BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drzemlikowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drzemlikowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

17 września 2026

Od Drzemlika (Drzemlikowej Łapy) CD. Wełnianki (Wełniankowej Łapy)

Przeszłość

Drzemlik pokiwał ochoczo główką, usłyszawszy słowa vanki. Gdyby miał nieskończone ilości energii oraz czasu, najprawdopodobniej spędziłby jeszcze wiele księżyców, powtarzając właśnie ten dzień. Nie sądził, że zabawa z innymi kociętami mogła być taka świetna. Oczywiście, z Orzeszką również doskonale się bawił! Kochał swoją siostrzyczkę nad życie, jednak dobrze było zakolegować się również z resztą mieszkańców żłobka.
— Przez chwilę myślałem, że prawdziwy borsuk mnie goni, świetnie ci to wyszło! — mówił, poruszając delikatnie ogonem na boki. — Może pobawimy się tak jeszcze raz jutro? I bardzo chciałbym się z tobą zakolegować! Jeszcze z nikim się tak dobrze nie bawiłem — wymruczał, układając się wygodnie. Oczka zaczęły mu się powoli kleić, ale nie chciał przecież pokazywać koleżance, że się zmęczył i potrzebował spać! Potarł łapką jedno z oczu, a potem zaczął nieudolnie czyścić sobie wąsy z paprochów.

***

Teraźniejszość

— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — zawołała Mandarynkowa Gwiazda, owijając swoje łapy gęstym, srebrnym ogonem. Drzemlik wygramolił się ze żłobka u boku Orzechówki, swojej kochanej siostrzyczki, a za nimi mamusia, Świtezianka. Kotlina po paru uderzeniach serca wypełniła się kotami, ustawiającymi się starannie na swoje miejsca w celu wysłuchania, co miała do powiedzenia ich liderka. Wszystkie spojrzenia padły na mównicę, a niebieski kocurek czuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej. Czy dzisiaj był ten pamiętny dzień, kiedy zostanie mianowany uczniem wraz z Orzeszką? Na samą myśl w jego oczach zatańczyły iskierki podekscytowania. Trzciny szeleściły na chłodnym wietrze Pory Opadających Liści, jednocześnie doskonale blokując niezwykle bladziutkie promienie słońca z góry. Drzemlik czuł szorstki język matki przejeżdżający mu po policzku. Przysunął się do niej bliżej, mrucząc cichutko. Bardzo lubił, gdy mama pomagała mu w pielęgnacji futra. On miał tendencję do wylizywania swojego włosia w złym kierunku, przez co zawsze sterczało, ilekroć próbował nauczyć się sztuki dbania o siebie. Miał jednak o tyle łatwiej, ponieważ porastały go krótkie kłosy, w porównaniu do jego siostrzyczki, która długością futra, a nawet kolorem, wdała się raczej w mamusię.
— Drzemliku, wystąp.
Kocurek poczuł, jak serce podskakuje mu wręcz do gardła. Nie był pewien, czy to ze strachu, czy podekscytowania, jednak prędko pocieszył się myślą, że był tutaj przecież bezpieczny. Dlatego też nie odczytał tego w negatywny sposób i ruszył przed szereg kotów nieco nieśmiało, ale na tyle pewnie, na ile był fizycznie w stanie. Nawet uniósł ogon do góry z zadowolenia. Podniósł głowę do góry i spojrzał na Mandarynkową Gwiazdę. Siwe włoski porastały jej pyszczek, nadgryziony już przez ząb czasu. Mimo to nadal była bardzo piękna.
— Drzemliku, jesteś z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniesz swój trening. Od dzisiaj aż do czasu, gdy zdasz test, będziesz nazywać się Drzemlikowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Szepcząca Hipnoza, a ty nie będziesz szkolić się na wojownika. Zostaniesz ogrodnikiem — powiedziała pewnie, wzrokiem szukając wspomnianej kotki w tłumie. Wśród kotów wzniosły się ciche pomruki zaskoczenia, chociaż większość z nich pozostała w milczeniu. Skinęła jej głową, a niebieska pointka wyszła przed szereg, wywołana. Nieśmiało zgarbiła się, stając przed niebieskim kocurkiem. Była od niego wyższa, chociaż niewiele. Ilość przeróżnych ozdóbek w jej kłosach wprawiały go w zachwyt. Wlepił duże oczka w nowo poznaną, posyłając jej pocieszający uśmiech. Ciekawe, czy stresowała się bardziej niż on? Niech nic się nie martwi, on już zadba, żeby się więcej uśmiechała! Tak, jak dbał o mamusię.
Tak, jak nakazywała tradycja, zetknęli się nosami. Drzemlikowa Łapa spojrzał na wszystkich zebranych, a jego cieniutki ogon podrygiwał z rozemocjonowania. Nigdy wcześniej nie miał na sobie tylu oczu i poczuł się tym odrobinę przytłoczony, jednak nie na tyle mocno, żeby z tego powodu na cokolwiek narzekać. W rzeczywistości był niezwykle wdzięczny, iż otrzymał taką szansę! Bo nie każdy mógł dostąpić takiego zaszczytu.
— Drzemlikowa Łapa! Drzemlikowa Łapa! — odbijało się jeszcze, ginąc w gęsto porośniętych dookoła obozu trzcinach, pnących się niemal do samego nieba.

***

Kocurek spojrzał na swoje odbicie w wodzie. Obraz niebieskiego, pręgowanego pyszczka rozmył się po wzburzonej tafli, obijającej się o piaszczysty brzeg. Chłodna ciecz dotknęła jego poduszeczek łap, na co kocurek zapiszczał cicho, chociaż nie z przerażenia, a raczej zdziwienia, że woda mogła być taka zimna. Gdy był jeszcze w kociarni, Złocisty Widlik uczył go pływać w malutkim zbiorniku, różnica była jednak taka, że tamto miejsce miało wyżej dno i było je widać z góry, a ponadto woda go raczej grzała, niżeli oziębiała. Dlatego też musiał przyzwyczaić się do takiej zmiany. Spojrzał na Szepczącą Hipnozę, nieśmiało i dość niezręcznie wpatrującą się w niego. Czy powinien powiedzieć coś jako pierwszy?
— W żłobku uczyłem się już nieco pływać — zaczął, poruszając lekko uchem. — Umiałem nawet nurkować! Dlatego myślę, że nie sprawi mi kłopotu dzisiejsza lekcja — próbował ją zapewnić, chociaż sam nie był pewien; zapewniał siebie, czy może pointkę?
Kocica pokiwała lekko głową.
— W-wiem. Każde kocię uczyło się pływać pod okiem piastuna. Woda tutaj jednak różni się diametralnie, jak już zdążyłeś z pewnością poczuć. Jest d-d…użo chłodniejsza, szczególnie teraz, Porą Opadających Liści. Nie uniesie cię tak łatwo, jak zbiornik w k-kociarni, tutaj musisz myśleć nad każdym swoim ruchem. Nie wątpię jednak w twoje umiejętności — wymruczała, robiąc co jakiś czas przerwy w wypowiedzi. Drzemlikowa Łapa kiwał głową, dając jej tym samym znać, że słuchał.
— Spróbuj się zanurzyć. Będę cię p-pilnować — poleciła mu, a on wrócił jasnymi ślepkami do wody przed sobą. Nie miał co się nastawiać od razu na najgorsze! W końcu wojowniczka z pewnością by go uratowała, w razie kryzysu. Dlatego też zanurzył jedną łapkę, a mroźny dreszcz poniósł mu się wzdłuż kręgosłupa, podnosząc futerko gdzieniegdzie. Wzdrygnął się, ale nie zamierzał poddawać. Druga łapa skończyła w wodzie, a on miał wrażenie, że czuł, jak krew, przynajmniej częściowo, odchodzi mu z kończyn. Nie było to przyjemne, dlatego też kłosy wzdłuż kręgosłupa stanęły mu dęba.
— Aah! Strasznie zimna ta woda — powiedział, otrzepując się z niewidzialnej cieczy. W końcu nie zanurzył się jeszcze na tyle głęboko, żeby tak robić, jednak poczuł taką potrzebę. Szepcząca Hipnoza zachęciła go do tego, żeby wszedł cały. Dlatego też kontynuował. Zanurzył brzuch, a potem granat pochłonął również jego boki. Wreszcie, znalazł się w sytuacji, w której wystawał tylko łeb. Zaczął wykonywać zamaszyste ruchy, czując, że się zapada. Szepcząca Hipnoza przybliżyła się do niego, pozwalając mu oprzeć się o własny bok.
— Musisz spokojniej odpychać wodę. Jeśli będziesz panikował, to będziesz się topił — powiedziała, strzygąc lekko wąsami. Drzemlikowa Łapa pokiwał łebkiem, trzęsąc się z zimna. Było to trudniejsze, niż przypuszczał. Zrobiło mu się aż głupio, że tak się wychwalał, zanim w ogóle wszedł cały do wody. Nie było jednak miejsca na wycofanie się, chciał coś osiągnąć! Dlatego też odsunął się lekko od mentorki łapkami i z ogonem nad taflą, zaczął młócić łapkami wodę, tym razem dużo spokojniej niż chwilę temu. Nie dotykały dna. Jego ruchy stały się bardziej przemyślane, a on sam wyglądał niczym mała wydra w wodzie. Od zawsze lubił pływać i nierzadko prosił Złocistego Widlika o dodatkowe sesje, żeby tylko móc poczuć wodę otulającą go niczym ciepłe łapy matki. Musiał obrać w tym środowisku inną taktykę i postępując zgodnie z poleceniem, udało mu się unieść nad wodą, jednocześnie nie marnując przy tym zbyt wiele potrzebnej energii. Chwilę jeszcze pomłócił łapami, gdy Szepcząca Hipnoza wynurzyła się z wody i przysiadła na brzegu, a kropelki skapywały jej z długich kłosów. Kiwnęła wreszcie głową.
— D-dobrze. Na dzisiaj tyle wystarczy. Wyjdź z wody i wrócimy do obozu. Jutro pokażę ci parę roślin, których będziesz musiał się n-nauczyć — miauknęła, jąkając się. Zwęglonemu to nie przeszkadzało. Tak naprawdę wynalazł sobie w wodzie zabawę, w której oprócz młócenia, próbował jednocześnie złapać wszelkie brudy, które przyniósł prąd. Najczęstszym z nich były skorupki po najprawdopodobniej owadach, a także martwe osy. Nigdy nie został przez żadną użądlony, a sam widok wywołał u niego lekki uśmiech. Z Lipieńkiem znaleźli kiedyś podobne! A potem poznali swojego ślimaka pupila.
Kocurek wynurzył się z wody, otrzepując i dbając przy tym jednocześnie o to, żeby nie ochlapać swojej mentorki. Miał świadomość, jak kluczowym była umiejętność pływania, szczególnie na terenach Klanu Nocy. W końcu tu wszędzie były wysepki otoczone wodą, dlatego kot, który nie potrafił pływać, musiał mieć niezwykle ciężko wśród Nocniaków, o ile taki istniał… Szarofutry był wdzięczny, że tak bardzo lubił od zawsze wodę i ogólnie pływanie. To mu bardzo ułatwiało sprawę. Zrównał kroku z pointką i posłusznie trzymał się jej, aż do powrotu.
Znalazłszy się w sercu Klanu Nocy, pożegnał się z Szepczącą Hipnozą, machając jej jeszcze ogonkiem na pożegnanie. Dzisiejszy trening był niezwykle przyjemny! Bardzo polubił kotkę, którą przydzieliła mu Mandarynkowa Gwiazda jako mentorkę. Nie mógł doczekać się jutra! Był niezwykle ciekawy, jakie rośliny mu pokaże. Czy będzie to bardzo różniło się od treningu, jaki musieli przejść medycy? Niebo przestrzelone było szarymi chmurami, zwiastującymi nadchodzący wielkimi krokami deszcz. Trzciny kołysane były przez silniejszy wiatr, który wprawiał je w przyjemny dla uszu szum. Drzemlikowa Łapa z przyzwyczajenia skierował się do żłobka, a wewnątrz dostrzegł Czosnkową Krewetkę, spodziewającą się kociąt i resztę obecnie zamieszkujących żłobek. Pokręcił głową z zawstydzeniem i wycofał się, ślepkami odszukując nory uczniów. Od dzisiaj to właśnie tam miał spać. Wetknął łeb do środka, upewniając się, czy to było dobre miejsce. Zauważywszy odpoczywającą Orzeszkę na jednym z posłań, westchnął z ulgą. Nie chciał budzić siostry, dlatego też, gdy dostrzegł nieopodal siedzącą Wełniankową Łapę, która akurat myła łapą policzki, podszedł do niej z uśmieszkiem.
— Wełniankowa Łapo! Ja też zostałem już uczniem. Dogoniłem cię, prawie! — uśmiechnął się do niej szeroko, a kocica podniosła ciemne spojrzenie znad własnej łapy. Ruchem ogona zachęciła go do tego, żeby usiadł obok.
— No, no! Gratulację, jednak… Jeszcze trochę ci brakuje, żebyś wzrostem mi dorównał! — powiedziała do niego, po czym niespodziewanie powaliła go na grunt, tak, jak kiedyś, jeszcze za czasów kocięcych. Delikatnie oszołomiony Drzemlikowa Łapa poczuł, jak zderza się z posadzką, chociaż wcale nie boleśnie. Vanka uśmiechnęła się szelmowsko, a zwęglony pozwolił jej tym razem wygrać.
— Aaaa! — krzyknął, udając śmiertelnie przerażonego zaistniałą sytuacją. Orzechówka podniosła głowę ze swojego posłania, zaalarmowana, aczkolwiek nie skomentowała tego, a żółtooki nie miał nawet pojęcia, że spogląda w jego stronę. Miał pomysł na ich kolejną zabawę, za którymi swoją drogą tęsknił, odkąd Wełnianka zamieszkała w legowisku uczniów. Miała ceremonię wcześniej, niż on, ale teraz mogli już na nowo sypiać nieopodal siebie. — Ratunku! Atakuje mnie straszny borsuk! — mówił, otwierając szeroko oczy. Po paru uderzeniach serca udało mu się wyślizgnąć spod jej uścisku sprytnie i stanął naprzeciw niej, prezentując się niczym najsilniejszy wojownik. Ogon miał uniesiony wysoko, a pierś wypiętą do przodu. — Nic się nie martw, uratuję cię! — powiedział sam do siebie, odgrywając rolę bohatera. Spojrzał raz jeszcze na Wełniankową Łapę, szykując się do swojego “ataku”.

<Wełnianko-borsuku? Czy podoba ci się zabawa, którą już znamy? Może wolisz pobawić się w coś nowego, albo w to samo?>
[1728 słów + pływanie, trening ogrodnika]

[35% + 5%]

01 września 2026

Od Drzemlika CD. Lipieńka

Drzemlik pokiwał głową, lekko oszołomiony z powodu całej tej sytuacji. Do tej pory nigdy nie widział kotów, które latały. Mimo wszystko zrozumiał każde powiedziane do niego słowo. Spojrzał na ślimaka i musnął jego muszlę delikatnie łapą, zaraz po geście Lipieńka, jakby w celu zachęcenia zwierzaka do wynurzenia się ze swojej “jaskinii”. Śluz wewnątrz schował się ciaśniej do skorupy, a zwęglony kocurek zmarszczył delikatnie brwi. Bardzo by chciał, żeby istotka już się obudziła. W końcu chcieli go nazwać, a on, jeśli miał jakikolwiek pomysł, to już zdążył o nim zapomnieć. Jego kolega parę uderzeń serca temu zawisł w powietrzu i kołysał się tak jeszcze parę razy, zanim wreszcie puścił łodygę i wylądował z pluskiem na brzuchu. Niebieski przeniósł wzrok, tym razem na znajomego, mając szczerą nadzieję, że nie zrobił sobie krzywdy. Chciał mu jakoś poprawić humor.
— Chyba jest nadal śpiący. Może poczekamy, aż się wyśpi i wtedy wyjdzie i go nazwiemy? — zaproponował, poruszając lekko ogonkiem. Tak, jak do tej pory oni się wysypiali każdego dnia. Nie chciał mu odbierać możliwości porządnego zaznania odpoczynku. Lipieniek zastanowił się jeszcze parę uderzeń serca, a uśmiech odrobinę mu zrzedł.
— Ale przynieśliśmy mu jedzenie… jeśli nie zje go za niedługo, to namoknie i może już mu nie będzie smakowało — zauważył słusznie, łapą przysuwając mech, o który przecież tak zawzięcie walczył jeszcze chwilę temu. Drzemlik zamruczał.
— Racja… to musimy jakoś go zachęcić do tego, żeby wyszedł. Ślimaczkuuuu? — miauknął, próbując zajrzeć do skorupki bez dotykania jej. Pupil jednak ani drgnął. Lipieniek śledził wzrokiem kompana, a potem poruszył się nieznacznie.
— Ja mam lepszy pomysł. Może tutaj jest mu zimno. Zanieśmy go do żłobka i wtedy pomyślimy, co dalej. Tam się ogrzeje i w dodatku będzie mu mniej mokro! Mało kto lubi być mokry, poza nami, Nocniakami! — powiedział z determinacją. Niebieski kocurek nie widział w tym pomyśle nic złego, dlatego też zgodził się szybko, zgarniając sprawnie tyle rzeczy dla malucha, ile był fizycznie w stanie.
Podnieśli się ze swojego miejsca i przemaszerowali do żłobka ostrożnie. Drzemlik w pyszczku trzymał mech, a Lipieniek ślimaka. Kolega niósł go niezwykle ostrożnie, a jednak i tak niebieski miał wrażenie, jakby ząbki kociaka były niedaleko od wbicia się w delikatną osłonkę. Widział na niej parę rysek pasujących do kształtu kłów, ale na szczęście zero ubytków. Odetchnął lekko w duchu.
— Wiesz Lipieńku, że uczę się już do tego, żeby zostać wojownikiem? Potrafię odtworzyć chwyty bitewne i… pozy polowania! — Pochwalił się Drzemlik, co było oczywiście kłamstwem – nie rozpoczął z nikim treningu, a wszystkie chwyty wymyślił sam. Jednak mógł być z tego dumny, bo nie każdy kociak przecież tak robił. Brązowy pewnie by mu odpowiedział, gdyby nie miał pełnego pyska. Gdy dotarli wreszcie nad jedno z posłań, położyli na kamieniu z mchem muszlę, pilnując, żeby nie wyślizgnęła się i nie przeturlała dalej. Lipieniek przyjacielsko szturchnął go w bark.
— Drzemliku, to może za ten czas, co czekamy, pokażesz mi, co potrafisz? Też chciałbym się już powoli do tego szykować. W końcu jestem od ciebie odrobinę starszy — powiedział pręgus. Żółtookiemu zatańczyły iskierki podekscytowania w lusterkach.
— Oooo, naprawdę chciałbyś się ode mnie uczyć? Dobrze więc! Zatem… przykucnij! — I na jego polecenie starszy przypadł nisko do ziemi, wpatrując się na niego z wyczekaniem. Mięśnie miał napięte, a ogon wysoko postawiony, niczym antenka. — Teraz… musisz postawić czujnie uszy! Iiiii… wypchnij tylną łapę do tyłu, a przednią do przodu. Połóż się na boku i gotowe!
Lipieniek spojrzał na niego, unosząc jedną brew do góry. Wyprostował się i przysiadł, owijając ogonem swoje przednie łapki. Teraz były mokre przez to, że na zewnątrz też było.
— Ale jak mam w takiej pozycji na cokolwiek zapolować? — zapytał, a zwęglony spojrzał na niego w zamyśleniu.
— Hmmm… w ten sposób zwierzyna sama do ciebie podejdzie! Nie będziesz musiał nic robić, tylko poczekać — zapewnił go entuzjastycznie. Nigdy wcześniej nie ustawiał się w ten sposób, a każdy ruch do tej pory wymyślił na poczekaniu. Doskonale się bawił. — Może nazwiemy go Ślimaczek Drzemlika i Lipieńka? — zaproponował po chwili ciszy, a bury wyraźnie się zamyślił, rozważając tę propozycję. Wreszcie, zwęglony sam położył się na boku, wysuwając łapki przed siebie, rozciągając się w ten sposób i wskutek delikatnego przesunięcia cielskiem kamienia, ślimak stoczył mu się na futro, zatapiając w krótkich kłosach.
— Ojej! Masz go na sobie. Daj, zdejmę go z ciebie — zaproponował Lipieniek, wyrwany z chwilowego odpłynięcia myślami, na co żółtooki pokiwał energicznie głową, niemal nie zrzucając pupila na grunt. Nie chciał przecież, żeby spadł! Musiał trwać w bezruchu. Dlatego też przestał się ruszać, kątem oka próbując śledzić, co działo się ze ślimakiem.

<Lipieńku?>

11 sierpnia 2026

Od Drzemlika CD. Lipieńka

Drzemlik zgarnął kawałek posłania, które nie było okupowane akurat przez nikogo i próbował zbić je w ciasną górkę, jakby podłoże dla ich nowego pupila. Szeleścił tak przez parę uderzeń serca, pracując pieczołowicie. Mchu niestety nie widział nigdzie, ale powinien być poza żłobkiem. Może jeśli się rozejrzy i postara bardziej, to i tutaj go znajdzie… w końcu kociaki wiecznie bawiły się kulkami mchu. Musiała jakaś się ostać, choćby wyschnięta i wytarmoszona. Niebieski nie wiedział, co jadły ślimaki. W końcu znaleźli go w dole razem z innymi, nieruszającymi się owadami, więc może jadły właśnie to…? Ale nie zamierzał kwestionować tego, co mówił kolega. Wierzył mu i równie dobrze mogli się przekonać. W końcu nie było niczego złego w podawaniu pupilowi możliwych posiłków i sprawdzania, co by zjadł, tak? Wysoka trzcina nad głowami dwójki zakołysała raz jeszcze, pchana przez wiatr i uchyliła ze swoich źdźbeł parę kropli wody prosto na główkę zwęglonego. Ten w odpowiedzi podskoczył lekko ze zdziwienia, a następnie potrząsnął łebkiem w celu zrzucenia z siebie nadmiaru wody, reszta musiała wyschnąć sama. Skąd mógł wziąć kamyk… hm… A, leżał właśnie jeden obok jego łapy. Pochwycił go ostrożnie i położył na swojej budowli z wyschniętej ściółki. Dumny ze swojej budowli, podniósł delikatnie ślimaka za muszlę w celu położenia go na nią. Istotka odlepiła się od mokrego podłoża, zginając w kuleczkę i chowając do muszli całkowicie. Widać było jedynie lepką substancję, lekko wystającą poza twardą osłonę. Prawie wyślizgnął mu się z łapki, jednak w porę odstawił go na kamień. Muszla ułożyła się płasko na powierzchni, jednak pupil nie chciał wyjść ani wyglądać na zewnątrz.
— Przyniosę mu coś do jedzenia, może jak go nakarmimy, to wyjdzie! — oznajmił Lipieniek, a Drzemlik w odpowiedzi zawołał:
— Dobrze!
I łapką pilnował, żeby w razie co ślimak nie stoczył się z ich porządnej konstrukcji. Słońce wspinało się leniwie po nieboskłonie, rzucając delikatne światło na pyszczek młodzika, dumnie i wytrwale pilnującego, żeby nic nie stało się ich nowemu zwierzakowi. Patrzył na wojowników, spieszących się na patrole, dzielących językami i co jakiś czas miał wrażenie, że ktoś do niego podejdzie, aczkolwiek finalnie nikt tego nie zrobił, przynajmniej nie teraz. Lipieniek obawiał się, że ktoś im porwie tego ślimaka albo wyrzuci, a niebieski nie odczuwał niczego podobnego. Tak naprawdę z wielką chęcią pochwaliłby się komuś, że go znaleźli.
Czekał i czekał na kolegę, ale jemu schodziło dziwnie długo. Może zwęglony był po prostu niecierpliwy? Zaczął się odrobinę martwić. Jedyne, co widział, to przebierające łapy pobratymców nieopodal i czuł zapach kociaka, jeszcze przed chwilą tutaj siedział.
Rozejrzał się w poszukiwaniu znajomego, pręgowanego ogonka, ale nie mógł go nigdzie znaleźć. Wstał więc i pochylił się nad ślimakiem jeszcze. Czy wyszedł poza obóz w celu zerwania paru liści? Jak wyglądało w ogóle wyjście z azylu? Nie był pewien, czy chciał to sprawdzać. W końcu nie wolno mu było wychodzić poza żłobek, a co dopiero poza obóz…
— Nigdzie nie idź, dobrze? Musimy cię jakoś nazwać! — poprosił, poduszką delikatnie gładząc go po muszli. Była śliska i mniej mokra niż paręnaście uderzeń serca. Wstał od niego i gdy zrobił parę kroków, jego serce uspokoiło się odrobinę. Lipieniek siłował się z jedną z wielkich trzcin. Ząbkami wbił się w obficie obrośnięte łodygi, a roślina nie ustępowała i gdyby tylko poszarpał się tak dłużej, możliwe, że posłałaby go w górę i utknąłby tam, przynajmniej dopóki nikt by go nie zdjął. Niczym polna mysz na kłosie trawy. Westchnął z ulgą. Podszedł do kolegi w celu pomocy mu z zerwaniem pożywienia dla ślimaka. Nie był szczególnie silny, ale praca we dwóch robiła różnicę.

<Lipieńku, uważaj, bo zawiśniesz w powietrzu! A koty nie potrafią latać… czy potrafią?>

Od Drzemlika do Fiołka

Drzemlik przeciągnął się i ziewnął mocno, w jego oczach zebrała się masa małych łezek, które zwilżyły jego policzki. Potarł pyszczek łapą w celu zdjęcia z siebie wilgoci, jednak pomogło mu to jedynie częściowo. Nie przejął się jednak tym szczególnie – mordka mu wyschnie, nie było sensu tracić czasu na takie rzeczy, skoro mógł równie dobrze spędzić te chwile jakoś miło! Oczkami zlustrował żłobek, w pewnym momencie zatrzymując wreszcie swój sokoli wzrok na jednym z dwóch kociąt Sennej Łzy, Fiołce. Podszedł do niej skocznym krokiem z pogodnym wyrazem pyszczka i gdy tylko nawiązali kontakt wzrokowy, przeszedł do konkretów i to z przyjemnością. Musiał komuś opowiedzieć o tym, co miało miejsce ostatnio, to było zbyt ciekawe, żeby o tym zapomniano! Może szylkretce się spodoba opowieść? Albo sama opowie mu coś z jej życia wziętego?
— Ostatnio z Lipieńkiem znaleźliśmy ślimaka, nazywa się… — podjął, chociaż nie mógł sobie przypomnieć imienia ich pupila. Zmarszczył brew, kręcąc po chwili głową. — Nie pamiętam… ale jakoś go nazwaliśmy! Znaleźliśmy go przy dziurze przed żłobkiem — uśmiechnął się do koteczki, która przez cały ten czas wyglądała tak, jakby miała ochotę mu przerwać w połowie zdania, ale powstrzymała się. Fiołek zastrzygła wąsami, wpatrując się w niebieskiego kocurka. Drzemlik uśmiechnął się do niej delikatnie, a ona odwróciła wzrok na uderzenie serca, wracając oczkami do jego mordki ponownie.
— Ach, tak? — zaczęła, kręcąc łbem i wydając przy tym charakterystyczny dźwięk: “tsk, tsk, tsk”... — Ja znalazłam większą dziurę i wyjęłam z niej dwa ślimaki bez problemu, nawet nie przylepiły mi się do palców. Moje mają dużo lepsze imiona! I w dodatku mają niebieskie muszle — powiedziała pewnie, a zwęglony zrobił duże oczka, nie podważając jej słów nawet na uderzenie serca. Całkowicie jej uwierzył, wręcz od razu. Była bardzo przekonująca, pewność siebie, z jaką się wypowiadała, również wpływała na prawdopodobieństwo, że drugi kot kupi to, co słownie sprzedawała.
— Naprawdę? Niesamowite…! Pokażesz? — poprosił, w jego oczkach zatańczyło jednocześnie tak wiele emocji, że miał wrażenie, że zaraz wyskoczy przed siebie i przebiegnie cały żłobek parę razy. Dech zaparło mu w piersiach, a wąsy zafalowały z rozemocjonowania. Niebieskie ślimaki? Nigdy takich nie widział! Skoro szylkretce udało się takie znaleźć, to ciekawe, czy mieli takie, które pachniały równie ładnie co lilaki? Może mamusi by się spodobały… Czy istniały również niebieskie owady, które znaleźli w tym samym dole? Skoro znalazła inną, większą dziurę, ciekawe co w niej się mogło kryć?
Koteczka pokręciła głową.
— Nie, bo mi jeszcze zabierzesz! One są tylko moje. — I zadarła pyszczek lekko ku górze, a Drzemlik widocznie spochmurniał. Bardzo chciał je zobaczyć. Jego uszka opadły, a ogon zawinął delikatnie wokół swojej tylnej łapy, jednak niezgrabnie.
— Proszę, nigdy nie widziałem takich… pokażę ci mojego — miauknął, nie tracąc jeszcze całej nadziei. Liczył na dobroć koleżanki z legowiska. Rozmawiali pierwszy raz, jednak widywali się każdego dnia. Zielonooka przewróciła oczami, ruchem ogona zachęcając go do tego, żeby za nią poszedł.
— Dobra, ale tylko chwilę. I masz ich nie dotykać! — postawiła mu warunki, a zwęglony pokiwał głową energicznie, tym samym “powracając do życia”. Ruszył pospiesznym krokiem za koteczką, zaglądając jej przez ramię czy przypadkiem daleko byli od jej legowiska. Byli tak naprawdę stosunkowo blisko. Gdy koteczka kazała mu zaczekać parę kroków dalej, przysiadł posłusznie i czekał, mimo że zaczynał się powoli niecierpliwić, coraz bardziej z każdym następnym szelestem wysuszoną paprocią, z której zbudowane było łoże. Rudaska wytrzeszczyła oczka, a na pyszczku pojawiło jej się coś na wzór złości. Drzemlik przechylił główkę.
— Co się stało? — zapytał, wyraźnie zmartwiony.
— Nie ma ich! Nie ma! Ktoś mi ukradł! — krzyknęła, rozglądając się jeszcze gorączkowo, zanim nie obrzuciła oskarżycielskim spojrzeniem jednego z kociąt. Niebieski również uchylił ślepia szerzej. Jak to “ukradł”?
— Może ci uciekły? Poszukajmy ich, chodź — próbował ją zachęcić, wyraźnie poruszony zaistniałą sytuacją. Bardzo chciał jej pomóc, w końcu jemu też byłoby smutno, gdyby jego i Lipieńka winniczek by ot tak zniknął. Nie wiedział jednak, że szylkretka nigdy tych ślimaków nie miała. Dla niego, z tego, co mu opowiedziano parę uderzeń serca temu, Fiołka miała aż dwa ślimaki, dlatego z pewnością musiały zostawić po sobie jakiś ślad, nawet najmniejszy. Nauczył się już, że istotki te zostawiały za sobą lepką ścieżkę prowadzącą szukających do miejsca, do którego udało im się przez czas nieobecności opiekunów odejść. Oczywiście o ile nie zdążył wyschnąć dzięki łatwo dostającym się do kociarni podmuchom wiatru…

<Fiołko, znajdziemy te ślimaki!>

Od Drzemlika CD. Wełnianki

Z mocno bijącym sercem wpatrywał się w starszą koteczkę, która go przewróciła i przygwoździła bez oporu do ziemi. Nie udało mu się jej dostrzec wcześniej. Do tej pory czuł niezwykłą senność – wstał stosunkowo niedawno i postanowił, że przejdzie się po żłobku w celu sprawdzenia nowych zakamarków, których jeszcze nie miał okazji zbadać. Nie rozglądał się z jakiegoś powodu nadto i umknął mu ruch w kąciku oczu, a teraz musiał za to płacić… Jego krok był odrobinę chwiejny, jeszcze nie opanował umiejętności chodzenia na tyle dobrze, żeby łapy nigdy go nie zawodziły. Od czasu do czasu przewracał się, jednak tak szybko, jak upadał na zadek, tak prędko podnosił się i ruszał dalej, z ogromną determinacją. Wielkimi oczkami badał teren dookoła, będąc za każdym razem pozytywnie nastawionym. Wiedział bowiem, że znajdzie coś nowego. Każdego dnia poszerzał swoją wiedzę, chociaż o wąsik więcej.
Trwali tak jeszcze przez parę sekund, aż wreszcie malec uśmiechnął się w lekkim zdziwieniu i zaśmiał głośno. Wiedział, że chciała się z nim tylko pobawić, dlatego też nie wziął sobie tego gestu do serca. Głową nie uderzył mocno o podłoże, nic go nie bolało, więc też nie było żadnego powodu do krzyku, może poza okrzykami radości. Wełnianka również się uśmiechnęła, jakby z ulgą, że nie zrobiła mu krzywdy. Jednak łapa na pysku sprawnie utrudniała mu wydobywanie z siebie czegoś lepszego niż chichot, więc swoją poduszką spróbował zdjąć tą Wełnianki i o dziwo podziałało.
— Jestem Drzemlik! — przedstawił się, poruszając ogonem lekko na boki. Spróbował wyślizgnąć się spod nowopoznanej, jednak jego próby były żmudne. Koteczka kiwnęła głową i lapą sprawnie odcięła mu jeden dostęp, a następnie drugi i zaczęła go łaskotać, naśladując coś na wzór ryku borsuka, jakby udawała istotę o guzikowatych oczach, chociaż najprawdopodobniej nigdy nie miała z nimi styczności.
— Drzemliku, pobawmy się w taką zabawę. Ja będę borsukiem, a ty musisz jakoś się wydostać i uciec — zaproponowała, a żółtooki, nie zwlekając długo z odpowiedzią, pokiwał ochoczo głową.
Następnie, pisnął donośnie, po sekundzie poparł dźwięk ten, obijający się wręcz od ścian żłobka następną dawką śmiechu, gdy znów go połaskotała. — Już…! Juuuż! — krzyknął i zaczął wymachiwać tylnymi łapami odruchowo. Nie sądził, że ktoś kiedykolwiek go zacznie tak łaskotać, w dodatku odkrył tego dnia, że miał… łaskotki. Wełnianka uśmiechnęła się. Przypomniał sobie w tym momencie, że musiał jakoś się wyswobodzić. Dlatego też łapą musnął jej brzuch, a gdy vanka uskoczyła zwinnie, podniósł się na kończyny szybko i zaczął uciekać ile sił w łapach. Posyłał za siebie parę uschniętych liści paproci, wymieszanych z ptasim pierzem, a starsza kotka deptała mu wręcz po piętach. Kocurek skręcił nagle w bok, niemal samemu nie upadając na bok raz jeszcze, nie oglądał się za siebie. Wiedział, że jeśli teraz się przewróci, ruda z łatwością go dogoni i raz jeszcze przyszpili do ziemi. Musiał wymyślić jakąś strategię, która umożliwiłaby mu nadrobić fakt, iż miał krótsze kończyny, a jakoś trzeba było uciec przed borsukiem.
Dlatego też zatrzymał się nagle na dwóch łapach i obrócił do brązowookiej, strosząc sierść wzdłuż swojego kręgosłupa niczym mały jeżyk, pazurki miał wystawione, chociaż na mordce widniało rozpromienienie. Udawał większego i groźniejszego, niż był w rzeczywistości. Na przynajmniej niektóre drapieżniki musiało to działać, prawda? Wielu z nich nie dało się pokonać siłą ani prześcignąć, dlatego pomyślał, że może dzięki tej technice uda mu się wygrać. Syknął, chociaż w jego wykonaniu wyglądało to raczej uroczo, niżeli groźnie i spojrzał zwężonymi źrenicami na borsuka-Wełniankę.
— Odsuń się, borsuku! Jestem dzielnym wojownikiem Klanu Nocy i muszę cię przegonić z naszych terenów! — powiedział donośnie, wywijając końcówką ogona na boki. Wąsy vanki zafalowały w rozbawieniu.

<Wełnianko, szybka jesteś! A ja jestem bardzo groźny, sama widzisz.>

08 sierpnia 2026

Od Drzemlika

Drzemlik zatopił kły w małej, nieruchomej rybce. Zostały złapane z myślą o nich? Jeśli tak, było to niezwykle miłe ze strony tego, kto postanowił je upolować. Zdobycz pachniała bardzo intensywnie, a w dotyku była śliska, chociaż mniej niż ślimaki. One raczej się kleiły…
Ryby… były smaczne. Nawet bardzo. Rozumiał, dlaczego prawie każdy mieszkaniec Klanu Nocy posilał się właśnie nimi, niżeli zwierzyną futerkową, o której nie miał jeszcze pojęcia. Gdyby ktoś powiedział mu teraz, że zdobycz mogła być pokryta futerkiem, tak jak on, zrobiłby duże oczka i nie potrafiłby sobie tego wyobrazić, dopóki by nie zobaczył. Nadal ciężko było mu zrozumieć, że już za niedługo zmuszony będzie całkowicie odstawić mleko mamy, zresztą tak samo, jak Orzeszka. Ugniatanie boku karmicielki przynosiło mu ukojenie. Zawsze, gdy czuł się niepewnie, przytulas do mamusi mu pomagał, a łapy potrafiły same rozładować napięcie, które się budowało w nim.
Posiłek, który został im podrzucony, posiadał łuski, aczkolwiek były one tak mikroskopijne, że wyrywanie ich jedna po drugiej zajęłoby cały dzień i może nawet dłużej. Zmieniały teksturę podarku. Mimo to Orzechówka chwyciła ząbkami istotkę, a następnie paroma zwinnymi pociągnięciami zaczęła wyrywać przeszkadzające jej, twarde elementy. Drzemlik dostrzegł, że w słońcu mieniły się na tak wiele przeróżnych, pięknych kolorów…
— Orzeszko, mogłabyś je wykorzystać do wianków! — miauknął zafascynowany. Chciałby taki wianek, co by miał tyle samo kolorów, co skrzydła ważek, a może i więcej. Każdy by chciał! Kto nie przepadał za tak wspaniałymi kolorami? Koteczka zmierzyła wzrokiem malutkie tarcze, z uznaniem kiwając spokojnie główką. Ujęła jedną w łapki, przyglądając się jej niczym najwybitniejszy specjalista we własnym fachu, oceniając wzrokiem czy się nadawały. Niebieski poruszył delikatnie wąsami z rozbawienia. Jego siostrzyczka była taka mądra! Miała dar do tworzenia rzeczy wspaniałych.
— Racja — mruknęła, zbierając je wszystkie w jednym stosiku. Dobrze, gdyby mogła je później umyć w pobliskim zbiorniku wodnym, w którym kociaki uczyły się pływać. Maluch miał ochotę dzisiaj zanurzyć łapki, jednak… ze względu na niedogodną pogodę, nie otrzymał na to pozwolenia. Mógł się łatwo przeziębić, a nie chciał sprawiać nikomu problemów ani martwić mamy. Dlatego pluskanie się w cieczy musiał odłożyć na kiedy indziej. Nie smucił się tym długo, bo już moment później znalazł dla siebie jakieś zajęcie, a woda nie powinna mu nigdzie uciec. A teraz… schylił się i przytrzymał łapą rybę, żeby mu się przypadkiem nie wyślizgnęła spod mordki. Srebrzysty wzrok miała utkwiony w nicości, a pyszczek na wieki uchylony. Po jego podniebieniu rozpłynął się charakterystyczny, intensywny smak. Zaczął żuć kawałek bladego mięsa, uważając przy tym, żeby mu nie wypadło z mordki. Nie dokopał się jeszcze do ości, całe szczęście. Przez wszystkie te nowości zdążył już się wytarzać cały w odorze, dlatego nie jadł tylko on ryby, a jadło razem z nim prawie całe jego futerko i przy okazji mama, która później musiała ścierać z niego tę woń. Drzemlik czuł się szczęśliwy, że poświęcała mu tyle uwagi. Cieszył się również, że mógł spróbować takiej pysznej nowości. Miał nadzieję, że Orzeszce również smakowało.
— Hej, a wiesz, co tu mam? — zagadnął do siostrzyczki, a gdy przekierowała żółte ślepia na niego, poruszył uchem. Łapą przetarł ziemię i pochwycił aksamitnie wyschnięty liść. — To…! Hmm… — zatrzymał się na moment, chociaż wcale nie długo. — Tym oto liściem złapałem rybkę w zbiorniku! — pochwalił się dumnie, mimo że było to oczywiste kłamstwo. Orzeszka uniosła jedną brew do góry, jednak nie sprawiło to, że Drzemlik odwołał swoje słowa.
— Jak dużą? — zapytała cętkowana, najwidoczniej nie chcąc go urazić.
— Taaaaaką! — I położył się plackiem na ziemi, z podekscytowaniem wywijając ogonkiem. Uśmiechnął się szeroko do siostrzyczki. — Była tak wielka, większa od naszej mamusi i od nas! Większa od całego żłobka!

Od Drzemlika do Lipieńka

Drzemlik wylegiwał się wygodnie w wyłożonym pierzem posłaniu, tuląc się do puchatego, pręgowanego brzucha matki. Gdyby wsłuchał się dobrze, może usłyszałby bicie jej serca oraz pracujące płuca. Zza gołębich, lekkich chmur zajrzało do obozu Klanu Nocy słońce, promieniami obdarowując koty wraz z przyjemnym dla oka, ciepłym pobłyskiem. Szary maluch patrzył na siostrę, której bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Na zewnątrz pogoda była dość przyjemna, gdy uchylił ślepia i został przywitany przez ciepło, wpadające do kociarni. Chmury przemierzały niebo, a wiatr powiewał co jakiś czas niewidocznie wręcz, włoskami mchu. Maluch okręcił się na drugą stronę, gdy zrobiło się mu zbyt ciepło. Jego futerko było jaśniejsze niż te jego bliskich, dlatego nie potrafił wyobrazić sobie, jak szybko one musiały się nagrzewać, skoro przyciągały dodatkowo słońce… w każdym razie, potarł policzkami, a potem noskiem o kłosy dorosłej kocicy z zadowolonym pomrukiem, w ten sposób ciesząc się zapachem mamy i usiadł prosto. Zaczął lizać niezgrabnie kończynę i próbował umyć sobie przestrzeń za uchem. Świteziankowe Jezioro obserwowała go przez cały ten czas, nic nie mówiąc jednak. Nie był brudny, dzisiaj już mama któryś raz ułożyła mu niesfornie układające się, krótkie włoski. Drzemlik próbował jedynie nauczyć się trochę samodzielności. Ostatnio udało mu się wymyć łapkę z paprochów, chociaż potem pluł nimi przez cały dzień, ponieważ miniaturowe rzepy na języku trzymały się tych brudów tak zaciekle, jakby ich życie od tego zależało! Jego wąsiki zafalowały z rozbawienia na samą myśl. Nawet jeśli wtedy nie było mu do śmiechu, teraz patrzył na to przychylniej. Musiał wyglądać wtedy bardzo zabawnie.
— Mamo, czy mogę pobawić się z kociętami Fląderki? — zamruczał do zwęglonej, zwracając jej uwagę na sobie raz jeszcze. Po niedługim namyśle kiwnęła lekko głową. Domyślał się, że będzie musiał śledzić jej gesty co jakiś czas, w razie, gdyby kazała mu wrócić. Na zgodę z jej strony zareagował radosnymi mruknięciami, żeby nie zbudzić Orzeszki, a w jego oczkach zatańczyła czysta ekscytacja. — Dziękuję, mamusiu! — podszedł do jej piersi i wtulił się w nią, jeszcze zanim nie podreptał w stronę czwórki, starszych od niego o parę dni kociaków. A dokładniej do jednego z nich, ponieważ wydawało mu się, że siedział taki sam i smutny. Nie chciał, żeby ktokolwiek był smutny, a gdyby tego było mało, to sam!
Gęste trzcinowe mury otulały obóz, uniemożliwiając promieniom słońca dalszego wpadania do legowisk zbudowanych we wnętrzu krzewów. Oczom malucha ukazał się drugi kociak o smukłej budowie i puchatym wyglądzie. Miał długie łapy, dzięki czemu był odrobinę wyższy od Drzemlika. Wyraz pyszczka miał zaciekawiony i łagodny. Nakrapiany podszedł do niego z zadowoleniem na mordce.
— Cześć! Nazywam się Drzemlik, a ty? — zamiauczał z zadowoleniem, przyglądając się Nocniakowi. Brązowy czaił się i rozglądał na boki, czy nikt przypadkiem na niego nie patrzył w danej chwili. Z dorosłych oczywiście, jeden kociak nie robił mu chyba szczególnej różnicy, skoro go nie pogonił od razu.
— Lipieniek — przedstawił się, zjeżdżając pomarańczowymi oczkami z przedmiotu pod swoją łapą. Drzemlik powędrował lusterkami w kierunku tego, co trzymał nowopoznany kolega. — Chodź, zwiedzimy obóz! — powiedział nagle łaciaty, a jego wąsy zafalowały lekko. I w tej chwili przedmiot pod poduszką przestał być istotny w obliczu wizji tak wielkiej przygody. Zwęglony zrobił duże oczka, wracając źrenicami do mamy. Czy Świteziankowe Jezioro by mu pozwoliła? Czy nie gniewałaby się na niego? Jednak zauważywszy, że karmicielka obecnie odpoczywała, poczuł lekkie ukłucie niepokoju. Może nie powinien iść? Złocisty Widlik w tej chwili upewniał się, czy z Komarem wszystko w porządku, bo szlochał cichutko. Możliwe, że uderzył się w łapę i potrzebował jakoś rozładować emocje. Biedny.
Lipieniek, zauważywszy reakcję niebieskiego, pokręcił głową i przekroczył próg pewnie. Drzemlik nie chciał być w tyle za kolegą, dlatego również poszedł.
Obóz Klanu Nocy był ogromny! Ilość legowisk, rzeczy dookoła… wszystko było takie ciekawe i niezwykle jaskrawe. Grunt pod łapkami był mokry i lepił się do poduszek kocięcia, chociaż pręgus nie wydawał się tym szczególnie przejęty. Świeże powietrze przeczesywało jego malutki grzbiet, posyłając wzdłuż niego ciarki podekscytowania. Tak wiele zapachów mieszało się ze sobą, że aż się zdziwił. Miał wrażenie, jakby postawiono przed nim obraz z jego snów. Ciężko mu było uwierzyć, że jakiekolwiek miejsce mogło być tak piękne! Wielkimi ślepkami lustrował każdą najmniejszą rzecz, gdy nagle wpadł przypadkowo w kolegę. Nie znaleźli się aż tak daleko od kociarni, bowiem każdy kot, który by z niej wystawił, choćby pół pyska, by ich dostrzegł bez problemu. Niebieski upadł na zadek z cichym sapnięciem, a Lipieniek wytrzymał zderzenie, chociaż zerknął na Drzemlika z lekkim poirytowaniem. Strzepnął uchem.
— Zobacz na to! — I palcem wskazał na lekkie wgłębienie, a w nim swego rodzaju, nietypowa konstrukcja, po której pełzała masa ślimaków z powodu opadów, które miały miejsce dzisiejszej nocy.
— Co to jest? — zapytał, nie mogąc zrozumieć, na co patrzył. Przekrzywił delikatnie główkę na bok. Owady leżały w mokrej dziurze, nie kiwając nawet palcem w celu poruszenia się. Były intensywnie żółte, zabarwione masą czarnych pasów wzdłuż kręgosłupów. Skrzydła miały przezroczyste, jednak nie wydobywał się z nich dźwięk bzyczenia. Zamiast tego pełzała po nich masa ślimaków z dużymi muszlami. Drzemlik sięgnął łapką po jednego, zastanawiając się, czym były te istotki.
— Może weźmy po jednym i zaniesiemy to Złocistemu Widlikowi? On pewnie będzie wiedział — buras się widocznie zamyślił, a żółtooki pochwycił w tej chwili jednego z oblepionych śluzem gości obozu Klanu Nocy, kiwając przy tym główką na zgodę. Lipieniek zaś pazurkami wielkości igły, uniósł jedną z martwych os.
— Jest mokry i zimny! I się lepi do moich palców — zaraportował Drzemlik w formie ciekawostki, a nie po to, żeby się żalić w związku z tym. Był tak naprawdę zafascynowany nowymi istotami. Musiał jakoś muszlę chwycić zębami, bo przecież wszystkie łapy zajęte były przez obowiązek chodzenia… Dlatego też schylił się i ujął szczękami winniczka.

<Lipieńku, ja nie wiem, że to podziemne osy, ale już martwe. Może nas nie użądlą, a ślimak stanie się naszym nowym zwierzaczkiem>

Od Drzemlika

Kocurek podszedł do rudego piastuna, który przyglądał im się ze spokojem w ślepkach. Malec nadal uczył się, jak powinien korzystać z łapek. Często się przewracał, ogon miał śmiesznie uniesiony ku górze, a oczka zawsze bardzo rozszerzone. Futerko wzdłuż kregosłupa stroszyło mu się, przez co wyglądał niczym najeżony jeżyk. Kulka futra.
— Przepraszam, czy przyniósłby mi pan może gałązkę tych białych kwiatków? — poprosił, strzygąc wąsami. Chciał sprawić mamie prezent, ale nie wolno mu było wychodzić poza ramy żłobka, dlatego też musiał kombinować, jak mógł zdobyć rzecz, którą zamierzał wręczyć. Oprócz niego, w żłobku, była czwórka innych kociąt, odrobinę starszych od niego, chociaż niewiele. Były to młode Fląderki, czekoladowej kotki, na którą, z jakiegoś powodu, każdy odwiedzający spoglądał nieprzychylnie. Senna Łza również wychowywała swoją dwójkę, a poza nimi mieli również miejsca dla Milczka, Bzyczka i Pyzy... Mały Drzemlik obserwował każdą reakcję, aczkolwiek nie komentował żadnej z nich. Nie wiedział, że związane to było z ogromną niechęcią względem czekoladowych kotów, na razie jeszcze nikt mu o tym nie opowiadał. Wiedział naprawdę mało o klanie, w którym przyszło mu się urodzić, chociaż dla niego wszystko to, o czym do tej pory się doinformował dzięki historiom, które wlatywały do jego uszu, miał wrażenie, że wiedział naprawdę wiele.
Starszy zerknął na niego, a po paru uderzeniach serca kiwnął głową.
— Tylko nie wychodź, dobrze? Zaraz wrócę. Poczekaj tu na mnie, mały.
Drzemlik kiwnął głową z zapałem i odprowadził pręgusa wzrokiem, aż jego końcówka ogona zniknęła w przejściu prowadzącym do centrum obozu Klanu Nocy. Spojrzał w kierunku kociąt odrzutka. Cała czwórka obecnie odpoczywała blisko siebie, a ich boki unosiły się, a później opadały spokojnie. Później łebek odwrócił w stronę Orzeszki, która obracała coś w łapkach. Siostrzyczka bardzo lubiła tworzyć wszelkiego rodzaju rzeczy, z rzeczy, które mieli pod łapkami. Bardzo lubił się przyglądać temu procesowi i samemu próbować, ale rzadko kiedy mu wychodziło. Mimo wszystko nie peszył się, w końcu jego celem nie było koniecznie to, żeby stworzyć idealny wianek, a to, żeby miło spędzić czas z nią.
Nim się obejrzał, Złocisty Widlik wrócił z powrotem do bezpiecznych ram legowiska, a w pysku niósł gałązkę z kwiatami lilaku. Była ich dwójka, a kolor barwiący ich płatki to był fiołkowy, przechodzący u końcówek w pudrowy, prawie biały. Drzemlik zdusił w sobie pisk ekscytacji. Nie chciał, żeby reszta mu podebrała kwiecie sprzed nosa, byłoby mu bardzo smutno! Oczywiście, gdyby to nie był prezent, to z chęcią by się podzielił.
— Czy taki będzie w porządku? — wymruczał starszy, kładąc na ziemi roślinę, a niebieski kocurek pokiwał energicznie główką.
— Tak, tak! Jest idealny… przepiękny! — zamruczał, czując się lekko przytłoczonym, gdy intensywny, kwiecisto-ziemisto-mokry zapach dotarł do jego nozdrzy. Schylił łeb i próbował podnieść podarunek, aczkolwiek był zbyt ciężki. Łaciaty, zauważywszy zmagania kociaka, pomógł mu przenieść niezwykle cenną rzecz. Ułożona została przed Świteziankowym Jeziorem.
— Mamusiu, to dla ciebie. — Otulił swój bok ogonkiem, zastanawiając się, czy jej się spodoba. Nie sądził, by była niezadowolona albo zawiedziona doborem dobrowolnego, miłego gestu. Może to nie on go przyniósł, aczkolwiek nie uważał, by miało to szczególne znaczenie. Najbardziej istotnym obecnie było to, że udało się mamie dostarczyć tak niesamowity prezent! Kotka spojrzała na przedmiot, po paru uderzeniach serca przysuwając go bliżej siebie i wpatrując w prawie że błękitne, liczne płatki w kształcie gwiazd albo rozgwiazd.
— Dziękuję — powiedziała, a niebieski miał ochotę zacząć skakać ze szczęścia. Nawet jeśli mama nie była szczególnie wylewna jak chodziło o wypowiedzi, cieszył się z każdego jej słowa równie bardzo. Cieszyło go to, że kwiatek był w stanie poprawić jej humor! A przynajmniej w to chciał wierzyć. Że dzięki temu mamusia się uśmiechnie i może z nimi za moment pobawi.

Od Drzemlika do Orzechówki

— Myślisz, że ryby są smaczne? Dowiedziałem się ostatnio, że każdy nimi pachnie przez to, że ciągle je jedzą — zagadnął do Orzechówki, która leżała tuż obok niego i wpatrywała się w sufit żłobka. Kocurek powinien już dawno spać, ale… musiał porozmawiać z koteczką! Chciał, żeby przyśniło jej się coś miłego, a zasłyszał gdzieś, że sny zależały od tego, co w danym dniu robił kot oraz o czym słyszał. Dlatego pomyślał, że skoro każdy tak bardzo lubił ryby, to jej nie zaszkodzi o nich posłuchać, oczywiście o ile skupiała się na tym, co zamierzał jej przekazać i co do tej pory z siebie wydukał. — Podobno trzeba je najpierw obrać z łusek, co zajmuje chwilę, chociaż niektórzy mają na to swoje sposoby. Mianowicie przytrzymują rybę jedną łapą, a drugą, pod odpowiednim kątem z wysuniętymi pazurami, wycinają nadmiar, chociaż wychodzi to dość nieestetycznie, jako iż ciężko jest wycelować pazurami… jest też sposób, który polega na odgryzaniu lub wyrywaniu kłami łusek. Myślisz, że łatwo je wyrwać? Skoro każdy ma swój własny sposób, może nasze też będą się różnić… — zastanawiał się na głos, przysuwając jeden z palców u swojej łapy do brody, wzrokiem błądząc teraz również po suficie azylu, poza który nie śniło im się jeszcze nawet wydostać. A przynajmniej Drzemlik nie miał tego w planach, w myślach Orzeszki nie był w stanie przecież czytać.
— Hmmm… — zamruczał, układając niebieską łapkę na piersi wygodnie. Przymknął oczy po jakimś czasie, czując, jak coraz bardziej ogarnia go zmęczenie. Nie był pewien, kiedy ostatnio spał. Możliwe, że przebudził się z poprzedniej drzemki stosunkowo niedawno, a następna dawka odpoczynku zapraszała go do siebie z otwartymi ramionami. Dlatego nie zamierzał jej odmawiać, chociaż… odczuwał swego rodzaju nagły wstyd związany z tym, iż siostra mogłaby go zobaczyć śpiącego. Mimo że każdego dnia widziała go właśnie takim!
Żółtooka spojrzała na niego, gdy od dłuższego czasu przestał się odzywać.
— Śpisz? — wydobyło się ciche mruknięcie z jej pyszczka, a Drzemlik, będąc już prawie po drugiej stronie bramy krainy snów umysłem, początkowo pomyślał, że mu się to przyśniło. Nie ruszył się w żadnym stopniu, poza delikatnym zastrzygnięciem wąsikami.
— Nie… — miauknął sennie, prawie tak, jakby lunatykował, chociaż jego świadomość była gdzieś tam jeszcze, więc jeszcze nie odpłynął całkowicie. Podniósł niezdarnie łapkę i zaczął nią pocierać powieki, co sprawiło, że wybudził się delikatnie, ale uczucie, że zaraz zaśnie powróciło do niego, ze zdwojoną siłą. Potarł oko oczywiście z zamkniętą powieką, a później ich nadal nie uchylił. — Zamknąłem oczy, bo… bo mnie szczypią. Potrzebują też odpoczynku — wyjaśnił jej i było w tym trochę z prawdy – dzięki takiemu odpoczynkowi regenerowało się zarówno całe ciało, jak i umysł, a przynajmniej w to wierzył. Nim się zorientował, zupełnie przestał słyszeć wszelkich odpowiedzi ze strony Orzeszki, a po żłobku zaczęło nieść się cichutkie pochrapywanie zmęczonego kocurka.

<Orzeszko, ty może też się zdrzemnij>

Od Drzemlika

Siedział obok mamy, która czyściła jego kark spokojnymi pociągnięciami języka. Zapach kwitnących lilaków przynosił mu ukojenie, to samo mógł zresztą powiedzieć o szumie wody obijającej się o mokry grunt otaczający ciecz. Na początku ciężko było mu się przyzwyczaić do tak intensywnych woni, zresztą kwiaty nadal sprawiały, że dużo kichał, ale nie martwił się tym szczególnie… tak naprawdę nadal się do nich nie przyzwyczaił, ale już je znał. Nie krzywdziły go, a jedynym, co mu się działo z tego powodu, to parę glutów z nosa, które wycierał w zmarnowane liście, jeśli jakiś był pod łapą. Czuł, jak fałda skóry podciąga się lekko ku górze ze względu na nacisk, jaki był kładziony na jego kręgosłup. Młodziak zaparł się łapkami, robiąc co w jego mocy, żeby wytrwać w pozycji siedzącej i jednocześnie czekał, aż mama skończy. Chciał się już pobawić z Orzeszką, znaną także przez jego pobratymców jako Orzechówką, jego kochaną siostrzyczką! Była bardzo podobna do mamy. Nie dość, że z wyglądu, to jeszcze z charakteru. Obie były niezwykle małomówne, ale młodziak nie uważał tego jako coś złego. On sam niekiedy nie miał ochoty do tego, żeby dużo rozmawiać z innymi. A był brudny i stąd to całe mycie… bo… przypadkowo wpadł do jednego ze zbiorników, które znajdowały się w kociarni i tak się złożyło, że wszystkie możliwe brudy tego świata postanowiły przylepić się do niego pod wpływem zwilżenia skóry. Zerknął na pyszczek mamy, gdy tak krótkie futerko na jego łebku zaczęło się podnosić. Nie wydawał się szczególnie przejęty faktem, iż był nadal lekko mokry po wpadnięciu do wody. Był najzwyczajniej w świecie szczęśliwy, że mógł spędzić tyle czasu z jego kochaną mamusią i siostrzyczką!
— Mamo? — zamruczał, wlepiając żółte oczka w ślepia kocicy, chociaż nie nawiązali kontaktu wzrokowego. Co tylko wgapiał się w jej źrenice, kocica albo nie odwzajemniała tego, albo zupełnie nie podnosiła pyszczka ku temu, żeby popatrzeć mu w oczy, a jedynie poruszała uszami w kierunku źródła dźwięku. Nie uważał tego za dziwne, a za normalne, jako iż spotkał się z takim zachowaniem już któryś raz. Nie wiedział, co było inne, co odstawało od “normy”, czym różniła się od innych kotów, bo… nie zdążył poznać jeszcze nikogo, oprócz kotów zamieszkujących żłobek, ale najlepiej i tak znał swoją rodzinę! W jego oczach mama była najlepszą mamą na świecie, nie mógł prosić Klanu Gwiazdy o lepszą. Zwęglona przerwała mycie i zerknęła na niego, strzygąc lekko wąsami. Zauważywszy, iż udało mu się zwrócić jej uwagę na siebie, jego ślepka rozjarzyły się masą iskierek podekscytowania, a łapkami zaczął mimowolnie ugniatać grunt. Musiał powiedzieć jej coś niezwykle, niezwykle ważnego!
— Kocham cię tak bardzo! — wydobyło się z jego pyszczka szczerze i otarł się o jej pierś łebkiem, mrucząc z zadowoleniem. Karmicielka wydawała się wzruszona, ale i jednocześnie, w pewnym sensie, speszona. Przechylił lekko główkę na bok.
— Jak bardzo?
— O taaaak bardzo! — uniósł łapki do góry, po chwili rozciągając je po swoich bokach tak daleko, jak tylko był w stanie. Młodzik odczuł lekkie naciąganie mięśni, a także dyskomfort, gdy przekroczył określoną przestrzeń, podarowaną mu odgórnie. Kotka kiwnęła głową, a Drzemlik czuł się jak najszczęśliwszy kocurek na świecie.
Zerknął na małą Orzechówkę, która siedziała obok brzucha matki i posilała się. Przez cały ten czas nie powiedziała nic, a zamiast tego przymykała oczka, ugniatała puchaty, pręgowany brzuch rodzicielki i niedługo później otwierała żółte lampki, gdy tylko osunęła się lekko główką, nie mogąc dalej pić.

02 sierpnia 2026

Od Drzemlika

Mały kocurek poczuł nagły chłód, który sprawił, że nabrał tyle powietrza do płuc, ile tylko był fizycznie w stanie i zapiszczał głośno, gdy natrafiła się ku temu okazja. Lilaki powoli kwitły, wydobywając intensywną, kwiecistą woń wymieszaną z odrobiną mokrej, ziemistej nuty. Drzewa szeleściły spokojnie, a wysoko pnące się korony kołysane były na boki. Obok źródełka nieśmiało przelatywały co jakiś czas ważki i pojedyncze muchy, aczkolwiek nigdy nie zatrzymywały się tam na długo, jako iż zbiornik tracił ich zainteresowanie. Mimo Pory Nowych Liści zmiana temperatur była na tyle dotkliwa, że małe, niebieskie ciałko zaczęło się trząść z chłodu. Zdążył przyzwyczaić się do przyjemnego ciepła, do którego było mu w tej chwili tak tęskno… Już uderzenie serca później poczuł szorstki język, który zaczął stroszyć mu miękkie futerko w przeciwną stronę rośnięcia ciemnych, dwukolorowych kłosów. Oczka miał szczelnie zamknięte, a poduszki łap niezwykle miękkie. Pod swoim grzbietem poczuł większą łapę, czyjeś ciepłe poduszki, trzymające go z troską, żeby nie wypadł z nich i nie przetoczył się kawałek dalej, w legowisku. Nad jego głową rozległy się głosy, jednak obecnie niezrozumiałe dla niego. Nowe zapachy napłynęły do jego noska, otworzył pyszczek i zaczął cicho syczeć na nieznajomych, stojących nieopodal. Nie było to głośniejsze od szeptu, dlatego też dziwnym by było, gdyby z tego powodu przerwali konwersację na długo. Przypłaszczył nieco oklapnięte uszka i zaczął prostować tylne łapki, nie będąc w stanie schować pazurków wielkości igiełek. Zastrzygł wąsami, a wargi zaczęły same mu podrygiwać. Położono go wreszcie na miękkie, wyłożone pierzem podłoże, a malec instynktownie zaczął czołgać się w stronę ciepła – czyli brzucha matki. Wczepienie się i posmakowanie mleka po raz pierwszy nie zajęło mu długo. Również nie potrzebował całego dnia, żeby odkryć, iż nie był jedyną kulką obok matczynego boku, której zależało na pożywieniu się. Nie miał jednak w planach jej kopać, była bardzo spokojna i w porównaniu do niego, nie piszczała na prawo i lewo.

02 sierpnia 2014

Drzemlikowa Łapa

Autor grafiki: baroksi
OGÓLNE
DRZEMLIKOWA ŁAPA
Poprzednie imiona: Drzemlik
Płeć: Kocur
Orientacja: Nieokreślona
Przynależność: Klan Nocy
Ranga: Uczeń ogrodnika

- - - -

Właściciel: baroksi
CHARAKTERYSTYKA

APARYCJA
Opis ogólny - Drzemlik to przeciętnego wzrostu kocurek o okrągłej buźce i wąskich, dużych oczkach. Jego uszy są nieco małe, chociaż symetryczne i często postawione do przodu, żeby malec mógł słyszeć jak najwięcej. Jego szata jest intensywnie niebieska, pokryta milionem albo nawet i większą ilością ciemniejszych, nieregularnych ciapek, pomiędzy którymi jest malutko przestrzeni przerwy. Na piersi, brzuchu, oraz mordce na policzkach i oczach (a także nad nimi) pojawia się rozjaśnienie przybierające wręcz beżowy kolor, łudząco podobny do piór Drzemlika. Jego łapki, małżowiny uszne, a także nos jest koloru ciemnego różowego. Posiada ciemniejszą maskę na mordce w odcieniu pręg, a ślepka intensywnie żółte, takie jak jego mamy, Świteziankowego Jeziora.
Cechy szczególne - Pręgi nachodzące na pierś w kształcie nietoperzych skrzydeł lub pajęczynki, rozjaśnienia nad oczami na wzór tych u ptaka drzemlika, pióro za uchem.
Kolor sierści - Niebieska zwęglona (twilight) pręgowana dziko z akcentami
Długość sierści - Krótka
Kolor oczu - Żółte
Problemy zdrowotne - Brak

CHARAKTER

Drzemlik to optymistyczny, przepełniony radością kocurek, który jest w stanie w każdej najmniejszej sytuacji dostrzec dobro oraz powód do radości i dobrego humoru przez całą resztę dnia. Lubi dopytywać swoich bliskich, upewniać się, czy aby na pewno wszystko z nimi w porządku i poprawiać im humor swoją zaraźliwą radością. Uwielbia również przeprowadzać dość wylewne, ale nieco dziecinne konwersacje podczas których spowiada się komuś z całego swojego dnia, wymieniając go z najmniejszymi szczegółami z zawzięciem oraz dumą takimi, jakby wygłaszał conajmniej przemowę przed całym klanem. Zdarza mu się kłamać, aczkolwiek są to nieszkodliwe kłamstwa, podczas których zazwyczaj chwali się czymś, czego w rzeczywistości nie ma, bez złych zamiarów i przechwalania się w celu pokazania siebie jako tego lepszego. Uważa, że każdy jest na równi i każdy kot zasługuje na przebaczenie, jeśli żałuje popełnionych przez siebie czynów. Nie wierzy w to, że ktoś mógłby być zły do szpiku kości i sam również stroni od popełniania świadomych, przykrych czynów. Jest on ambitny, jednak nie chorobliwe; wie, kiedy powinien zrobić sobie przerwę podczas nauki i dba o to, żeby się zawsze wysypiać i dobrze zjeść. Uwielbia się dzielić wszystkim, nawet jeśli danej rzeczy ma tylko jedną sztukę i ani wąsika więcej. Jest zdania, że jeśli dzięki tej jednej rzeczy ktoś miałby chodzić przez resztę dnia szczęśliwy, jest to mała cena do zapłacenia.

MORALNOŚĆ

W trakcie kształtowania.

CIEKAWOSTKI

– Szum rzeki go uspokaja. Bardzo lubi wsłuchiwać się w obijanie wody o brzeg.
– Nie lubi patrzeć na niebo - gwiazdy kojarzą mu się z milionem ślepi wpatrujących się w niego, co wprawia go w lekki dyskomfort. W ciągu dnia nie ma problemu ze spoglądaniem w górę.
– Jego ulubioną rośliną jest lilak, kojarzy mu się z jego kochaną mamą.
– Urodził się Porą Nowych Liści.
UMIEJĘTNOŚCI

Poziom medyczny: ///
Poziom wojownika: ///
Słabe strony: Wspinaczka, biegi długodystansowe, skoczność
Mocne strony: Łowienie, pływanie, zwinność, siła

RELACJE

RODZINA

Ojciec - Jastrząb
Rodzeństwo - Orzechówka (siostra)
Partner - ///
Potomstwo - ///

INNE

Tekst tekst tekst

SZKOLENIE

Uczniowie obecni - ///
Uczniowie dawni - ///
HISTORIA

Przyszedł na świat jako jedno z dwóch kociąt Świteziankowego Jeziora za czasów panowania Mandarynkowej Gwiazdy.