Upuściła u jego łap dorodną płotkę i wiewiórkę, która napatoczyła się jej pod łapy podczas drogi powrotnej. Wojownik uśmiechnął się krzywo; nastroszyła się nieco, mrużąc oczy i przyglądając mu się uważnie. Była gotowa na jakąś zgryźliwą uwagę o tym, że mogła złapać coś większego, jeszcze jedną sztukę, ale zyskała jedynie skinienie głową. Najwyraźniej nie było go tak trudno zadowolić.
Nie lubiła Morszczynowego Wąsa. Był wkurzający, gburowaty i nie tolerował jej odzywek tak, jak robił to Kijankowe Moczary. Sprawiał, że miała ochotę wydłubać sobie oczy pazurami.
— No, ja nie wiem czemu Kijankowe Moczary tak przeciągał Twój trening — odezwał się po chwili bury. — Umiesz polować, nie zgubiłaś się. Chyba nie jest z Tobą tak źle, co nie? Narwańcu?
Werwa obiecała sobie w duchu, że jeżeli jeszcze raz te słowa padną z pyska Morszczyna, tak jak tego nieszczęsnego zimowego dnia, to osobiście powyrywa mu wąsy. Ale… Wyglądało na to, że chyba idzie jej na łapę. Zacisnęła więc zęby na języku.
— Mhm.
— Może jeszcze doczekasz się swojego mianowania — kontynuował, nie zważając na jej wyraz pyska. — No. Co jeszcze… Twój mentor wspominał o czymś. Walka?
Zmiana planów. Jednak wcale nie szedł jej na łapę.
Futro na jej grzbiecie się nastroszyło. W myślach skierowała parę obraźliwych słów w stronę Kijanki, posyłając buremu spojrzenie spode łba. Naprawdę? Musiał mówić temu ścierwu o wszystkim?
— Dalej, pokaż mi, co umiesz.
Wilgoć i zapach porannej burzy unosiły się w powietrzu. Cofnęła się o krok, napinając mięśnie łap.
— Chyba, że mam Ci dać fory? — Przekręcił łeb na bok, uśmiechając się do niej uszczypliwie, ruchem brody wskazując na blizny na jej grzbiecie. — Żeby panna nie skończyła tak jak ostatnim razem? Z płaczem?
Z jej gardła wyrwał się syk. Szylkretowy ogon przeciął powietrze za nią, ciężki przemoczoną sierścią, a Morszczyn napuszył się na widok pazurów, które nagle pojawiły się przed jego pyskiem.
— Weź się uspokój-
— Zamknij ryj!
Poczuła bardziej niż usłyszała warknięcie, drżące w krtani Morszczynowego Wąsa, którą przyciskała do ziemi. Ich pozycje szybko zostały odwrócone; nie przesadzała, gdy mówiła, że wojownik nie znosi jej odzywek. Zaryła grzbietem w mokry piach. Łapy wbiły się w jej barki, brud wcisnął się pomiędzy kosmyki futra, a żółtawe zęby zazgrzytały tuż nad jej nosem.
Trudno się było skupić na czymkolwiek i zachowywać się przyzwoicie, gdy życie w Klanie Nocy co chwilę podkładało jej ogon pod łapy.
Szarpnęła łbem do tyłu i odepchnęła pierś burego łapą, tworząc między nimi parę wąsów przestrzeni.
Od chwili jej debiutu na ślubie Przypalonego Kasztana i Urodziwego Szafirka łatwiej było jej wyłapać to, co inni o niej myśleli. Wiedziała, że wśród rybojadów nie ma za wielu fanów – poza nimi również nie – ale nie myślała, że aż tyle kotów ma o niej negatywną opinię. Nie znała za wielu, nie starała się nawet poznać ich imion. Po co? Wśród rodu królewskiego nie robiła furory, jeśli po jej interakcjach z Rogatym Flamingiem można było cokolwiek wnioskować, stosunkowo przyjazna relacja z Kijankowymi Moczarami nie dawała jej za wiele, a koty spoufalające się z Lawendową Rozkoszą też nie pałały wobec niej miłością. Sama Lawenda… Chyba też nie.
Tylna łapa Morszczyna uderzyła w jej podbrzusze. Obnażyła zęby i gwałtownym ruchem przewróciła ich na bok.
A nawet jeżeli, to co miało by zrobić zauroczenie Lawendy w porównaniu do wszystkich innych, krzywych spojrzeń? Powinna była niczego jej nie proponować, dać nogę w krzaki po weselu i wyjaśnić wszystko Narcyzowi. Żeby nie tańczyli wokół siebie niezręcznie, obrażeni, przez kolejny księżyc. Wyjaśnić mu, że żadna Lawenda nie jest dla niej ważna, i że była to jedynie gra, i że niezależnie od tego, co uważa liliowa, to Werwa nie szuka pociechy w romansach z lokatorami zamokłej dziury, którą był Klan Nocy.
Wcisnęła palce w udo wojownika, przeciągając go po ziemi. Żółte ślipia błysnęły pośród smug brązu i bieli, rozbawione. Jej wcale nie było do śmiechu.
Dlaczego matka zaciągnęła swój ciężarny zad właśnie tutaj? Skoro jej opowieści zawsze obracały się wokół wszystkiego, co jej rodzina robiła przeciwko klanom, poruszając się w cieniach i pociągając za sznurki, skoro ociekała wręcz niezadowoleniem i nieufnością, to czemu skazywała ich na życie w miejscu, które pisane jej było znieść w ruiny?
Morszczyn szarpnął się do tyłu, zatapiając pazury w piach i odciągając się na bok.
Czy liczyło się to jako wyrok, gdy jedyne, co trzymało ich w miejscu, to żałosne poczucie przynależności do klanu i ewentualnie jej drętwe spojrzenie, które, pomimo braku wyrazu, i tak przyprawiało ją o dreszcze? Nikt nie trzymał ich tam na siłę. Przypalony Kasztan już zdążył to pokazać.
Warknęła, nie dając mu uciec. Szybkim ruchem podążyła za nim, przyciskając jego barki do ziemi.
Nie wiedziała, czy na dźwięk imienia brata smak, który pojawiał się w jej pysku, miał symbolizować myśli o tchórzu, czy kimś, kto wiedział, co robi. Nie mogła mu się dziwić. Czy była to mądrzejsza decyzja, niż pozostanie na wyspie, wśród idiotów i kotów, które mogły ledwie skinieniem pazura zadecydować o jej losie? Czy życie poza tą karykaturą królestwa byłoby łaskawsze?
Zastygła w miejscu z szczękami zawieszonymi tuż nad krtanią Morszczynowego Wąsa.
Pozostali w bezruchu przez kilka długich uderzeń serca, cisza przerywana jedynie przez ich ciężkie oddechy. Poczuła, jak klatka piersiowa wojownika unosi się z westchnieniem, po czym widok przed jej oczami rozmazał się, gdy została bezceremonialnie zrzucona na mokry piach obok.
— Czyli jednak potrafisz coś więcej niż tylko strzępić językiem.
Spojrzała na niego spode łba, mrugając.
— Dalej, zbieraj się — burknął z krzywym, złośliwym uśmiechem. — Muszę zgłosić się do Mandarynkowej Gwiazdy.
↬◦⌑⛯⌑◦↫
Jedynym śladem po porannym deszczu i przeciąganiu Morszczyna po piachu pozostało jej wilgotne, nieco zmierzwione futro.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejną wojowniczkę.
Na pyskach zebranych dookoła kotów nie widziała zadowolenia, a co najwyżej ulgę, że już nie będzie się plątać bez celu po obozie.
— Narwana Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Czyjego klanu? Co, oprócz jej zapachu i legowiska, w którym spała, obiecywało jej przynależność do jakiegokolwiek miejsca? Dlaczego miałaby oddawać życie za obce jej koty?
— Przysięgam.
Słowo przeszło jej przez gardło z zaskakującą łatwością, bez goryczy, której się spodziewała.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję Ci imię wojownika. Narwana Łapo, od tej pory będziesz znana jako Narwana Gonitwa — oznajmiła przywódczyni, wpatrując się w nią beznamiętnym spojrzeniem. — Klan Gwiazdy ceni twoją chęć do działania i pewność siebie, oraz wita Cię jako nową wojowniczkę Klanu Nocy.
↬◦⌑⛯⌑◦↫
Dzień później…
Promienie wieczornego słońca odbijały się od tafli wody. Krople uderzyły o jej pysk, a w miejscu, w którym przed chwilą zanurzyła łapę pozostały gwałtownie falujące kręgi.
Rzuciła kątem oka spojrzenie na Narcyza, machając kończyną i strzepując wilgoć z sierści w jego kierunku.
— Ej- Przestań!
Uczeń szarpnął łbem do tyłu i spojrzał na nią z wyrzutem, pisk protestu cichnący w jego gardle. Uśmiechnęła się do niego krzywo, na co tylko wydął dolną wargę.
— Dlaczego akurat gonitwa?
— A skąd ja mam wiedzieć? Może Mandaryna chciała uhonorować mój ostatni bieg, przy którym prawie zabił mnie na wpół wyłysiały ptak.
Na jej pysk wstąpił grymas.
— Przynajmniej Morszczynowy Wąs nie opowiadał jej o tym, jak się do niego odzywałam podczas testu — dodała. — Ani o tym, jak wciskałam mu łeb w piach.
Narcyz zamrugał, drgnąwszy u jej boku.
— Co mu powiedziałaś?
— …żeby zamknął ryj.
— Werwa!
Wywróciła oczyma i oparła głowę o wyciągnięte łapy.
— No wiem, no wiem — mruknęła. — Może i zabawne, ale nie działa na moją korzyść. Ale on zachowuje się tak samo! A jak powiem mu, że widzę, że się ze mnie śmieje, to- to będzie na mnie patrzeć jak na głupią. Nic tu nie idzie nikomu na korzyść! Może Kasztan miał jednak trochę rozumu w głowie, gdy zwiał stąd z tą swoją kochanką.
Zapadła chwila ciszy, którą dopiero po paru uderzeniach serca przerwał szelest trawy i przesuwające się po niej łapy.
— Tak..?
W głosie Narcyza odbiło się zdezorientowanie.
— Jesteśmy tu na łasce tych, co sami ogłosili się władzą — wzruszyła barkami. Wodorosty poruszały się rytmicznymi ruchami z nurtem rzeki, dając jej bezpieczniejszy punkt na wbicie wzroku niż patrzenie prosto w oczy Narcyza. — Co im zabrania robić z nami to, co im się żywnie podoba? Jak bardzo musimy źle postawić łapę, aby nas też zdegradowano do służących, zamknięto w izolatce czy oddano sąsiadom jak- — machnęła łapą, szukając słów — nie wiem, Pyzę i Bzyczka?
Prychnęła.
— Czy życie tutaj, w niepewności, naprawdę jest lepsze od- od koszmarów, które mamy spotkać poza granicami? Według tego, co ględzą wszyscy starsi? Czy włóczędzy są gorsi od tych, którzy rządzą z własnego kaprysu?
[1423 słowa + test wojownika]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz