień to walka o przetrwanie, ty to doskonale wiesz. Jesteś dłużej ode mnie samotnikiem, więc doskonale wiesz, jak czasem bywa ciężko.
Tak, zdecydowanie nie jest dobry w to całe pocieszanie, jednak się starał, a to najważniejsze, tak? Tak.

•• ━━━━━ ••●•• ━━━━━ ••

Po próbie pocieszania Osetka Czajka starał dawać mu się czas i przestrzeń na wszelkie przemyślenia. Choć to też był czas dla niego samego, by zrozumieć, czemu tak reagował na słowa Sennej Łzy oraz fakt, iż młodszy przez te wszystkie księżyce zdążył sobie kogoś znaleźć, kiedy to brązowooki myślał, że ten nie żyje. Początkowo miał mu to za złe, lecz dość szybko cała złość czy żal minęły, w końcu samotnicze życie nie jest łatwe, a zawsze jakoś raźniej we dwójkę niż pojedynkę.
Kiedy tylko zielonooki dostawał czas i przestrzeń na własne przemyślenia, niebieski starał się nadrobić wszystkie zdobycze, których nie udało się złapać przez rozkojarzenie Osetka. Był to dość ambitny plan i ciężki w wykonaniu przez infekcję oraz ciągle tkwiące szkło w łapie. Kocur starał się tej konkretnej łapy zbytnio nie obciążać, lecz czasem po prostu musiał, przez co często tłumił syk bólu. Nie był pewny, jak długo tak zdoła pociągnąć, jednak jeśli Osetkowi niedługo się nie poprawi, to będzie musiał szukać pomocy medycznej u jakiegoś samotnika lub też klanu. Tego drugiego wolałby uniknąć, gdyż raczej mało kto byłby skory do pomocy jakiemuś samotnikowi, który jedynie nadwyręży cenne zapasy ziół.
Rozmyślania przerwał mu pobliski dźwięk chrobotania, który był odpowiednikiem szelestu w czasie innych sezonów. Teraz zwierzyna sama szukała pożywienia, przez co stawała się celem drapieżników, w tym wprawnego łowcę, jakim był Czajka, choć w obecnym stanie trochę daleko było mu do tego tytułu. Starając się cicho podejść na trzech łapach, wyczuł po paru krokach zapach nornicy, która po chwili znalazła się w zasięgu jego wzroku. Ta wyjątkowo nie była jakaś mizerna ani wychudzona do granic możliwości, istny rarytas w porze nagich drzew, aż na samą myśl poczuł, jak w pysku gromadzi mu się ślina.
Podszedł jeszcze parę drobnych kroczków, by mieć pewność, że gryzoń mu nie ucieknie zbyt łatwo, a wcześniej nie dostrzeże łowcy. Niebieski cierpliwie czekał. Czekał na moment, w którym ofiara poczuje się na tyle bezpieczna, by z opóźnioną reakcją próbować uciec, choć też nie mógł czyhać na zwierzę w nieskończoność, gdyż wystarczyło, by wiatr zawiał zza jego pleców, a już na starcie może pożegnać się z nornicą. Póki znajdował się pod wiatr, pozostawał niezauważony. W końcu napięte do granic możliwości mięśnie zaczęły dawać o sobie znać, lecz brązowooki nawet nie drgnął i dopiero po chwili mocno odbił się tylnymi łapami i skoczył na roślinożercę. Ten nie miał szans, więc moment później skończył w pysku samotnika.
Dopiero gdy nieco adrenalina opadła, poczuł, jak łapa zaczyna go wręcz palić żywym ogniem. Zacisnął zęby na ciele ciepłej piszczki, tłumiąc syknięcie. Kulejąc, skierował się do miejsca, które w ostatnich dniach zajmował z Osetkiem, z nadzieją, że skusi się na coś świeżego do zjedzenia, nim zagłodzi się z tych nerwów.

<I jak się trzymasz?>

26 lipca 2026

Od Kobczyka do Czajki

— Chodź, proszę, bo zmarzniesz i się pochorujesz! Zapraszam — miauknął Wernyhora zachęcająco, ruchem łapy polecając nieznajomemu to, żeby wszedł do nory i skrył się przed nielitościwym żywiołem. Czajka zawahał się, a puch sypiący z nieba zaczął powoli oblepiać jego grzbiet oraz końcówki włosków po bokach, prawdopodobnie sprawnie zmniejszając temperaturę jego ciała, a ponadto – wpuszczając chłód również do środka lecznicy. Wreszcie, westchnął cicho pod nosem i ruszył korytarzykiem, stawiając łapy ostrożnie i uważając, żeby jednej z nich nie postawić w pełni, kulał. Poza schronem szalała wichura, wiatr rozsypywał śnieg po każdej stronie, a najbardziej obrywały zawsze, oczywiście, kocie mordki. Do nosa samotnika w tym momencie mogło dotrzeć tak wiele przeróżnych, wymieszanych ze sobą zapachów ziół, że aż dziwne, że nie kichnął. Kobczyk przysiadła na swoim miejscu, w jamie było o dziwo cieplej niż na zewnątrz, chociaż nic dziwnego. Powietrze stąd nie ulatywało tak łatwo, dzięki gęstym krzewom w wejściu. Spojrzała na brązowookiego neutralnie, chciała zobaczyć, jak jej mentor radził sobie w opatrywaniu potrzebujących nadal. Każdy się starzał, chociaż jemu wraz z wiekiem entuzjazmu i energii, zdawało się, jedynie przybywało.
— Musimy opatrzyć twoją łapę, zostawiałeś za sobą ślady krwi na śniegu — mówił z przejęciem łaciaty, w składziku doszukując się potrzebnych mu ziół, a także pajęczyny, żeby obwiązać zranione miejsce. Czajka do tej pory siedział cicho, wydawał się dość skrępowany ze względu na nowe miejsce i dwa nieznane mu kocie pyski.
— Nie chcę wam sprawiać dłużej problemu i nadwyrężać waszego zapasu ziół, jednak… — zamilkł na moment, unosząc łapę ze wbitym w poduszkę, dość głęboko, szkłem i stróżką krwi wypływającą z napuchniętego miejsca. Najstarszy pokręcił głową i parokrotnie poruszył łapą, żeby dać mu znać, że to żaden problem. Nie wydobywała się z niego przezroczysta wydzielina, a samo uszkodzenie również nie pachniało jakoś inaczej… jeszcze nie wdała się infekcja, to dobrze. Kobczyk podeszła do niego i jednym zwinnym ruchem chwyciwszy przedmiot w kły, wyciągnęła go, co otworzyło uszkodzenie na nowo, aczkolwiek teraz przynajmniej nie było w nim ciała obcego. Nakazała mu wylizywać miejsce, co czarno-biały wykonał od razu, a jego język zabarwił się szkarłatem o metalicznym posmaku. Wernyhora podszedł do swojego pacjenta z powrotem.
— Może cię szczypać, ale z czasem przestanie. To nie problem, że potrzebujesz pomocy. Pomagam wielu kotom, a zioła, jeśli zacznie być ich mało, to będę wtedy oszczędzał — i po tym nałożył na łapę starannie zmieloną papkę, a uderzenie serca później obwiązał kończynę białymi sieciami starannie. Kiwnął głową. — Jeśli ci się pogorszy, wróć do mnie i pomyślimy, co podziałać dalej. Chcesz u nas zostać, żeby odpocząć? Możesz zostać, mam wolne legowisko i jest tu ciepło oraz przytulnie. Jeśli jesteś głodny, to poczęstuj się, akurat upolowałem nornicę! My już jedliśmy — mówiąc to, zerknął na Kobczyka, posyłając jej lekki uśmiech. Czekoladowa nie odpowiedziała, a zamiast tego poczuła lekkie znudzenie. Myślała, że może nauczy się dzisiaj czegoś nowego, jednak nie, tym razem wszystko to, co widziała już tak wiele razy. Ale i tak bywało, nowe dolegliwości były niezwykle rzadkie.

Wyleczeni: Czajka

<Czajko, może pokażesz mi coś nowego?>

25 lipca 2026

Od Kobczyka do Kazarka

Życie Kobczyka, oprócz zmian związanych z rudym pointem, również zmieniło się raz jeszcze. Los przywiał jej… nowe tereny, które może nie były najbliżej jej miejsca zamieszkania, aczkolwiek z pewnością miało w sobie ogromną ilość kotów. Spotkała w domostwie pewną białą młódkę, Malutką. Wiatr wył donośnie, powiewając czekoladową sierścią na uszach Kobczyka. Kocica nie była pewna, co należało czuć względem kociaka. Ponadto – czy należało odczuwać cokolwiek więcej poza “przypomina swoim ciałem larwę”? Kolor również się zgadzał. Kocięta były… nietypowe. Prędko doszła do wniosku, że przez pierwsze księżyce swojego życia są wręcz pasożytami, ponieważ bez mleka matki nie są w stanie przetrwać, a przy takich mrozach potrzebowały i mleka, i ciepła bliskich. Tyle, ile tylko mogły go otrzymać. W przeciwnym razie były zmuszone odejść z tego świata.
Gdy tak dywagowała i zastanawiała się nad nowościami względem jej eksperymentu ocznego, w kącikach jej oczu zamigotała cynamonowa sylwetka nieznajomego. Samotnik pociągał nosem, łapy trzęsły mu się na chłodzie, a ogon trzymał sztywno niczym patyk, który dopiero co wypadł z wysokich koron drzew. Zbliżyła się do niego nieznacznie, nie spuszczając z niego wzroku. Ten w odpowiedzi, zauważywszy ją wreszcie, zawył głośno i wyskoczył w powietrze, jakby go oparzono najgorętszym źródłem, jakie tylko istniało.
— K-kim ty jesteś?! Prawie wyskoczyłem p-p-przez ciebie z f-futra! — wydukał, zginając grzbiet w łuk, a potem jeżąc się. Kocica przyglądała się każdej jego najmniejszej reakcji, licząc może na pewną nowość, która przykułaby jej uwagę najbardziej. Każdy kot zachowywał się inaczej, a tylko niektórzy byli w stanie sprawić, żeby nie poczuła znużenia podczas rozmów z nim. Kiwnęła mu łbem, a cynamon pociągnął nosem. Zaczął przylizywać futro na piersi z zażenowania. — A… mieszkasz tu? Nigdy cię nie widziałem — dorzucił nagle, już mniej nerwowo, chociaż nadal nie wyglądał na szczególnie pewnego.
— Niesamowite — ciepły dymek wydobył się z jej pyska, a kocur uniósł jedną brew ku górze, nie rozumiejąc za dobrze, co wywołało u niej taką reakcję.
— Co masz przez to na myśli? I nie odpowiedziałaś mi na pyt-... — już miał domknąć własną myśl, kiedy czekoladowa nie pozwoliła mu, i sama dopowiedziała:
— Gdy kota się zaskakuje i wywołuje u niego w ten sposób strach, raczej obserwuje się najpierw nastroszenie futra niczym jeż poprzez pomarszczenie skóry, w szczególności na nosie, a dopiero później wygięcie grzbietu w łuk i obnażenie kłów — zauważyła, jednocześnie tłumacząc mu tak, jakby to była największa oczywistość.
— Uch…? — obcy poruszył ogonem nieznacznie, wyglądał na zrezygnowanego, a z nosa ciekła mu mokra stróżka. Zupełnie tak, jakby już nawet nie liczył na to, że otrzyma odpowiedź na którekolwiek ze swoich pytań. Zastrzygł wąsami, spoglądając na kocicę raz jeszcze. Uniósł łapę ku własnym policzkom, wierzchem palców wycierając wydzielinę nieznacznie. Chłód z pewnością mu doskwierał, potęgował wyrabianie się niepożądanej cieczy, utrudniającej normalne oddychanie i funkcjonowanie. Ciekawe czy spał z pyskiem otwartym, czy może nadal próbował oddychać nosem.
— Zaczekaj tu — poleciła mu, a po paru uderzeniach serca ruszyła pospiesznym krokiem ku znanej mu dziurze. Nie zamierzała marnować własnych zapasów ziół na koty, które nie wydały jej się w żadnym większym stopniu ciekawe czy obiecujące. Jako iż cynamon zachował się dość osobliwie, postanowiła, że tym razem sama to załatwi, chociaż i tak musiała zamienić słówko z Wernyhorą. Dotarłszy wreszcie w znajome jej miejsce, tak samo układające się, wysoko rosnące drzewa iglaste, wetknęła łeb do nory i rozejrzała w półmroku za kocurem. Musiał wyjść na polowanie, nie pogniewa się, jeśli Kobczyk pożyczy sobie zioła na katar. Pogadają kiedy indziej.
Zwinnym krokiem podreptała do magazynku, wyciągając z niego potrzebne listki, a następnie zasuwając starannie barierę, wróciła do samotnika, który o dziwo usiedział na tyłku i nie postanowił, że akurat w tym momencie wystrzeli niczym wąż z gałęzi w celu pozyskania jaj z gniazda ptaków, hen daleko, że aż by się za nim kurzyło. Widocznie nie wszystkie strachliwe koty uciekały przy każdej najmniejszej okazji. Lepiej dla niego. Wróciła do niego więc, a gdy tylko dostrzegł zioła, jego spojrzenie rozjaśniło się iskrami szczerego zaciekawienia. Wciągnął powietrze, a wraz z nim gluta.
— Co to za zioła? — zapytał, gdy kocica położyła je przed nim i ruchem głowy nakazała spożycie ich, jednak nie wszystkich – jeden musiał sobie zostawić, żeby wydmuchać niepotrzebny nadmiar w zatokach.
— W skład wchodzą zioła odpornościowe, a także obowiązkowo liść — powiedziała mu zwięźle. Dla niej było to oczywiste – już wiele razy miała do czynienia z tą dolegliwością, aczkolwiek nie dla każdego było to niczym typowy, spodziewany zachód słońca. Kazarek uniósł łeb znad roślin, spojrzał na nią przez jeszcze parę uderzeń serca jakby zamierzał coś powiedzieć, jednak jego oczka wróciły nagle do łodyżek, a sam schylił się i spożył podarowany mu lek. Zostawił liść, o którym wspomniała.
— Jest niejadalny? — zapytał, wskazując łapą na niego, jakby obawiał się, że kocica mogła pomyśleć o jakimś innym, mimo że drzewa naokoło nich były gęsto obsypane igłami jodły i świerków, a nie liśćmi jak u drzew typu… dęby czy kasztany.
— W niego się wysmarkaj — powiedziała z lekkim podenerwowaniem. Co dziwne, najwidoczniej dla mało którego kota takie sprawy były oczywiste.
— Skąd wiesz że pomagają? Sama je wszystkie zebrałaś? Długo ci zajęło ich szukanie? Gdzie mogę to wszystko znaleźć? Dostanę wysypki po wydmuchaniu nosa? — zaczął zadawać masę pytań, a na każde najprawdopodobniej oczekiwał odpowiedzi. Spojrzała na niego, zawieszając wzrok na jeszcze parę uderzeń serca. Ciekawość niezwykle ułatwiała przyswajanie wiedzy. Dzięki niej łatwiej było się uczyć, ale nie zamierzała nikogo więcej niańczyć. Powinien udać się do Wernyhory, jeśli chciał ogromnej przemowy o każdym z ziół po kolei, zeszłoby im lekką łapą cały dzień, a nie przegadaliby nawet ćwiartki wszystkich informacji.
— Bardzo dużo pytań zadajesz — burknęła, strzygąc wąsami.

Wyleczeni: Kazarek

<Kazarku, sprawiałeś inne pozory>

Od Kobczyka do Monarcha Pierwszego

Kobczyk stąpała po leśnym podszyciu, przemierzając dobrze jej znany skrawek lasu iglastego. Chłodne podmuchy wiatru powiewały jej w pysk, a z nosa wydobywały się ciepłe, ulotne dymki. Samotniczka nie lubiła takiej pogody – zawsze ciężko jej się podczas takiej oddychało, zupełnie tak, jakby już bez tego nie miała kłopotów z nabieraniem oddechu. Z nieba co jakiś czas sypały śnieżynki, chociaż ona już sama nie była pewna czy szybowały z samych gołębich obłoków, czy może był to efekt zrzucania ich przez zapchane gałęzie. Ziemia chrzęściła jej pod łapami, zmrożona lodowatą Porą Nagich Drzew. Korony drzew sterczały sztywno, przygniecione częściowo przez śnieg, którego naprószyło obficie dzisiejszej nocy, a po owadach czy zaduchu nie było nawet najdrobniejszej iskry. Niebo przepełnione było kłębiącymi się chmurami, co zwiastowało następne opady pierza znad wiekowych roślin. Kobczyk już długo nie widziała się z Przebiśniegiem, kotką, z którą miała okazję zamienić parę zdań w przeszłości. W końcu nauczyła ją łowić ryby i wydawało się, że lubiła również odwiedzać jej mamę. Czekoladowa mogłaby to wykorzystać podczas takiej nieprzychylnej pory, nawet jeśli nie była najlepsza w polowaniu. Chociaż to nie jej nieobecność ją martwiła najbardziej o ile czekoladowa rzeczywiście była w stanie kogoś obdarzyć takim uczuciem. Raczej… fakt, iż rudo biały, pręgowany kocur nie zjawiał się od dłuższego czasu na granicy, przykuł jej uwagę, a w sercu powodowało to frustrację. Spopielonej, niezwykle zniszczonej, ale granicy. Ich miejsce spotkań zostało zrujnowane przez niszczycielski żywioł, na który nie mieli żadnego wpływu. Krecik. Może point spłonął w pożarze? Zawarli umowę – niepotrzebnie, tak prędko została ona zerwana… był on jedynym jej sposobem, jak na razie, na dotarcie w pewnym sensie do klanów, nie jako ona wprost, a za pośrednictwem cudzych łap. Dlatego też tak długa nieobecność kota o szmaragdowych oczach była niepożądana.
Pośród wysoko pnących się drzew przemierzał lodowy zefirek, muskający kocicę po barkach i kręgosłupie. Skrzywiła pyszczek, wątpiąc, że cokolwiek uda jej się dzisiaj upolować. Nie chodziła o pustym żołądku, chociaż nie jadła ostatnio najlepiej ze względu na zmniejszoną ilość zwierzyny. Może Wilczy Skowyt im podrzuci albo Mewa, jej mama, coś złapie.
Do jej nosa dotarł intensywny, nowy zapach, aczkolwiek nie była to woń zwierzyny. W zaspach śnieżnych nie wytropiła nawet najdrobniejszych znaków wskazujących na jakiś posiłek nieopodal. Aromat zdziwił ją początkowo, jeszcze nigdy nie miała do czynienia z podobnym. Kolejna grupa? A może zagubiony, który szukał dla siebie większych przygód jak Wernyhora, nie chcąc nigdzie nigdy osiedlić się na stałe? Ciekawe jak wiele jeszcze rzeczy było przed nią do odkrycia? Na samą myśl po jej kręgosłupie przebiegły ciarki podekscytowania, a oczy jarzyły się zaciekawieniem. Oprócz nowości… pachniał znajomo, tak, jak tamten rudo-biały, jednak dużo mniej intensywnie, jego zapach mieszał się z czymś jeszcze.
Kocica długo nie musiała czekać na to, żeby nosiciel woni wyłonił się zza śnieżnych pagórków. Jego szata była niebieska, poprzecinana przez nieregularne ciemniejsze pręgi, a pysk zdobiły jaśniejsze włoski. Ogon miał niezwykle puchaty, ogromny wręcz, zamiatał nim śnieg pod sobą. Oczy miał tak niebieskie, że dałoby je się porównać do lodu otaczającego ich wszędzie wokół. Przypatrywała się mu tak, mierząc go wzrokiem, aż wreszcie samotnik również ją spostrzegł, pośród wyschniętych gałązek licznych krzewów. Kocur postanowił odezwać się pierwszy, zanim nie zaniósł się atakiem kaszlu. Pora Nagich Drzew musiała dawać mu się we znaki. Łapą przykrył pyszczek, z gracją. Odchrząknął, udając, że nic nie miało miejsca. Wyprostował się dumnie.
— Długo będziemy się tak na siebie gapić, w milczeniu? Może mi się przedstawisz?
— To marnowanie czasu. Na początku wyjaw mi, po co tu przybyłeś — poleciła, nadal patrząc się na niego, a kocur sprawnie wytrzymywał kontakt wzrokowy.
Z zasłoniętej nory nieopodal nich wyłonił się znajomy jej kocur. Samotnik cofnął się delikatnie, jakby w obawie, że zaraz na niego wspólnie skoczą, aczkolwiek nie mógł się bardziej mylić. Wernyhora podszedł do dwójki, spoglądając na obcego z pogodnym uśmiechem, a ogon miał wysoko w górze, przyjaźnie postawiony. Skinieniem głowy przywitał się z koteczką stojącą obok, jego dawną uczennicą. Dawno się nie widzieli, ale Kobczyk nie chciała się nad tym też szczególnie rozczulać. Tak najzwyczajniej w świecie było. Nie miała czasu na stałe odwiedzanie go.
— Wszystko w porządku? Czy potrzebujesz pomocy? — zapytał spokojnie, a niebieski kocur przeniósł błękitne spojrzenie ślepi z Kobczyka, na Wernyhorę. Kiwnął jednokrotnie głową.
— Och, tak. Byłoby wspaniale. Tak, poproszę — zamruczał, poprawiając sobie sterczące kłosy na piersi, zmierzwione uprzednio przez mroźne podmuchy wiatru.
— Oczywiście! Chodź, doskonale wiem, co ci dołoży dawnego wigoru. Ostatniej pory zbierałem zioła specjalnie na takie dolegliwości! Lada moment postawimy cię z powrotem na łapy — zaszczebiotał szczęśliwie łaciaty, ruchem ucha polecając mu, żeby udał się tuż za nim. Niebieski uśmiechnął się, a następnie obejrzał się raz jeszcze na Kobczyka.
— Wybacz — mruknął, jakby było mu przykro, że musieli zakończyć rozmowę w tym momencie, jednak kocica nie czuła wcale żalu z tego powodu. Nie odpowiedziała nic na to, obserwując, jak dwójka znika w dobrze znanym jej miejscu. Zrobiła parę kroków ku zasłoniętemu wejściu, przez szpary dopatrując, jak nieznajomy spożywa z uwagą podane mu zioła na dolegliwość.

Wyleczeni: Monarch Pierwszy

<Monarchu? Samotnicy nie mają czasu się witać ani żegnać>