tw: krew, rany.
Mały krok mało nie sprawił, że Promyk straciłaby życie. Dachy były niestabilne i wysoko ponad ścieżkami wyprostowanych. Promienne Słońce zdawała sobie z tego sprawę, kiedy wspinała się po dachach. Tym razem jednak mało nie przypłaciła tego swoim zdrowiem. Odetchnęła ciężko i powolnym krokiem kontynuowała swoją wędrówkę, w niezbyt określonym kierunku. Daszek po daszku, balkon za balkonem, parapet za parapetem w końcu zeszła na ziemię, zupełnie niedaleko swojego ulubionego parku... Potrzebowała tej chwili odetchnienia. Wszystko wokół niej bowiem zdawało się krzyczeć i powoli rozsypywać na kawałki.
Łapka szybko stała się dla niej kimś bliskim. Promyk nigdy nie sądziła, że będzie tak mocno spoufalać się z kociakiem dwunogów, a jednak. Nigdy też nie sądziła, że opuści swój klan zaraz po stracie swojego ukochanego ogona. A tu proszę. Jej życie ułożyło się w dziwny sposób. Poznała pieszczocha, wyniosła się do miasta, a teraz… teraz była tutaj.
Ostatnią noc spędziła w bardzo miłym towarzystwie na samym dachu gniazda Łapki. Był płaski, stabilny i bezpieczny, idealny na wpatrywanie się w niebo i szukanie, chociaż cienia gwiazdy. Promienne Serce tęskniła za ich błyskami. Kiedy je widziała, miała pewne poczucie, że jej wujek, tatko i brat na nią patrzą. Że pilnują jej każdego kroku i uśmiechają się w jej kierunku. Wiedzą, że podjęła swoje decyzje… Wszyscy to wiedzą. Jeśli będzie miała kiedyś szansę… chciałaby przeprosić swojego żywego brata. Może nie błagać o wybaczenie, ale wypowiedzieć wszystko, co ją trapi. Jak wściekła była, jak bardzo te emocje rzucały nią od długiego czasu i jak on stał się ofiarą jej wybuchu. Jej załamania. “Przepraszam” chciało wyrwać się z jej gardła, bo już dorosła. Już zrozumiała. Jednak nie miała szansy ich powiedzieć. Słoneczne Oko był za daleko… Poza jej zasięgiem.
A teraz... ta noc spędzona w objęciach Łapki rozsypała jej życie jeszcze bardziej. Promyk była przekonana, przez chwileczkę, że coś dla siebie znaczą. Coś więcej niż przyjaciółki, niż ulotna znajomość, która rozpadnie się przy pierwszym podmuchu wiatru. I musiało to być złudne przekonanie. Musiało… Los był parszywy.
Łapka z samego ranka czuła się źle. Beznadziejnie. Chmurka stroszyła się i powtarzała jej, że to wina jej schadzek z kocurami z osiedla, od wizyt u sąsiada i jedzenia śmieci, które wszyscy jej oferowali. Ale jej dwunóg zabrał ją w pudle do… kogoś. Chmurka nie skomentowała gdzie, chociaż wyraźnie wiedziała.
“Ciąża” było wystarczająco zrozumiałe dla wszystkich kotów, nawet w języku wyprostowanych. Łapka oczekiwała kociaki, a jej balkon pozostawał ciągle zamknięty. Serce Promyk krajało się na myśl, że właściwie to była tylko elementem zabawy pieszczoszki. Że nie znaczyła dla niej wiele i była dodatkiem do jej życia i swawoli. Promienne Słońce usiadła na brzegu małego jeziorka wykopanego w tym miejscu. Za to lubiła ten park na brzegu miasta, blisko pojedynczych, niskich gniazd. Nie było tutaj tych twardych maszyn plujących wodą w górę, nie. Tutaj stało normalne bajorko, pełne wody, lilii i ryb.
– Miło cię widzieć ponownie Promyku – Głos zza jej pleców wyrwał ją z zamyślenia.
– Krokus … – odetchnęła wojowniczka, obracając się w kierunku dźwięku. Tam stała starsza już i siwiejąca kotka. Jej pyszczek był płaski, z jednym zębem wystającym nad górną wargę. Jej ciało pokrywały blizny, które otrzymała w ciągu swojego życia i niósł się za nią zapach mułu i ziół. Była dorywczym medykiem, którego Promyk znalazła w tym parku zupełnie przez przypadek. Od tamtej pory odwiedzała ją raz na jakiś czas na krótką rozmowę o życiu albo po prostu schować się z nią w norze, zażyć odrobiny natury w tym zatrutym dymem miejscu.
– Co tak siedzisz sama na brzegu wody? – zagadnęła
– Myślę. – odparła wojowniczka. Stara kotka usiadła obok niej i zakręciła wąsami.
– A nad czym to myślisz? – zagadnęła.
– Nad miłością… rodziną ... złamanym sercu… – padła znudzona odpowiedź. Chociaż może bardziej zmęczona niż znudzona.
– Złamane serce… Trudna sprawa. Chcesz się wyżalić? – zaproponowała starsza.
– Wyżalić się… z czego? Zrobiłam sobie nadzieję bez zadawania pytań. Wina leży po mojej stronie, teraz tylko muszę się z tym pogodzić. – odparła, wzruszając ramionami.
– Rozumiem. – odparła Krokus. Promyk była wdzięczna, że kotka nie naciskała więcej. Posiedziały jeszcze chwilę w milczeniu, zanim ich rozmowa zeszła na zupełnie inny temat.
– Ucznia? Wzięłaś ucznia? – Krokus spojrzała na nią zaskoczona.
– Tak. Wzięłam. Jakoś tak ze trzy dni temu, ale jej wyprostowani nie wypuszczają jej jeszcze z domu. Siedzą w nim z nią całymi dniami. Podobno jutro z samego rańca ma być wolna i gotowa… – mruknęła Promyk. Miały już całą jedną lekcję i to głównie z wchodzenia na płot.
– Zaskakujesz mnie coraz bardziej. Koty klanowe wydają się mieć takie dobre serce. – Promienne Słońce miała ochotę zaśmiać się na słowa kotki, jednak zrezygnowała. Życie klanu nie było proste. Z pewnością nie prostsze niż życie na ulicach miasta. Wszystko miało swoje zalety i wady, ale koty z klanu, który znała Promyk, nie były miłe, z paroma wyjątkami. Jagienka, Słoneczne Oko, Tawułowa Bryza… W klanach istniało ciepło i miłość. Po czym cienie na ścianach zaczynały tańczyć w ognisku iluzji zapalonym przez zło, które czyha w kątach. I ono rozpala to ognisko coraz bardziej, a komfortowe cienie zwiększają się w ułudzie pozornej miłości. I robią się większe i dłuższe aż w końcu stają się tylko zniekształconym wypaczeniem rzucanym na ścianę przez pożar, którego nie da się już ugasić.
Promyk tak bardzo żałowała swoich decyzji. Skrzywdzenia brata, niewypowiedzenia się o niewinności Tawuły czy nie pożegnała z ojcem. Jedyne czego nie żałowała to, że uciekła spod władzy Mirtowego Lśnienia.
– Więc jutro pierwsza prawdziwa sesja treningowa, co? – Krokus uśmiechnęła się szeroko.
– Tak… – Promyk westchnęła. To będzie długi poranek.
Tak też było. Zjawia się o świcie i zasiadła na dachu gniazda Truskawki. Ruszyła się z niego, dopiero kiedy drzwi jej gniazda trzasnęły i jej dwunogi wyszły z domu i wsiadły do swojego potwora. Promyk zeskoczyła z dachu do ogrodu i zajrzała na wielkie szklane drzwi. Wyglądały jak te na balkonie Łapki. Promyk potrząsnęła głową, odganiając to nieprzyjemne wspomnienie. Podeszła do małego okienka w nich i szturchnęła je łapą. To ugięło się pod naciskiem i pozwoliło jej wsunąć się do środka. Tam Promyk rozejrzała się po gnieździe.
– Truskawko? – zawołała.
– Promyk! – dzieciak wyłonił się z jakiegoś innego pomieszczenia. – To już? Co robisz w środku? Wiesz jak wejść? Widziałaś, jak ja wchodzę?
– Za dużo pytań, za mało słuchania. – mruknęła Promienne Słońce. – Skoro zostałam Twoją mentorką, to mów mi pełnym imieniem. Promienne Słońce.
– Promienne Słońce… Nie wiedziałam, że masz pełne imię! Ma jakieś znaczenie? Kto ci je nadał? Czemu przedstawiłaś się jako Promyk?– rozpędziła się biała koteczka.
– Za dużo pytań. Nie mamy na to czasu. Teraz za mną. Wychodzimy. – oznajmiła wojowniczka i prześlizgnęła się z powrotem na świeże powietrze. Och jak dobrze jest żyć na łonie natury. Jej nowy uczeń wystąpił za nią i z ekscytacją przebiegł po trawie, zatrzymując się pod płotem.
– Co dzisiaj będziemy robić?! – zapytała ekscytacją.
– Dzisiaj… przejdziemy się po terenach. Zapoznamy się z drogami, ścieżkami, dachami, znakami orientacyjnymi i jak wrócić do swojego gniazda z dowolnego miejsca. Zapachy, widoki. Taki partol. – mruknęła Promyk, wskakując na płot. Chwilę poczekała, aż ten nieporadny kociak wespnie się za nią. Truskawka popatrzyła się na swoją mentorkę z ekscytacją.
– Czy potem będę mogła też zwiedzać sama!? – zapytała. Jej uszy były postawione na sztorc, a oczy świeciły się tą dziecięcą ciekawością.
– Nie. Nie od razu przynajmniej. Parę razy zapoznamy się z tym terenem, a potem będziesz musiała wrócić sama do gniazda. Raz za dnia... raz w nocy.
– Ale w nocy moi wyprostowani zamykają mi drzwi… – kociak przechylił głowę na bok.
– Znajdzie się jakiś sposób. Moment nieuwagi, uchylone drzwi, niedomknięte okno… – Promyk poklepała ją po czubku głowy. Może nie będzie tak źle z tym dzieciakiem jako uczniem. – Dobra… idziemy!
I poszły. Zwiedzanie odbywało się powoli. Promyk upewniała się, że Truskawka powącha wszystko, co może i nazwała każdy element otoczenia. Widocznie jej się czasem nudziło to wszystko. Chciała już, chciała do przodu.
– Jak się kot spieszy, to się lis cieszy. – mruknęła do niej w końcu Promyk. – Jeśli nie nauczysz się tego porządnie, nie będziesz miała podstaw do nauczenia się maskowania, obserwacji, przechodzenia przez ulicę, skakania po balkonach. Jeśli się zgubisz, bo nie wiesz, gdzie jesteś… Nie uratuje cię nic. Wielu samotników nie jest miłych i już się o tym przekonałaś. – mruknęła Promyk. – Są na tym świecie koty, które rozerwą cię za samo istnienie. Są takie, które tylko na ciebie prychną i sobie pójdą. Są dwunożni, który zwrócą cię do domu, a są tacy, co wyniosą cię do zupełnie obcych miejsc. – oznajmiła Truskawce, której mina zrzedła nieco. – Nie chcę cię straszyć, ale życie w mieście nie jest piękne. Życie w lesie także. Musisz się tego nauczyć, nieważne jak bardzo ci się to nudzi. Musisz być bezpieczna.
– … Dlaczego ktoś miałby chcieć mnie skrzywdzić?! Przecież nic im nie zrobiłam!– pisnęła uczennica.
– Bo nie wszystkie koty są dobre. Nie obchodzi ich czy im coś zrobiłaś, czy nie…
Truskawka potem skupiła się na zadaniu znacznie bardziej. Włożyła w to całe swoje zaangażowanie i Promyk nawet ją pochwaliła. W końcu dobrze jej szło! Obserwowała wszystko uważnie, nazywała zdarzenia, przedmioty, gniazda. Budowała w tej małej główce mapę swojego legowiska dwunożnych i okolic. I Promienne Słońce wiedziała, że będzie ją zabierać dalej i dalej. Budować większą i większą mapę, aby ten kociak zawsze wiedział jak wrócić do domu…
– A … to? Co to? – Truskawka zadała jej ciekawskie pytanie, wskazując na drobinki bordowych kropelek odbitych na trawie. Promyk zmarszczyła nos zaraz po powąchaniu.
– Krew… W miarę świeża… – wojowniczka nastawiła uszy i wsłuchać się uważnie. Szum potworów nie był tutaj tak ciężki, ale jednak nadal górował nad śpiewem lasu, więc ciężko było jej wychwycić jakiekolwiek podejrzany dźwięk. Dopóki nie usłyszała bolesnego jęku. Zjeżyła się i od razu przeszła przed Truskawkę. Nie ważne kto to był, mógł być niebezpieczny. Ciekawska uczennica zrozumiała przekaz i nie pchała się przed jej łapy, kiedy szły w kierunku nieszczęśnika.
Za rogiem Promyk najpierw zobaczyła sporo krwi. Potem poczuła ten znajomy zapach Klanu Klifu schowany pod metalicznym smrodem rozlanej cieczy. Podeszła bliżej żwawym krokiem.
– Dużo krwi! Musimy mu pomóc! Szybko!– Truskawka spanikowała. Jej oczy były rozszerzone w strachu i przerażeniu. Zastygła w miejscu, ale z jej gardła wyrywały się kolejne monologi.
–Opanuj się Truskawko. Cisza! – i uczennica zamilkła – To ktoś znajomy. – oznajmiła jej Promyk. Nachyliła się nad kotem, który poruszył nerwowo uchem. – Już mu pomagam!
– P... Pro... Promienne… S… Słońce? – szepnął. Jego głos był słaby, ledwo słyszalny.
– Tak. Gąsienicowy Ogryzku… Co się stało? – spytała zaskoczona Promyk.
– Zosta… Zostałem wygnany… – miauknął boleśnie. – Zaatakowali mnie, zanim odeszli… Boli… Nic nie widzę…
– Co? Nie... Nie tak mają wyglądać wygnania… – prychnęła Promyk. – Dobra. Wstawaj. – pchnęła go nieco ramieniem. – Musisz wstać, żebym mogła cię przerzucić przez plecy. – poleciła mu. Kot podniósł się na trzęsących się łapach. Promyk mogłaby poprosić swoją uczennicę o pomoc, ale nie chciała pobrudzić jej białego futra krwią.
– Dobrze… Tak trzymaj, jeszcze kawałek. – instruowała go.
– Pomóc? – Truskawka zajrzała na nich z miną niepokoju.
– Nie. Jak się pobrudzisz krwią, to twoi dwunodzy nie wypuszczą cię do dorosłości! – mruknęła i szybkim ruchem opuściła bok Ogryzka, aby wsunąć się pod niego. Kot, kiedy tylko stracił podparcie w jej silnym boku, zaczął od razu opadać. Prosto na jej plecy. Promyk jeszcze tylko poprawiła go trochę za przednią łapę, otrzymując bolesny jęk. – Wytrzymasz… – oznajmiła.
– Co teraz? Co teraz? – Truskawka podeszła bliżej. Jej łapki były pokryte cienką warstwą czerwieni.
– Idę z nim do mojej znajomej samotniczki.
– Idę z wami! Idę z wami!!! – zawołała Truskawka.
– To daleko… Idź do domu.
– Nie. Proszę. Ja będę grzeczna i będę się słuchać. I wrócę do domu przed powrotem moich dwunożnych, obiecuję! – promyk spojrzał a na nią. Nie miała czasu się kłócić. Kot na jej barkach powoli się wykrwawiał.
– Dobrze… Żwawo! Musisz nadążać. – To pewnie nie było zbyt ciężkie zadanie, zważając, że Promyk miała na palach kota swojej wielkości.
Droga do parku nie była długa, ale z pewnością była ciężka, gdyż pod górkę. Promienne Serce zmachała się niemiłosiernie, ale wtargała Gąsienicowego Ogryzka na samą górę i do dziupli skrytej między płaczącymi wierzbami przy wodzie. Muł i błoto utrudniały jej poruszanie się, ale wpadła do środka zmachana. Krokus podniosła na nią swoje wielkie, zaskoczone oczy.
– Och… – mruknęła i od razu ruszyła do akcji. Nie była doświadczoną zielarką ani medyczną. Umiała zrobić tylko podstawy, ale to nadal więcej niż Promyk. Truskawka usiadła sobie z boku poinstruowana przez obie starsze kotki, kiedy te krzątały się i próbowały zrobić, co mogły dla biednego klifaka.
Kiedy Ogryzek był już stabilny, Promyk usiadła obok swojej uczennicy.
– Całkiem niezły pierwszy trening co? – zagadnęła, drapiąc się po brodzie.
– Tak… – mruknęła koteczka i zamilkła.
– Dobra. To wszystko na razie co mogę dla niego zrobić. Zostaw mi go tutaj na chwilę… Żeby nie wdała się infekcja.
– Pewnie. Dziękuję Ci Krokusie. Znajdę dla ciebie jakiegoś soczystego szczura za tę przysługę. – Obiecała starszej kotce.
– Jak znajdziesz zamiast tego, jakiegoś dobrego dwunożnego resztka to byłoby lepiej dla mnie. Najlepiej ten taki płaski placek z czerwonym sosem.
– Dobrze… Postaram się coś ukraść. – miauknęła wojowniczka w odpowiedzi. – A teraz idę odprowadzić tego łobuza… I dopilnować, żeby wymyła łapy.
– Dobra myśl. Dobrej nocy… wróć jutro, proszę. Pomożesz mi go przełożyć na posłanie, jakie przygotuję.
– Dobrze.
I dwie koteczki wyszły z nory pod płaczącą wierzbą.
– Odprowadzę cię. – mruknęła Promienne Słońce. – Chodź. – i na tym się skończył ich trening. Promyk musiała upolować płaski placek z sosem dla Krokus…
– Truskawko? – zawołała.
– Promyk! – dzieciak wyłonił się z jakiegoś innego pomieszczenia. – To już? Co robisz w środku? Wiesz jak wejść? Widziałaś, jak ja wchodzę?
– Za dużo pytań, za mało słuchania. – mruknęła Promienne Słońce. – Skoro zostałam Twoją mentorką, to mów mi pełnym imieniem. Promienne Słońce.
– Promienne Słońce… Nie wiedziałam, że masz pełne imię! Ma jakieś znaczenie? Kto ci je nadał? Czemu przedstawiłaś się jako Promyk?– rozpędziła się biała koteczka.
– Za dużo pytań. Nie mamy na to czasu. Teraz za mną. Wychodzimy. – oznajmiła wojowniczka i prześlizgnęła się z powrotem na świeże powietrze. Och jak dobrze jest żyć na łonie natury. Jej nowy uczeń wystąpił za nią i z ekscytacją przebiegł po trawie, zatrzymując się pod płotem.
– Co dzisiaj będziemy robić?! – zapytała ekscytacją.
– Dzisiaj… przejdziemy się po terenach. Zapoznamy się z drogami, ścieżkami, dachami, znakami orientacyjnymi i jak wrócić do swojego gniazda z dowolnego miejsca. Zapachy, widoki. Taki partol. – mruknęła Promyk, wskakując na płot. Chwilę poczekała, aż ten nieporadny kociak wespnie się za nią. Truskawka popatrzyła się na swoją mentorkę z ekscytacją.
– Czy potem będę mogła też zwiedzać sama!? – zapytała. Jej uszy były postawione na sztorc, a oczy świeciły się tą dziecięcą ciekawością.
– Nie. Nie od razu przynajmniej. Parę razy zapoznamy się z tym terenem, a potem będziesz musiała wrócić sama do gniazda. Raz za dnia... raz w nocy.
– Ale w nocy moi wyprostowani zamykają mi drzwi… – kociak przechylił głowę na bok.
– Znajdzie się jakiś sposób. Moment nieuwagi, uchylone drzwi, niedomknięte okno… – Promyk poklepała ją po czubku głowy. Może nie będzie tak źle z tym dzieciakiem jako uczniem. – Dobra… idziemy!
I poszły. Zwiedzanie odbywało się powoli. Promyk upewniała się, że Truskawka powącha wszystko, co może i nazwała każdy element otoczenia. Widocznie jej się czasem nudziło to wszystko. Chciała już, chciała do przodu.
– Jak się kot spieszy, to się lis cieszy. – mruknęła do niej w końcu Promyk. – Jeśli nie nauczysz się tego porządnie, nie będziesz miała podstaw do nauczenia się maskowania, obserwacji, przechodzenia przez ulicę, skakania po balkonach. Jeśli się zgubisz, bo nie wiesz, gdzie jesteś… Nie uratuje cię nic. Wielu samotników nie jest miłych i już się o tym przekonałaś. – mruknęła Promyk. – Są na tym świecie koty, które rozerwą cię za samo istnienie. Są takie, które tylko na ciebie prychną i sobie pójdą. Są dwunożni, który zwrócą cię do domu, a są tacy, co wyniosą cię do zupełnie obcych miejsc. – oznajmiła Truskawce, której mina zrzedła nieco. – Nie chcę cię straszyć, ale życie w mieście nie jest piękne. Życie w lesie także. Musisz się tego nauczyć, nieważne jak bardzo ci się to nudzi. Musisz być bezpieczna.
– … Dlaczego ktoś miałby chcieć mnie skrzywdzić?! Przecież nic im nie zrobiłam!– pisnęła uczennica.
– Bo nie wszystkie koty są dobre. Nie obchodzi ich czy im coś zrobiłaś, czy nie…
Truskawka potem skupiła się na zadaniu znacznie bardziej. Włożyła w to całe swoje zaangażowanie i Promyk nawet ją pochwaliła. W końcu dobrze jej szło! Obserwowała wszystko uważnie, nazywała zdarzenia, przedmioty, gniazda. Budowała w tej małej główce mapę swojego legowiska dwunożnych i okolic. I Promienne Słońce wiedziała, że będzie ją zabierać dalej i dalej. Budować większą i większą mapę, aby ten kociak zawsze wiedział jak wrócić do domu…
– A … to? Co to? – Truskawka zadała jej ciekawskie pytanie, wskazując na drobinki bordowych kropelek odbitych na trawie. Promyk zmarszczyła nos zaraz po powąchaniu.
– Krew… W miarę świeża… – wojowniczka nastawiła uszy i wsłuchać się uważnie. Szum potworów nie był tutaj tak ciężki, ale jednak nadal górował nad śpiewem lasu, więc ciężko było jej wychwycić jakiekolwiek podejrzany dźwięk. Dopóki nie usłyszała bolesnego jęku. Zjeżyła się i od razu przeszła przed Truskawkę. Nie ważne kto to był, mógł być niebezpieczny. Ciekawska uczennica zrozumiała przekaz i nie pchała się przed jej łapy, kiedy szły w kierunku nieszczęśnika.
Za rogiem Promyk najpierw zobaczyła sporo krwi. Potem poczuła ten znajomy zapach Klanu Klifu schowany pod metalicznym smrodem rozlanej cieczy. Podeszła bliżej żwawym krokiem.
– Dużo krwi! Musimy mu pomóc! Szybko!– Truskawka spanikowała. Jej oczy były rozszerzone w strachu i przerażeniu. Zastygła w miejscu, ale z jej gardła wyrywały się kolejne monologi.
–Opanuj się Truskawko. Cisza! – i uczennica zamilkła – To ktoś znajomy. – oznajmiła jej Promyk. Nachyliła się nad kotem, który poruszył nerwowo uchem. – Już mu pomagam!
– P... Pro... Promienne… S… Słońce? – szepnął. Jego głos był słaby, ledwo słyszalny.
– Tak. Gąsienicowy Ogryzku… Co się stało? – spytała zaskoczona Promyk.
– Zosta… Zostałem wygnany… – miauknął boleśnie. – Zaatakowali mnie, zanim odeszli… Boli… Nic nie widzę…
– Co? Nie... Nie tak mają wyglądać wygnania… – prychnęła Promyk. – Dobra. Wstawaj. – pchnęła go nieco ramieniem. – Musisz wstać, żebym mogła cię przerzucić przez plecy. – poleciła mu. Kot podniósł się na trzęsących się łapach. Promyk mogłaby poprosić swoją uczennicę o pomoc, ale nie chciała pobrudzić jej białego futra krwią.
– Dobrze… Tak trzymaj, jeszcze kawałek. – instruowała go.
– Pomóc? – Truskawka zajrzała na nich z miną niepokoju.
– Nie. Jak się pobrudzisz krwią, to twoi dwunodzy nie wypuszczą cię do dorosłości! – mruknęła i szybkim ruchem opuściła bok Ogryzka, aby wsunąć się pod niego. Kot, kiedy tylko stracił podparcie w jej silnym boku, zaczął od razu opadać. Prosto na jej plecy. Promyk jeszcze tylko poprawiła go trochę za przednią łapę, otrzymując bolesny jęk. – Wytrzymasz… – oznajmiła.
– Co teraz? Co teraz? – Truskawka podeszła bliżej. Jej łapki były pokryte cienką warstwą czerwieni.
– Idę z nim do mojej znajomej samotniczki.
– Idę z wami! Idę z wami!!! – zawołała Truskawka.
– To daleko… Idź do domu.
– Nie. Proszę. Ja będę grzeczna i będę się słuchać. I wrócę do domu przed powrotem moich dwunożnych, obiecuję! – promyk spojrzał a na nią. Nie miała czasu się kłócić. Kot na jej barkach powoli się wykrwawiał.
– Dobrze… Żwawo! Musisz nadążać. – To pewnie nie było zbyt ciężkie zadanie, zważając, że Promyk miała na palach kota swojej wielkości.
Droga do parku nie była długa, ale z pewnością była ciężka, gdyż pod górkę. Promienne Serce zmachała się niemiłosiernie, ale wtargała Gąsienicowego Ogryzka na samą górę i do dziupli skrytej między płaczącymi wierzbami przy wodzie. Muł i błoto utrudniały jej poruszanie się, ale wpadła do środka zmachana. Krokus podniosła na nią swoje wielkie, zaskoczone oczy.
– Och… – mruknęła i od razu ruszyła do akcji. Nie była doświadczoną zielarką ani medyczną. Umiała zrobić tylko podstawy, ale to nadal więcej niż Promyk. Truskawka usiadła sobie z boku poinstruowana przez obie starsze kotki, kiedy te krzątały się i próbowały zrobić, co mogły dla biednego klifaka.
Kiedy Ogryzek był już stabilny, Promyk usiadła obok swojej uczennicy.
– Całkiem niezły pierwszy trening co? – zagadnęła, drapiąc się po brodzie.
– Tak… – mruknęła koteczka i zamilkła.
– Dobra. To wszystko na razie co mogę dla niego zrobić. Zostaw mi go tutaj na chwilę… Żeby nie wdała się infekcja.
– Pewnie. Dziękuję Ci Krokusie. Znajdę dla ciebie jakiegoś soczystego szczura za tę przysługę. – Obiecała starszej kotce.
– Jak znajdziesz zamiast tego, jakiegoś dobrego dwunożnego resztka to byłoby lepiej dla mnie. Najlepiej ten taki płaski placek z czerwonym sosem.
– Dobrze… Postaram się coś ukraść. – miauknęła wojowniczka w odpowiedzi. – A teraz idę odprowadzić tego łobuza… I dopilnować, żeby wymyła łapy.
– Dobra myśl. Dobrej nocy… wróć jutro, proszę. Pomożesz mi go przełożyć na posłanie, jakie przygotuję.
– Dobrze.
I dwie koteczki wyszły z nory pod płaczącą wierzbą.
– Odprowadzę cię. – mruknęła Promienne Słońce. – Chodź. – i na tym się skończył ich trening. Promyk musiała upolować płaski placek z sosem dla Krokus…
<Truskawko?>
[2161 słów - Trening Truskawki]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz