Szylkretka dopiero teraz zauważyła emocje na pysku koleżanki i przez chwilę nie wiedziała co odpowiedzieć, zła na siebie. Tym swoim głupim, wścibskim pytaniem kompletnie zbiła Wełniankę z tropu i zepsuła jej humor. Że też nie mogła czasem pomyśleć, zanim coś powie!
Nie miała jednak dużo czasu, aby żałować tego, co zrobiła, bo jej uwagę odwrócił gwałtowny ruch głowy rudo-białej.
Zielone oczy Fiołka rozszerzyły się z ciekawości. Co to było? Może jakaś mucha usiadła Wełniance na grzbiecie i koteczka chciała ją w ten sposób przepędzić? Nie, to jakoś inaczej, dziwniej wyglądało…
Już chciała się o to spytać, ale nie zdążyła, bo koleżanka zaczęła mówić dalej.
— Nie wiedziałam nawet o tym ślubie, ale to okropne! Dlaczego ktoś chciałby pobić naszego opiekuna? On jest… taki miły! Co za okropny kot. Dostał karę?
— Chyba tak. — Szylkretka pokiwała ochoczo łebkiem. W pełni zgadzała się z tymi słowami. Złocisty Widlik był najlepszym piastunem, jakiego można było sobie wymarzyć i ten cały czekoladowy samotnik zasługiwał na karę. Ponownie wezbrała w niej złość, a jej futerko lekko się nastroszyło. — Mama mówiła, że sprawiedliwość go dosięgła… — miauknęła, przypominając sobie wcześniejszą rozmowę z Senną Łzą. — Ale nie powiedziała, o co dokładnie jej chodziło. Jak ty myślisz?
— Może dali mu do zjedzenia taką paskudną… eee… piszczkę, właśnie, piszczkę. Wiesz, taką gnijącą, śmierdzącą i oblepioną muchami. Co sądzisz? — odparła Wełnianka po chwili zastanowienia się.
W zielonych oczach Fiołka zamigotały psotne iskierki, a po wcześniejszej złości nie było już najmniejszego śladu.
— Nie, nie piszczkę! Bardziej wronią strawę — zachichotała. — A do posłania wrzucili jakieś obrzydliwe, oślizgłe robaki. I do tego dużo cierni!
Wełnianka pokiwała głową i obie zamruczały rozbawione.
— A wy dwie, może byście przesunęły się ze środka obozu. Jeśli nie zauważyłyście, to podpowiem wam, że ja, wasz zastępca, chcę przejść i stoicie mi na drodze. Nie wypada kociakom plątać się pod łapami wojownikom, a zwłaszcza tym z rodu królewskiego! — Nad koteczkami rozległo się głośne, oburzone prychnięcie.
Fiołek podniosła wzrok i zobaczyła Błękitną Lagunę, który wbił w nie swój wyczekujący wzrok.
Szylkretka zmarszczyła brwi. Przecież siedziały zaledwie parę długości ogona od żłobka, nie było powodów do marudzenia! Była przekonana, że zastępca się ich czepiał tylko dla zasady, przecież wcale nie zrobiły niczego złego.
Nastroszyła obronnie futerko i już otworzyła pyszczek, aby odpowiedzieć coś nie do końca grzecznego i uprzejmego, ale Błękitna Laguna poszedł dalej, cały czas mamrocząc pod nosem i rzucając jeszcze jedno obrzydzone spojrzenie Wełniance.
— Ja w waszym wieku… — Później słowa zlały się ze sobą i przestały tworzyć cokolwiek zrozumiałego dla uszu koteczek.
Fiołek jeszcze chwilę patrzyła się na odchodzącego kocura, a później spojrzała z oburzeniem na swoją przyjaciółkę.
— To niesprawiedliwe! — syknęła, wbijając pazurki w ziemię. — On uważa się za kogoś lepszego tylko dlatego, że jest z rodu! Ja też chcę być z rodu! — Nagle jej pyszczek wyraźnie posmutniał. — Myślisz, że jesteśmy gorsze? Tylko dlatego, że nie mamy znaczków na głowach? Tylko dlatego, że nasi rodzice nie są wysoko postawieni?
<Wełnianko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz