Przeszłość
Pojawiając się w żłobku oraz rozpoczynając rozmowę z młodym Pierścieniem, nie spodziewała się po kocurze tego typu zabaw. Jasne, kociaki często wymyślały sobie zajęcia, które zajmą ich czas w żłobku, lecz kotka nie kojarzyła, by któreś wpadło na taki pomysł. Była nieco zaintrygowana tym, ale i nieco sceptyczna, jakby doszukiwała się w tym drugiego dna, które może nawet nie istniało. W końcu nie była jeszcze oficjalnie zielarzem Owocowego Lasu i jej podejrzenia mogły być błędne.
— Mama mówi, że w obozie jest dużo żuczków! — oznajmił, przesuwając rozmarzone spojrzenie na wyjście ze żłobka. Nagle gwałtownie odwrócił głowę w kierunku Mistral. — Zabierz mnie do obozu — zażądał. — Chcę poszukać żuczków!
Na początku uczennica zamrugała parę razy, jakby upewniając się, że to, co kocurek powiedział, faktycznie miało miejsce.
— Cóż… Nie wiem, co na to twoja mama — mruknęła, spoglądając na Rohan. Ta jedynie machnęła łapą, będą pogrążona w jakiejś rozmowie z Purchawką. — W takim razie chodźmy, tylko nie oddalaj się za daleko, w obozie są też inni i możesz wpaść pod ich łapy — dodała, spokojnym krokiem opuszczając kociarnię, kiedy to srebrny niemal wybiegł, jak poparzony, lecz po chwili zwolnił, biorąc pod uwagę słowa białej lub po prostu przytłoczyła go ilość nowych doświadczeń.
❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜
Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa
Pora nowych liście powoli dobiegała ku końcowi, lecz nic nie zapowiadało, aby podobnie było w przypadku chorych Owocniaków, którzy przez ostatnie dni aż nadto odwiedzali trójkę mieszkańców dziupli. Zielarka miała wrażenie, że ledwo co jednego dnia wyleczyli parę kotów, a już następnego ze wschodem słońca zjawiały się kolejne. Dlatego też ta już nie kryła ciężkiego westchnienia, które opuściło jej pysk, gdy po śniadaniu ujrzała w dziupli kolejnego pacjenta. Na szczęście niedawno w towarzystwie Wrony uzupełniła zapas ziół, więc ten teraz nie prezentował się tak krucho.
W legowisku uzdrowicieli zawitał liliowy wojownik, ten widząc młodą kotkę, próbował się uśmiechnąć, jakby sam ten gest miał sprawić, że niebieskooka padnie do jego łap, kompletnie oczarowana kocurem. Ale właśnie, próbował, gdyż tylko na tym poprzestał z powodu bólu zęba, który mu doskwierał, powodując na pysku widoczny grymas z powodu dyskomfortu. Mimo to, niezrażony nieudaną próbą, podszedł bezpośrednio do młodszej, uważając, że to pierwsze fatalne wrażenie nie zaburzyło jego czaru i charyzmy. Ta jedynie przewróciła oczami, pozwalając Purpurze na jego dalsze przedstawienie — czekała tylko na dogodny moment, by podciąć mu skrzydła tych swoich prób oczarowania kocicy.
— Witaj p- — Nie dokończył, gdyż niebieskooka najzwyczajniej w świecie go wyminęła, jakby był tylko powietrzem. — Zaczekaj!
— Nie jestem uzdrowicielem, Gołąbek się chętnie tobą zajmie — oznajmiła. — Prawda? — spytała, spoglądając na burego, który szybko skinął głową, jakby obawiając się tego, co może się stać, gdy odmówi. — Widzisz? Więc daruj sobie te zaloty, bo one na mnie akurat nie działają. Lepiej dojdź do porozumienia z Kasztanką — rzuciła na odchodne.
Za plecami zdołała jeszcze usłyszeć, jak wojownik w końcu się poddaje i mówi uzdrowicielowi, co mu dolega. Ból zęba wyjaśniał, czemu starszemu nie udał się zawadiacki uśmiech, który miał ją oczarować. Prychnęła na to pod nosem, w Owocowym Lesie wieści szybko się rozchodzą, więc nie trudno było usłyszeć, że pomiędzy Kasztanką a Purpurą ostatnio niezbyt dobrze się układa. Biała współczuła kotce, przez chwilę zastanawiając się, jak tak dwa różne koty zdołały się połączyć w związek partnerski. Chyba zostanie to dla niej tajemnicą, dopóki sama z kimś się nie zwiąże, może wtedy dowie się, co jest tak niesamowitego w tym wszystkim.
Miała właśnie wychodzić na krótki spacer, który był po prostu sposobem na zabicie czasu, nim wróci do dziupli z nadzieją, że nie przebywa w niej pręgowany kocur. Plan ten został pokrzyżowany przez wpadnięcie na Bratek. Uczennica nawet nie zdołała wypowiedzieć ani słowa, gdy zaniosła się kaszlem, który aż wywołał lekki grymas na pysku Mistral.
— Idź do Gołąbka. Nie brzmi to na zwykły kaszel — oznajmiła i nie oczekując odpowiedzi, wyminęła młódkę, by następnie opuścić bezpieczny azyl. Nie planowała się daleko oddalać, jedynie na tyle, by w razie niebezpieczeństwa ktoś mógł przybyć z pomocą. Na samą myśl o byciu bezradnej w takiej sytuacji, trzepnęła końcówką ogona. Wizja ta bardzo jej nie leżała, lecz zdawała sobie sprawę, że na obecny moment w Owocowym Lesie jest już wystarczająco dużo kotów, które posiadają umiejętności w dziedzinie walki i medycyny — wątpiła, aby Czereśnia zgodził się jeszcze na jej doszkolenie.
Przysiadła pod jednym z drzew, obserwując, jak liście powoli kołyszą się w rytmie podmuchów powietrza. Wyglądały, jakby tańczyły do melodii, którą tylko dla nich nucił wiatr, gnający wysoko pomiędzy gałęziami w koronach potężnych drzew. W pewnym momencie w zasięgu jej wzroku pojawił się jerzyk. Pierwsza myśl, która przyszła jej do głowy, że to może Wszechmatka chce jej coś przekazać — że może nie jest sama, powinna wziąć się w garść. Jednak… czy była w stanie, widząc, w jakim stanie znajdował się Wiciokrzew? Starszy przecież był niemal cieniem dawnego siebie. I dlaczego? Ponieważ jej żal po śmierci matki był zbyt duży, by być, chociaż nieco milszą dla liliowego. W dodatku ten popełnił śmiertelny błąd. Śmiertelny nie dla niego, a dla młodego wojownika, który był bratem Purpury i Kropli.
Dotychczas nie pozwoliła sobie choćby na chwilę słabości, przecież miała na barkach zdrowie psychiczne całego Owocowego Lasu. Gdyby okazała coś innego niż spokój, zrozumienie, inni mogliby zacząć wątpić w to, czy nadaje się na zielarza. Ciężko pracowała, przykładała się do treningów i Wiciokrzewu i Purchawki. Robiła wszystko, by być najlepszą, idealną na to stanowisko.
Nawet nie zauważyła, gdy z powodu jednego ptaka po jej policzkach zaczęły spływać łzy w cichym płaczu. Płaczu, który wyrażał więcej niż słowa. Płaczu tak potrzebny dla niej, a mimo wszystko duszonym od paru księżyców. Płaczu, który pokazywał, że nie jest kimś, kto jest w stanie unieść nie tylko swoje, ale i innych problemy, zmartwienia.
Z tego stanu wyrwał ją dopiero dźwięk zbliżających się kroków, które należały do dwójki Owocniaków. Szybko przetarła łapą policzki i oczy, mając nadzieję, że nie będzie po niej widać, iż jeszcze uderzenie serca temu płakała, niczym mały kociak, który zgubił swoją mamę.
— Witaj Pierścieniu, Daglezjo — mruknęła, po odchrząknięciu, by mieć pewność, że jej głos się nie załamie w połowie słowa. — Zmierzacie na trening?
— Tak — odparła szylkretka.
— A czy… mogłabym pójść z wami i poobserwować? — Początkowo na to pytanie, wojowniczka zmrużyła nieco oczy, jakby doszukując się ukrytych intencji w tym pytaniu, lecz finalnie wzruszyła ramionami i ruszyła w dalszą drogę. Biała uznała to za niemą zgodę, więc już po chwili kroczyła obok Pierścienia, który nieco wyrósł, odkąd go spotkała po raz pierwszy. — Jak tam u ciebie Pierścieniu?
<Pierścieniu?>
Wyleczeni: Purpura, Bratek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz