– CZEŚĆ!!! – czyjś piskliwy głosik przerwał jej rozmyślania. Promienne Słońce najeżyła się prawie od razu. – Możemy pogadać? Zostaniemy przyjaciółmi?
Promień spojrzała na tę kuleczkę, która przyturlała się pod płot. Kociak patrzyła na nią swoimi wielkimi, niewinnymi oczętami. Promyk schowała swoje kły i zajrzała na drzwi, zza których wybiegło kocię. Te zostały uchylone, lecz żaden dwunożny potwór zza nich nie wyjrzał.
– Możemy. – odparła starsza kotka, zerkając na dzieciaka pod swoimi nogami. Zeskoczyła z płotu na nisko ściętą trawę. Kociak przed nią był całkowicie biały z niebieskimi oczkami. Wyglądała… interesująco. Pachniała jak kotka, mleko i dwunogi. Nie, żeby Promień miała jakiś lepszy zapach. Resztki klanowego życia dawno zniknęły pod smrodem dymu i śmieci. – Mieszkasz tutaj? – Promyk spojrzała na malowany budynek.
– Tak! Nazywam się Malutka! – odparła koteczka.
– Malutka. Cóż za interesujące imię. – odparła Promień. – Pasuje do ciebie kurduplu. Kociak zmarszczył nos zirytowany.
– Ach przepraszam. – szylkretka miała ochotę przewrócić oczami, jednak się powstrzymała. Nie przepadała za dziećmi. Jak już były w wieku uczniów, było okej, ale takie maluszki były poza zasięgiem jej cierpliwości. – Ja za to nazywam się… Promyk. – przedstawiła się swoim kocięcym imieniem. Jak ona dawno go nie słyszała. Dawno nie wychodził z pyska nikogo, nawet jej samej.
– Promyk? – powtórzyła koteczka – Mieszkasz gdzieś niedaleko?
– Mieszkam wszędzie, gdzie mi się podoba. – oświadczyła wojowniczka i uśmiechnęła się nieco krzywo. Już zapomniała jak to jest uśmiechać się w miarę normalnie. Do kotów na ulicach miasta posyła się tylko i wyłącznie krzywe uśmiechy, gdyż nikt nie jest tam szczery.
– Och! To musi być ciekawe! Codziennie w innym miejscu! – oświadczyła koteczka. – A skąd masz takie… blizny?
– Walczyłam. – padła odpowiedź. – Z mewami. Takie ptaki znad morza. Duże i bardzo lubią atakować koty. – Promyk spojrzała na ten biały puszek, który zrobił na nią wielkie oczy. – Tutaj ich nie ma. Nie lubią żyć daleko od morza. Żaden cię nie zje.
– A co jeśli?
– To ja już z nimi walczyłam, zawalczę jeszcze raz… – machnęła łapą Promyk.
– A skąd jesteś? – maluch nie wiedział, że to niewygodny dla Promyk temat. Nie mogła jej winić za poruszenie go.
– Pochodzę… z klanu. Z klanu kotów, żyjących nad klifami… – mruknęła.
– O! Z klanu! Słyszałam o nich! Jaki był twój klan!?
– Taka tam… banda świrów. Samolubni i łatwowierni. Teraz już nie jestem z klanu … pochodzę z miasta. – Promyk otrzepała się z nieprzyjemnych wspomnień i spojrzała na tego kociaka przed sobą. Niewinne kocię co nie zaznało nigdy ani głodu, ani braku snu. Nie zaznało nocy spędzonej w ulewie, patrzenia na śmierci swoich towarzyszy. Nie zaznało knowań i zarzutów władzy, bo władzy nie znało innej niż ta od dwunogów. Ile Promyk by dała, aby urodzić się gdzieś indziej. W świecie tak naiwnym i niewinnym jak ten. Ile by dała, aby mogła znowu zobaczyć się z braćmi, przeprosić Słoneczne Oko, przytulić Tawułową Bryzę. Kiedyś ich spotka… w Klanie Gwiazdy. – Jeszcze jakieś pytania?
<Malutka?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz