— Mamo, czy mogę pobawić się z kociętami Fląderki? — zamruczał do zwęglonej, zwracając jej uwagę na sobie raz jeszcze. Po niedługim namyśle kiwnęła lekko głową. Domyślał się, że będzie musiał śledzić jej gesty co jakiś czas, w razie, gdyby kazała mu wrócić. Na zgodę z jej strony zareagował radosnymi mruknięciami, żeby nie zbudzić Orzeszki, a w jego oczkach zatańczyła czysta ekscytacja. — Dziękuję, mamusiu! — podszedł do jej piersi i wtulił się w nią, jeszcze zanim nie podreptał w stronę czwórki, starszych od niego o parę dni kociaków. A dokładniej do jednego z nich, ponieważ wydawało mu się, że siedział taki sam i smutny. Nie chciał, żeby ktokolwiek był smutny, a gdyby tego było mało, to sam!
Gęste trzcinowe mury otulały obóz, uniemożliwiając promieniom słońca dalszego wpadania do legowisk zbudowanych we wnętrzu krzewów. Oczom malucha ukazał się drugi kociak o smukłej budowie i puchatym wyglądzie. Miał długie łapy, dzięki czemu był odrobinę wyższy od Drzemlika. Wyraz pyszczka miał zaciekawiony i łagodny. Nakrapiany podszedł do niego z zadowoleniem na mordce.
— Cześć! Nazywam się Drzemlik, a ty? — zamiauczał z zadowoleniem, przyglądając się Nocniakowi. Brązowy czaił się i rozglądał na boki, czy nikt przypadkiem na niego nie patrzył w danej chwili. Z dorosłych oczywiście, jeden kociak nie robił mu chyba szczególnej różnicy, skoro go nie pogonił od razu.
— Lipieniek — przedstawił się, zjeżdżając pomarańczowymi oczkami z przedmiotu pod swoją łapą. Drzemlik powędrował lusterkami w kierunku tego, co trzymał nowopoznany kolega. — Chodź, zwiedzimy obóz! — powiedział nagle łaciaty, a jego wąsy zafalowały lekko. I w tej chwili przedmiot pod poduszką przestał być istotny w obliczu wizji tak wielkiej przygody. Zwęglony zrobił duże oczka, wracając źrenicami do mamy. Czy Świteziankowe Jezioro by mu pozwoliła? Czy nie gniewałaby się na niego? Jednak zauważywszy, że karmicielka obecnie odpoczywała, poczuł lekkie ukłucie niepokoju. Może nie powinien iść? Złocisty Widlik w tej chwili upewniał się, czy z Komarem wszystko w porządku, bo szlochał cichutko. Możliwe, że uderzył się w łapę i potrzebował jakoś rozładować emocje. Biedny.
Lipieniek, zauważywszy reakcję niebieskiego, pokręcił głową i przekroczył próg pewnie. Drzemlik nie chciał być w tyle za kolegą, dlatego również poszedł.
Obóz Klanu Nocy był ogromny! Ilość legowisk, rzeczy dookoła… wszystko było takie ciekawe i niezwykle jaskrawe. Grunt pod łapkami był mokry i lepił się do poduszek kocięcia, chociaż pręgus nie wydawał się tym szczególnie przejęty. Świeże powietrze przeczesywało jego malutki grzbiet, posyłając wzdłuż niego ciarki podekscytowania. Tak wiele zapachów mieszało się ze sobą, że aż się zdziwił. Miał wrażenie, jakby postawiono przed nim obraz z jego snów. Ciężko mu było uwierzyć, że jakiekolwiek miejsce mogło być tak piękne! Wielkimi ślepkami lustrował każdą najmniejszą rzecz, gdy nagle wpadł przypadkowo w kolegę. Nie znaleźli się aż tak daleko od kociarni, bowiem każdy kot, który by z niej wystawił, choćby pół pyska, by ich dostrzegł bez problemu. Niebieski upadł na zadek z cichym sapnięciem, a Lipieniek wytrzymał zderzenie, chociaż zerknął na Drzemlika z lekkim poirytowaniem. Strzepnął uchem.
— Zobacz na to! — I palcem wskazał na lekkie wgłębienie, a w nim swego rodzaju, nietypowa konstrukcja, po której pełzała masa ślimaków z powodu opadów, które miały miejsce dzisiejszej nocy.
— Co to jest? — zapytał, nie mogąc zrozumieć, na co patrzył. Przekrzywił delikatnie główkę na bok. Owady leżały w mokrej dziurze, nie kiwając nawet palcem w celu poruszenia się. Były intensywnie żółte, zabarwione masą czarnych pasów wzdłuż kręgosłupów. Skrzydła miały przezroczyste, jednak nie wydobywał się z nich dźwięk bzyczenia. Zamiast tego pełzała po nich masa ślimaków z dużymi muszlami. Drzemlik sięgnął łapką po jednego, zastanawiając się, czym były te istotki.
— Może weźmy po jednym i zaniesiemy to Złocistemu Widlikowi? On pewnie będzie wiedział — buras się widocznie zamyślił, a żółtooki pochwycił w tej chwili jednego z oblepionych śluzem gości obozu Klanu Nocy, kiwając przy tym główką na zgodę. Lipieniek zaś pazurkami wielkości igły, uniósł jedną z martwych os.
— Jest mokry i zimny! I się lepi do moich palców — zaraportował Drzemlik w formie ciekawostki, a nie po to, żeby się żalić w związku z tym. Był tak naprawdę zafascynowany nowymi istotami. Musiał jakoś muszlę chwycić zębami, bo przecież wszystkie łapy zajęte były przez obowiązek chodzenia… Dlatego też schylił się i ujął szczękami winniczka.
<Lipieńku, ja nie wiem, że to podziemne osy, ale już martwe. Może nas nie użądlą, a ślimak stanie się naszym nowym zwierzaczkiem>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz