Podreptał za ciemnym kotem, ze zwieszoną głową. Starsza kotka dotknęła go ogonem, by dodać mu otuchy.
— Niektóre rośliny potrzebują dużo wilgoci i lepiej je zbierać takimi porami — rozległo się przed nim.
Nadstawił uszu. Poruszył wąsami, doganiając mentora.
— Chodźmy, pójdziemy ich poszukać.
— Nie trafimy na lisy?
— Raczej nie, w tej części nie powinniśmy ich spotkać — odparł starszy. — Możemy wziąć kogoś z nami.
Sajgon akurat przeciągał swoje czarne ciało, kiedy nadeszli. Gołąbek zamienił z nim kilka słów, a kocur kiwnął głową. Wybyli więc całą trójką. Zwinek był zaintrygowany wojownikiem. Nie nosił na sobie blizny, a mimo to biła od niego pewność siebie oraz doświadczenie. Podziwiał takie koty, samemu będąc raczej delikatną osobowością.
Szli bardzo długo. Mijali łąki pełne zielonej trawy, a w niej śpiewające ptaki, które na ich widok szybciutko umykały. Następnie wspięli się na kłodę, która pozwoliła im przejść na drugą stronę rzeki. Zwinek potrzebował tutaj pomocy Sajgona - sam był za słaby, by wykonać taki skok na śliską nawierzchnię. Gołąbek go pochwalił. Następnie przekroczyli mokradła, docierając aż do Dębowej Ostoi, w której powietrze pachniało zupełnie inaczej. Było ciężkie, wilgotne. Mgła zdążyła się rozejść do tej pory, odsłaniając podłoże pełne mchu, gałęzi i liści. Zwinek musiał mocno uważać, by nie wywinąć orła, ale i tak uderzył głową w gałąź jednego z krzaków. Zapiszczał boleśnie.
— Zwinku, wdrap się na drzewo i zbierz mi tamte liście, dobrze? Pamiętasz, co z nimi robimy? — zapytał go mentor.
— To te, co nosimy w nich lekarstwa? Te wielkie?
— Tak, dokładnie słoneczko! — wtrąciła się Purchawka, a Zwinek posłał jej uśmiech. Gołąbek westchnął.
Po chwili rudzielec dzielnie wspinał się na drzewo. Sajgon go kontrolował, czy nie spada, ale jednocześnie rozglądał się dookoła za niebezpieczeństwami. Zwinek dotarł na najniższą gałąź dębu i zerwał tyle, ile zdołał. Zrzucił to na ziemię, by dozbierać więcej. Purchawka z Gołąbkiem wzięli zdobycze. Zwinek niezgrabnie zszedł, spadając z ostatniego odcinka, prosto w mchowe podłoże. Zarył buzią w mokrej ziemi.
— Auć — syknął.
— Hihihi jak nie będziesz uważał to zaraz zużyjemy to, co zebraliśmy — rzuciła Purchawka, a Zwinek położył uszy po sobie.
Zebrał się z ziemi, otrzepał, chlapiąc przypadkiem Sajgon.
— Ojć, wybacz — miauknął ze skruchą.
— Nic nie szkodzi.
Poszli dalej. Purchawka pokazała Zwinkowi jak odnaleźć dziki czosnek. Roślina ta miała bardzo pikantny zapach, a jej wygląd to była bulwa z liśćmi. Zwinek zanotował w głowie ten nietypowy obraz. Zebrali tyle, ile zdołali.
— Bardzo dobrze leczy infekcję — zaczął Gołąbek. — Jest również pomocny przy ugryzieniach szczurów.
— Pachnie okropnie — skomentował syn Purpury.
— Oj słodziaku, nie każde lekarstwo musi pachnieć fiołkami. Ma działać! — oznajmiła Purchawka, która była jak zawsze w świetnym nastroju.
Dębowa Ostoja wydawała się Zwinkowi przerażającym miejscem. Pełna różnych zapachów, niektórych tak drażniących, jakby miały zaraz wybuchnąć mu płuca. Z kolei inne były delikatne jak kwiaty. Widział dużo różnych drzew oraz krzewów, których nazw nie pamiętał. Wiedział jednak, że jeszcze tutaj wróci na przyszłych treningach, dlatego nie łamał się niewiedzą. Jednocześnie podejmował rozmowy z Sajgonem, pytał go o to i tamto, ale też potykał się o wystające korzenie. Wojownik kilkukrotnie musiał go wyciągać z dziur po łasicach.
Ich długą i wyczerpującą podróż zakończyli jeszcze lekcją na temat zdzierania kory z drzew. Zwinek po powrocie był naprawdę wykończony, więc Gołąbek pozwolił mu na niedługą drzemkę. Rudy dosłownie padł na pyszczek tam, gdzie stał, więc z pomocą Purchawki, obydwoje medycznych kotów go przeniosło na bok, żeby nie przeszkadzał.
[627 słów + zbieranie ziół w towarzystwie szamana]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz