BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotnicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotnicy. Pokaż wszystkie posty

02 sierpnia 2026

Od Promiennego Słońca CD. Malutkiej (Truskawki)

Promyk obejrzała się na kota, który stał zaraz za jej plecami. Był to ktoś zupełnie jej obcy, więc nie obchodziło jej za bardzo, co tam sobie szeptał pod nosem. Promyk nie dbała o swoje dobre imię w mieście. Nie obchodziło ją co inne koty będą sobie o niej myśleć. Krok za krokiem oddalała się od wysokich bloków i głośnych ulic, wstępując w cichsze, mniej zabudowane siedliska dwunożnych. Wszystko tutaj było znacznie spokojniejsze. Nie było walk gangów, walki o miejsce do spania i jedzenie. Tutaj było spokojnie. Tutaj była wolniejsza niż gdziekolwiek. Linie ogródków otoczonych kolorowymi płotami stały jeden obok drugiego, przecięte tylko cienką udeptaną ścieżką, uczęszczaną przez dwunogów. Przynajmniej od tej strony. Ale drogi grzmotu nie były takie głośne. Niewiele potworów poruszało się nimi. Czy tam aut… jakkolwiek te dziwadła nazywała Łapka? Promienne Słońce przysiadła sobie na jednym z płotów. Mogłaby się tutaj schować z dala od wielkomiejskiego tłoku. Mogłaby tutaj żyć sobie od ogrodu do ogrodu, polując sobie na myszy i szczury. W jej głowie jednak była pewna myśl, że jej dom jest gdzieś indziej. Tęskniła za lasem, a jednak kochała swój kawałek dachu nad szumem ulic. Mieszkanie tutaj oddaliłoby ją od Łapki, przybliżyłoby ją do lasu. Jedyne co trzymało ją często z dala od tego miejsca, byli wszechobecni dwunożni. Ostatnio przechadzając się po płotach, była świadkiem jak jeden z nich chwyta jakiegoś samotnika i zaciąga go do swojego gniazda. Nie podobała się jej wizja utknięcia w domu. Wystarczy już, że odwiedzała jedno dusze więzienie, Łapki. Gdyby została schwytana, to byłaby wielka tragedia. Przynajmniej dla niej. Życie za zamkniętymi drzwiami, brak własnej wolności i swobody - to wszystko stałoby się, gdyby jakikolwiek dwunóg ją znalazł i postanowił “ocalić”.
– CZEŚĆ!!! – czyjś piskliwy głosik przerwał jej rozmyślania. Promienne Słońce najeżyła się prawie od razu. – Możemy pogadać? Zostaniemy przyjaciółmi?
Promień spojrzała na tę kuleczkę, która przyturlała się pod płot. Kociak patrzyła na nią swoimi wielkimi, niewinnymi oczętami. Promyk schowała swoje kły i zajrzała na drzwi, zza których wybiegło kocię. Te zostały uchylone, lecz żaden dwunożny potwór zza nich nie wyjrzał.
– Możemy. – odparła starsza kotka, zerkając na dzieciaka pod swoimi nogami. Zeskoczyła z płotu na nisko ściętą trawę. Kociak przed nią był całkowicie biały z niebieskimi oczkami. Wyglądała… interesująco. Pachniała jak kotka, mleko i dwunogi. Nie, żeby Promień miała jakiś lepszy zapach. Resztki klanowego życia dawno zniknęły pod smrodem dymu i śmieci. – Mieszkasz tutaj? – Promyk spojrzała na malowany budynek.
– Tak! Nazywam się Malutka! – odparła koteczka.
– Malutka. Cóż za interesujące imię. – odparła Promień. – Pasuje do ciebie kurduplu. Kociak zmarszczył nos zirytowany.
– Ach przepraszam. – szylkretka miała ochotę przewrócić oczami, jednak się powstrzymała. Nie przepadała za dziećmi. Jak już były w wieku uczniów, było okej, ale takie maluszki były poza zasięgiem jej cierpliwości. – Ja za to nazywam się… Promyk. – przedstawiła się swoim kocięcym imieniem. Jak ona dawno go nie słyszała. Dawno nie wychodził z pyska nikogo, nawet jej samej.
– Promyk? – powtórzyła koteczka – Mieszkasz gdzieś niedaleko?
– Mieszkam wszędzie, gdzie mi się podoba. – oświadczyła wojowniczka i uśmiechnęła się nieco krzywo. Już zapomniała jak to jest uśmiechać się w miarę normalnie. Do kotów na ulicach miasta posyła się tylko i wyłącznie krzywe uśmiechy, gdyż nikt nie jest tam szczery.
– Och! To musi być ciekawe! Codziennie w innym miejscu! – oświadczyła koteczka. – A skąd masz takie… blizny?
– Walczyłam. – padła odpowiedź. – Z mewami. Takie ptaki znad morza. Duże i bardzo lubią atakować koty. – Promyk spojrzała na ten biały puszek, który zrobił na nią wielkie oczy. – Tutaj ich nie ma. Nie lubią żyć daleko od morza. Żaden cię nie zje.
– A co jeśli?
– To ja już z nimi walczyłam, zawalczę jeszcze raz… – machnęła łapą Promyk.
– A skąd jesteś? – maluch nie wiedział, że to niewygodny dla Promyk temat. Nie mogła jej winić za poruszenie go.
– Pochodzę… z klanu. Z klanu kotów, żyjących nad klifami… – mruknęła.
– O! Z klanu! Słyszałam o nich! Jaki był twój klan!?
– Taka tam… banda świrów. Samolubni i łatwowierni. Teraz już nie jestem z klanu … pochodzę z miasta. – Promyk otrzepała się z nieprzyjemnych wspomnień i spojrzała na tego kociaka przed sobą. Niewinne kocię co nie zaznało nigdy ani głodu, ani braku snu. Nie zaznało nocy spędzonej w ulewie, patrzenia na śmierci swoich towarzyszy. Nie zaznało knowań i zarzutów władzy, bo władzy nie znało innej niż ta od dwunogów. Ile Promyk by dała, aby urodzić się gdzieś indziej. W świecie tak naiwnym i niewinnym jak ten. Ile by dała, aby mogła znowu zobaczyć się z braćmi, przeprosić Słoneczne Oko, przytulić Tawułową Bryzę. Kiedyś ich spotka… w Klanie Gwiazdy. – Jeszcze jakieś pytania?

<Malutka?>

01 sierpnia 2026

Od Wełnistej Mszycy CD. Mglistego Snu (Śnienia)

Słuchała z uwagą słów Mglistego Snu.
— Oczywiście. Przekaże jej twoje słowa, gdy tylko uda mi się z nią spotkać — obiecała. Ostrożnie położyła swoją białą łapę na czarnej łapie kocura, by po chwili kontynuować: — Ale ty również musisz się z nią spotkać. I porozmawiać z nią sam, w cztery oczy. Jesteś jej winien rozmowy. Ona tobie również.
Brzmiało to tak prosto, wręcz banalnie, a na szali ważyło się życie kilkunastu kotów. Wełnista Mszyca zaproponowała możliwość pomocy w kontakcie z przybraną matką Mglistego Snu, Brukselkową Zadrą. Jednak, aby wcielić plan w życie, trzeba było spędzić więcej czasu niż jeden niepełny wieczór. Wiele wieczorów.
Tak jak w przypadku Brukselkowej Zadry i bliskich jej kotów pozostałych na terenach Klanu Wilka, nim ich spotkanie dobiegło końca, zdecydowała się na ponowną propozycję dołączenia niedobitków Świetlików do Klanu Burzy. Odmowa ją zabolała, lecz akceptowała ją, mimo wewnętrznego sprzeciwu.
— Jesteś do niej podobny. — Uśmiechnęła się gorzko, nieco żałując się zarówno liliowa kocica, jak i drogi jej kocur nie zdecydowali się wybrać łatwej ścieżki. Mogła mieć tylko nadzieję, ze ścieżka, która postanowili kroczyć, obejdzie się bez ofiar, a ofiara Jarzębinowego Żaru nie pójdzie na marne. — Będę wypatrywać Brukselkowej Zadry przez najbliższą kwadrę, jak i przez dwie następne będę starała pojawiać się co wieczór lub dwa przy moście. Postaram się przynieść dla was zioła, tylko muszę wiedzieć, jakich potrzebujecie — oznajmiła. — Uważaj na siebie, Mglisty Śnie. Nie mogę również i ciebie stracić ani żadnego z pozostałych Świetlików.
"Ani jednego więcej."

Aktualnie, na terenach niczyich – na przestrzeni pory nagich drzew

TW: żałoba, stan depresyjny, zaburzenia odżywiania, krew

Wełnista Mszyca umarła, pozostawiając po sobie jedynie pustą skorupę. Dni i noce zlewały się w jedno. Poczucie upływu czasu przestało istnieć. Albinoska po raz pierwszy pojęła, czym tak naprawdę jest samotność. Nie miała nikogo żywego przy sobie, do kogo mogłaby otworzyć pysk, a gdy próbowała uzyskać od Srebrzystej Skóry odpowiedź na pytania, ta niezmiennie pozostawała głucha i milcząca. Jedynie głosy zmarłego Szarej Skóry oraz Skrzypiącego Skrzypu, będące najpewniej jedynie wytworem jej wyobraźni, przybierały na sile, zaburzając postrzeganie rzeczywistości przez kocice.
Większość dni spędzała w niewielkiej norze na terenach niczyich, z której jedynie wyściubiała pysk, aby zapolować na zwierzynę, której było niewiele. Rzadko udawało jej się zaspokoić głód czy pragnienie. Zamarznięty śnieg przynosił jedynie chwilowe ukojenie.
Drobne urazy przestały mieć znaczenie, jak również pogarszający się wzrok spowodowany zbyt długim wpatrywaniem się w ziemię pokrytą śniegiem, zarówno za dnia, jak i nocą.
Nie miała ziół. Nie mogła pomóc sobie, a tym bardziej komukolwiek.
Gdy udało jej się pogodzić ze śmiercią ojca oraz Skrzypiącego Skrzypu, przyszła kolejna fala negatywnych myśli, uniemożliwiająca podjęcie decyzji. Łapy odmawiały posłuszeństwa, podobnie jak mięśnie. Marniała w oczach, lecz dla tych, których udało jej się przypadkiem spotkać, po raz pierwszy wyglądała tak od zawsze. Poczucie winy eskalowało, uniemożliwiając przespanie ciągiem, chociażby połowy czasu z godziny.
Sny zlewały się z jawą, powodując stany lękowe i omamy. W dodatku zaprowadziły ją pewnego razu na granicę Drogi Grzmotu, oddzielającą tereny Owocowego Lasu, Klanu Wilka oraz Klanu Burzy. Po śladzie spalonej ziemi na znajomych terenach będących na wyciągnięcie łapy nie było śladu, a przynajmniej nie było widać jej gołym okiem, gdyż biały puch otulił zwęgloną ziemię.
Mogła zapobiec śmierci ojca oraz Skrzypu. Wystarczyło jedynie pokonać czarny pas przecinający kocie tereny.
Śnieżnobiały śnieg został zabarwiony na czerwono, gdy kocica została odrzucona do rowu przez nadjeżdżającego Potwora. Minęła wieczność, nim udało jej się podnieść z zimnego puchu, po czym na chwiejnych nogach ruszyła poprzez ośnieżone wrzosowisko w kierunku rzeki.

<Śnienie? Jak się miewa moja ulubiona czarna owocówka?>

31 lipca 2026

Od Kazarka CD. Borowika

Mógł niby się nie zgodzić na tą ofertę, którą mu podsunął bury kocur. Cynamon jednak ledwo co przeżywał, a potrzebował bardzo pożywienia. Często chodził z pustym brzuchem, co nie było przyjemnym uczuciem. Czasami miał wrażenie, że był nadmuchany samym powietrzem... Umowa między kotem z grupy ułatwiłaby mu przeżycie tego sezonu.
— No to stoi! No to em… ile chcesz tych ryb? Ale w sumie jak mi dziurę dajesz. To je-jestem i tak bogaty! Więc gdzie ty ten, masz tę dziurę? Zaprowadzisz mnie do niej? — Chciał się upewnić czy owa dziura istniała, żeby potem się w maliny nie puścił, że nagle się okazałoby, że buras zrobił mu psikusa.
— No. No zaprowadzę cię do... — bury rozejrzał się na boki z szeroko otwartymi oczami, sprawdzając, czy nikt, aby na pewno nie podsłuchiwał. Kazarek też przez chwilę robił to samo co on, by równie sprawdzić, czy nikogo tu nie było z kotów, lub drapieżników.
— ...do mojej dziury. Muszę przecież pilnować cię. Co byś mi jej... uh... nie wyeksploatował i nie uciekł. I... hm. — Przyjrzał się mu uważnie, aż kocurek drgnął. To on miał jakieś wartości rodowe? On mógł nawet spać w jakiejś ciasnej zakurzonej norze, dla niego i tak to był już luksus.
— Możesz złowić tyle, ile dasz radę, dopóki nie zmarzniesz. A potem ja będę łowił, dopóki nie zamarznę. Ale ja nie umiem pływać, więc zapewne mój wynik będzie zauważalnie gorszy... I się potem... podzielimy. Po pół. No a jak... jak będzie nieparzyście, to... ty możesz wziąć tą... rybę dodatkową. Tak. Tak. — Nieznajomy pokiwał głową w jego stronę, by się chyba upewnić, że on go rozumiał.
— Może... być...? — Ta oferta była sprawiedliwa i trochę zbyt uległa? Mógłby w tej chwili pomyśleć, że może buras go chciał wykorzystać, ale jedzenie to jedzenie, a on już się ślinił na myśl o rybie.
— T-tak, dziękuje, że mi dajesz swoją dziurę. Obiecuje, że jej zbytnio nie pobrudzę, lub nie naruszę brudu, który tam już masz, w sumie obojętnie mi czy żyjesz w smrodzie, czy nie. — Nieznajomy się skrzywił od tego, co powiedział, ale zdania nie zmienił, więc wystarczyło mu tylko złowić kilka ryb, a jego brzuch znowu stanie się pełny.

***

Nadal przeszłość, podczas Pory Nagich Drzew

Wyszedł z dziury na swoje pierwsze łowy, spało mu się w niej zwyczajnie, bo dziura jak dziura. Zaczął aż tęsknić za swoim wygodnym wgłębieniem w drzewie, ale tutaj zdecydowanie było więcej ryb. Lód był dość trwały, zimne temperatury były tak potężne, że nie było miejsca na chwilowe ocieplenie, które mogło choć trochę osłabić pokrywę lodową. Cynamon wrócił się po jakąś większą gałąź, a następnie zaczął nią walić w lód. Powierzchnia pękła, co utworzyło dziurę, którą chciał. Kazarek zanurkował, aby coś złowić.

***

Kazarek złowił już cztery ryby, to starczyło, żeby się podzielić z burasem, który dał mu dziurę. Usłyszał z daleka chrupanie śniegu, już się zjeżył, ale w oddali zobaczył znajomego, nieznajomego.

<Nieznajomy? Bo mam te rybki dla ciebie>

28 lipca 2026

Od Czajki CD. Lisiego Ostu

Przeszłość, w czasie pory nagich drzew

Pojawienie się Sennej Łzy było czymś, czego nikt się nie spodziewał, ani Lisi Oset, ani tym bardziej Czajka, który nie miał bladego pojęcia, że ten dawny Owocniak przez te księżyce zdążył sobie kogoś znaleźć i to z jakiegoś klanu! Niebieski może i kiedyś spotkał kotkę na jakimś zgromadzeniu, lecz w ich czasie przewijało się tyle kotów, że ciężko było kogoś więcej spamiętać, szczególnie jeśli widziało się danego kota jedynie przez chwilę.
Nie ruszając się z dotychczasowego miejsca, uważnie obserwował i przysłuchiwał się całej tej rozmowie. Z każdym słowem szylkretki miał wrażenie, że gdzieś głęboko w nim rodzi się poczucie zdradzenia, zapomnienia przez kogoś bliskiego. Jakąś cząstką siebie poczuł się niczym zwykły odpad, które się pozbywa, kiedy to staje się niepotrzebny. Wszystko to było wyjątkowo absurdalnymi odczuciami, lecz Czajka sam nie wiedział, skąd one się biorą, w końcu Osetek był jedynie przyjacielem, a teraz to nawet pewnego rodzaju towarzyszem w samotniczym życiu dawnego zwiadowcy. Więc dlaczego? Dlaczego ta Nocniaczka, choć mu obca, wywoływała w nim istną burzę. Stronił od przemocy, lecz ją chciał przegonić jak najdalej, by tylko nie wracała i nie mieszała się w ich samotnicze życie u swego boku.
Mimo tego wszystkiego milczał. Milczał, kiedy młodszy wołał kocicę. Może i wtedy czułby jakąś satysfakcję z tego, że Senna Łza sama finalnie uciekła, lecz nie mógł. Nie mógł, widząc, do jakiego stanu to wszystko doprowadziło zielonookiego. To Czajka musiał co dzień znosić jego rozkojarzenie, zdenerwowanie, nieudane polowania. Z tego też powodu nie dręczył kocura o możliwość wyleczenia ze swędzącej infekcji czy kawałka szkła w łapie, który w czasie ostatniego polowania mu się boleśnie wbił. Starał się ukrywać objawy z racji zachowania Osetka. W końcu postanowił z nim o tym porozmawiać, nim któreś z nich padnie z głodu.
— Wszystko w porządku? — spytał, przysiadając obok czarnego.
Nie minęła chwila, a Lisi Oset zalał się łzami. Opuścił głowę, kładąc po sobie uszy.
— Czajko… powiedz mi, co ja narobiłem… — zaszlochał, nagle podnosząc wzrok ku niebu. — Pewnie nawet nie zobaczę tych kociąt! Pewnie nawet nie będą wiedziały, kim jest ich ojciec! Powinienem… powinienem być tam, obok Sennej Łzy. Powinienem opiekować się nią, kiedy nosi pod sercem moje kocięta! To ja powinienem rzucać im kulkę mchu, uczyć je skradać się i polować… To ja powinienem patrzeć, jak dorastają! A zamiast mnie… zrobi to jakiś inny kocur? — urwał, wbijając pazury w śnieg. — Nie chcę nawet o tym myśleć, Czajko… Zawiodłem wszystkich. Zawiodłem Łezkę. Zawiodłem własne kocięta... — wymamrotał, załamując się jeszcze bardziej.
Tego to się niebieski nie spodziewał. Nie miał bladego pojęcia, jak na to zareagować — jego nigdy nie ciągnęło do kocic, ojcostwa, zakładania rodziny. Ba! On sam się do końca nie identyfikował jako kocur, więc jakby mógł myśleć o tym, że ktoś to zaakceptuje i zostanie jego partnerem lub partnerką. Nawet nie był pewny, czy dałby radę, chociażby jednego kociaka odchować, a co dopiero trójkę lub więcej.
— Może… może nie będzie tak źle, jak myślisz? Może Senna Łza opowiem im o tobie, kiedy tylko będą na tyle dojrzałe, by wiedzieć, co zachować dla siebie oraz nie robić z tego powodu głupot? Może kiedyś spotkasz je na granicy i uda ci się je rozpoznać? — odparł, starając się jakkolwiek pocieszyć przyjaciela, nawet jeśli było to jedynie gdybanie i była szansa, że nigdy do żadnej z wymienionych sytuacji nie dojdzie. — Wybacz… Nie jestem chyba zbyt dobry w pocieszaniu, jednak nie możesz się tym tak zadręczać. Najważniejsze, by Senna Łza i wasze kocięta były bezpieczne. A my musimy przetrwać zdani na siebie, każdy dzień to walka o przetrwanie, ty to doskonale wiesz. Jesteś dłużej ode mnie samotnikiem, więc doskonale wiesz, jak czasem bywa ciężko.
Tak, zdecydowanie nie jest dobry w to całe pocieszanie, jednak się starał, a to najważniejsze, tak? Tak.

•• ━━━━━ ••●•• ━━━━━ ••

Po próbie pocieszania Osetka Czajka starał dawać mu się czas i przestrzeń na wszelkie przemyślenia. Choć to też był czas dla niego samego, by zrozumieć, czemu tak reagował na słowa Sennej Łzy oraz fakt, iż młodszy przez te wszystkie księżyce zdążył sobie kogoś znaleźć, kiedy to brązowooki myślał, że ten nie żyje. Początkowo miał mu to za złe, lecz dość szybko cała złość czy żal minęły, w końcu samotnicze życie nie jest łatwe, a zawsze jakoś raźniej we dwójkę niż pojedynkę.
Kiedy tylko zielonooki dostawał czas i przestrzeń na własne przemyślenia, niebieski starał się nadrobić wszystkie zdobycze, których nie udało się złapać przez rozkojarzenie Osetka. Był to dość ambitny plan i ciężki w wykonaniu przez infekcję oraz ciągle tkwiące szkło w łapie. Kocur starał się tej konkretnej łapy zbytnio nie obciążać, lecz czasem po prostu musiał, przez co często tłumił syk bólu. Nie był pewny, jak długo tak zdoła pociągnąć, jednak jeśli Osetkowi niedługo się nie poprawi, to będzie musiał szukać pomocy medycznej u jakiegoś samotnika lub też klanu. Tego drugiego wolałby uniknąć, gdyż raczej mało kto byłby skory do pomocy jakiemuś samotnikowi, który jedynie nadwyręży cenne zapasy ziół.
Rozmyślania przerwał mu pobliski dźwięk chrobotania, który był odpowiednikiem szelestu w czasie innych sezonów. Teraz zwierzyna sama szukała pożywienia, przez co stawała się celem drapieżników, w tym wprawnego łowcę, jakim był Czajka, choć w obecnym stanie trochę daleko było mu do tego tytułu. Starając się cicho podejść na trzech łapach, wyczuł po paru krokach zapach nornicy, która po chwili znalazła się w zasięgu jego wzroku. Ta wyjątkowo nie była jakaś mizerna ani wychudzona do granic możliwości, istny rarytas w porze nagich drzew, aż na samą myśl poczuł, jak w pysku gromadzi mu się ślina.
Podszedł jeszcze parę drobnych kroczków, by mieć pewność, że gryzoń mu nie ucieknie zbyt łatwo, a wcześniej nie dostrzeże łowcy. Niebieski cierpliwie czekał. Czekał na moment, w którym ofiara poczuje się na tyle bezpieczna, by z opóźnioną reakcją próbować uciec, choć też nie mógł czyhać na zwierzę w nieskończoność, gdyż wystarczyło, by wiatr zawiał zza jego pleców, a już na starcie może pożegnać się z nornicą. Póki znajdował się pod wiatr, pozostawał niezauważony. W końcu napięte do granic możliwości mięśnie zaczęły dawać o sobie znać, lecz brązowooki nawet nie drgnął i dopiero po chwili mocno odbił się tylnymi łapami i skoczył na roślinożercę. Ten nie miał szans, więc moment później skończył w pysku samotnika.
Dopiero gdy nieco adrenalina opadła, poczuł, jak łapa zaczyna go wręcz palić żywym ogniem. Zacisnął zęby na ciele ciepłej piszczki, tłumiąc syknięcie. Kulejąc, skierował się do miejsca, które w ostatnich dniach zajmował z Osetkiem, z nadzieją, że skusi się na coś świeżego do zjedzenia, nim zagłodzi się z tych nerwów.

<I jak się trzymasz?>

26 lipca 2026

Od Kobczyka do Czajki

— Chodź, proszę, bo zmarzniesz i się pochorujesz! Zapraszam — miauknął Wernyhora zachęcająco, ruchem łapy polecając nieznajomemu to, żeby wszedł do nory i skrył się przed nielitościwym żywiołem. Czajka zawahał się, a puch sypiący z nieba zaczął powoli oblepiać jego grzbiet oraz końcówki włosków po bokach, prawdopodobnie sprawnie zmniejszając temperaturę jego ciała, a ponadto – wpuszczając chłód również do środka lecznicy. Wreszcie, westchnął cicho pod nosem i ruszył korytarzykiem, stawiając łapy ostrożnie i uważając, żeby jednej z nich nie postawić w pełni, kulał. Poza schronem szalała wichura, wiatr rozsypywał śnieg po każdej stronie, a najbardziej obrywały zawsze, oczywiście, kocie mordki. Do nosa samotnika w tym momencie mogło dotrzeć tak wiele przeróżnych, wymieszanych ze sobą zapachów ziół, że aż dziwne, że nie kichnął. Kobczyk przysiadła na swoim miejscu, w jamie było o dziwo cieplej niż na zewnątrz, chociaż nic dziwnego. Powietrze stąd nie ulatywało tak łatwo, dzięki gęstym krzewom w wejściu. Spojrzała na brązowookiego neutralnie, chciała zobaczyć, jak jej mentor radził sobie w opatrywaniu potrzebujących nadal. Każdy się starzał, chociaż jemu wraz z wiekiem entuzjazmu i energii, zdawało się, jedynie przybywało.
— Musimy opatrzyć twoją łapę, zostawiałeś za sobą ślady krwi na śniegu — mówił z przejęciem łaciaty, w składziku doszukując się potrzebnych mu ziół, a także pajęczyny, żeby obwiązać zranione miejsce. Czajka do tej pory siedział cicho, wydawał się dość skrępowany ze względu na nowe miejsce i dwa nieznane mu kocie pyski.
— Nie chcę wam sprawiać dłużej problemu i nadwyrężać waszego zapasu ziół, jednak… — zamilkł na moment, unosząc łapę ze wbitym w poduszkę, dość głęboko, szkłem i stróżką krwi wypływającą z napuchniętego miejsca. Najstarszy pokręcił głową i parokrotnie poruszył łapą, żeby dać mu znać, że to żaden problem. Nie wydobywała się z niego przezroczysta wydzielina, a samo uszkodzenie również nie pachniało jakoś inaczej… jeszcze nie wdała się infekcja, to dobrze. Kobczyk podeszła do niego i jednym zwinnym ruchem chwyciwszy przedmiot w kły, wyciągnęła go, co otworzyło uszkodzenie na nowo, aczkolwiek teraz przynajmniej nie było w nim ciała obcego. Nakazała mu wylizywać miejsce, co czarno-biały wykonał od razu, a jego język zabarwił się szkarłatem o metalicznym posmaku. Wernyhora podszedł do swojego pacjenta z powrotem.
— Może cię szczypać, ale z czasem przestanie. To nie problem, że potrzebujesz pomocy. Pomagam wielu kotom, a zioła, jeśli zacznie być ich mało, to będę wtedy oszczędzał — i po tym nałożył na łapę starannie zmieloną papkę, a uderzenie serca później obwiązał kończynę białymi sieciami starannie. Kiwnął głową. — Jeśli ci się pogorszy, wróć do mnie i pomyślimy, co podziałać dalej. Chcesz u nas zostać, żeby odpocząć? Możesz zostać, mam wolne legowisko i jest tu ciepło oraz przytulnie. Jeśli jesteś głodny, to poczęstuj się, akurat upolowałem nornicę! My już jedliśmy — mówiąc to, zerknął na Kobczyka, posyłając jej lekki uśmiech. Czekoladowa nie odpowiedziała, a zamiast tego poczuła lekkie znudzenie. Myślała, że może nauczy się dzisiaj czegoś nowego, jednak nie, tym razem wszystko to, co widziała już tak wiele razy. Ale i tak bywało, nowe dolegliwości były niezwykle rzadkie.

Wyleczeni: Czajka

<Czajko, może pokażesz mi coś nowego?>

25 lipca 2026

Od Kobczyka do Kazarka

Życie Kobczyka, oprócz zmian związanych z rudym pointem, również zmieniło się raz jeszcze. Los przywiał jej… nowe tereny, które może nie były najbliżej jej miejsca zamieszkania, aczkolwiek z pewnością miało w sobie ogromną ilość kotów. Spotkała w domostwie pewną białą młódkę, Malutką. Wiatr wył donośnie, powiewając czekoladową sierścią na uszach Kobczyka. Kocica nie była pewna, co należało czuć względem kociaka. Ponadto – czy należało odczuwać cokolwiek więcej poza “przypomina swoim ciałem larwę”? Kolor również się zgadzał. Kocięta były… nietypowe. Prędko doszła do wniosku, że przez pierwsze księżyce swojego życia są wręcz pasożytami, ponieważ bez mleka matki nie są w stanie przetrwać, a przy takich mrozach potrzebowały i mleka, i ciepła bliskich. Tyle, ile tylko mogły go otrzymać. W przeciwnym razie były zmuszone odejść z tego świata.
Gdy tak dywagowała i zastanawiała się nad nowościami względem jej eksperymentu ocznego, w kącikach jej oczu zamigotała cynamonowa sylwetka nieznajomego. Samotnik pociągał nosem, łapy trzęsły mu się na chłodzie, a ogon trzymał sztywno niczym patyk, który dopiero co wypadł z wysokich koron drzew. Zbliżyła się do niego nieznacznie, nie spuszczając z niego wzroku. Ten w odpowiedzi, zauważywszy ją wreszcie, zawył głośno i wyskoczył w powietrze, jakby go oparzono najgorętszym źródłem, jakie tylko istniało.
— K-kim ty jesteś?! Prawie wyskoczyłem p-p-przez ciebie z f-futra! — wydukał, zginając grzbiet w łuk, a potem jeżąc się. Kocica przyglądała się każdej jego najmniejszej reakcji, licząc może na pewną nowość, która przykułaby jej uwagę najbardziej. Każdy kot zachowywał się inaczej, a tylko niektórzy byli w stanie sprawić, żeby nie poczuła znużenia podczas rozmów z nim. Kiwnęła mu łbem, a cynamon pociągnął nosem. Zaczął przylizywać futro na piersi z zażenowania. — A… mieszkasz tu? Nigdy cię nie widziałem — dorzucił nagle, już mniej nerwowo, chociaż nadal nie wyglądał na szczególnie pewnego.
— Niesamowite — ciepły dymek wydobył się z jej pyska, a kocur uniósł jedną brew ku górze, nie rozumiejąc za dobrze, co wywołało u niej taką reakcję.
— Co masz przez to na myśli? I nie odpowiedziałaś mi na pyt-... — już miał domknąć własną myśl, kiedy czekoladowa nie pozwoliła mu, i sama dopowiedziała:
— Gdy kota się zaskakuje i wywołuje u niego w ten sposób strach, raczej obserwuje się najpierw nastroszenie futra niczym jeż poprzez pomarszczenie skóry, w szczególności na nosie, a dopiero później wygięcie grzbietu w łuk i obnażenie kłów — zauważyła, jednocześnie tłumacząc mu tak, jakby to była największa oczywistość.
— Uch…? — obcy poruszył ogonem nieznacznie, wyglądał na zrezygnowanego, a z nosa ciekła mu mokra stróżka. Zupełnie tak, jakby już nawet nie liczył na to, że otrzyma odpowiedź na którekolwiek ze swoich pytań. Zastrzygł wąsami, spoglądając na kocicę raz jeszcze. Uniósł łapę ku własnym policzkom, wierzchem palców wycierając wydzielinę nieznacznie. Chłód z pewnością mu doskwierał, potęgował wyrabianie się niepożądanej cieczy, utrudniającej normalne oddychanie i funkcjonowanie. Ciekawe czy spał z pyskiem otwartym, czy może nadal próbował oddychać nosem.
— Zaczekaj tu — poleciła mu, a po paru uderzeniach serca ruszyła pospiesznym krokiem ku znanej mu dziurze. Nie zamierzała marnować własnych zapasów ziół na koty, które nie wydały jej się w żadnym większym stopniu ciekawe czy obiecujące. Jako iż cynamon zachował się dość osobliwie, postanowiła, że tym razem sama to załatwi, chociaż i tak musiała zamienić słówko z Wernyhorą. Dotarłszy wreszcie w znajome jej miejsce, tak samo układające się, wysoko rosnące drzewa iglaste, wetknęła łeb do nory i rozejrzała w półmroku za kocurem. Musiał wyjść na polowanie, nie pogniewa się, jeśli Kobczyk pożyczy sobie zioła na katar. Pogadają kiedy indziej.
Zwinnym krokiem podreptała do magazynku, wyciągając z niego potrzebne listki, a następnie zasuwając starannie barierę, wróciła do samotnika, który o dziwo usiedział na tyłku i nie postanowił, że akurat w tym momencie wystrzeli niczym wąż z gałęzi w celu pozyskania jaj z gniazda ptaków, hen daleko, że aż by się za nim kurzyło. Widocznie nie wszystkie strachliwe koty uciekały przy każdej najmniejszej okazji. Lepiej dla niego. Wróciła do niego więc, a gdy tylko dostrzegł zioła, jego spojrzenie rozjaśniło się iskrami szczerego zaciekawienia. Wciągnął powietrze, a wraz z nim gluta.
— Co to za zioła? — zapytał, gdy kocica położyła je przed nim i ruchem głowy nakazała spożycie ich, jednak nie wszystkich – jeden musiał sobie zostawić, żeby wydmuchać niepotrzebny nadmiar w zatokach.
— W skład wchodzą zioła odpornościowe, a także obowiązkowo liść — powiedziała mu zwięźle. Dla niej było to oczywiste – już wiele razy miała do czynienia z tą dolegliwością, aczkolwiek nie dla każdego było to niczym typowy, spodziewany zachód słońca. Kazarek uniósł łeb znad roślin, spojrzał na nią przez jeszcze parę uderzeń serca jakby zamierzał coś powiedzieć, jednak jego oczka wróciły nagle do łodyżek, a sam schylił się i spożył podarowany mu lek. Zostawił liść, o którym wspomniała.
— Jest niejadalny? — zapytał, wskazując łapą na niego, jakby obawiał się, że kocica mogła pomyśleć o jakimś innym, mimo że drzewa naokoło nich były gęsto obsypane igłami jodły i świerków, a nie liśćmi jak u drzew typu… dęby czy kasztany.
— W niego się wysmarkaj — powiedziała z lekkim podenerwowaniem. Co dziwne, najwidoczniej dla mało którego kota takie sprawy były oczywiste.
— Skąd wiesz że pomagają? Sama je wszystkie zebrałaś? Długo ci zajęło ich szukanie? Gdzie mogę to wszystko znaleźć? Dostanę wysypki po wydmuchaniu nosa? — zaczął zadawać masę pytań, a na każde najprawdopodobniej oczekiwał odpowiedzi. Spojrzała na niego, zawieszając wzrok na jeszcze parę uderzeń serca. Ciekawość niezwykle ułatwiała przyswajanie wiedzy. Dzięki niej łatwiej było się uczyć, ale nie zamierzała nikogo więcej niańczyć. Powinien udać się do Wernyhory, jeśli chciał ogromnej przemowy o każdym z ziół po kolei, zeszłoby im lekką łapą cały dzień, a nie przegadaliby nawet ćwiartki wszystkich informacji.
— Bardzo dużo pytań zadajesz — burknęła, strzygąc wąsami.

Wyleczeni: Kazarek

<Kazarku, sprawiałeś inne pozory>

Od Kobczyka do Monarcha Pierwszego

Kobczyk stąpała po leśnym podszyciu, przemierzając dobrze jej znany skrawek lasu iglastego. Chłodne podmuchy wiatru powiewały jej w pysk, a z nosa wydobywały się ciepłe, ulotne dymki. Samotniczka nie lubiła takiej pogody – zawsze ciężko jej się podczas takiej oddychało, zupełnie tak, jakby już bez tego nie miała kłopotów z nabieraniem oddechu. Z nieba co jakiś czas sypały śnieżynki, chociaż ona już sama nie była pewna czy szybowały z samych gołębich obłoków, czy może był to efekt zrzucania ich przez zapchane gałęzie. Ziemia chrzęściła jej pod łapami, zmrożona lodowatą Porą Nagich Drzew. Korony drzew sterczały sztywno, przygniecione częściowo przez śnieg, którego naprószyło obficie dzisiejszej nocy, a po owadach czy zaduchu nie było nawet najdrobniejszej iskry. Niebo przepełnione było kłębiącymi się chmurami, co zwiastowało następne opady pierza znad wiekowych roślin. Kobczyk już długo nie widziała się z Przebiśniegiem, kotką, z którą miała okazję zamienić parę zdań w przeszłości. W końcu nauczyła ją łowić ryby i wydawało się, że lubiła również odwiedzać jej mamę. Czekoladowa mogłaby to wykorzystać podczas takiej nieprzychylnej pory, nawet jeśli nie była najlepsza w polowaniu. Chociaż to nie jej nieobecność ją martwiła najbardziej o ile czekoladowa rzeczywiście była w stanie kogoś obdarzyć takim uczuciem. Raczej… fakt, iż rudo biały, pręgowany kocur nie zjawiał się od dłuższego czasu na granicy, przykuł jej uwagę, a w sercu powodowało to frustrację. Spopielonej, niezwykle zniszczonej, ale granicy. Ich miejsce spotkań zostało zrujnowane przez niszczycielski żywioł, na który nie mieli żadnego wpływu. Krecik. Może point spłonął w pożarze? Zawarli umowę – niepotrzebnie, tak prędko została ona zerwana… był on jedynym jej sposobem, jak na razie, na dotarcie w pewnym sensie do klanów, nie jako ona wprost, a za pośrednictwem cudzych łap. Dlatego też tak długa nieobecność kota o szmaragdowych oczach była niepożądana.
Pośród wysoko pnących się drzew przemierzał lodowy zefirek, muskający kocicę po barkach i kręgosłupie. Skrzywiła pyszczek, wątpiąc, że cokolwiek uda jej się dzisiaj upolować. Nie chodziła o pustym żołądku, chociaż nie jadła ostatnio najlepiej ze względu na zmniejszoną ilość zwierzyny. Może Wilczy Skowyt im podrzuci albo Mewa, jej mama, coś złapie.
Do jej nosa dotarł intensywny, nowy zapach, aczkolwiek nie była to woń zwierzyny. W zaspach śnieżnych nie wytropiła nawet najdrobniejszych znaków wskazujących na jakiś posiłek nieopodal. Aromat zdziwił ją początkowo, jeszcze nigdy nie miała do czynienia z podobnym. Kolejna grupa? A może zagubiony, który szukał dla siebie większych przygód jak Wernyhora, nie chcąc nigdzie nigdy osiedlić się na stałe? Ciekawe jak wiele jeszcze rzeczy było przed nią do odkrycia? Na samą myśl po jej kręgosłupie przebiegły ciarki podekscytowania, a oczy jarzyły się zaciekawieniem. Oprócz nowości… pachniał znajomo, tak, jak tamten rudo-biały, jednak dużo mniej intensywnie, jego zapach mieszał się z czymś jeszcze.
Kocica długo nie musiała czekać na to, żeby nosiciel woni wyłonił się zza śnieżnych pagórków. Jego szata była niebieska, poprzecinana przez nieregularne ciemniejsze pręgi, a pysk zdobiły jaśniejsze włoski. Ogon miał niezwykle puchaty, ogromny wręcz, zamiatał nim śnieg pod sobą. Oczy miał tak niebieskie, że dałoby je się porównać do lodu otaczającego ich wszędzie wokół. Przypatrywała się mu tak, mierząc go wzrokiem, aż wreszcie samotnik również ją spostrzegł, pośród wyschniętych gałązek licznych krzewów. Kocur postanowił odezwać się pierwszy, zanim nie zaniósł się atakiem kaszlu. Pora Nagich Drzew musiała dawać mu się we znaki. Łapą przykrył pyszczek, z gracją. Odchrząknął, udając, że nic nie miało miejsca. Wyprostował się dumnie.
— Długo będziemy się tak na siebie gapić, w milczeniu? Może mi się przedstawisz?
— To marnowanie czasu. Na początku wyjaw mi, po co tu przybyłeś — poleciła, nadal patrząc się na niego, a kocur sprawnie wytrzymywał kontakt wzrokowy.
Z zasłoniętej nory nieopodal nich wyłonił się znajomy jej kocur. Samotnik cofnął się delikatnie, jakby w obawie, że zaraz na niego wspólnie skoczą, aczkolwiek nie mógł się bardziej mylić. Wernyhora podszedł do dwójki, spoglądając na obcego z pogodnym uśmiechem, a ogon miał wysoko w górze, przyjaźnie postawiony. Skinieniem głowy przywitał się z koteczką stojącą obok, jego dawną uczennicą. Dawno się nie widzieli, ale Kobczyk nie chciała się nad tym też szczególnie rozczulać. Tak najzwyczajniej w świecie było. Nie miała czasu na stałe odwiedzanie go.
— Wszystko w porządku? Czy potrzebujesz pomocy? — zapytał spokojnie, a niebieski kocur przeniósł błękitne spojrzenie ślepi z Kobczyka, na Wernyhorę. Kiwnął jednokrotnie głową.
— Och, tak. Byłoby wspaniale. Tak, poproszę — zamruczał, poprawiając sobie sterczące kłosy na piersi, zmierzwione uprzednio przez mroźne podmuchy wiatru.
— Oczywiście! Chodź, doskonale wiem, co ci dołoży dawnego wigoru. Ostatniej pory zbierałem zioła specjalnie na takie dolegliwości! Lada moment postawimy cię z powrotem na łapy — zaszczebiotał szczęśliwie łaciaty, ruchem ucha polecając mu, żeby udał się tuż za nim. Niebieski uśmiechnął się, a następnie obejrzał się raz jeszcze na Kobczyka.
— Wybacz — mruknął, jakby było mu przykro, że musieli zakończyć rozmowę w tym momencie, jednak kocica nie czuła wcale żalu z tego powodu. Nie odpowiedziała nic na to, obserwując, jak dwójka znika w dobrze znanym jej miejscu. Zrobiła parę kroków ku zasłoniętemu wejściu, przez szpary dopatrując, jak nieznajomy spożywa z uwagą podane mu zioła na dolegliwość.

Wyleczeni: Monarch Pierwszy

<Monarchu? Samotnicy nie mają czasu się witać ani żegnać>

22 lipca 2026

Od Szarugi

Szaruga obudził się późnym rankiem, kiedy to delikatne promienie słońca dotarły do wejścia nory, w której zrobił sobie legowisko. Kocur nie miał ochoty wstawać z wygodnego mchu, ale wiedział, że musi, jeśli chce przetrwać samemu chłód pory nagich drzew, tak jak tę porę nazywają klanowe koty. Nigdy ich nie spotkał — jedynie matka o nich opowiadała mu i jego rodzeństwo, gdy byli małymi kociakami. Wiedział, że znajduje się wcale nie tak daleko od zewnętrznych granic klanów, jednakże przynajmniej na chwilę obecną, nie miał ochoty się do nich zbliżać. W końcu, co by te koty zrobiły, jakby samotnik taki jak on wszedł na ich tereny?
Srebrny kocur wyszedł na zewnątrz nory, kaszląc po tym, jak ziemia tworząca ściany dostała się do nosa. Dotknął swą dużą łapą chrupiącego śniegu i mruknął. Czekał, aż nadejdzie odwilż i wszystko wróci do normy. Będzie mógł on wtedy polować na pyszną, pulchną zwierzynę… Oczywiście, teraz też musiał polować, ale drobne myszki były żylaste i kościste… Kot takich rozmiarów jak on mało się takim czymś się naje, ba, nawet mniejsze niż on koty się tym nie najedzą!
Nagle do jego nozdrzy dotarł lekki zapach jakiejś zwierzyny wraz z podmuchem zimnego wiatru, więc zaczął nasłuchiwać, nastawiając uszy zakończone pędzelkami. Przykucnął niżej, gdy tylko zauważył mysz chowającą się za bezlistnym drzewem. Podszedł bliżej, próbując nie zmoczyć długiego futra na brzuchu i gdy był dostatecznie blisko, skoczył z hukiem. Podniósł swe łapy i zobaczył, a właściwie nie zobaczył nic. Syknął ze zdenerwowania na brak zdobyczy.
Jak ja mam przetrwać, kiedy jest taki chłód, a zwierzyna nieustannie ucieka? — pomyślał. — Zawsze dobrze radziłem sobie z polowaniem, dlaczego teraz już nie?
Kiedy tak narzekał na siebie i na brak zwierzyny, usłyszał szelest, a po wypatrzeniu źródła dźwięku okazało się, że był to królik. Niezbyt duży, młody, zagubiony, bezbronny… Kocur natychmiast zaczął zmierzać w jego kierunku i zatrzymywał się, gdy długie słuchy brązowej puszystej kulki się unosiły. Wtem Szaruga skoczył ku zwierzynie, królik zaczął uciekać, ale kocur był szybszy. Prędkim ruchem wgryzł się w kark i poczuł ciepłą krew napełniającą jego pysk. Samotnik otrząsnął się i zaczął wlec całkiem pulchną zdobycz do legowiska w norze.
Po wejściu do ciepłego schronienia ułożył się na mchu i piórach, po czym zaczął zajadać się upolowanym żyjątkiem. Królik był całkiem smaczny, kocur dawno nie jadł tak pysznej rzeczy. Czekał tylko na topnienie śniegów… Chłód przeszkadzał nawet takiemu długowłosemu kotu jak on.
Zjadł połowę królika, stwierdziwszy, że resztę zje później, gdy słońce będzie zachodzić. Przeciągnął ciało zwierzyny w głąb nory. Gdy po raz do niej przybył, był szczęśliwy, że udało mu się ją znaleźć. Zapach dawniej zamieszkującego tu lisa już wtedy był zwietrzały — teraz już nic z tego zapachu nie pozostało, jedynie zapach Szarugi. On jako jedyny z rodzeństwa opuścił siedlisko Długonogich — pozostali żyli albo jako pieszczochy, albo samotnicy żyjący w ciemnych alejkach pomiędzy legowiskami. Tak przynajmniej było, gdy odchodził – teraz wiele rzeczy mogło się zmienić. On zaś nie zamierzał wracać, wręcz przeciwnie, chciał się oddalić od siedliska, w stronę klanów. Może to było tylko głupia fantazja, ale kocur w głębi serca chciał dołączyć do dzikich grup kotów… Oczywiście, jeśli tylko się postara popracować nad swoim polowaniem czy walką… W takim stanie jak teraz nikt go nie przyjmie, w szczególności, że jest samotnikiem!
Szaruga spojrzał się w lekko widoczny księżyc na niebieskim niebie, po czym ułożył się w kulkę w swoim legowisku.

20 lipca 2026

Od Konwaliowej Mielizny CD. Złocistego Widlika

Dawniej dość chętnie przesiadywał ze Złocistym Widlikiem, potrafiąc rozmawiać z piastunem godzinami, lecz wszystko uległo zmianie, podobnie, jak w życiu wojownika. Starszy przestał być postrzegany przez Konwalię za przyjaciela lub kogoś więcej, teraz uważał starszego jedynie za znajomego z czasów żłobka i późnego dzieciństwa.
Po opuszczeniu wyspy, będącej więzieniem dla niego i części rodziny, przestał tak często zaglądać do legowiska, gdzie Widlik doglądał kociąt. Ostatnim razem rozmawiał z kocurem, kiedy to dzieci Kropiatkowej Skórki miał z może trzy księżyce, od tamtej pory nie pojawił się w żłobku ani razu. Choć w końcu musiała nastąpić zmiana w tej sprawie, gdyż niedługo po rozmowie z Fląderką i Wymarzoną Słodyczą o własnej ucieczce, postanowił poinformować również kocura o tym. Długo się z tym wahał, lecz uważał, że jest mu to winien ze względu na ich dawną bliską relację.
Kiedy tylko wszedł do środka, nie zastał już Mysiomózgiej Łapy w środku. Kotka niedawno zginęła. Konwalia nie rozumiał jakim cudem do tego doszło, skoro czekoladowa zbyt często nie opuszczała obozu, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nim piastun zdołał jakkolwiek zareagować na nagłe pojawienie się wojownika, ten podszedł do zielonookiego, zakrywając mu pysk ogonem. Dał mu jasno do zrozumienia, by ten nie mówił ani słowa.
— Widliku, wiem, że między nami różnie bywało, ale jest coś, co chciałbym ci powiedzieć. Odchodzę z klanu. — Nie obchodziło go już, że ktoś niepożądany może usłyszeć jego słowa lub kociaki później komuś je powtórzą. Wszystko miał już zaplanowane. W ciągu ostatnich nocy udało mu się raz wyjść z obozu i sprawdzić miejsce przy granicy, które byłoby idealne do przekroczenia i udania się w głąb terenów niczyich. — Może to niespodziewane, lecz już dłużej tutaj nie wytrzymam. Mam jedynie prośbę, byś opiekował się moją siostrą oraz Fląderką. Może brzmi to absurdalnie, byś zajął się czekoladowym kotem, jednak proszę, zrób to ze względu na naszą dawną przyjaźń. — Po tych słowach, nie dając czasu starszemu na przetrawienie tej informacji, opuścił żłobek.

«★»

Kiedy tylko powoli zaczęło zmierzchać, liliowy zaczął odczuwać pewien stres, ale też i spokój ducha, jakby świadomość tego, że już za chwilę na zawsze opuści to miejsce, sprawiło, że dotychczas niewidzialny ciężar znikał z jego barków. Będzie mógł być w końcu wolny, żyć na własnych zasadach, bez obawy, że jeden niewłaściwy gest lub słowa sprawią, iż ponownie zostanie odizolowany od pozostałych Nocniaków.
W końcu, mając pewność, że nikt zbytnio nie zainteresuje się jego wyjściem, podniósł się z posłania, które przez tyle księżyców zajmował i ruszył ku wyjściu. Niestety przy nim stał wojownik, który od razu zaczął go przewiercać wzrokiem na wylot.
— Wychodzę tylko na chwilę. Ostatnio nie było to problemem — oznajmił, a Nocniak jedynie przewrócił oczyma, lecz nic na temat wyjścia Konwalii nie powiedział. Ten uznał to za znak i niespiesznie, by nie wzbudzać podejrzeń, minął pobratymca.
Gdy tylko upewnił się, że nikt go nie widzi, ruszył biegiem do Zrujnowanego Mostu, po którym przeprawił się na drugą stronę. Po jego prawej wznosił się Brzozowy Zagajnik, a po lewej dalsza część terenów aż do niewielkiej rzeki, stanowiącej naturalną granicę. To właśnie tam czasem liliowy wędrował na patrolach i spotykał czarno białego samotnika. Liczył, że ponowne odnalezienie go nie będzie takie trudne i ten zgodzi się nauczyć dawnego klanowicza trochę o życiu na terenach niczyich.
Śnieg pod jego łapami nieco tłumił stawiane kroki w biegu, lecz również potęgował uczucie chłodu, które towarzyszyło, odkąd słońce zniknęło za horyzontem. Z ciężkim oddechem pokonał ostatnią przeszkodę, za którą zatrzymał się i z ulgą spojrzał na tereny Klanu Nocy. Już nigdy tam nie wróci, do końca swych dni będzie żył jako samotnik i żaden ród nie będzie czyhać na jego błąd. Będzie wolny i skazany tylko na siebie.

Sesja wstrzymana/zakończona

17 lipca 2026

Od Kazarka do Szarugi

Marzł w swojej kryjówce. Nawet zapach wrzosów, które zebrał z dalekich terenów, nie pomagały mu zapomnieć, jak było mu zimno. Teraz był zdany na siebie, musiał przeżyć samotnie. Czuł, że mógł nie podołać temu, bo był zbyt słaby. Jednak... obiecał Wilczakowi przy granicy klanu, że przeżyje. Jeśli dokona tego, może dołączenie do tej wielkiej społeczności tam za drzewami iglastymi, będzie bardziej możliwe, a życie w samotności będzie tylko przeszłością. Przecisnął się przez norę, by wyjść na zewnątrz, przypadkowo już zdążył spaść pyskiem na śnieg. Otrzepał się z niego i ruszył szukać czegoś do jedzenia. Było wyjątkowo cicho tego wschodu słońca, Dwunożni nie pracowali nad wycinką drzew, tylko szkoda, że tylko Porą Nagich Drzew. Jego oczom ukazał się ptak, który jeszcze nie odleciał, nie umiał niby ich łapać, ale może się nauczy? Zaczął podchodzić do ptaka coraz bliżej, jednak gdy zstąpił łapą pewniej na śnieg, to wydał on dźwięk chrupnięcia. Ptak szybko odleciał wystraszony, a Kazarek próbował go gonić. Każdy jego krok jednak był nieuważny i głośny. Jeszcze widział go, chciał nawet skoczyć, ale nawet skakanie na ofiarę nie zadziałało, bo gdy skakał na ptaki, zwykle to się kończyło upadkiem na nos. Spoglądał na brązowego ptaszka, bo to jedyne co mu zostało. Po jednym uderzeniu serca ptak został zmiażdżony szczęką, tylko nie jego. Kocur spłoszony chciał szybko się schować, ale wrąbał w drzewo i jeszcze spadło na niego dużo śniegu, który go zakrył.
— Ktoś tu jest? — coś się odezwało, Kazarek za to siedział w ciszy w zaspie, marznąc. Siedzenie tak długo w śniegu nie było wskazane, mógł łatwo złapać jakiegoś choróbska, a jego wiedza zielnicza była bardzo ograniczona. Może znał tak z kilka roślin leczniczych i jedną trującą, choć ta trująca to bardziej owoc. Czyjeś kroki były coraz bardziej słyszalne, czy kot lub coś, co zabrało mu ptaka, nie odpuści mu? Mógłby po prostu się wygrzebać ze śniegu i uciec, tylko to by było kolejne ryzyko, bo nie wiedział, jak jest duże i szybkie to, co szło w jego kierunku. Dlatego postanowił odczekać, aż nieznajomy sobie pójdzie. Dało mu to większy spokój. Nagle większa pokrywa białego puchu, który go okrywał, została zrzucona przez wielkiego kota. Zanim srebrny nieznajomy zdążył coś powiedzieć, to Kazarek gwałtownie się odsunął, uderzając swoim ciałem o drzewko, stojąc tam przyczepiony.
— NIE PODCHODŹ DO MNIE! NIC DLA CIEBIE NIE MAM, CHCĘ JESZCZE ŻYĆ! — skulił się, a jego krótkie futerko nastroszyło się najbardziej na plecach i karku. Jego brązowe oczy były pełne strachu i paniki, a co jakiś raz syczał, żeby jakkolwiek odstraszyć wielkiego kota.
— Nie skrzywdzę cię. Widziałem, że wpadłeś w drzewo i jeszcze cię zasypało. Myślałem, że jesteś nieprzytomny, więc chciałem ci pomóc, żebyś nie przemarzł — cynamonowy kocur przez chwilę patrzył na srebrnego samotnika, nadal będąc co do niego ostrożny. Nie wiedział, jakie miał prawdziwe zamiary, przecież była Pora Nagich Drzew, a o jedzenie było trudno. Może więc nieznajomy chciał go skonsumować?
— O… to dzięki za pomyślność, raczej mało kto się o kogoś martwi, zwłaszcza gdy jest teraz w tym sezonie rywalizacja o jakąkolwiek zwierzynę między samotnikami — śnieg zaczął padać obwicie, a kocur o długim futrze strzepnął go z siebie.
— Szkoda tylko, że klany na ten czas nie podzieliłyby się swoimi ziemiami łownymi ze słabszymi. Byłoby jednak zbyt pięknie, gdyby tak było. Strzegą bardzo dobrze swych terenów. Aż bym powiedział, że za bardzo — Czy srebrny też znał się na klanach? No cóż, chyba tylko on kilka księżyców temu dokonał tego "odkrycia".
— Też znasz się na innych klanach? Bo ja się też znam, ale raczej tylko na jednym — niby mógłby już pójść, ale bał się, że samotnik zareagowałby dość ostro, bo wiadomo, miał prawo tak myśleć, nie znał go.

<Nieznajomy?>

Od Kazarka CD. Monarcha

Spojrzał na wielkiego niebieskiego samotnika, jego sposób mówienia wskazywał na to, że był dość pewnym siebie kotem. Chciał akurat znowu przejść na drugą stronę, by upolować coś na terenie Klanu Wilka, ale nie spodziewał się, że jakiś kocur go zaczepi.
— J-jestem Kazarek i ja tu mieszkam — starał się jakoś zakomunikować, że to jego teren, ale przecież straszny nie był, ledwo co umiał nawet przestraszyć własny cień. — W tym sezonie chyba najbardziej koty się przemieszczają, bo wiadomo jest zimno i nieznośnie — próbował jakkolwiek ratować swoje życie, żeby samotnik na niego krzywo nie spojrzał i nie chciał go skrzywdzić.
— Ach, twój teren? Doprawdy? Gdzie masz jakiś kamień z napisem, że tu mieszka Kazarek? — odparł Monarch, nie krył rozbawienia, tym jak Kazarek próbował stwarzać pozory odważnego i władczego. W międzyczasie uznał, że zacznie posiłek. Zdjął białą łapę ze stworzenia, pochylił łeb i odgryzł kawałek zwierzyny. — Uwierz mi, młodzieńcze, że nie tylko o tej porze. To naturalny rytm życia. Nie można być w jednym miejscu, jeśli jesteś samotnikiem — odparł niebieski, gdy przełknął kęs. Co, jeśli Monarch ukradnie jego tereny i już nie będą jego? Gdzie niby wtedy się podzieje?
— Nie mam żadnego kamienia, oznaczenie zapachowe zwykle wystarcza. Przy okazji bycie w jednym miejscu jest bardziej bezpieczne niż przemieszczanie się, nigdy nie wiesz, co czyha na innych terenach — nie wierzył, że z takim spokojem ktoś mógłby opuścić swoje bezpieczne miejsce, żeby pójść na skrawek terenu, którego nawet nie znał. Gdyby chciał się zapuścić przypadkowo jeszcze głębiej w tereny Klanu Wilka, to byłby już martwy. Nie rozumiał, zatem po co tak łatwo ryzykować swoje życie.

<Monarchu Pierwszy?>

16 lipca 2026

Od Lisiego Ostu CD. Czajki

Dawno, dawno temu

Wciąż nie dowierzał, że niedawno spotkał w lesie swojego dawnego pobratymca — Czajkę. Jakie były na to szanse? Jakim cudem niebiesko-biały przechadzał się tak blisko niego? I co on tak właściwie robił jako samotnik? Czyżby uciekł z Owocowego Lasu, a może został z niego wyrzucony? Co, jeśli po zaginięciu Osetka Ziemniak postanowił wyżywać się na kimś innym i padło akurat na zwiadowcę? Te pytania nie dawały zielonookiemu wytchnienia. Tak bardzo chciał poznać na nie odpowiedzi! Tylko niestety, gdy Czajka zaczął uciekać, nie miał wystarczająco silnej woli, by ruszyć za nim. Stał w miejscu. Jak jakiś mysi móżdżek. Pozwolił, by jego dawny znajomy zniknął mu z pola widzenia. Pozwolił mu odejść. Co, jeśli był to ostatni raz, gdy się widzieli? Przecież szansa na to, że spotkają się ponownie, musiała być potwornie niska! Las między terenami Owocowego Lasu a Klanu Nocy był dosyć spory. Na tyle, że przez dobre kilka następnych sezonów mógł przypadkiem nie natknąć się na zwiadowcę ani razu. Miał nadzieję, że jednak los okaże mu się w tym przypadku przychylny i splecie ścieżki ich dwójki. Lisi Oset desperacko potrzebował tej interakcji. Potrzebował wrócić wspomnieniami do przeszłości, która była znacznie radośniejsza od teraźniejszości.
Przynajmniej teraz, gdy zadręczał się pytaniami na temat Czajki, nie myślał już o tym, jak sprawnie odejść z tego świata. Za każdym razem, gdy przechadzał się lasem, skupiał się na tym, gdzie mógłby być Czajka, a nie na tym, która roślina najskuteczniej go otruje. W końcu, jeśli uda mu się na nowo nawiązać z nim więź, być może zyska powód, dla którego miałby żyć. Być może udałoby im się zamieszkać wspólnie w jakiejś norze i razem zmagać się z trudami samotniczego życia. Czy nie brzmiałoby to wspaniale? Przecież na tym najbardziej mu zależało. By w końcu mieć jakiegoś kompana. Kogoś, kto nie zniknie z jego życia po kilku księżycach tak jak wcześniej jego cała rodzina, Wiciokrzew, a na końcu Mglisty Sen. To było już za dużo strat jak na jedno życie.
Choć nie mógł ukryć, że wszystkie wynikały tylko i wyłącznie z jego głupoty. Mógł nie panikować. Mógł wtedy zostać ze swoim rodzeństwem i słuchać rodziców, zamiast uciekać przed siebie na nieznane tereny. Strata przybranego ojca też była jego winą. Nie musiał wcale zostawać w Świetlikach. Mógł wrócić do Owocowego Lasu, mógł powiedzieć wszystkim, jakim tak naprawdę kotem jest Ziemniak. Przecież by mu uwierzyli. Czekoladowy dostałby to, na co zasłużył. Oprócz tego mógł wszystko naprawić, gdyby wraz ze swoim mentorem — Mglistym Snem — opuścił Świetliki. Nie musiałby tracić z nim kontaktu, a poza tym mógłby ponownie spotkać się z Wiciokrzewem. Postanowił jednak dalej prowadzić życie jako samotnik… tylko dlaczego?
Zatrzymał się pośrodku lasu, zmęczony poszukiwaniami i intensywnymi przemyśleniami. Z chwilą, w której wlepił wzrok w swoje łapy, przygniotły go wszystkie smutki. Nie będzie przecież wiecznie szukał Czajki! Jeśli mu się to nie uda, to… właściwie nawet sam nie wiedział, co powinien zrobić ze swoim życiem. Wiedział po prostu, że nie chciał żyć tak, jak dotychczas. Nie chciał być sam. Nie chciał spotykać się z kimś raz na księżyc — w tym przypadku z Senną Łzą. Był w niej zauroczony, nawet nie próbował tego przed sobą ukrywać. Patrzenie w jej oczy sprawiało, że serce zaczynało bić mu szybciej. Nie sądził jednak, że kiedykolwiek nadarzy się okazja, by wyznać jej miłość. Była przecież z Klanu Nocy, nie mogła zostać partnerką jakiegoś zapchlonego samotnika! Gdyby jej pobratymcy się o tym dowiedzieli, na pewno nie byłoby zbyt kolorowo. Osetek nie chciał nawet zgadywać, co mogłoby się stać, gdyby któryś Nocniak odkrył, że Senna Łza spotyka się z bezklanowcem. Czy postanowiliby ją wyrzucić? Może nadaliby jej jakieś karne imię? Nieważne. Chodziło mu o to, że nie chciał, by tak pięknej i łagodnej kotce stało się coś złego z powodu tego, kto się w niej zakochał.
Lisi Oset pociągnął smutno nosem, aż wtem zamarł. W jego nozdrza uderzyła znajoma woń. Nie musiał długo zastanawiać się, do kogo należała. Wiedział dobrze, kogo ujrzy, jeśli podniesie wzrok. Właśnie dlatego zrobił to bez chwili wahania. Tak jak zakładał, stał przed nim Czajka. Wpatrywał się w niego intensywnie, choć uparcie milczał. Wydawał się taki… delikatny. Jak duch. Osetkowi wydawało się, że gdyby wykonał jeden niewłaściwy ruch, zwiadowca rozpłynąłby się w powietrzu.
— Czajko… — mruknął w końcu zielonooki. W jego oczach pojawiły się iskierki ekscytacji, których nie był w stanie ukryć.
Niebiesko-biały w pierwszej chwili cofnął się o krok, a następnie strzepnął nerwowo ogonem, jakby wciąż nie wiedział, czy chciał rozmawiać w cztery oczy z drugim samotnikiem.
— Proszę, nie uciekaj tym razem! — wyrwało się Osetkowi, gdy spostrzegł, jak kocur napina mięśnie w łapach. — Nawet nie wiesz, jaką ulgę poczułem, gdy cię wtedy zobaczyłem… — kontynuował. Na język cisnęło mu się tyle słów, że ciężko było mu ułożyć je w sensowną wypowiedź. Nie wiedział, o czym wspomnieć najpierw ani o co zapytać. — Myślałem, że już nigdy nie spotkam kogoś, kogo znałem z Owocowego Lasu. Myślałem, że… resztę swojego życia spędzę w samotności. A to, jak się domyślasz, bardzo smutna myśl. Nie chciałbym, żeby stała się prawdziwa — mruknął, kładąc po sobie uszy.
Niebieski kocur przez dłuższą chwilę stał w bezruchu, co Osetek uznał za sygnał, że może mówić dalej.
— Przede wszystkim… chciałbym cię przeprosić. Byłem taki głupi! Nie wiem, czemu postanowiłem kontynuować swoje życie jako samotnik, podczas gdy Owocowy Las przywitałby mnie z otwartymi łapami. Może gdybym tylko nie był takim tchórzem… — zaczął, pełen żalu do samego siebie. — Nie byliśmy nazbyt blisko, ale wiem, że swoim zniknięciem mogłem cię skrzywdzić. Ciebie, jak i resztę kotów, które kochałem… Nie powinienem był tego robić. Teraz już to wiem i bardzo żałuję. Czuję jednak, że wlazłem już zbyt głęboko w to całe bagno — żalił się dalej, sam nie wiedząc już, czy bardziej zależy mu na tym, by wytłumaczyć się przed Czajką, czy przed samym sobą.
W końcu brązowooki westchnął ciężko, rozluźniając się nieznacznie.
— To… ja przepraszam — odezwał się w końcu, na co Lisi Oset zastrzygł uchem.
Czajka wyglądał, jakby chciał coś jeszcze dodać, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
— Nie musisz… — odparł zielonooki. — Ty akurat nie masz za co.

* * *

Teraźniejszość

Nadeszła Pora Nagich Drzew. Najgorsza z nich wszystkich. Czasem zabójcza nawet dla klanowych kotów, a co dopiero samotników! Ponadto tego roku była wyjątkowo mroźna. Osetek mógłby się nawet pokusić o stwierdzenie, że to najzimniejsza Pora Nagich Drzew od bardzo długiego czasu. Znalezienie zwierzyny, gdy cała gleba pokryta była grubą warstwą białego puchu, a wiatr rozwiewał każdy trop, graniczyło z cudem. Lisi Oset nierzadko wręcz głodował, jeśli nie udało mu się upolować dwóch piszczek. Jeśli natomiast znalazł choć jedną, oddawał ją zazwyczaj swojemu współlokatorowi — Czajce. W końcu niebiesko-biały musiał teraz oszczędzać siły. Zielonooki zdążył już zauważyć, że jego skóra jest podrażniona, co musiało sprawiać mu spory dyskomfort. Problem polegał na tym, że w takiej pogodzie nie było szans na znalezienie ziół. Wszystkie dawno zwiędły, a do tego spoczywały głęboko pod śniegiem. Lisi Oset miał tylko nadzieję, że Czajka wytrzyma do momentu, w którym zacznie się ocieplać, a rośliny ponownie zakwitną. W razie czego… czarnofutry byłby w stanie się poświęcić. Mógłby pójść prosić o zioła do Klanu Nocy, a nawet do Owocowego Lasu, byle tylko wyleczyć swojego przyjaciela.
Teraz wspólnie siedzieli pod pniem drzewa, dzieląc się językami. Byli do siebie przyciśnięci ciałami, próbując ogrzać się nawzajem. Nie odzywali się do siebie, lecz nie musieli. Cisza, która ich otaczała, była komfortowa i nie było potrzeby jej przerywać. Lisi Oset chciał jednak zapytać, czy nie powinni poszukać jakiejś nory, w której mogliby zamieszkać. Dotychczas nie mieli stałego schronienia, a zamiast tego sypiali na drzewach, zupełnie jak kiedyś w Owocowym Lesie. Teraz jednak, gdy korony pozbawione były liści, spanie w nich stało się wyjątkowo niewygodne. Nie chroniły ani przed śniegiem, ani przed wiatrem. To prawie tak, jakby spali pod gołym niebem. Czarnofutry marzył o znalezieniu miejsca, które odgrodziłoby ich od wszechobecnego chłodu. W przeciwnym razie prędzej czy później zachorują na zielony kaszel, a wtedy już na pewno będą musieli szukać pomocy u klanowych kotów. O ile oczywiście wcześniej nie zostaną przez nich przepędzeni lub zabici — z tego, co pamiętał, klany nie przepadały za samotnikami zapuszczającymi się na ich tereny.
Mimo wszystko Lisi Oset cieszył się chwilą, którą mógł spędzić u boku swojego przyjaciela. W pewnym momencie do jego uszu dobiegły jednak czyjeś spanikowane kroki, szybko zbliżające się w ich stronę. Spojrzał na Czajkę, lecz ten nawet nie drgnął. Czyżby niczego nie słyszał? Nim jednak zdążył go o to zapytać, zza drzew wybiegła bardzo znajoma mu postać. Gdy spojrzał w jej żółte oczy, nie musiał dłużej zastanawiać się, kim była.
Stanęła przed nim Senna Łza. Tylko co robiła tak daleko od terenów Klanu Nocy?
Cała trójka wpatrywała się w siebie przez kilka uderzeń serca, aż w końcu Lisi Oset odchrząknął nerwowo, odsunął się od Czajki, po czym podniósł się z miejsca i podszedł do szylkretowej kotki. Przywitał się z nią czule, stykając się z nią nosem i mrucząc cicho. Przez krótką chwilę czuł się szczęśliwy i spokojny, lecz zaraz potem Senna Łza postąpiła krok do tyłu, a na jej pysku pojawił się smutny grymas.
— Och, Łezko… Co ty tutaj robisz? — spytał w końcu zielonooki, kładąc po sobie uszy. Wiedział, że jej obecność tutaj nie wróżyła niczego dobrego. — Czy twoi pobratymcy nakryli cię na spotkaniu ze mną? Czy wyrzucili cię z klanu? Nie… Nie pozwolę na to! Warunki są zbyt surowe, byś żyła z nami na wolności. Jeśli naprawdę cię wygnali, zaraz do nich pójdę i wyjaśnię, że nie łączy nas nic więcej niż przyjaźń! — ogłosił, prostując się nieznacznie.
Szylkretka spuściła jednak wzrok, nerwowo poruszając ogonem.
— To nie o to chodzi, Osetku… — szepnęła, po czym podeszła bliżej i wtuliła pysk w futro na jego piersi.
Przez dłuższą chwilę stali w bezruchu, podczas gdy Senna Łza wypłakiwała się w sierść samotnika. Dopiero po pewnym czasie odsunęła się od niego, pociągnęła nosem i wzięła głęboki oddech, jakby zbierała się na odwagę.
— Osetku, ty… — zaczęła, lecz kolejne słowa przez długi czas nie chciały przejść jej przez gardło. — Ty… zostałeś ojcem… — wydukała w końcu.
Lisi Oset otworzył szerzej oczy, lecz nim zdążył cokolwiek powiedzieć, kotka odezwała się ponownie.
— Ostatnio bardzo źle się czułam. Poszłam z tym do medyka. On… powiedział mi, że spodziewam się kociąt. Od razu wybiegłam z obozu, żeby cię odnaleźć. Nie spotykałam się z nikim innym. Nie ma innej możliwości… To ty jesteś ich drugim rodzicem.
Ledwie skończyła mówić, a już odwróciła się na pięcie i rzuciła do ucieczki.
Tym razem Lisi Oset nie mógł pozwolić sobie na bezczynność. Nie zamierzał po raz kolejny stać w miejscu i patrzeć, jak ktoś bliski znika mu z pola widzenia. Ruszył za Senną Łzą, przedzierając się przez śnieżne zaspy, byle tylko ją dogonić. Wojowniczka była jednak szybsza.
Przebiegła przez zamarzniętą rzekę i wkroczyła na tereny Klanu Nocy, kierując się prosto w stronę obozu. Tam czarnofutry zatrzymał się gwałtownie. Wiedział, że nie wolno mu przekroczyć granicy.
— Łezko! — zawołał jeszcze za nią, lecz kotka nie odwróciła się nawet.
Lisi Oset jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywał się w miejsce, w którym zniknęła, jakby liczył, że za moment wróci. Dopiero gdy zrozumiał, że został sam, spuścił wzrok.
Przynajmniej miał pewność, że jego kocięta trafią pod dobrą opiekę. Jeśli Klan Nocy nigdy nie dowie się, kto naprawdę jest ich ojcem, będą dorastać jak każde inne kocięta. Dostaną pożywienie, bezpieczeństwo i szkolenie. Być może wyrosną nawet na wspaniałych wojowników. Pozostawało mu tylko mieć nadzieję, że któregoś dnia los pozwoli mu je choć raz zobaczyć.

* * *

Odkąd dowiedział się o ciąży Sennej Łzy, chodził cały znerwicowany i zestresowany. Na tyle, że znacznie częściej zdarzało mu się przypadkiem wypuszczać piszczki wolno, mimo że każda z nich była na wagę życia. Martwił się tym, czy Łezka nie będzie miała żadnych komplikacji przy porodzie i czy maluchy urodzą się zdrowe. Miał też nadzieję, że będą przypominały jakiegoś kocura w podobnym wieku do szylkretki, by mogła wmówić wszystkim, że to właśnie on jest ich ojcem, zamiast przyznawać, że ich drugim rodzicem jest samotnik.
Czajka musiał zauważyć, że jego przyjaciel zachowuje się inaczej, dlatego pewnego dnia przysiadł obok niego i mruknął:
— Wszystko w porządku?
Tylko tyle. Nic więcej. A jednak te krótkie pytanie wystarczyło, by Lisi Oset zalał się łzami. Opuścił głowę, kładąc po sobie uszy.
— Czajko… powiedz mi, co ja narobiłem… — zaszlochał, nagle podnosząc wzrok ku niebu. — Pewnie nawet nie zobaczę tych kociąt! Pewnie nawet nie będą wiedziały, kim jest ich ojciec! Powinienem… powinienem być tam, obok Sennej Łzy. Powinienem opiekować się nią, kiedy nosi pod sercem moje kocięta! To ja powinienem rzucać im kulkę mchu, uczyć je skradać się i polować… To ja powinienem patrzeć, jak dorastają! A zamiast mnie… zrobi to jakiś inny kocur? — urwał, wbijając pazury w śnieg. — Nie chcę nawet o tym myśleć, Czajko… Zawiodłem wszystkich. Zawiodłem Łezkę. Zawiodłem własne kocięta... — wymamrotał, załamując się jeszcze bardziej.

<Czajko? Pociesz mnie, proszę>

15 lipca 2026

Od Monarcha Pierwszego do Borowika

Niebieski kocur postanowił poszukać szczęścia gdzie indziej, bo ostatnio miał problem, by zapolować na cokolwiek na innych terenach. Oczywiście była to wina śnieżnej pory roku, ale jednak i tak był zaskoczony takim obrotem spraw. Postanowił spróbować na terenie, gdzie jeszcze go nie było lub był bardzo rzadko. Wybrał się w tym celu na tereny Owocowego Lasu. Uznał to miejsce za bezpieczniejsze od Klanu Wilka. Będąc zupełnie szczerym, Klan Wilka w ogóle go nie interesował. Wolał nie ryzykować życiem i zdrowiem, gdyby wpadł na te agresywne pyski. Po jakimś czasie marszu dotarł w końcu do Owocowego Lasu. Skierował się w stronę dużych skupisk drzew. Miał do wyboru miejsce, gdzie przeważały dęby, drzewa owocowe czy drzewa śliwkowe. Uznał, że nie będzie decydował się na jedno miejsce, odwiedzi wszystkie, jeśli zwiększyłoby to jego szanse na upolowanie zwierzyny. Jako pierwsze miejsce odwiedził tę część gdzie były dęby. Tutaj wyczulił swoje zmysły, by przypadkiem nie mieć randki z lisem lub lisami, gdyby miał pecha. Poza tym naprawdę chciał coś upolować. Zawęszył i wyczuł zapach stworka. Oblizał cicho pysk, przyjął pozycję łowiecką i zaczął się powoli zbliżać do ofiary. Gdy był na tyle blisko, wybił się z tylnych łap i skoczył. Zatopił kły w karku zwierzyny i zabił ją na miejscu. Wypiął dumnie pierś, ale wtedy poczuł na sobie czyiś wzrok. Zawarczał ostrzegawczo.
— Nie oddam ci tego owocowy paniczu — rzekł niewyraźnie, cofając się nieco. Nie zamierzał oddawać swojego posiłku. Nie obchodziło go, że upolował je na terenie Owocowego Lasu. To stworzenie było jego.
— Jeśli zechcesz mi ją odebrać, podejmę próbę walki bez wahania — dodał jeszcze. Jego puszysty ogon przeciął powietrze. Monarch wysunął pazury. Chłodne czasy wymagały innych środków.

<Borowiku? Wybacz mi, ale nie chcę głodować.>

Od Monarcha Pierwszego do Kurzej Łapy

Monarch przemierzał właśnie tereny Klanu Burzy, mrucząc sobie jakąś wymyśloną melodię pod nosem. Śnieg mu nie przeszkadzał. Biały puch nie sprawiał, że wyglądał jak szczur. Był kotem z reguły pogodnym, ale gdy wyglądał tak paskudnie, wszystko go irytowało. Normalnie szedł nad staw ewentualnie w okolice wielkich kamieni, ale tym razem dotarł do obumarłych drzew. Stąd było niedaleko do Klanu Wilka, ale kocur nigdy tam nie był. Nie słyszał dobrych informacji o tamtym klanie. Nie zamierzał zginąć z łap jakiegoś z tych kotów. Szczególnie, że miał tak wiele życia jeszcze przed sobą. W planach miał zostać ojcem, partnerem lub przywódcą małej grupki kotów. Jednak ten ostatni punkt był dość trudny do osiągnięcia. Strzepnął uchem niezadowolony.
— Jakoś to zrobię. Tylko muszę znaleźć odpowiednie koty, a nie pierwsze lepsze — mruknął do siebie, ale właśnie wtedy do jego szpiczastych uszu dobiegł cichy szelest. Niebieski odwrócił się idealnie w momencie, gdy skoczył w jego stronę jakiś uczniak. Uchylił się, unikając zderzenia.
— Hej, hej spokojnie. Nie możesz tak wyskakiwać, jak królik po spotkaniu lisa. Możesz zrobić sobie krzywdę lub komuś — prychnął z lekkim rozbawieniem. Usiadł na śniegu, przyglądając się błękitnym spojrzeniem młodszemu.
— Co tu robisz tak całkiem sam? Nie boisz się, że wpadniesz w czyjeś łapki? — spytał, przechylając lekko łeb. Spodziewał się zastać ucznia z jakimś opiekunem, chociaż jakiś czas temu rozmawiał z inną uczennicą. Ona również była bez opiekuna. Nie wiedział, czy to był przejaw głupoty, czy wiara w umiejętności. W każdym razie w obu przypadkach ci uczniowie mieli szczęście, że wpadli akurat na niego, albo to on powinien dziękować za spotkanie uczniów nie wojowników.

<Kurza Łapo? Czy jesteś królikiem?>

Od Monarcha Pierwszego CD. Promiennego Słońca

Przeszłość

Przechylił nieco łebek na jej słowa, marszcząc lekko nosek. Zaskoczenie? Tak, było to zaskoczenie. Kotka mówiła, że była z miasta, ale coś mu się nie zgadzało.
— Z miasta? Na pewno? Nie byłaś przypadkiem jednym z tych no kotów klanowych? — spytał, strzygąc szpiczastymi uszami. Przetarł oczy łapą, chyba powinien spać częściej lub dłużej, a nie szlajać się po świecie. Odskoczył lekko do tyłu, gdy wiewiórka spadła z drzewa o mało, co nie lądując na jego głowie.
— Celność jak widzę też dobra — mruknął, siadając na ziemi poniżej drzewa. Obserwował kotkę przez chwilę.
— A ty? To była twoja wiewiórka, ale skoro to podarek nie wypada go odtrącać prawda? — spytał, a zaraz westchnął.
— Dziękuję — rzekł jeszcze. Podniósł się na łapy, wziął wiewiórkę w pysk.
— Wynagrodzę ci ten podarek, słowo Monarcha — odparł. Po czym skinął kotce głową na pożegnanie i odszedł.

***

Od kilku dni pałętał się po tych terenach. Wyjątkowo nie zapuszczał się na teren Klanu Burzy. Tym razem okradł Owocowy Las ze zwierzyny. Upolował dwa stworzonka, chociaż do najłatwiejszych zadań to nie należało. Wypiął dumnie pierś i ruszył z nadzieją, że odnajdzie kocicę, która dała mu jakiś czas temu wiewiórkę. Dotarł w okolice drzewa, a następnie zawęszył. Ruszył odnalezionym szlakiem stworzonym przez zapach. Po kilkunastu krokach dostrzegł szylkretowe futro koteczki.
— Dobry szlachetna panienko — wymruczał niewyraźnie przez zwierzynę w pysku. Podszedł do kocicy, ale zatrzymał się w odpowiedniej odległości. Wypuścił zwierzynę z pyska. Wyczyścił jasny pyszczek.
— Jak obiecałem, przyniosłem prezencik ode mnie. Tamta wiewiórka była naprawdę dobra. Mam nadzieję, że to stworzonko ci zasmakuje — to mówią, podsunął kotce jedno z dwóch zwierzątek. Uśmiechnął się łagodnie.
— To jak ci się tu podoba? Ach i chyba się nie przedstawiłem. Nazywam się Monarch Pierwszy, ale możesz mi mówić Monarch lub Pierwszy — dodał jeszcze, nim umilkł. Czekał cierpliwie na odpowiedź kotki. Zastanawiał się, czy szylkretka z nim pogada, czy po prostu odejdzie. Uszanuje obie te opcje.

<Promienne Słońce? Smakuje ci posiłek?>

Od Monarcha Pierwszego CD. Skrzydlatej Płomykówki

Monarch przebywał niedaleko Klanu Burzy, więc jak to on lubił wpaść na stare śmieci. Wyjątkowo dzisiaj był najedzony, więc nie przyszedł tu polować. Był tylnymi łapami na drodze i przednimi na terenie Klanu Burzy, kiedy doszedł do niego głos jakiejś kotki. Przeniósł na nią zaciekawione spojrzenie. Kotka miała dziwną ozdobę na grzbiecie. W ogóle rudofutra wyglądała dość osobliwie. Zupełnie jak sowa. Chyba nigdy nie spotkał kogoś takiego. Słysząc, że to teren Klanu Burzy, podniósł łapę do piersi i położył na sercu.
— Och, to teren Klanu Burzy? Nie wiedziałem, od niedawna jestem w tej okolicy. Nie wiem, gdzie są jakie klany. — wymamrotał ze skruchą. Oczywiście, że miał tego świadomość, jednak był świetnym aktorem i udawanie niezapoznanego z terenami wyszło mu idealnie.
— Bardzo szlachetną panią przepraszam. Nie chciałem pani niepokoić. Pani ani klanu — mruknął, spuszczając wzrok na łapy. Idealny obraz skruchy. Stał tak przez krótką chwilę, a następnie podniósł nieco łebek. Spojrzał na nią błękitnymi oczami.
— Ach pewnie panią to nie interesuje, ale gdzie moja kultura osobista. Nazywam się Monarch Pierwszy — miauknął cicho, a następnie lekko skłonił pyskiem z szacunkiem. W tym przypadku mógł zadbać o lepsze zaprezentowanie się przed kocicą. Przynajmniej nie rzucała się na niego jak ta ostry pazurek. Zatem dało się pogadać dorzecznie z kimś z tego klanu.
— Co szanowną panią sprowadza na granice klanu? Tu blisko drogi jest strasznie niebezpiecznie, ale wygląda mi pani na w pełni świadomą tych zagrożeń. Och czy mówię może za dużo? Proszę mi wybaczyć — miauknął, siadając na skrawku drogi.

<Skrzydlata Płomykówko? Piękna damo czy przeszkadzam?>

Od Monarcha Pierwszego do Kazarka

Monarch ostatnio dość często kręcił się blisko terenów Klanu Burzy, ale tego dnia postanowił zajrzeć na tereny niczyje. Musiał dla urozmaicenia odwiedzić też inne miejsca. Zresztą zdołał upolować na ich obszarze mysz, nie chcąc ryzykować złapaniem, postanowił zjeść to w bezpiecznym miejscu. Kiedy się upewnił, że żaden potwór nie sunął po drodze, wyskoczył na asfalt. Przemknął szybko, by po chwili schować się w bezpiecznym miejscu. Chwilę później usłyszał odgłos przejeżdżającego pojazdu.
— Uff, było blisko — wymamrotał. Ruszył, nie oglądając się za siebie. Szedł spokojnym krokiem, spodziewając się spokoju, chociaż tym razem. Jednak los bardzo lubił z niego kpić, bo usłyszał lekki szmer gdzieś z boku. Zatrzymał się i rozejrzał dookoła. Upuścił zwierzynę pod łapy. Zrobił jeden krok.
— Kogo moje uszy słyszą hm? — wymamrotał, a chwilę później dostrzegł kocurka. Najwyraźniej ów kot był młodszy od niego. Monarch usiadł tu przy upolowanej zwierzynie, przykrywając ją łapą.
— Kim jesteś młodzieńcze? Wyglądasz dość młodo. — stwierdził, starając się brzmieć przyjaźnie. Miał wrażenie, że cynamon był z kotów bardziej strachliwych. Niebieski zastanawiał się, jak ktoś taki miałby przeżyć na dzikości sam, ale postanowił o tym nie wspominać. Nie chciał go urazić. Zresztą, gdyby sobie nie radził, to przecież by go tu nie było.
— Ach tak, jestem Monarch Pierwszy, ale można mi po prostu mówić Pierwszy lub Monarch — stwierdził jeszcze na koniec, nie ruszając się z miejsca. Szanował przestrzeń osobistą młodszego. Spodziewał się, że kocurek mógł wziąć łapy za drogę i zwiać. Jednak to już nie była jego sprawa, bo przecież chciał zjeść posiłek w spokoju.

<Kazarku? Młodzieńcze?>

Od Monarcha Pierwszego CD. Pożarowej Łapy (Ostatniego Pożaru)

Przeszłość

Kocur najwidoczniej nie wyniósł żadnej lekcji z ostatniego spotkania z pewną żółtooką agresorką, bo znów się tu przywlókł. Posiłek zjadł na innym terenie, więc chwilowo polowanie mu nie groziło. Zamiast tego nawiedził go deszcz.
— Do motylego piękna — wymamrotał, krzywiąc się, gdy pierwsze ciężkie krople spadły na jego sierść. Rzucił się do biegu, panicznie szukając jakiegoś schronienia. W końcu dotarł do dziwnego dwunożnego tworu. Nie zastanawiał się długo, wbiegł do środka i położył się na końcu schronienia. Spojrzał na swoje ciało i syknął cicho niezadowolony. Wyglądał jak szczur. Zawsze przypominał tego stwora, gdy jego sierść była przesiąknięta wodą. Nienawidził tego uczucia. Zaczął czyścić i układać sierść szybkimi pociągnięciami języka. Był na tyle skupiony, by doprowadzić się do odpowiedniego stanu, że nawet nie usłyszał czyiś łap.
— I na co się gapisz. Szczura nigdy nie widziały twoje oczy? — prychnął, podnosząc łeb w kierunku żółtych ślepi i zamarł.
— Och? To znowu pani ostry pazurek? Słuchaj, nie mam ochoty na twoje wywody. Jak przestanie padać, pójdę sobie, ale teraz nigdzie się nie ruszę. Widzisz, jak wyglądam? Nie ma mowy, bym pokazał się w takim stanie światu. Wystarczy, że ty mnie widziałaś w takim stanie — prychnął. Dlaczego ze wszystkich kotów znów musiał wpaść na tę kotkę? Za co go tak karano, że musiał znosić jej pysk? Jednak wolał już to niż ulewa na zewnątrz.
— Powiem pani, że dziwnie widzieć cię w tym miejscu w tak paskudną pogodę — mruknął i powrócił do układania sierści.
— Przeklęta woda — wymamrotał do siebie, jakby kocicy w ogóle tu nie było.

<Ostatni Pożarze? Chyba rozumiesz, że tu jest ciepło prawda?>

Od Monarcha Pierwszego do Łzawej Łapy

Monarch chyba za bardzo polubił tereny Klanu Burzy. Przebywał tu częściej, niż powinien. Wielokrotnie słyszał, by stąd poszedł, a on powracał tu tak regularnie, że gdyby nie zapach samotnika i nieklanowe imię ktoś mógłby uznać go za członka tej społeczności. Nie do końca znał się na klanach, ale coś tam kiedyś słyszał, że są to koty z jakąś dziwną hierarchią. Niebieski nie lubił podlegać innym kotom. Wolał być panem własnego losu, królem własnego życia. Zdecydowanie życie w klanie byłoby dla niego czymś duszącym i irytującym. Jednak gdyby chodziło o zdrowie, to pewnie byłby zaopiekowany. Musiał znaleźć kogoś, kto znałby się na medycynie, bo osobiście był blady w tej dziedzinie, a niestety coś gardło zaczęło mu przeszkadzać. Tylko czy to było odpowiednie miejsce? Może powinien udać się do Owocowego Lasu lub Klanu Klifu, a nie tu?
— Ciężka sprawa z tymi chorobami — wymamrotał niechętnie. Rozejrzał się dookoła, szukając może jakiegoś pożywienia. Zawęszył, ale zamiast wyczuć zapach zwierzyny, dotarł do niego koci aromat. Nie był to samotnik, a członek Klanu Burzy. Liczył, że nie będzie to znowu ta agresywna pani znad wody, albo panienka z granicy. Zakradł się niezauważenie do kotki. Przyjrzał jej się i uznał, że nie był to nikt kogo, by znał. Czarno-biała kocica wyglądała na niewiele starszą od kociaka, ale pachniała czymś cierpkim. Może jakimiś medykamentami? Tylko czy ona była tu całkiem sama? Rozejrzał się w poszukiwaniu jej opiekuna, ale chwilowo nikogo nie widział. Westchnął cicho.
— Miła panienko? Zna się może panienka na medycznych kwestiach? Bo widzisz, jestem tylko biednym, schorowanym samotnikiem, potrzebującym tylko chwili troski. Potem obiecuję, że pójdę. Chyba, że się panienka nie zna, to poszukam pomocy gdzie indziej — miauknął łagodnie. Nie chciał jej wystraszyć. Chciał po prostu uzyskać pomoc.

<Łzawa Łapo? Pomożesz schorowanemu staruszkowi?>

13 lipca 2026

Od Wełnistej Mszycy CD. Nieustraszonego Chomika

Przeszłość

Nieustraszony Chomik zadała asystentce medyka naprawdę trudne pytanie. Kotka przeniosła spojrzenie na gwieździste niebo. Zwlekała z odpowiedzią, ponieważ nie chciała okłamywać szylkretowej wojowniczki, jak i również nie chciała zawieść ojca, wyznając, że zamiast cząstki to jest najprawdopodobniej takim małym ledwo widocznym gwiezdnym paprochem. Samo to porównanie wywołało na jej pyszczku delikatny uśmiech.
— To bardzo dobre pytanie, Nieustraszony Chomiku — miauknęła, przenosząc wzrok na wojowniczkę. Nie pamiętała, kiedy ostatnio jakiś kot nienależący do jej rodziny czy bliskich zadał jej pytanie o to, jak się czuje. Nawet jeśli tym razem pytanie dotyczyło jej domniemanego powiązaniem z Klanem Gwiazdy. — Jak się czuję... chyba zależy to od pory dnia oraz aktualnego sezonu. Porą zielonych liści, w szczególności upalną, często łapię się na myśli, że wolałabym być kotem o pospolitym kolorze futra oraz oczu, w tym samym czasie pozostając, tym kim jestem. Wtedy byłoby o wiele łatwiej funkcjonować.
Nieustraszony Chomik nie wyglądała na usatysfakcjonowaną odpowiedzią. Wełnista Mszyca poruszyła nerwowo nosem, mając nadzieję, że kocica nie zacznie drążyć tematu i może jednak zadowoli się taką odpowiedzią, która nieco schodziła z tematu. Bo cóż innego miała powiedzieć? Miała przed srebrzystą przyznać, że Szara Skóra kłamie? Przyznać otwarcie, że te wszelkie znaki od Klanu Gwiazdy, Biały Paw oraz narodziny trójki śnieżnobiałych kociąt o fioletowych i czerwonych oczach były zwykłym zbiegiem przypadków? I tylko jej wiara w Klan Gwiazdy była prawdziwa.
Fioletowe oczy ponownie wpatrywały się w granatowe niebo. Czuła na sobie spojrzenie tysiąca par oczu zmarłych wojowników. Patrzyli się na nią, oceniali. Zmrużyła oczy, po czym wzięła głęboki oddech, dzięki któremu wróciła jej pewność siebie.
— Widok gwieździstego nieba mnie uspokaja. — Tym razem powiedziała w pełni prawdę. — Jakaś część mnie najwidoczniej wciąż tęskni za domem, mimo misji, jaką mi przyszło nieść w Klanie Burzy. Czuję dziwne do wytłumaczenia przyciąganie przez Srebrzystą Skórę. Niewidzialną więź? — Przechyliła głowę, zastanawiając się, czy dobrze dobiera słowa. Może po prostu każdy z medyków ze względu na swoje powołanie czuł się jak Wełnista Mszyca i nijak się miało do tego jej pochodzenie zmyślone przez ojca, jak i domniemane powiązanie z Białym Pawiem. — Może, gdybym nie była tylko cząstką Klanu Gwiazdy, a jego większym fragmentem wszystko byłoby łatwiejsze... — dodała nieco ciszej, ledwo słyszalnie. — Nieustraszony Chomiku. Wiem, co wciąż mówią o tobie pozostali wojownicy. — Podjęła łagodnie, obawiając się w głębi duszy reakcji kocicy. Pamiętała te przykre wydarzenia, w których Nieustraszony Chomik brała udział. — I chce, abyś widziała, że one cię nie definiują. Jesteś dobrą kocicą. — Uśmiechnęła się, dodając w myślach "zagubioną, lecz dobrą." — Wiem to. Klan Gwiazdy również to wie. Inni również to zobaczą.
Nieustraszony Chomik była podobna do Wełnistej Mszycy. Zależna od rodzica, który był dla niej wzorem. Może w głębi duszy kotka widziała, że jej matka nie była idealna, podobnie jak według medyczni nie był idealny jej ojciec? Tylko z miłości do rodzica, nie potrafiła tego otwarcie przyznać.
Może, gdyby Leszczynowa Wiązka żyła, wszystko byłoby łatwiejsze? Na myśl o zmarłej matce, albinoska poczuła ukłucie w sercu. Nie udało jej się skontaktować ani razu odkąd zmarła. Trochę jej zajęło nim zrozumiała, że matka nie trafiła do Klanu Gwiazdy.

~~~

Aktualnie

Kryjąc się wśród gęstych zarośli, ostatni raz spojrzała w stronę terenów Klanu Burzy. Miejsca, które jeszcze chwilę temu mogła nazwać swoim domem. Myśl, że czuła się w tej chwili bezpieczniej na terenach Wilczaków, niż na rodzimych terenach była okrutna. Podobnie jak poczucie bezsilności oraz poczucie wstydu do samej siebie wobec pobratymcom, których opuściła.
Widziała, że na terenach klanów, do którego należy Brukselkowa Zadra czy Wilgowa Gorycz nie powinna pozostać zbyt długo. Stawiając po cichu kroki, coraz bardziej oddalała się od granicy, mając nadzieję, że uda jej się dotrzeć do terenów niczyich, znaleźć bezpieczne schronienie i jakoś dotrwać do świtu. Miała nadzieję, że Tańcujące Pierze nie zmieni swego zdania i nie ruszy za nią w pogoń, pozbywają się tym samym naocznego świadka.
Dla Klanu Burzy najprawdopodobniej była martwa. Podobnie jak Królicza Gwiazda, Szara Skóra, Skrzypiący Skrzyp, Sójczy Błękit i inni. Tylko oni naprawdę stracili życie, a ona nie. Wciąż oddychała, a jej serce wciąż biło. Zbyt szybko. Jeśli jednak dzięki temu mogła zapewnić Białemu Strumieniowi, Lotosowemu Pąkowi oraz innym kotom bezpieczeństwo, mogła pozostać martwa.
Jednak jak mogła zaufać kotom, którzy na jej oczach pozbawili życia jej ojca. Kotom, w których obronie jeszcze nie tak dawno stanęła, gdy jako maluchy psocili na zgromadzeniu, a teraz pozbawili życia części członków Klanu Burzy, wykorzystując zamieszanie wywołane pożarem, pochodzącym najprawdopodobniej z samych czeluści Mrocznej Puszczy? Czy to była kara za śmierć Aminkowej Łapy?
Zatrzymała się. Tylko dzięki Bąbelkowemu Pluskowi oraz swojemu niespotykanemu wyglądowi wciąż była żywa. Dzięki swoim fioletowym oczom oraz śnieżnobiałej sierści. Była przeklęta. Teraz tego była pewna.
— Znowu milczycie... — odezwała się cicho, w przestrzeń. Trzęsła się, łykając łzy. Przed oczami wciąż co jakiś czas pojawiał jej się obraz martwego ojca oraz Tańcującego Pierza mającego szaleństwo w oczach. Może, zamiast jak ostatni tchórz powinna stanąć i zmierzyć się ze spiskowcami? Może jeszcze mogła zawrócić? Jeszcze nie było za późno, prawda? — Proszę, Klan Burzy już wystarczająco wycierpiał...
Osunęła się na ziemi, lądując w niewielkim dole. Mimo chęci nie była w stanie się podnieść. Bezradnie wyciągnęła łapy przed siebie, tak jakby próbowała coś pochwycić, po czym położyła ociężałą głowę na ziemi, pozwalając otulić się przez mrok oraz chłód.

Koniec sesji