BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serdeczna Naparstnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serdeczna Naparstnica. Pokaż wszystkie posty

27 czerwca 2026

Od Serdecznej Naparstnicy CD. Wzburzonego Kormorana

— Wiem, że… — zaczął, lecz po chwili jakby zrezygnował z tej myśli. — Na początku chyba powinienem przeprosić, a więc przepraszam. Przepraszam za wszystko, co ci księżyce temu mówiłem. Zachowywałem się jak mysi móżdżek, próbując obrażać się w każdy możliwy sposób. Było to niedojrzałe i niestosowne, patrząc też na to, że byłem wtedy już wojownikiem. Jako wojownik powinienem szanować innych pobratymców, szczególnie tych, którzy dbają o dobro klanu, obojętnie czy polując, czy pomagając w obozie. Wiem, że zwykłe słowa i jedno przepraszam nie zmyje moich win, dlatego będę starał się być po prostu lepszy niż tamten młodzik. — Nie czekając na odpowiedź niebieskookiego, schylił się po ptaka, by następnie odejść z nim.
Serdeczna Naparstnica stał jak wryty, w ciężkim szoku obserwując sylwetkę pointa, która właśnie znikała mu z pola widzenia. Wszystkiego się spodziewał. Wszystkiego, tylko nie tego. Gdy kilka księżyców temu kłócił się ze Wzburzonym Kormoranem na zgromadzeniu, nie sądził, że ten kot będzie jeszcze w stanie się zmienić. Co musiało w niego wstąpić, by nagle naszło go na przeprosiny? Może Źródlana Łuna kazała mu to zrobić? Nie… Po co miałaby? Zresztą, dlaczego teraz wymyślał jakieś wymówki, zamiast po prostu uwierzyć, że Kormoran naprawdę się zmienił? Powinien się cieszyć, że coś takiego miało miejsce.

* * *

Zgromadzenie

— Serdeczna Naparstnico — rozległ się głos. — Jak sobie radzisz jako protektor?
Na dźwięk głosu drugiego kota Naparstnica wzdrygnął się nieco, zdecydowanie nie spodziewając się, że ktokolwiek do niego podejdzie. Sądził, że całą podróż, jak i samo zgromadzenie, spędzi gdzieś na uboczu, w ciszy, obserwując wszystko z bezpiecznej odległości. A jednak ktoś postanowił do niego zagadać.
Gdy spojrzał na swojego rozmówcę, wzdrygnął się po raz drugi. Był to nie kto inny, jak Wzburzony Kormoran, z którym łączyła go dosyć dziwna relacja. Protektor sam nie wiedział już, co właściwie o nim myśleć.
— Cóż... raczej dobrze — mruknął krótko. Miał ochotę od razu zapytać Kormorana o jego opinię na temat ostatnich wydarzeń w Klanie Klifu, lecz w porę ugryzł się w język. Nie wiedział przecież, czy point nie trzyma strony Lśniącej Gwiazdy. A jeśli tak było, jedno nieostrożne pytanie mogło sprowadzić na Naparstnicę więcej kłopotów, niż było to warte.
— To dobrze — odparł, po czym zamilkł na moment. — Wybacz, chyba nie powinienem był próbować zagadać — powiedział cicho, zaczynając nieco zwalniać krok, by oddalić się od protektora.
Serdeczna Naparstnica zamrugał kilka razy, po czym również zwolnił kroku. Sam już nie wiedział, czy dlatego, że chciał zrównać się z drugim Klifiakiem, czy po prostu dlatego, że nadążanie za grupą, mając tak krótkie łapy, było wyjątkowo trudne.
— Za każdym razem, gdy próbujesz polepszyć naszą relację — a przynajmniej zakładam, że właśnie to planujesz — oddalasz się, nim rozmowa zdąży się na dobre rozpocząć — zauważył spokojnie. — Czy tylko mi się wydaje, czy jednak trochę dręczą cię słowa, które powiedziałeś do mnie kilka zgromadzeń temu? — zastanowił się, uważnie wpatrując się w pysk Wzburzonego Kormorana, jakby próbował wyczytać z niego każdą intencję kocura.
Point początkowo na te słowa gorzko się zaśmiał.
— Widać, że nadajesz się na protektora — oznajmił z lekkim uśmiechem. — Chyba po prostu nie jestem dobry w naprawianiu swoich błędów z przeszłości. Do dziś przed oczami mam twój pysk, kiedy to wróciłem do obozu z ciałem Mroźnego Wichru... Kiedy to mówiłeś, bym w końcu odpuścił. Nie wiem, czy to faktycznie byłeś ty, ale chyba właśnie wtedy zrozumiałem, jaką wronią strawą byłem wobec ciebie.
Protektor nie pamiętał już dokładnie tamtego zdarzenia, lecz postanowił o tym nie wspominać. W końcu musiało wydarzyć się dosyć dawno, więc po co je teraz roztrząsać? Zamiast tego po prostu skinął głową.
— Nie mogę powiedzieć, że zachowywałeś się wtedy wzorowo, ale gdybym tylko krytykował ciebie, a o swoim zachowaniu nawet nie wspomniał, byłbym zwykłym hipokrytą. Ja również nie powinienem był się wtedy tak unosić. Muszę przyznać, że mogłem zachować się lepiej... jeśli poprawi ci to samopoczucie — stwierdził niechętnie, gdyż mówienie na głos o własnych błędach tylko pogłębiało jego i tak niskie poczucie własnej wartości.
— Ty tylko wtedy broniłeś się przed moimi idiotycznymi uwagami, już nawet nie wiem, jaki był ich cel, co chciałem przez nie osiągnąć... Wolałbym, by wtedy to się nie wydarzyło, lecz czasu się nie cofnie, więc zostaje mi jedynie pracować nad sobą i mieć nadzieję, że pewnego dnia odkupie swoje winy — wyjaśnił, przysiadając gdzieś na uboczu wyspy, woląc, by nikt zbytnio nie słyszał ich rozmowy.
Gdy przysiedli, na moment zapadła cisza. Protektor wlepił wzrok we własne łapy, zastanawiając się, o czym właściwie porozmawiać ze Wzburzonym Kormoranem.
W końcu do głowy przyszedł mu kremowy uciekinier — Królicza Prawda — który był również ojcem pointa.
— Lśniąca Gwiazda powiedział, że my, protektorzy, musimy dbać o to, by każdy kot w Klanie Klifu czuł się jak w domu — odezwał się przesadnie słodkim tonem. W jego głosie pobrzmiewała nuta ironii, choć na tyle subtelna, że trudno byłoby się jej przyczepić. — Dlatego pomyślałem, że cię o coś zapytam. Co właściwie czujesz wobec tej przynależności? Czy po ucieczce twojego ojca pojawiły się u ciebie jakieś wątpliwości?
— Ciekawe, że w klanie nadal są koty, które uważają Króliczą Prawdę za mojego ojca. Myślałem, że plotki innych dawno obaliły to stwierdzenie. Sam już nie wiem, w co wierzyć, jeśli mowa o nim, jakoś nigdy nie byłem blisko ani z nim, ani z matką. Wychodzi na to, że miałem jedynie siostrę i ewentualnie Trójokiego Zająca, opcjonalnie jeszcze Bukową Koronę. Hah, śmiesznie. Niby mam rodzinę, pobratymców, a mimo wszystko wychodzi na to, że jestem bardziej samotny, niż myślałem. — Jego monolog był raczej dość niespodziewany, lecz widać było, że point potrzebował momentu, by się wygadać. — Wybacz, chyba za bardzo się rozgadałem nie na temat. Wątpliwości raczej nie mam, jestem wręcz obojętny na to, kto co robi, stojąc na czele klanu, dopóki nie są to jakieś niewybaczalne zbrodnie.
Protektor nie mógł ukryć tego, że jego brwi na moment zmarszczyły się w irytacji. Obojętny? Na to, co wyprawia lider twojego klanu?
— No nie wiem... moim zdaniem zamordowanie młodego kota, który miał przed sobą całe życie, wydaje się dość niewybaczalną zbrodnią — mruknął, starając się wciąż brzmieć spokojnie i niewzruszenie. — Nie uważam, że Lśniąca Gwiazda powinien posuwać się aż tak daleko. Mógł strącić z siebie Tawułową Bryzę, mógł wrócić do obozu. Zamiast tego zdecydował się go zabić pośród niczego, nie dostarczając nam żadnych dowodów na to, że Tawułowa Bryza naprawdę okazał się zdrajcą. Ale ja jestem tylko głupim protektorem, co ja tam o tym wiem? — prychnął, odwracając pysk od Wzburzonego Kormorana.
— C-co? Jak zabić... — wydukał. — Ugh, co ze mnie za Klifiak, że nawet nie wiem, co się w klanie dzieje... Chyba w ostatnich księżycach za bardzo nie byłem świadomy tego, co jest dookoła mnie... Aldrowandowa Łapa na pewno o tym mi mówiła, ale nie, musiałem jednym uchem słuchać, a drugim puszczać jej słowa. Zdecydowanie nie nadaje się na wojownika, a tym bardziej czyjegoś przyjaciela.
Ciężko westchnął, kierując jasne spojrzenie na ciemną toń wody, która leniwie muskała skałę, na której siedzieli.
— Zdecydowanie nie byłbym dobrym protektorem ani medykiem — zażartował w nerwach.
Naparstnica wyczuł jego wahanie niemal od razu, co sprawiło, że zrobiło mu się cieplej na sercu. Nie dlatego, że lubił patrzeć, jak inne koty są skonfundowane, lecz dlatego, że mógł zmusić Wzburzonego Kormorana do myślenia.
Mniej lub bardziej intencjonalnie poruszył ogonem, delikatnie dotykając jego końcówką boku wojownika.
— No już, nie dobijaj się tak — stwierdził, wciąż nie siląc się na spojrzenie w jego stronę. — Ja ostatnio czuję, że nie mam z kim porozmawiać o sprawach, które przewijają się w Klanie Klifu — westchnął, po czym na moment umilkł.
Do głowy przyszedł mu nagle pomysł.
— Nie chciałbyś może spotykać się częściej? — zaproponował w końcu. — Myślę, że oboje byśmy na tym skorzystali. Chciałbym, żebyśmy wychodzili wspólnie gdzieś daleko od obozu i rozmawiali o tym, co dzieje się w Klanie Klifu. W ten sposób może zmotywuję cię do zwracania uwagi na to, co się dzieje, a ja będę mógł wreszcie ubrać w słowa swoją frustrację. Musiałbyś mi tylko obiecać, że nawet jeśli nie zgodzisz się z moją opinią, nie zdradzisz jej nikomu innemu…
Początkowo point wpatrywał się jedynie szeroko otwartymi oczami w protektora, nie mogą uwierzyć w to, co słyszy.
— Protektorzy chyba też nie mają łatwo, waszym zadaniem jest dbanie o innych, ale co z wami? Ktoś kiedyś próbował się zainteresowaniem tym, co wy czujecie? — mruknął, dzieląc się swoimi przemyśleniami na głos. — Co do spotkań, to bardzo chętnie. Możesz być pewnym, że to, co wtedy opuści nasze pyski, nie będzie powtarzane i nikt inny tych słów nie usłyszy. Jedynie chciałbym wiedzieć, czy z czasem byłaby szansa, aby Aldrowandowa Łapa do nas dołączyła? Ręczę za nią, że będzie trzymać ten swój plotkarski dziób zamknięty. Poza tym ona sama ma specyficzne podejście do tego, co się dzieje teraz w klanie, a przynajmniej tak kojarzę.
Serdeczna Naparstnica rozluźnił w końcu mięśnie, uświadamiając sobie, że od początku zgromadzenia siedział cały spięty. Następnie wzruszył ramionami.
— Jeśli będzie chciała, to czemu nie. Chętnie posłucham, jakie spojrzenie na rządy Lśniącej Gwiazdy mają inne koty — oznajmił, po czym przeniósł wzrok na rudego lidera, który, niczego nieświadomy, siedział na skale pośród innych przywódców. — Wierzę, że kiedyś uda mi się odkryć prawdę na temat tego wszystkiego… — szepnął jeszcze.
Lekki uśmiech zagościł na pysku Kormorana, który następnie otarł się głową o bark niższego. Dopiero kiedy to sobie uświadomił, speszony prędko odsunął się od kocura, uciekając wzrokiem na wszystkie strony świata, tylko by nie spoglądać w jego stronę.
— Tobie na pewno uda się dotrzeć do prawdy — mruknął, starając się udawać, że jego wcześniejszy ruch nie miał miejsca.
Protektor zachichotał na reakcję wojownika, wciąż czując dziwne łaskotanie w miejscu, w którym przed chwilą Wzburzony Kormoran otarł się o niego pyskiem.
— Czyżbyś już przegrywał ze snem? Rozumiem, że niektóre koty wolą chodzić spać wcześniej, ale przesiedzenie jednego zgromadzenia to chyba nie żaden cud?
— Nawet nie wiesz, jak myślenie jest męczące — zażartował point, sięgając łapą w stronę wody, by chwilę później ochlapać nią nieco swego towarzysza rozmowy. — To tak dla pewności, że przynajmniej ty jeszcze nie wymiękasz — dodał z cichym śmiechem.
Serdeczna Naparstnica zadrżał, gdy kropelki wody niespodziewanie zetknęły się z jego futrem.
— Ha, ha… — mruknął, przewracając oczami. — Ja akurat mam już niemałe doświadczenie w niezasypianiu nocami — dodał, niby żartobliwie, choć jego słowa były zupełnie prawdziwe.
— Spokojnie, ja cię w nocy obronie, więc możesz spać spokojnie — wymruczał, wypinając dumnie pierś.
Kocur już chciał powiedzieć, że to nie o swoje fizyczne zdrowie martwił się nocami, lecz słowa te nie przeszły mu przez gardło. Zamiast tego przypomniało mu się, że jeszcze chwilę temu Kormoran zastanawiał się nad tym, kto pomaga protektorom, których obowiązkiem było wspieranie przeciętnych członków Klanu Klifu.
Po chwili ciszy postanowił odpowiedzieć:
— Pytałeś, czy ktoś interesuje się samopoczuciem protektorów… Cóż, najlepiej byłoby, gdyby protektorami zostawały koty, które same nie mają nierówno pod kopułą, lecz w obecnych czasach jest to raczej niemożliwe. Na szczęście jedna z moich starszych sióstr również jest protektorką, więc w razie czego mogę poprosić ją o pomoc. Nikt nam tego nie zakazuje — odparł, choć dobrze wiedział, że nigdy w życiu tego nie zrobił.
— To dobrze, że mimo wszystko masz kogoś takiego, a od teraz nawet i dwa takie koty — odparł z lekkim uśmiechem, nieco poważniejąc. — Czy bycie protektorem jest trudne, podobnie nauka? W sumie to, czego się uczycie jako uczniowie? — spytał, będąc ciekawym.
Wciąż ciężko Naparstnicy było uwierzyć w to, jak bardzo point zmienił się na przestrzeni czasu. Pamiętał, gdy jeszcze wojownik wyśmiewał rangę protektora. Teraz natomiast próbował lepiej ją poznać, co dla starszego było miłym zaskoczeniem.
— Musimy znać przynajmniej podstawy z treningów na wojownika, a także medyka. Nie powiedziałbym, że jest ciężko, jeśli nie ma się zbyt dużych ambicji. Są natomiast koty, które postarają się poznać o wiele więcej technik bitewnych czy sposobów na polowanie, a także takie, które będą bardzo przykładały się do nauki o ziołach i chorobach. Powiedziałbym więc, że to, czy treningi do zostania protektorem są trudne, zależy od tego, jak rozległą wiedzę chce posiadać dany kot.
Chciał kontynuować swój wywód na temat rangi, którą pełnił, lecz wtem ze skały zaczęli przemawiać liderzy.

* * *

Nie mógł się doczekać dnia, w którym wraz ze Wzburzonym Kormoranem wybędzie gdzieś daleko poza azyl i wreszcie wyrzuci z siebie całą frustrację związaną z ostatnimi wydarzeniami w Klanie Klifu. Naprawdę potrzebował komuś ponarzekać na tę sprawę bez lęku, że jego poglądy ujrzą światło dzienne i być może sprawią, iż jego życie stanie pod znakiem zapytania.
Dlatego z samego rana, gdy tylko spostrzegł pointa samotnie szwendającego się po obozie, postanowił natychmiast do niego podejść.
— Cześć, Kormoranie — przywitał się spokojnie. — Mam nadzieję, że wczorajsze zgromadzenie nie było tylko wynikiem twojego dobrego humoru, bo chciałem cię spytać, kiedy po raz pierwszy chciałbyś spotkać się poza azylem, by obgadać… no, sam wiesz co.

<Wzburzony Kormoranie?>

22 czerwca 2026

Od Serdecznej Naparstnicy CD. Dzikiego Berberysu

— Dość dużo dołącza do nas nowych kotów. Nie wiedziałem, że u nas jest tak wspaniale… Do was czasem nie doszło kilka Nocniaków albo innych samotników?
Powiedział to takim tonem, że protektor mógł odczuć, jak bardzo Dziki Berberys nie chciał kolejnych nowych gości w Klanie Burzy.
— Co sądzisz o samotnikach oraz uciekinierach z klanu, Naparstnicowa Łapo? — zapytał, nie będąc świadom, że kocur został przez ten czas mianowany na protektora.
Serdeczna Naparstnica uśmiechnął się nerwowo do łaciatego kocura. Coś mu świtało, że jeden z klifiackich wojowników ostatnio uciekł z klanu. Czyżby trafił akurat do Klanu Burzy? Choć Dziki Berberys wspomniał coś o Nocniakach i samotnikach. W takim razie może myślał, że Królicza Prawda, bo tak chyba nazywał się uciekinier, był bezklanowcem?
— Ja? — mruknął po chwili zakłopotany. Nie uważał, by uciekanie z miejsca, do którego nie chciało się należeć, było czymś złym. To znaczy, on sam nie wyobrażał sobie uciec, ale inni? Inni mogli mieć ku temu powód, nie to co on. — Cóż, samotnicy mi nie przeszkadzają, póki nie są agresywni i nie kradną nam zwierzyny — stwierdził, odwracając wzrok od rudego.
— A co z uciekinierami? — naciskał Dziki Berberys.
— Z uciekinierami? No, nie wiem. W każdym razie możesz mieć pewność, że ja nie zamierzam dołączać do Klanu Burzy — zaśmiał się nerwowo, choć teraz sam nie wiedział, czy powinien był to tak ująć. — Choć nie mówię, że jest u was źle! Na pewno macie wszystkiego pod dostatkiem — dodał jeszcze, na co Dziki Berberys zmrużył ślepia.
Przez moment trwali tak w ciszy, dopóki biało-niebieski nie kontynuował:
— Wiesz, czego ja nie lubię najbardziej? Kotów, które zawierają międzyklanowe związki — mruknął, myśląc o swojej matce. Na jej wspomnienie na jego języku pojawił się gorzki posmak. — I które potem jeszcze mają czelność zakładać rodzinę! Po co robić to tym biednym kociętom? Po co skazywać je na życie z jednym rodzicem pod spojrzeniami podejrzliwych pobratymców? — zirytował się.
Dziki Berberys przybrał zmieszany wyraz pyska, lecz niczego nie powiedział.
— Przez takie głupie koty kolejne pokolenia muszą potem cierpieć! Muszą żyć ze świadomością, że zostały skazane na straty tylko przez to, jakiej kotce się urodziły. No powiedz mi, czy to brzmi sprawiedliwie? — kontynuował, aż futro na jego karku się zjeżyło. — No, brzmi czy nie? — fuknął, odwracając wzrok od Burzaka.
— Dobra, dosyć już tego — mruknął w końcu łaciaty, kręcąc głową. — Muszę już wracać do obozu — dodał, po czym zrobił krok w tył.
Naparstnica wciąż ze złości wymachiwał ogonem na boki. Gdy Dziki Berberys odchodził, krzyknął jeszcze za nim:
— Tak w ogóle to się mianowałem! Teraz mam na imię Serdeczna Naparstnica!

* * *

Teraźniejszość

Sprawa śmierci Tawułowej Bryzy spędzała mu sen z powiek. Lśniąca Gwiazda upierał się, że białofutry okazał się zdrajcą, a zamordowanie go było konieczne, lecz protektorowi nie chciało się w to wierzyć. Śmierć nigdy nie powinna być rozwiązaniem. Nawet Gąsienicowy Ogryzek, który podobno zamordował Pikującą Jaskółkę, nie otrzymał tak srogiej kary.
No właśnie, Gąsienicowy Ogryzek. Kolejny powód, dla którego Naparstnica uważał, że Lśniąca Gwiazda nie jest taki święty, za jakiego się podaje. Jego wujek w życiu nie skrzywdziłby nawet muchy, a co dopiero przeprowadził zamach na przywódczynię! To kompletnie się nie kleiło. Poza tym, skoro rudy lider miał być taki świetny, to dlaczego Królicza Prawda postanowił uciec z klanu? I dlaczego Lśniąca Gwiazda skłamał na jego temat podczas zgromadzenia? Kremowy wojownik nigdy nie był niebezpieczny. Nigdy nie urządzał w obozie awantur i nigdy nikogo nie zamordował, próbując później wmówić innym, że tak musiało się stać.
Wszystkie te wątpliwości sprawiały, że w Serdecznej Naparstnicy narastała frustracja. Chciał coś zrobić ze swoimi podejrzeniami. Chciał działać — lecz kim on był, by cokolwiek zmienić? Był tylko krótkonogim, słabym protektorem, który ponadto nie miał zbyt dużej charyzmy i nie nadawał się na mówcę. Lśniąca Gwiazda zmiażdżyłby go jak robaka, gdyby tylko zaczął za bardzo mu podskakiwać.
Ta myśl sfrustrowała go tak bardzo, że kocur aż wcisnął głowę w łapy, a z jego oczu popłynęły ciepłe łzy. Czuł się taki... bezsilny. Zupełnie jak wtedy, gdy jego siostra, Świetlista Walka, upadła i zaczęła się trząść, a on nie wiedział, jak jej pomóc. Miał tylko nadzieję, że Klan Klifu szybko wróci do normalności i obejdzie się bez kolejnych śmiertelnych ofiar.
W końcu od tego cichego płaczu i narastającej irytacji rozbolała go głowa. Na tyle mocno, że nie dało się tego zignorować ani uznać, że za chwilę samo przejdzie. Postanowił więc otrzeć wilgotne futro na pysku i wstać, kierując się do legowiska medyków.
Zastanawiał się przy okazji, czy Jagnięcy Ukłon i Aldrowandowa Łapa wiedzą, kim naprawdę jest Lśniąca Gwiazda, czy może nadal widzą w nim sprawiedliwego lidera. Czy Klan Gwiazdy kontaktował się z nimi w tej sprawie, czy może był bardziej zajęty zsyłaniem klątw na niewinne kocięta?
Serdeczna Naparstnica wsunął głowę do lecznicy i rozejrzał się po wnętrzu skąpanym w półmroku. W końcu dostrzegł parę kobaltowych oczu należących do starszej medyczki.
— Cześć, Jagnięcy Ukłonie. Prosiłbym o coś na ból głowy — mruknął.
Ruda skinęła głową i zaraz podeszła do składzika, wyciągając z niego odpowiednie zioło.
Po chwili rzuciła je pod łapy Naparstnicy, a ten bez wahania je zjadł. Podziękował jej skinieniem głowy, po czym ich spojrzenia spotkały się na kilka uderzeń serca. W końcu medyczka odwróciła się od niego i wróciła na swoje posłanie.
Czy wiedziała, dlaczego wyglądał teraz tak smutno? Nie, na pewno nie. Nie wyglądała na kotkę, która chciałaby wszczynać rewolucję.
Protektor westchnął ciężko i wrócił na swoje posłanie. Czy tylko on uważał, że Lśniąca Gwiazda nie mówi klanowi całej prawdy, czy inni również podzielali jego podejrzenia? Nie dowie się, dopóki nie zacznie pytać pozostałych.
Jednocześnie bał się, że jeśli trafi na niewłaściwego kota i zostanie wydany, może skończyć jak Tawułowa Bryza albo Królicza Prawda. Martwy. Lub oczerniony w oczach kotów ze wszystkich pięciu przynależności.

* * *

Wiedział, że z Tawułową Bryzą już raczej sobie nie porozmawia, chyba że zakradnie się do świętego miejsca, gdzie kontakt z Klanem Gwiazdy jest najsilniejszy. Uważał to jednak za zbyt ryzykowne. Poza tym nie wiedział, jak to wszystko działa i czy w ogóle udałoby mu się nawiązać kontakt z którymkolwiek z przodków. Pozostawał jednak drugi kot, który z pewnością miał jakieś obiekcje wobec rządów Lśniącej Gwiazdy — Królicza Prawda.
Naparstnica domyślał się, że kremowy może przebywać w Klanie Burzy, ponieważ to właśnie Zawodzące Echo podczas zgromadzenia, na którym rudofutry wspomniał o uciekinierze, wyglądał na najbardziej zaskoczonego. Nie wiedział jednak, jak trudne okaże się odnalezienie dawnego wojownika Klanu Klifu i czy w ogóle będzie to możliwe. Nie było wiadomo, czy Królicza Prawda nadal przechadzał się w pobliżu granic, czy może wolał trzymać się od nich z daleka, by uniknąć kłopotów. Mogło też być tak, że dymny zastępca uwierzył słowom Lśniącej Gwiazdy i Królik był teraz więźniem.
No cóż, nie dowie się, dopóki nie zagada do jakiegoś Burzaka.
Tak się złożyło, że jeden z nich — i to całkiem dobrze znany Naparstnicy — zmierzał właśnie w jego stronę. Był to nie kto inny jak Dziki Berberys.
— Hej, Berberysie! — mruknął z niepodobną sobie radością. — Wydaje mi się, że przebywa u was niejaki Królicza Prawda. Chciałem się dowiedzieć, czy może z nim rozmawiałeś. Może wiesz też, czy przechadza się przy granicach, czy raczej trzyma się bliżej obozu? Chciałbym z nim porozmawiać, ale nie wiem, jak go złapać — zakończył, poruszając niespokojnie ogonem.

<Dziki Berberysie?>

Wyleczeni: Serdeczna Naparstnica

01 maja 2026

Od Serdecznej Naparstnicy do Majaczącej Łapy

Wciąż nie potrafił przestać myśleć o sytuacji, jaka przydarzyła się mu, gdy był na spacerze ze swoją siostrą. Nie sądził, że taka niewinna schadzka szybko zmieni się w taką tragedię. Choć z tego, co się dowiedział, to już nie pierwszy raz, gdy Świetlista Walka miała taki “atak”. Czy jej przypadłość też była winą Postrzępionego Mrozu i jej zdrady? To takie niesprawiedliwe, że tak wiele istnień musi cierpieć z powodu nieodpowiedzialnej kotki, która wybrała dreszczyk emocji zamiast kochającego, bezpiecznego partnera. Serdeczna Naparstnica nigdy nie byłby w stanie tak bardzo pogwałcić kodeksu wojownika. Byłoby mu zwyczajnie wstyd, gdyby zrobił coś wbrew przywódcy klanu. A gdyby przez niego mieli cierpieć niewinni? Tego dopiero by sobie nie wybaczył. Dałby się nawet do cierni wrzucić, chcąc jakoś odpokutować winy — a szylkretowa wojowniczka ma jeszcze czelność prosić go o nie zdradzenie tego wszystkiego liderowi. On by się na oczy nie był w stanie nikomu pokazać, a Strzępce tak bardzo zależy na tym, by uchować się w Klanie Klifu. Naparstnica musi się poważnie zastanowić nad tym, czy zamierza wkopać swoją matkę. W końcu, chcąc nie chcąc, nosiła go pod sercem przez kilka księżyców, a zdrada ze strony rodziny jest najgorsza. O ile wymierzenie sprawiedliwości w ogóle można nazwać zdradą.
Biało-niebieski postanowił się przejść. To był jego typowy ruch. Gdy cokolwiek zaczynało go dręczyć, po prostu szedł poza obóz i pozwalał sobie odetchnąć. Dziwnym trafem za każdym razem, gdy chciał się zrelaksować, musiał wpaść na drugiego kota. Tym razem tym kotem okazał się Majacząca Łapa. Naparstnica o mało się przez niego nie przewrócił.
— Przepraszam! — mruknął niemal odruchowo, na moment zatrzymując się przed uczniem.

<Majacząca Łapo?>

26 kwietnia 2026

Od Serdecznej Naparstnicy do Promiennej Łapy

Niezmiernie cieszył go fakt, że wreszcie dostąpił zaszczytu otrzymania rangi pełnoprawnego protektora. Teraz nie musiał już wstawać wczesnym rankiem i planować dnia pod kaprysy Rozkwitającego Astra. Miał więcej swobody, ale jednocześnie oznaczało to więcej wolnego czasu, którego nie wiedział, jak spożytkować. Godziny, które zwykle spędzałby na treningu, teraz… były puste.
O ile żaden kot nie postanowił mu się pożalić i wygadać, nie miał co robić, przez co czuł się jeszcze bardziej niepotrzebny w Klanie Klifu. Cały czas zmagał się z tą myślą. Co dzień budził się z przekonaniem, że gdyby zniknął, inni nawet by tego nie zauważyli. Ile można mieć w klanie protektorów? Pomocny Wróbelek, Rozkwitający Aster i Drobne Ukojenie byli wystarczający — i Naparstnica najchętniej nie wtrącałby im się w pracę. Nie miał jednak wyboru. Musiał z nimi współpracować, by dbać o zdrowie Klifiaków, choć na razie czuł się tak nieistotny, jak drugi ogon.
By wyciszyć umysł, postanowił się przejść. W ten sposób nie będzie zawadzał pobratymcom i nie będzie musiał nikomu udowadniać, że dobrze wykonuje swoją rolę. Każdy zasługuje na krótką przerwę wśród natury, czyż nie? Nikt nie powinien mieć mu za złe takiego spaceru.
Już miał wychodzić, gdy nagle przykuł go głos innego kota:
— Hej! Zaczekaj! — krzyknął obcy.
Serdeczna Naparstnica zamarł, po czym odwrócił pysk. Przed nim ukazała się znajoma, srebrzysta kotka — Świetlista Walka. Jego starsza siostra, z którą nie rozmawiał zbyt często… choć może powinien. W końcu byli w tym wszystkim razem.
— Słucham? — mruknął spokojnie, choć łapy już świerzbiły go, by ruszyć przed siebie.
— Gdzie idziesz? — zapytała wojowniczka, uśmiechając się przyjacielsko. — Mogłabym pójść z tobą? Jak to mówią, rodzina musi trzymać się razem, więc pomyślałam, że moglibyśmy się trochę zintegrować! — wyjaśniła, poruszając radośnie wibrysami.
Biało-niebieski wolałby przechadzać się w ciszy, ale nie miał powodu, by odmawiać siostrze. Przecież chciała dobrze. Nie powinien unikać kontaktu z innymi kotami, bo nie na tym polegało życie. Powinien cieszyć się z ich obecności i tego, że w ogóle chcą z nim rozmawiać. Choć czasem było to naprawdę ciężkie do zrealizowania.
— Um… No jasne. Możesz iść… — wymamrotał, odwracając wzrok od Świetlistej Walki. — Ze mną, w sensie — poprawił się jeszcze, by srebrna nie odebrała jego poprzednich słów w zły sposób.
— Świetnie! Dokąd się udamy? — zapytała, wymijając protektora i zmierzając ku wyjściu.
Niebieskooki szybko ją dogonił i razem z nią skierował się w głąb terenów Klanu Klifu.
— Nie wiem… Może nad granicę z Klanem Wilka? — zaproponował nieśmiało, na co kotka zamilkła. Spojrzała na niego i przechyliła głowę.
— A to czemu? — zapytała. Klan Klifu raczej nie miał dobrych relacji z wilczackimi sąsiadami, więc w jej oczach faktycznie mogło to wyglądać dziwnie.
— Nie czujesz tego? — odparł, czując, że może podzielić się swoimi spostrzeżeniami z siostrą. Nikomu innemu nie miał odwagi ich zdradzić, ale przecież Świetlista Walka była częścią jego rodziny. — Na jednym ze zgromadzeń… spojrzałem w oczy liderki Klanu Wilka. Wydaje się taka znajoma, ale nie wiem, czy nie majaczę… Mógłbym jednak przysiąc, że na plecach ma dokładnie takie same białe piegi jak ja! — zaczął, a jego ogon lekko zadrżał. — Może to przypadek, a może… chodzi o coś głębszego?
Srebrna przez moment patrzyła na niego z lekkim zdziwieniem, nim opanowała wyraz pyska.
— Czy ja wiem… — mruknęła, odwracając wzrok od brata. — Może masz rację, ale nie rozumiem, jak miałaby być z nami związana. Postrzępiony Mróz nie mówiła nigdy o rodzinie w Klanie Wilka, Złota Droga również.
Na słowa wojowniczki twarz Serdecznej Naparstnicy pociemniała. Okłamała ją. Okłamała je. Postrzępiony Mróz wcisnęła im kłamstwo o tym, że ich ojcem jest Złota Droga. Bujda! Ich prawdziwym rodzicem był jakiś zapchlony, zdradziecki obcoklanowiec. To przez niego tak się męczą!
Nawet nie zauważył, że teraz z jadem i nienawiścią wlepiał wzrok w siostrę.
— Dobrze się czujesz? — odezwała się nagle Światełko, co wreszcie sprowadziło go na ziemię.
— T-
Nie dokończył. Jego serce zabiło mocniej, a w głowie nagle się zakręciło. Czy powinien mówić jej o tym wszystkim, czy może lepiej byłoby, gdyby kotka żyła w świecie wypchanym słodkimi kłamstwami? Przynajmniej nie musiała cierpieć tak bardzo z powodu świadomości bycia przeklętą, jak on sam.
— Wszystko w porządku — zapewnił ją po chwili, uśmiechając się nerwowo.
Świetlista Walka skinęła głową, ale w jej chodzie i zachowaniu nagle coś się zmieniło. Jej kroki zrobiły się nieco mniej pewne, bardziej chwiejne i nierówne, jakby walczyła o to, by zachować równowagę. Naparstnicy zdawało się też, że jej oddech przyspieszył.
— A ty…? Też się dobrze czujesz? — zapytał, choć w głębi duszy wiedział, jaka będzie odpowiedź.
Wojowniczka zignorowała jego słowa, idąc naprzód jak w transie. Jeszcze przez kilka uderzeń serca maszerowali w milczeniu, aż nagle kotka zwolniła gwałtownie.
— Odpocznijmy… — mruknęła cicho, zatrzymując się całkowicie. Jej uszy drgnęły nerwowo, jakby nasłuchiwały czegoś, czego nie było. Po chwili spojrzała na protektora, a jej spojrzenie stało się puste.
— Co jest nie tak? — zapytał kocur, podchodząc bliżej siostry.
Klifiaczka rozwarła pysk, ale w jednej chwili jej całe ciało zesztywniało. Nim biało-niebieski zdążył jakkolwiek zareagować, runęła ciężko na ziemię, a jej łapy zaczęły gwałtownie, niekontrolowanie drżeć. Oddech stał się urywany, nierówny.
Serdeczna Naparstnica stał w bezruchu, wpatrując się w siostrę w zdumieniu i przerażeniu. Jego umysł krzyczał, by się poruszył, ale ciało nawet nie drgnęło. Był jak sparaliżowany, uwięziony we własnej skorupie. Obserwował, jak Świetlista Walka zachowywała się, jakby ktoś ją opętał, i nie był w stanie jej pomóc.
— Hej! Co tam się dzieje! — usłyszał nagle, na co drgnął gwałtownie, w końcu odzyskując kontrolę nad ciałem. Odwrócił się, a przed oczami dostrzegł biegnącą czekoladowo-rudą kotkę, uczennicę. Jeszcze do niedawna dzielił z nią legowisko.
— Pro-Prom… — wydukał, zanim został przez kotkę popchnięty.
— Co jej zrobiłeś?! — krzyknęła starsza, mierząc Naparstnicę morderczym wzrokiem.
— Ja? N-nic! — zaczął się bronić, ale wciąż czuł się wybity z rytmu przez dziwne zachowanie siostry.
— O tym już zdecyduje Lśniąca Gwiazda! — mówiła dalej, co jeszcze bardziej dobijało protektora.
— Mówię ci, że nic jej nie zrobiłem! — jego ton zrobił się szorstki i chłodny. — Byłem z nią na spacerze, rozmawiałem, jak gdyby nigdy nic, a ona nagle upadła i zaczęła się trząść! — tłumaczył kotce. — To moja siostra! Naprawdę uważasz, że byłbym w stanie jej coś zrobić?! — warknął, zdenerwowany na Promienną Łapę.
W międzyczasie Świetlista Walka przestała się trząść. Leżała teraz bezwładnie na ziemi, ale jej oddech stał się rytmiczny i z każdą chwilą się uspokajał. Przeniosła swoje nieprzytomne spojrzenie na dwójkę kłócących się kotów.
— Z kim tu przyszłaś? Szybko, idź po kogoś starszego! — polecił Serdeczna Naparstnica. Nie mógł mieć pewności, że jakiś dorosły kot będzie wiedział, co zrobić w tej sytuacji, ale mógł mieć chociaż nadzieję.

<Promienna Łapo?>

24 kwietnia 2026

Od Naparstnicowej Łapy (Serdecznej Naparstnicy) CD. Postrzępionego Mrozu

— Naparstnicowa Łapo, przepraszam cię… Ale musisz mi coś obiecać. Nie mów nikomu o tym, że podejrzewasz, że wasz ojciec nie jest z naszego klanu, albo że w ogóle żyje. Proszę, musisz to dla mnie zrobić. — Postrzępiony Mróz skuliła się, patrząc na syna z nadzieją w oczach.
Biało-niebieski zacisnął szczęki tak mocno, że po chwili zaczęły mu drżeć. Jak ona śmiała go o to prosić? Zdradziła kodeks, oszukiwała swoich pobratymców, skrzywdziła swoje dzieci, a teraz jeszcze chciała, by to wszystko uszło jej na sucho?
— Jesteś egoistką! — warknął, a jego mięśnie mimowolnie się spięły. Gdyby mógł, najchętniej rzuciłby się na nią i potrząsnął tym jej głupiutkim łbem. — Przez ciebie ledwo potrafię chodzić! Wszyscy patrzą się na mnie jak na dziwaka! Nie potrafię polować, nie potrafię walczyć, nie potrafię nawet biegać bez poczucia, że zaraz wyzionę ducha! — mówił dalej, a jego ogon nerwowo smagał powietrze. W oczach zbierały się gorzkie łzy, ale kontynuował:
— Skrzywdziłaś mnie! Mnie, moje siostry i moich braci! Przez ciebie nie potrafię funkcjonować jak normalny kot! W porównaniu do tego, co ja muszę przeżywać przez ciebie i tego zapchlonego idiotę, z którym się związałaś, twoje wygnanie z klanu byłoby niczym! Rozumiesz? Niczym! — krzyczał dalej, chodząc w kółko przy Postrzępionym Mrozie. — Pewnie ci się wydaje, że twoją karą jest fakt, że twoje dzieci urodziły się… takie. Ale to nie twoja kara. To nasza kara. Ty jeszcze swojej nie odbyłaś — burknął pod nosem, kładąc po sobie uszy.
Zatrzymał się w końcu, oddychając ciężko.
— Na twoim miejscu dałbym się nawet zabić, byle tylko naprawić swoje błędy — dodał ciszej, choć w jego głosie wciąż pobrzmiewała złość. — A ty jak tchórz uciekasz od konsekwencji swoich działań.
Postrzępiony Mróz westchnęła ciężko, jakby każdy ruch kosztował ją o wiele więcej energii, niż miała.
— Naparstnicowa Łapo… W momencie, gdy straciłam kocura, którego tak bardzo kochałam, swoją rodzinę oraz skrzywdziłam własne dzieci, jak myślisz, co jest dla mnie większą karą? Dalsze życie w cierpieniu, patrząc na to, jak bardzo zepsułam wasze… czy śmierć?
Każde kolejne słowo wojowniczki jeszcze bardziej frustrowało młodszego kocura.
— Nie mówię, że masz umierać — burknął, strzepując ogonem. — Mówię, że to żałosne prosić owoc własnej głupoty o to, by jeszcze cię krył przed pobratymcami! — wygarnął jej.
— Rozumiem, że jesteś na mnie zły. Ty i twoje rodzeństwo macie prawo być źli. Wycierpiałam bardzo wiele, ale poświęciłabym jeszcze więcej, żebyście byli szczęśliwi.
Szylkretka usiadła, przez chwilę wpatrując się w swoje łapy, po czym uniosła wzrok ku niebu.
— To zabrzmi głupio, ale… podjęłam wiele złych wyborów, gdy byłam młodsza. Mogłam urodzić zdrowe kocięta, mieć kocura mieszkającego w moim klanie… Czasem czuję się winna jego śmierci… — dodała cicho, jakby bardziej do siebie niż do niego.
— Twoje słowa nic dla mnie nie znaczą — odparł Naparstnica, odwracając wzrok od matki. — Gdyby naprawdę zależało ci na naszym szczęściu, w ogóle nie sprowadzałabyś nas na ten świat. W ogóle nie sprowadzałabyś mnie na ten świat. Jak mogłaś uznać, że po urodzeniu trójki niepełnosprawnych kociąt zrobienie kolejnego miotu to dobry pomysł? — denerwował się dalej, kompletnie nie potrafiąc pojąć toku rozumowania szylkretki. — Nie rób teraz z siebie ofiary. Cierpiałaś wyłącznie przez własną głupotę.

* * *

Zgromadzenie

Dużo się ostatnio działo w Klanie Klifu, ale nawet nie chciał sobie tym zaprzątać głowy. Dwójka liderów umarła w tak krótkim czasie, a na posadę przywódcy wepchnął się Mirt, a teraz już Lśniąca Gwiazda. Dlaczego to zrobił? Jakim prawem? Czy to nie Mysi Postrach powinien objąć przywództwo? To wszystko nie miało dla Naparstnicy sensu, ale… sensu nie miało też rozmyślanie nad tym. Był w końcu tylko głupim uczniem protektora, nic nie znaczył na tle całego klanu. Jeśli jego pobratymcy zgadzali się z postępowaniem rudego kocura, nie zamierzał się niepotrzebnie buntować.
Gdy w końcu dotarli na wyspę, Naparstnica jak zwykle zaczął szukać jakiegoś ustronnego miejsca. Po co miałby się pchać między inne koty, skoro mógł usiąść na uboczu i przeczekać zgromadzenie? Jednak tam, dokąd się udał, zobaczył kota. Wyglądał bardzo znajomo. Przez chwilę wpatrywał się w niego, dopóki coś w jego głowie nie zaskoczyło.
— To ty… — mruknął cicho, powoli przekręcając głowę. Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
Obcy zaskoczony podskoczył, gromiąc starszego jednym widocznym okiem, jakby właśnie wymyślał mu tortury w myślach. W końcu uspokoił się, choć zmrużył szmaragdowe ślepia w wąskie szparki. Dmuchnął w swoją grzywkę, a potem zatrzepotał białymi rzęsami i podszedł do niego. Widocznie nad nim przeważał wzrostem i szerokością.
— Jaki “ty”? — zaczął, zaciekawiony. — Nonsens. Nie znam cię — pokręcił lekko głową.
Po czym pochylił się ze złośliwym, szerokim uśmiechem i szepnął mu do ucha:
— Jesteś pewien, że nie uciekłeś ze żłobka, bachorze
Naparstnica zmarszczył brwi, wyraźnie niezadowolony z reakcji Burzaka.
— Ach, wiesz… Chyba się przeoczyłem — mruknął, po czym uśmiechnął się z politowaniem. — Przez chwilę wydawało mi się, że jesteś tym bezmózgim bachorem, który wepchnął się na kamień, z którego przemawiają przywódcy i zaczął pleść jakieś głupoty — kontynuował, nie zwracając uwagi na wyzwisko ze strony rudo-białego. — Jak on się tam kazał nazywać? Pierzasty Móżdżek?
Burzak zaśmiał się z jego żarciku.
— Serio? — zapytał, przechylając głowę do boku. Nadal był pochylony, a ich ciepłe oddechy zaczęły się łączyć. Uśmiech nie zszedł rudemu z twarzy. — Pierzasty Móżdżek? Miał pewnie przesrane w obozie. Stary, najwyraźniej ten jego przywódca musiał mieć tupet, aby go nazwać wojowniczym imieniem i to tak krzywdzącym! — mówił z emocjami i współczuciem. — Mam nadzieję, że już się poprawił...
— Oj, nie sądzę, że jego zachowanie uległo zmianie! — mruknął Naparstnica, po czym machnął łapą. — Jestem pewny, że dalej jest wredną kupą futra. Takie koty nie zmieniają się za szybko. Idiotyzm mają we krwi! — mówił dalej, uśmiechając się coraz szerzej. — No, ale skoro jesteś z Klanu Burzy, to pewnie go znasz. Jak tam u niego? Ile kleszczy powyciągał już z futra starszych?
— Cóż, nie za bardzo przejmuję się tym szczylem. Sądzę, że pewnie już ze sto przejdzie — odparł. — Ale... bardziej mnie interesuje twój wzrost. Czyżby Klan Klifu zagładzał niepotrzebne kocięta? — zapytał.
— Nie, nie… W Klanie Klifu kocięta mają się dobrze, wiesz? Przynajmniej są odpowiednio wychowywane — odparł, wzruszając ramionami. — Tak się składa, że jeszcze nie widziałem żadnego kociaka z Klanu Klifu, który byłby na tyle głupi, by zwyzywać własnego lidera. Nawet najmłodsi wiedzą, że trzeba być ptasim móżdżkiem, żeby obrażać kogoś dziesięć razy mądrzejszego!
Rudo-biały skrzywił się i odsunął pysk.
— Cóż... — zaczął i odchrząknął, patrząc w dół na Naparstnicę. — Widać, że masz obsesję na punkcie takich kotów jak ja. Czy to twój sposób na zaproszenie mnie na jakieś randewu, czy co? — rzekł z pewnym siebie uśmiechem i charyzmą, zadzierając brodę do góry. — Wiesz... nie zdziwiłbym się. Nie każdy może się oprzeć własnym zachciankom, drogi... kolego.
— Takich jak ty? — odparł nagle, po czym na moment zamilkł, jakby się nad czymś zastanawiał. — To znaczy jakich? Takich bezmyślnych, aroganckich, z wybujałym ego? — prychnął, strzepując ogonem. — Tylko takie ewenementy mogłyby sobie wmówić, że zupełnie obcy kot byłby w stanie pokochać ich durne pyski i żałosne teksty.
Burzak prychnął na jego słowa i niebezpiecznie się zbliżył.
— Och, ależ założę się, że to nieprawda, drogi — wymruczał z łagodnym, ciepłym uśmiechem. — Przyznaj się. Nie możesz dusić własnych uczuć, bo wtedy eksplodujesz... na kimś zupełnie innym — rzekł. — Twój gniew najprawdopodobniej wyraża skrytą miłość. Może lubisz wyzywać swoich najbliższych? Albo być wyzywanym i się bronić?
Naparstnica warknął, odsuwając się gwałtownie od tego ciołka z Klanu Burzy.
— Przestań mnie napastować, oblechu! — wyrzucił z odrazą, a futro na jego karku się zjeżyło. Słów mu brakowało. Jak ten ścierwojad śmiał się tak zachowywać? — Nie próbuj mnie nawet dotykać! W głowie ci się przewróciło, ty dziwaku! — syknął, robiąc kolejny krok w tył.
— Ło, ło, ło! Patrzcie na tego porządnego, potrzebnego ucznia Klanu Klifu! — miauknął z uśmiechem, odsuwając się od razu. Na jego pysku ukazał się satysfakcjonujący uśmiech. — Taki odważny ze słowami, a teraz!? Co z ciebie za kot? Nie, nie kot. Jesteś tchórzem. Zwykłym, kłamliwym tchórzem. Myślisz, że jak będziesz poniżał kogoś, to będziesz lepszy!? — mówił, najwyraźniej eksplodując własnymi emocjami. — Nie, niestety będziesz ode mnie gorszy. Zawsze gorszy. Jesteś ścierwem. Nieudacznikiem, próbującym złapać ostatnią garść swojej pewności siebie, ale uświadomię cię; nie masz nawet za grosz współczucia w swojej krwi! — krzyczał.
Naparstnicowa Łapa spojrzał na Burzaka ze skonfundowaniem.
— Mogłeś mówić od razu, że jesteś zakompleksiony — wyrzucił, po czym polizał się kilka razy po futerku na piersi, próbując wyrównać oddech. Nie, nie mógł pozwolić na to, by ten łajnojad po raz kolejny wyprowadził go z równowagi. — Musisz poniżać innych, by poczuć się lepiej? W takim razie bardzo ci współczuję. To już chyba nie pierwszy raz, gdy tak robisz, mam rację? — zaczął mówić do rudego spokojnym głosem. — Nie martw się, szkolę się na protektora. Moim zadaniem jest dbać o to, by każdy wokół czuł się dobrze. Jeśli masz jakieś problemy ze sobą, możesz mi o nich powiedzieć.
— Czy ty sam siebie słyszysz? — miauknął spokojnie. — Chcesz pomagać innym? Najpierw pomóż sobie, koleżko, bo najwyraźniej masz nierówno w głowie poukładane. Skoro tak bardzo chcesz pomagać innym, powinieneś mieć więcej mózgu niż śliny w gębie... tak przypuszczam, ale może Klan Klifu o to nie dba. Może brakuje im kotów, a akurat ty znalazłeś się pod łapą i to w dodatku jakiś niepełnosprawny, więc nie mogłeś pełnić funkcji wojownika. A teraz spadaj i lecz innych, skoro to dodaje ci wartości.
Po czym obrócił się do niego tyłem i zaczął odchodzić.
Naparstnica odetchnął z ulgą. Jak dobrze, że udało mu się spławić tego ohydnego Burzaka. Najwyraźniej ta zapchlona kupa futra nie miała żadnego pojęcia o tym, kiedy powinna przestać. Może wynikało to z jakichś problemów z jego głową? Może to jakaś dziwna choroba, która sprawia, że nie ma się hamulców? No, w każdym razie to nie jego sprawa, a raczej medyka w Klanie Burzy. Oby kiedyś odkrył, co takiego podziało się w główce rudego, by móc go jakoś naprawić…

* * *

Naparstnicowa Łapa wyszedł właśnie od medyczki, czując się już o niebo lepiej — przynajmniej fizycznie. Psychicznie wciąż był wykończony. Mimo wszystko udało mu się wyleczyć z gorączki, przez którą od jakiegoś czasu chodził osłabiony.
Akurat gdy zjawił się na środku obozu, na mównicy dostrzegł ruch. Rudofutry lider ustawił się właśnie na podwyższeniu.
— Niech wszystkie koty zdolne do samodzielnego polowania zbiorą się w obozie! — wygłosił, omiatając wzrokiem polanę.
Biało-niebieski cofnął się o kilka kroków, włączając się w okrąg utworzony z kotów. Po chwili Lśniąca Gwiazda zaczął coś mówić, ale Naparstnica nie skupiał się na pojedynczych słowach. Ocknął się dopiero wtedy, gdy usłyszał:
— Naparstnicowa Łapo, wystąp.
Uczeń niemal automatycznie postąpił krok do przodu, zanim w ogóle zdążył się nad tym zastanowić. Zaraz potem podszedł jeszcze bliżej skalnej półki, spoglądając z dołu na przywódcę.
— Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego protektora. Naparstnicowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Niebieskooki przymknął ślepia, biorąc głęboki wdech.
— Przysięgam — mruknął.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię protektora. Naparstnicowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Serdeczna Naparstnica. Klan Gwiazdy ceni twoje zaangażowanie i empatię oraz wita cię jako nowego protektora Klanu Klifu — dokończył.
Naparstnica chciał już wycofać się w cień, lecz nagle lider zszedł ze skały i stanął tuż przed nim, pyskiem dotykając czoła świeżo mianowanego protektora. Młodszy niezręcznie położył mordkę na barku Lśniącej Gwiazdy, modląc się, by ta ceremonia jak najszybciej się zakończyła.
— Serdeczna Naparstnica! Serdeczna Naparstnica! — rozległo się wiwatowanie pobratymców.
Wtedy też rudofutry wreszcie się odsunął, dzięki czemu Naparstnica mógł uciec z centrum uwagi.
Gdy wracał do legowiska, natknął się jednak na szylkretową kocicę — swoją matkę. Chciał ją wyminąć, lecz wojowniczka zagrodziła mu drogę, być może nawet nieświadomie. Protektor zmarszczył nos i cicho fuknął.

<Postrzępiony Mrozie?>

Wyleczeni: Naparstnicowa Łapa

03 kwietnia 2026

Od Naparstnicowej Łapy do Dzikiego Berberysu

Sporo się ostatnio wydarzyło w Klanie Klifu. Jedną z ważniejszych rzeczy był fakt, że Judaszowcowa Gwiazda w końcu odszedł od władzy. Nie odszedł niestety na emeryturę ani nie zginął śmiercią naturalną, ale być może jego śmierć była w tym przypadku konieczna. Nie, żeby Naparstnica go za coś winił, ale powinni już wcześniej rozprawić się z tymi mewami, zamiast pozwalać im na panoszenie się po terenach Klanu Klifu. Jeszcze kilka dni by z tym zwlekali, a kto wie — może i Naparstnica sam padłby ofiarą tych ptaszysk.
Choć musiał zastanowić się, co byłoby lepsze — bycie rozszarpanym przez mewy i uwolnienie innych od siebie, czy życie dalej po to, by nie robić przykrości Postrzępionemu Mrozowi. O ile kotka w ogóle go jeszcze kochała. Pewnie, patrząc na niego, widziała swojego partnera, który ją zostawił… Ciekawe, czy kiedyś myślała o tym, że to Naparstnica powinien umrzeć zamiast któregoś z jego braci. Sreberko czy Irys wyrośliby pewnie na lepsze koty niż on, gdyby tylko mieli na to szansę. Nie byliby przynajmniej tak pokraczni, jak biało-niebieski. Z tego, co pamiętał, żaden z jego braci nie został ukarany krótkimi, nieporadnymi łapkami. Jako jedyni z tego miotu byli normalni — a jednak śmierć postanowiła zabrać ich ze sobą.
Może to też była kara? Może ten cały Klan Gwiazdy chciał patrzeć, jak Postrzępiony Mróz cierpi, obserwując swojego zepsutego syna? Może zostawili go przy życiu tylko dlatego, by jego matka patrzyła mu w oczy i myślała o tym, jaka głupia była, gdy związała się z kimś z innej przynależności? Gdyby tak było, Naparstnica nawet by się nie zdziwił. Jednak czemu to jemu przyszło cierpieć? Przecież nie wybierał, gdzie się urodzi ani komu. Jeśli ci Gwiezdni Przodkowie chcą kogoś karać, to niech karzą winnego. On niczym nie zawinił. Przynajmniej jeszcze, przynajmniej nie otwarcie. Choć za każdym razem, gdy kwestionował słuszność Gwiezdnych, czuł się tak, jakby grzeszył.
Jednak nawet jeśli bał się ich gniewu, nie mógł zaakceptować ich decyzji. Wszystko by oddał, by być zdrowym, aktywnym członkiem Klanu Klifu. By być taki jak Gąsienicowy Ogryzek, Rozkwitający Aster czy nawet ten nieszczęsny Wzburzony Kormoran. Oni nie zmagali się z problemami zdrowotnymi. Dla nich każdy dzień nie był tylko udręką i kwintesencją cierpienia. No, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo nie mógł zajrzeć im do głów. Może i mieli swoje własne problemy, ale czy były tak ogromne, jak te jego?
Gdy ta myśl przemknęła przez jego głowę, wcisnął pysk między łapy. “O czym ty myślisz, idioto. Powinieneś być wdzięczny za to, co masz. I powinieneś być nieco bardziej empatyczny, ty bezduszny dupku” — skarcił się w myślach. Nie przeżył w końcu żadnej traumy, więc czemu miałby mieć źle? Nie widział na własne oczy, jak jego pobratymcy umierają, jak leje się krew. Jaki był więc jego problem? Wszystko, co z nim było nie tak, było tylko w jego głowie. Tak, na pewno — tylko w jego głowie. Gdyby nieco zmienił nastawienie, mógłby żyć tak jak reszta kotów. Tylko dlaczego za każdym razem, gdy dochodził do tego wniosku, nic z tym nie robił? Dlaczego nie potrafił za pstryknięciem palca zmienić swoich myśli, swojego postępowania? Czemu wciąż tkwił w tym samym punkcie? Prawie tak, jakby jego mózg i ciało żyły na własnych zasadach, a myśli na innych. Jakby były dwoma różnymi światami, które nie mogą ze sobą współgrać.
Westchnął ciężko, czując wreszcie, jak oczy pieką go ze zmęczenia. Był już późny wieczór i odkąd ułożył się na posłaniu, nie potrafił zasnąć. Dlatego zaczął rozmyślać. Dopóki w końcu to wszystko nie zaczęło go nużyć i powoli zabierać do krainy snów.

ᶻ 𝗓 𐰁

Obudził się równie zmęczony, co wtedy, gdy zasnął. Otworzył oczy, a od razu uderzył w nie silny promień słońca, niemal oślepiający. Naparstnica przymknął ślepia, mamrocząc coś pod nosem z irytacją.
— Jest Pora Opadających Liści! Skąd tu takie słońce? — fuknął, marszcząc brwi. To jakaś paranoja! Ucznia czekał kolejny wyczerpujący, bezsensowny dzień, a to słońce tylko przypominało mu o tym, jakim gburem jest. Był na tyle marudny, że uważał, iż na zewnątrz powinno być wietrznie i ponuro, bo nawet pogoda nie miała się z czego cieszyć.
— Co ty mamroczesz? Jest przecież Pora Zielonych Liści, mysi móżdżku — odezwał się drugi uczeń, który brzmiał podejrzanie podobnie do Wzburzonego Kormorana. Tylko co on robił w legowisku uczniów?
— Weź się stąd, łajnojadzie! Nawdychałeś się wczoraj kocimiętki, czy jak? Wczoraj było zimno, brudno i deszczowo, typowo dla Pory Opadających Liści! — syknął biało-niebieski. — Poza tym, co się panoszysz w legowisku uczniów, skoro jesteś wojownikiem? Chcesz mnie dobić jeszcze bardziej? Spadaj na swoje posłanie, zanim rozniesiesz tu pchły! — denerwował się dalej, czując, jak na karku jeży mu się futro.
— Upadłeś chyba na głowę! Jeszcze jestem uczniem, geniuszu! Nie wiem, jak długo spałeś, ale najwyraźniej nie wystarczająco, skoro wygadujesz takie głupoty! — zaśmiał się Kormoran.
Uczeń na moment zamilkł, wlepiając wzrok we własne łapy. Czy on… cofnął się w czasie? Gdy szedł spać, było mroźnie i groźnie, a teraz wszystko jakby nabrało barw. Oprócz jego życia, rzecz jasna.
— Ugh, daj… daj mi spokój — westchnął, odwracając pysk w przeciwnym kierunku do Wzburzonego Kormorana — a może raczej Zszarzałej Łapy.
Nic z tego nie rozumiał. Czy on śnił? A jeśli śnił, to dlaczego akurat we śnie natknął się na tego idiotę? W Klanie Klifu niewystarczająco było kotów? Z nim nawet nie rozmawiał tak często, nie byli ze sobą blisko! Nie mogła mu się przyśnić jakaś Pietruszkowa Błyskawica albo ktokolwiek inny, z kim Naparstnica lubił chociaż trochę przebywać?
Nie miał szansy na to, by długo pobyć w tym stanie świadomego snu. W końcu jego ciało zrozumiało, że Naparstnica wiedział już, iż żyje w symulacji, i postanowiło zepsuć mu tę zabawę. Szkoda, bo może gdyby miał szansę zostać tu trochę dłużej, to wyszedłby na sam środek obozu i każdemu wygarnął to, o czym nie miał odwagi wspomnieć na głos. Cóż, nie miał oczywiście zbyt wielu zastrzeżeń, bo na ogół starał się być raczej wyrozumiały. Ale do Postrzępionego Mrozu miał kilka problemów… Może nawet więcej niż kilka. Może kilkanaście, może kilkadziesiąt. Jednak kotka wciąż była jego matką, czy tego chciał, czy nie, więc nie chciał mieć z nią złych relacji… przynajmniej w prawdziwym świecie.


ᶻ 𝗓 𐰁

Tym razem, gdy już na serio się wybudził, nie spotkały go słoneczne promienie. Zamiast tego zrozumiał, że otacza go półmrok. Znowu obudził się w środku nocy — i zapewne znów nie będzie w stanie zasnąć aż do samego świtu. Co za nieszczęście!
Tak bardzo nienawidził myśleć, a jednocześnie tak często był zmuszony do tego, by to robić. Bo czego innego mógłby się podjąć? Nie mógł wyjść samemu z obozu ani nie miał z kim porozmawiać, bo każdy normalny kot już dawno spał. Był zmuszony wpatrywać się w skały i walczyć z własnym łbem, by nie załamać się kompletnie. No, o ile tak się w ogóle dało.
Może Naparstnica w rzeczywistości był już na tyle załamany, że bardziej się nie dało?
Nie… Na pewno się dało. Nie osiągnął jeszcze nawet dwudziestu księżyców. Teraz liczył ledwie siedemnaście, co było jedynie czubkiem góry. Zakładał, że z wiekiem będzie jeszcze gorzej — bo zazwyczaj tak właśnie mówili starsi.
Ale skoro teraz było najlepiej, jak mogło być, to czy w ogóle jest sens brnąć dalej? Jeśli nigdy nie ma być lepiej, to strach pomyśleć, jak będzie wyglądało życie kocura, gdy osiągnie on chociażby czterdzieści księżyców.

* * *

Nie mylił się. Odkąd się obudził, nie zmrużył już nawet oka — a gdy tylko słońce wychyliło się zza horyzontu, przyszła po niego jego mentorka, by wziąć go na trening. Tym razem niestety wojowniczy, więc będzie musiał wyjść z obozu i trochę się poruszać, zamiast siedzieć na tyłku i wkuwać teorię do głowy.
Mając ograniczoną mobilność, wolał raczej to drugie, choć też raczej nie podobała mu się wizja znania czegoś na pamięć. Dlaczego Judaszowcowa Gwiazda — lub teraz Pikująca Jaskółka — nie chcieli po prostu wrzucić go do starszyzny, by chociaż trochę mu ulżyć? Sam nigdy by się nie przyznał do tego, że wolałby całymi dniami leniuchować, ale gdyby liderka sama tego zażądała… Cóż, chyba nie miałby wyboru.
Niestety, jak na razie otwarcie nie sprawiał żadnych problemów. Może czasami był trochę oschły i bardziej przybity niż zwykle, ale nie budziło to w nikim podejrzeń. Z jednej strony to dobrze, bo nie chciał niczyjej litości, a z drugiej… czasem pragnął, by ktoś w końcu zauważył jego ból. Może niekoniecznie, by każdy nagle zachowywał się, jakby Naparstnica był tak kruchy, jak suchy liść, ale… by chociaż mieli wobec niego nieco mniejsze oczekiwania i więcej zrozumienia.
To jednak całkiem głupie marzenia. Póki nikomu wprost nie powie, że czuje się jak sowia wypluwka, to raczej nic się nie zmieni. Na litość, czemu każdy w tym Klanie Klifu był tak ślepy! Jeszcze to, że Ćmi Księżyc nie zauważyła jego smutku, można było zaakceptować, tak inni? Przecież mieli oczy. Widywali codziennie Naparstnicową Łapę w obozie. Jakim cudem żaden z nich nie wykazał się empatią i do niego nie zagadał?
Może za dużo od nich wymagał… Może powinien czasem przełknąć swoją gorycz, zacisnąć zęby i udawać, że nie potrzebuje niczyjej pomocy.
Przynajmniej jeśli chodzi o sprawy bardziej… psychiczne. Bo jeśli ma się nauczyć nawigacji w tunelach, zdecydowanie będzie potrzebować jakiegoś przewodnika. Nawet nie jakiegoś — to zadaniem Rozkwitającego Astra było, by pokazała mu, jak się poruszać pod ziemią.
— Więc, Naparstku, wreszcie przyszedł dzień, w którym zanurkujesz w tunelach i nauczysz się w nich nawigować! To bardzo ważna umiejętność, bo tak się składa, że właśnie pod naszymi terenami lecą tunele. Nie każdy klan może się tym szczycić, wiesz? Na przykład taki Klan Nocy. Z tego, co wiem, oni nie korzystają z tuneli — wyjaśniła.
Naparstnicowa Łapa stanął przed wejściem do korytarzy, wpatrując się w czerń, jaka się w nich rozciągała. Wyglądało to całkiem niepokojąco, jeśli miał być szczery. Mógł tylko liczyć na to, że jak już wejdzie do środka, jego wzrok przyzwyczai się do tych ciemności i pozwoli mu na zobaczenie czegoś więcej niż pustki.
— A do czego one tak właściwie służą? — zapytał uczeń, chcąc przedłużyć moment, w którym nie musiał wchodzić do środka. Już czuł ten smród i zimno, które tam panowały. Ponadto musiało być tam strasznie ciasno, a on raczej nie był fanem niedużych przestrzeni.
— Och! Głównie do tego, by w razie zagrożenia się w nich schować. Czasem też zdarza się tak, że zwierzyna się w nich zgubi, a my musimy wiedzieć, jak ją odnaleźć. Musimy mieć w nich przewagę, bo wiesz, gdyby kiedyś zaatakował nas jakichś samotnik, możemy zwabić go do środka i oszukać! — starała się wytłumaczyć z entuzjazmem.
Uczeń tylko prychnął.
— Naprawdę myślisz, że kiedykolwiek byłbym w stanie coś upolować? Albo kogoś pokonać? Z tymi krótkimi łapkami to ja ledwo chodzę! Nawet wróblowi nie byłbym w stanie odebrać życia. To tylko strata czasu; nauka tych wszystkich umiejętności nigdy mi się nie przyda — odparł szorstko, kładąc po sobie uszy.
— Nie mów tak, Naparstku! Wszystko jest możliwe, jeśli wystarczająco w to uwierzysz — mruknęła pokrzepiająco, a jej oczy na moment zalśniły.
— Tu nie ma w co wierzyć… To niemożliwe, bym kiedykolwiek był zdolny do tego, by biec na tyle szybko, by dogonić jakąś mysz czy wiewiórkę. I nawet w tunelach nie mam szans na to, by pokonać w pełni sprawnego kota… — zaczął narzekać, wykrzywiając pysk w niezadowolonym grymasie.
— Może i nie dogonisz zwierzyny, ale wcale nie musisz! Zawsze możesz przecież atakować z zaskoczenia! — próbowała pocieszyć go Rozkwitający Aster.
— A właśnie, że nie mogę! Ja ledwo umiem skakać! Zanim znalazłbym się na tyle blisko zwierzyny, by do niej doskoczyć, już by mnie wyczuła i uciekła! — kłócił się dalej. Teraz już sam nie wiedział, czy robił to po to, by odwlec naukę nawigacji, czy po to, by wylać przed kimś swoje żale. Może jedno i drugie?
— Och, Naparstku… Powinieneś porozmawiać ze swoją mamą. Ona też ma krótkie łapy, a udało jej się zostać wojowniczką! Na pewno chętnie ci wyjaśni, jak radzi sobie z wojowniczymi obowiązkami. — Szylkretka najwidoczniej nie zamierzała odpuścić.
— A może sobie nie radzi? Może tylko udaje, że coś robi? Może tylko sprawia takie pozory? — rzucił sfrustrowany, smagając powietrze ogonem.
Rozkwitający Aster westchnęła zdziwiona.
— Jestem pewna, że Postrzępiony Mróz jest przykładną wojowniczką i stara się na swojej randze! — odparła protektorka, zdumiona podejrzeniami swojego ucznia.
— Przykładną wojowniczką? Dobre sobie… — wymamrotał pod nosem. Jednak nim mentorka zdążyła mu odpowiedzieć, przerwał jej, biorąc w płuca głęboki wdech. — Nieważne. Zacznijmy już trening.

* * *

Kilka dni później

Czuł, że jego mianowanie już tuż-tuż. Rozkwitający Aster coraz częściej zabierała go na treningi i uczyła tych rzeczy, których dotychczas mu nie pokazywała. Dziś na przykład zabrała go nad brzeg morza, by pokazać mu, jak należy otwierać kraby. Musiał przyznać, że nie poszło mu zbyt dobrze polowanie na nie, ale samą umiejętność wyciągania z nich tego, co jadalne, zdawał się opanować niemal do perfekcji. Może jeśli nie wyjdzie mu jako protektor, zacznie zawodowo otwierać te skorupiaki? Dobry żart. Tylko szkoda, że jest żartem.
Gdy wracali do obozu, było jeszcze całkiem wcześnie. Wcześniej niż zwykle, gdy kończyli szkolenie — ale szylkretka chyba zrobiła to specjalnie. Podczas treningu nie marnowała czasu na zbędne dyskusje i pogaduszki, tylko od razu przechodziła do rzeczy. Zupełnie tak, jakby zależało jej na tym, by uwinęli się z tym migiem. Tylko dlaczego? Może umówiła się na jakąś randkę i musiała mieć czas, by się przyszykować?
Naparstnica nie widział, by Aster specjalnie często się przy kimś kręciła. Zazwyczaj rozmawiała raczej z wieloma kotami i z żadnym nie trzymała się bliżej — przynajmniej nie na tyle, by wywiązała się z tego jakaś romantyczna relacja. Ale co on tam o niej wiedział. Była tylko jego mentorką i starał się nie wtryniać za bardzo w jej życie. Nie widział takiej potrzeby.
Zakładał, że gdy już zostanie mianowany na protektora, nie będzie z nią rozmawiał tak często. Nie, żeby jej nie lubił — choć musiał przyznać, że czasem go nieco wpieniała — ale nie mieli wspólnych tematów, o których mogliby rozmawiać.
Wkraczając do obozu, nie rozeszli się w swoje strony tak, jak zwykle. Zamiast tego szylkretka wysunęła się naprzód i zagrodziła mu drogę, uśmiechając się szeroko.
— Chyba się nie zmęczyłeś tym treningiem, co nie? — mruknęła, a jej wąsy zadrżały z rozbawienia. — Nie obrazisz się, jeśli nauczę cię dziś jeszcze kilku ziół, prawda? — dodała, co sprawiło, że nagle trybiki w mózgu Naparstnicy zaczęły pracować.
Więc to po to tak się spieszyła na treningu, tak? A już myślał, że udało mu się szybko odbębnić swoje obowiązki i resztę dnia będzie mógł przeleżeć.
— Nie, nie obrażę… Zresztą to nawet lepiej, bo może szybciej mnie mianują dzięki tym długim treningom — zaśmiał się, choć w jego wykonaniu zabrzmiało to trochę ironicznie.
Mimo wszystko zależało mu na tym, by w końcu zakończyć szkolenie. Nie mógł przecież być gorszy od Wzburzonego Kormorana, czyż nie? Choć i tak już był, bo chociaż był starszy, wciąż był uczniem. To jednak nie jego wina, że musiał szkolić się aż w dwóch dyscyplinach i że borykał się z tyloma problemami!
Gdyby był zdrowym, uprzywilejowanym kotem, też by się pewnie nie obijał na treningach i już dawno nosił nowe imię! Och, gdyby tylko przez resztę życia miał wykonywać coś, wobec czego miał pasję, wszystko wyglądałoby inaczej… O ile w ogóle istniało coś takiego, co sprawiłoby mu radość. Bo jak na razie nie widział siebie ani w roli wojownika, ani medyka, ani protektora — choć każda z tych rang oferowała coś innego.
— W takim razie pójdziemy teraz do Jagnięcego Ukłonu i poproszę ją o kilka ziół. Potem powiem ci ich nazwy i wyjaśnię zastosowanie — ogłosiła Rozkwitający Aster, ruszając w stronę lecznicy.
Niebieskooki bez wahania podążył za nią, już szykując się na te męczarnie, jakimi było zapamiętywanie wszystkich informacji. I tak zapewne nigdy nie przyjdzie mu użyć zioła innego niż kocimiętka na uspokojenie zszarganych myśli… swoich czy może swoich pacjentów — bo bycie protektorem polegało głównie na dawaniu rad swoim pobratymcom i pomaganiu im w tym, by nie skończyli jak on sam.
W chwili, w której uczeń postawił łapę w legowisku medyka, silna ziołowa woń uderzyła w jego nozdrza. Z trudem powstrzymał się przed kichnięciem — nie chciał tu zwracać na siebie uwagi. Przywitał się tylko skinieniem łba z Jagnięcym Ukłonem i obserwował w ciszy, jak jego mentorka wygrzebywała jakieś listki i kwiatki ze składziku.

* * *

Udało mu się wyprosić mentorkę, by poszła z nim na spacer. Nie na trening, nie na patrol — tylko zwykły spacer, by mógł zwiedzić tereny Klanu Klifu, nie martwiąc się o to, że zwierzyna ucieknie mu sprzed nosa. Bycie uczniem w tej kwestii nie było najlepsze, bo nie miało się tej wolności co do wychodzenia poza obóz.
Naparstnicy tym bardziej to przeszkadzało, bo bardzo chętnie zapoznałby się z kotami z innych klanów — a konkretniej z jakimiś Wilczakami, bo ci wzbudzali w nim zaciekawienie. Sam jeszcze nie był pewny, dlaczego tak do nich lgnął, ale wydawali mu się tacy… fajni i tajemniczy.
Byli kimś, kim uczeń pragnął być, ale w rzeczywistości był ich kompletnym przeciwieństwem. Nie był ani chytry, ani przebiegły, ani silny czy nonszalancki. Był tylko zwykłym nieudacznikiem i nieszczęśnikiem, któremu przyszło żyć w Klanie Klifu, którym jeszcze do niedawna rządził staruszek z zanikiem pamięci.
Przynajmniej Klan Burzy nie był lepszy. Królicza Gwiazda też nie wydawał się najsprawniejszym z liderów. Często zachowywał się niemrawo, jakby był nieobecny. Na zgromadzeniach to jego zastępca częściej zdawał się przejmować inicjatywę, ale co Naparstnica mógł wiedzieć o tym, jak sprawy mają się po drugiej stronie granicy?
Może gdyby miał szansę porozmawiać z jakimś Burzakiem, dowiedziałby się co nieco o tym, jak wyglądają sprawy wewnątrz ich obozu… Bo wiadomo — przed innymi klanami każdy stara się pokazać jak najlepiej, ale jak jest naprawdę, wiedzą tylko faktyczni członkowie tych przynależności.
Tak się złożyło, że akurat wraz z Rozkwitającym Astrem znaleźli się na granicy z królikojadami. Co za zbieg okoliczności, że akurat o nich myślał! Skoro już tu był, to może naprawdę przeprowadzi wywiad z pierwszej łapy?
Tylko wpierw musi wypatrzyć po drugiej stronie jakiegoś członka Klanu Burzy, a potem jeszcze przekonać go do tego, że wcale nie jest wrogiem ani żadnym szpiegiem. To… w sumie nie powinno być trudne, biorąc pod uwagę, że Klan Klifu i Klan Burzy mieli ze sobą sojusz i ich relacje były dosyć bliskie.
Z tego, co słyszał, Pchełkowy Skok była rezultatem miotu sojuszniczego między tymi dwoma przynależnościami, a wśród Burzaków chodził jej brat, którego imienia Naparstnica nie kojarzył.
Po jakimś czasie szwendania się w tę i we w tę w końcu biało-niebieski spostrzegł w swoim polu widzenia łaciatego, rudego kota. Był całkiem spory i puchaty, przez co sprawiał wrażenie raczej przyjaznego. No, ale może Naparstnica tak naprawdę się mylił. Nie dowie się, jeśli z nim nie pogada, oczywiście.
Tak więc usiadł na granicy, niczym jakiś pies, i zaczął wpatrywać się w Burzaka naprzeciwko. Nie zamierzał do niego krzyczeć ani jakoś specjalnie go wołać — jeśli go zauważy i tu przyjdzie, to będzie fajnie, ale jeśli zdecyduje się nie interaktować z Naparstnicą, to ten nie zamierzał go za to winić.
Nie każdy chciał rozmawiać z jakimś przykurczonym członkiem Klanu Klifu. Choć znajdowali się i tacy, którzy robili to z przyjemnością — głównie po to, by wytknąć mu to, jak śmieszne ma łapki i jak dziwnie się na nich porusza.
Naparstnica nauczył się już ignorować takie komentarze, ale czasem nie mógł przestać o nich myśleć — bo w końcu, gdyby tylko urodził się normalny, nikt nawet by na niego nie patrzył… Byłby tylko kolejnym, zwykłym, szarym wojownikiem. I może to właśnie było lepsze od życia z ciągłą uwagą innych kotów — i to nie zawsze tą pozytywną.
Naparstnicowa Łapa westchnął ciężko, mrużąc oczy. Wtem jednak spostrzegł, że łaciaty kot zmierza w jego stronę powolnym krokiem, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z obecności Klifiaka w pobliżu.
“No nareszcie! Oby tylko był w miarę miły, bo nie widzi mi się rozmawiać z gburem większym ode mnie” — pomyślał uczeń, samemu w myślach obiecując sobie, że nie będzie dla tego Burzaka kompletnym dupkiem.
Gdy rudo-biały zbliżył się wystarczająco blisko, Naparstnica postanowił odezwać się pierwszy:
— Cześć. Jak się nazywasz? — zaczął, choć z początku poczuł się trochę niezręcznie. Nie lubił zaczynać rozmów, ale czasem trzeba było się poświęcić. — Ja mam na imię Naparstnicowa Łapa. Pewnie cię ciekawi, co robię tak blisko granicy… Musisz wiedzieć, że ja sam nie jestem do końca pewny. Po prostu nie mam wielu znajomych z innych klanów i pomyślałem, że może… — tu urwał, by przełknąć ślinę i zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo się zestresował tą rozmową. — Może… no, uda mi się z kimś dogadać…

<Kolego z Klanu Burzy?>

[3330 słów do treningu wojowniczego i medycznego + otwieranie krabów + nawigacja w tunelach] 

[33% + 33% + 5% + 5%]

15 marca 2026

Od Naparstnicowej Łapy CD. Zszarzałej Łapy (Wzburzonego Kormorana)

Naparstnicowa Łapa szwendał się po obozie, gdy nagle przypadkiem szturchnął idącego przed nim kocura. Strzępek zachwiał się, a ptak, który jeszcze przed chwilą spoczywał w jego pysku, z hukiem spadł na ziemię.
Niebieskooki zamrugał kilkakrotnie i położył po sobie uszy, gdy młodszy spojrzał na niego z obrzydzeniem. “Świetnie, teraz znowu będę się musiał użerać z tym idiotą” – pomyślał.
— Weź ją sobie, nie będę tego już jeść — rzucił point ze słyszalną pogardą.
Na jego słowa biało-niebieski wyprostował się i zmarszczył brwi.
— Weź ją sobie? — powtórzył jakby niedowierzająco. — Za kogo ty mnie uważasz? Nie będę jadł zwierzyny, na którą ktoś już naślinił — oburzył się, strzepując końcówką ogona. — Ta zwierzyna gorsze rzeczy już widziała. Naprawdę jesteś takim czyścioszkiem, że boisz się zjeść ptaszka, który spadł na ziemię? — zakpił ze Zszarzałej Łapy. Może i kocur był większy i silniejszy, ale nie będzie mu pozwalać na to, by tak się panoszył!

* * *

Zgromadzenie

Nie był szczególnie zachwycony faktem, że już po raz kolejny znalazł się na zgromadzeniu. Najchętniej siedziałby teraz w swoim posłaniu albo w ogóle już dawno drzemał. Uważał te głupie spotkania wszystkich klanów raczej za przekleństwo niż coś, na co można czekać. W końcu najpierw musiał się trochę nałazić, by dotrzeć na Bursztynową Wyspę, a potem wysłuchiwać jakichś staruchów i jakoś wytrzymać, mimo iż miał wrażenie, że wszystkie oczy były zwrócone właśnie w jego stronę. Takie jednostki jak on raczej nie były często spotykane w innych przynależnościach. Na pewno każdy patrzył na niego jak na jakiś żałosny błąd natury.
Nagle podszedł do niego kot. Nie był mu jednak obcy ani zresztą z innego klanu. Biało-niebieski podniósł wzrok, by dostrzec przed sobą znacznie większego i jeszcze bardziej denerwującego ścierwojada – Wzburzonego Kormorana.
— A ty co, Naparstnico, nadal uczniem jesteś? — zagaił jakby nigdy nic.
Niebieskooki dobrze wiedział, że po mianowaniu pointa jego mniemanie o sobie stanie się jeszcze wyższe. Cóż, jaki mentor, taki uczeń.
— Jak widać — prychnął, marszcząc brwi. — Ja przynajmniej poszerzam swoją wiedzę w dwóch dziedzinach, nie ograniczając się do jednej. Nie licząc tego, co ty musisz wkuć do głowy, muszę jeszcze poznać zioła i ich zastosowanie — wyjaśnił spokojniej.
Na jego słowa point gwałtownie przeciął powietrze ogonem i spiął mięśnie.
— A ja przynajmniej jakoś przysłużę się klanu, a nie będę tylko kolejną gębą do wykarmienia! — stwierdził gniewnie.
Naparstnicowa Łapa ledwie drgnął, udając, że wcale go to nie rusza. W rzeczywistości naprawdę bał się tego, że nie przyda się klanowi. Sam uważał posadę protektora za bezsensowną, ale przecież nie mógł przyznać temu dupkowi racji.
— Tak, bo to moja wina, że zostałem protektorem. Jak jesteś taki mądry, to idź do Judaszowcowej Gwiazdy i sam mu wygarnij, że skazał mnie na bycie “kolejną gębą do wykarmienia”! — odparł, a futro na jego karku nieznacznie się zjeżyło.
— I jeszcze czego? To nie jest mój problem, jak na razie — rzucił Kormoran, teraz grając obojętnego. — Przecież on sam już nawet nie pamięta, kogo mianował w ostatnich księżycach — zauważył.
Naparstnica miał wrażenie, że zaraz nie wytrzyma. Miał ochotę napluć na pysk tego lisiego bobka, ale zamiast tego wziął głęboki wdech, starając się opanować.
— Skoro to nie twój problem, to po co w ogóle zaczynasz dyskusję? — fuknął, a jego wąsy zadrżały z poirytowania. — Wypchałbyś lepiej tą swoją durną gębę jakimś mchem i chociaż raz zastanowił nad tym, jakie głupoty z niej uciekają — dodał.
— Czemu zaczynam? Nudzi mi się i nie mam nic lepszego do roboty, a ty mi zapewniasz niemałą rozrywkę — przyznał z minimalnym uśmiechem, który oczywiście był w pełni przesiąknięty wredotą. — A wiesz, że chciałbym, by Bukowa Korona zatkał swój pysk mchem? Nie raz tak to chciałem uczynić.
Biało-niebieski zacisnął szczękę.
— Wiesz, gdzie mam twoje zachcianki? — odezwał się, a końcówka jego ogona zadrżała. — Tam, gdzie promienie słoneczne nie sięgają. Więc na litość Klanu Gwiazdy zamknij się i zostaw mnie w spokoju! Idź sobie do tego swojego mentora i jego denerwuj, ale ode mnie się odczep!
— Och, czyżby komuś nerwy puszczały? — spytał point, drocząc się ze starszym.
— A czyżby komuś mózg uchem uciekał? — odparł, subtelnie kładąc po sobie uszy. Ile mógł przezywać tego wrzoda, by w końcu odczepił się od jego ogona?
— Mi nie, ale zapewne Judaszowcowej Gwieździe już tak. Zastanawiam się, czy on jeszcze pamięta swoje imię. Jakim on cudem jeszcze dycha? — mruknął, zmieniając temat wraz z nastawieniem wobec kocura. — Jak tam twoje szkolenie? Radzisz sobie z Aster?
Naparstnicowa Łapa wyprostował się i kilkoma liźnięciami ułożył swoje zmierzwione futro na klatce piersiowej.
— Nie jesteśmy znajomymi — przypomniał mu szorstko.
— No weeeź, aż tak dziecinny jesteś, by strzelić focha, jak jakiś kociak? Nie możemy pogadać jak koledzy czy coś? Aż tak bierzesz swoje moje idiotyczne słowa do siebie?
Biało-niebieski najchętniej strzeliłby sobie teraz łapą w czoło z zażenowania Wzburzonym Kormoranem, ale nawet nie chciało mu się na tyle wysilać, by wykonać taki ruch.
— A ty naprawdę jesteś aż tak dziecinny, by mnie zaczepiać? — mruknął znudzony. — Tylko kocięta w żłobku mają taki niewyparzony język. Od ciebie oczekiwałbym nieco więcej rozumu, “wielki wojowniku”.
Kormoran przewrócił oczami.
— Wyluzuj, nadal jestem młodszy od ciebie — zauważył. — Plus może wyciągnij ten kij spod ogona, bo daleko z nim nie zajdziesz. A i tak już zapewne jest ci ciężko chodzić na tych króciutkich łapkach.
Pysk ucznia nawet nie drgnął.
— Jesteś żałosny.
Przez dłuższą chwilę w ogóle się nie odzywał, patrząc na pointa z zawiedzionym wyrazem.
— Po powrocie do obozu lepiej przeproś swoją matkę za to, że musiała wychowywać takiego nieczułego łajnojada.
— Ej, teraz to już przesada! Możesz obrażać mnie lub kogoś innego z mojej rodziny, ale nigdy nie rób tego z moją siostry czy matką — warknął najeżony.
— Naucz się lepiej słuchać ze zrozumieniem, bo nie obraziłem twojej matki — odparł spokojnie. — Okazałem jej tylko współczucie, bo na jej miejscu już dawno wziąłbym cię za uszy i zrzucił z klifu.
Młodszy zmarszczył czoło.
— A ja żałuję, że protektorzy nie chodzą na patrole! Już na pierwszym bym cię zrzucił z klifu!
Naparstnica westchnął głęboko.
— Odpuść już lepiej, bo twoje obelgi tracą na kreatywności — polecił.
— Bo ty to taki wielki znawca, ta?
Uczeń usiadł w końcu, owijając łapy ogonem.
— A żebyś wiedział — odparł i podniósł jedną z kończyn, by następnie zająć się czyszczeniem swojego futra, jakby Wzburzony Kormoran nie stał tuż przed nim. Stwierdził, że nie będzie się dłużej przejmować kimś na tak niskim poziomie i skupi się na czymś przyjemniejszym.
— No, skoro tak, to może byś mnie podszkolił? W końcu sam stwierdziłeś, że poziom moich obelg jest coraz niższy, a czymś muszę zawsze utrzeć nosa Bukowej Koronie — odezwał się point.
Naparstnicowa Łapa uniósł na niego wzrok pełen politowania.
— Ach, jak mi przykro, ale ostatnio jak sprawdzałem… dowiedziałem się, że mam to gdzieś — rzucił i kontynuował staranne porządkowanie swojej sierści.
— No weeeź... Nie bądź taki, przecież jako protektor chyba powinieneś pomagać innym, nie?
Niebieskooki strzepnął uchem.
— Tak, pomagać, ale nie w obrażaniu innych!
— Nawet jeśli chodzi o takie lisie łajno, jak Bukowa Korona?
Gdy to powiedział, starszy zamilkł na moment i strzepnął uchem.
— Dla dobra swojej przyszłej kariery nie odpowiem na to pytanie — odparł po jakimś czasie.
— Czyli jednak! Słuchaj, nikt się nie musi o tym dowiadywać, tak? To będzie taka nasza mała tajemnica, co ty na to?
— Ach, nie denerwuj mnie nawet! Bukowa Korona nie może być przecież taki zły. Pewnie ci się wydaje, że jest lisim łajnem, bo nienawidzisz autorytetów! — zauważył.
— Nie? Spytaj kogokolwiek innego, dostaniesz podobną odpowiedź. Mogę się nawet o to założyć z tobą! — kontynuował Wzburzony Kormoran.

* * *

Od zgromadzenia zaczął coraz bardziej przykładać się do treningów, by w końcu móc zostać mianowanym na pełnoprawnego protektora. Nie będzie dawał Wzburzonemu Kormoranowi tej satysfakcji z tego, że jest rangę wyżej! Może go obrażać za cokolwiek innego, ale za to, że wciąż się uczy, już niedługo nie będzie w stanie.
Judaszowcowa Gwiazda pewnie miał trudność z ocenieniem umiejętności Strzępka i mianował go wtedy, kiedy mu się podobało. Czekoladowy już ledwo kontaktował z rzeczywistością i dawno powinien przejść do legowiska starszych. Nie, żeby Naparstnica go nie lubił – bo lubił, a może bardziej szanował. Zależało mu jednak na dobru Klanu Klifu, a z takim liderem na czele nie byli w zbyt dobrym położeniu. Kto wie, co by się stało, gdyby doszło teraz do jakiejś wojny…
Naparstnicowa Łapa zdecydował się podnieść ze swojego posłania. Niedawno wybudził się z krótkiej drzemki, którą odbył po zakończonym treningu. Teraz natomiast jego brzuch potwornie burczał, upominając się o jakiś posiłek, więc biało-niebieski zmuszony był udać się w stronę stosu ze zwierzyną. Nie chciał się przecież upokorzyć przed innymi uczniami tym dźwiękiem, który mógłby wydobyć się z jego wnętrza. Kocur wolał raczej nie zwracać na siebie uwagi, a taka sytuacja mogłaby sprawić, że niektórzy skierowaliby swoje oczy właśnie w jego stronę.
Udało mu się doczłapać do stosu, a z niego wyciągnąć tłustą mysz. Widać było, że Pora Zielonych Liści ją rozpieszczała. Naparstnica przysiadł gdzieś na uboczu obozu, starając się nie przyciągać uwagi, i zaczął powoli skubać swoją piszczkę, delektując się jej smakiem, który przy każdym gryzie rozpływał się po podniebieniu. Cieszył się, że po tych ciężkich czasach miał teraz chwilę, by usiąść i na spokojnie zjeść posiłek. Pora Nagich Drzew naprawdę nie oszczędzała nikogo. Podczas niej porcje były znacznie mniejsze, chudsze i bardziej żylaste. Wtedy jadło się wyłącznie dla energii, a nie dla przyjemności.

<Suchołapy?>

[1500 słów do treningu wojownika]

[Przyznano 30%]

28 lutego 2026

Od Naparstnicowej Łapy do Zwiewnego Maku

Czuł, że znacznie bardziej odnajdywał się w nauce ziół i chorób niż walki czy polowania. To jednak oczywiste, bo wszelkie czynności wymagające sprawności fizycznej były dla niego znacznie utrudnione ze względu na karłowatość. Czasem zastanawiał się, jakim cudem jego matka – Postrzępiony Mróz – była w stanie zostać wojowniczką. Jak mogła chodzić na patrole i nadążać za innymi kotami? Jak była w stanie biegać za sprawną, zwinną zwierzyną? Czy ona aby na pewno robiła coś… dla klanu? Nie, żeby oskarżał ją o lenistwo. To w końcu jego matka; była dla niego… cóż, jednym z najbliższych kotów. Po prostu go to zastanawiało, bo on sam nie wyobrażał sobie, by na co dzień wędrować granicami, a do tego jeszcze ganiać za myszami czy nornicami. To wydawało się strasznie męczące, a ponadto… nierealne. Ale może to jemu w dodatku trafiło się jeszcze więcej ograniczeń niż liliowej szylkretce. W końcu Strzępka nie zdawała się mieć problemów z oddychaniem, natomiast on tak. Męczył się i dusił po wykonaniu ledwie dziesięciu żwawych kroków! Ale medyczki raczej wykluczyły u niego astmę. Mówiły o czymś innym, ale Naparstnica nie do końca pamiętał już, o czym. Zresztą i tak wolał nie wiedzieć – w końcu im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. W jego przypadku to powiedzenie się sprawdzało. Chociaż… i tak czasem miał problemy z zaśnięciem, rozmyślając nad tym, jak bardzo pokarał go Klan Gwiazdy.
Słyszał, że medycy potrafią kontaktować się z Gwiezdnymi Przodkami, i czasem marzył o tym, by kiedyś móc tak jak oni spotkać się z Klanem Gwiazdy, by zadać mu te wszystkie pytania, na które nie znał odpowiedzi. Chciałby wiedzieć, czym zawinił, rodząc się w takiej rodzinie, a nie innej. Dlaczego to on musiał cierpieć za haniebne czyny swojej matki i ojca, którego nawet nie znał? Wiedział o nim jedynie tyle, że był z innego klanu i że Strzępka szczerze go kochała. Ale nic więcej. Nie wiedział nawet, z jakiej przynależności pochodził, ale coś mu podpowiadało, że był on członkiem Klanu Wilka… Wciąż go ciągnęło do tej łaciatej przywódczyni, która także miała białe plamki wyglądające niczym piegi. Czy to możliwe, że ta kotka mogłaby być… jego babcią?
Nim jednak zdążył się nad tym głębiej zastanowić, do legowiska uczniów wparowała Rozkwitający Aster. Wszystkie myśli i przypuszczenia, które przed chwilą nagromadził w swojej głowie, nagle uciekły. Strzepnął ogonem sfrustrowany, zdając sobie sprawę z tego, że mógł mieć rozwiązanie swoich problemów na końcu języka. Nie chciał jednak winić za to swojej mentorki. Ona tylko robiła to, co powinna. Podniósł na nią wzrok, czekając, aż ta wyda mu rozkazy. Pewnie zabierze go na trening, tylko ciekawe, czy tym razem będzie on na medyka, czy wojownika.
— Hej, Naparstku. Mam prośbę… — mruknęła buraska, robiąc krok w stronę ucznia. — Chciałabym, byś poprosił medyczki o mysią żółć i wyciągnął Trójokiemu Zającowi kleszcza. Nauczysz się, jak wygląda i jak jej używać, a przy okazji odciążysz medyczki z jednego zadania — wyjaśniła, uśmiechając się do kocura.
Naparstnicowa Łapa trochę się zdziwił, bo sądził, że znowu będzie musiał opuszczać obóz, ale to nawet lepiej, że musi jedynie wyciągnąć kleszcza z czyjejś skóry. Chociaż właściwie nie do końca wiedział, kim był Trójoki Zając. Wydawało mu się, że mógł być bratem Króliczej Prawdy, no bo… Królik i Zając to imiona dla bliźniaków!
Skinął głową w stronę Aster, która po chwili podniosła się i opuściła legowisko uczniów, zostawiając Naparstnicową Łapę samego. Kocur wyciągnął przednie łapy do przodu i ziewnął przeciągle, szykując się do wstania. Musiał jakoś odnaleźć tego wspomnianego wcześniej kota, a kompletnie nie miał pojęcia, gdzie ten mógłby się znajdować. Musiał kierować się tylko faktem, że domyślał się, iż wojownik będzie mieć kremowe futro i krótki ogon. Wydawało mu się, że fakt, iż ten kocur był bratem bliźniakiem Króliczej Prawdy, mógł być prawdziwy, bo do żłobka czasem przychodził kocur łudząco podobny do niego.
Naparstnicowa Łapa w końcu podniósł się ze swojego gniazda i zaczął kierować się w stronę centrum obozu, jednocześnie rozglądając się wokół w poszukiwaniu kremowego futra. Właściwie to nie musiał szukać długo. W pewnym momencie jego oczy zatrzymały się na czyjejś sylwetce, która wydawała się znajoma z czasów żłobka. Biało-niebieski przyspieszył kroku, czując, jak w jego sercu zaczęła narastać nadzieja.
— Trójoki Zającu, hej! — mruknął, podchodząc do kocura. — W ramach treningu kazano mi wyjąć ci kleszcza ze skóry, więc…
— Chwila, chwila — odparł wojownik, marszcząc brwi. — Ja nie jestem Trójokim Zającem, tylko jego bratem. Na imię mi Królicza Prawda i… nie mam w futrze ŻADNYCH pasożytów — stwierdził, patrząc na Naparstnicową Łapę podejrzliwie.
Uczeń poczuł, jak robi mu się ciepło, jak zaczynają drżeć mu łapy.
— Na Klan Gwiazdy! Tak strasznie cię przepraszam, Królicza Prawdo… Ja… — zaczął się tłumaczyć, ale plątał mu się język. — Musiałem was pomylić, ale… nieważne. Wiesz może, gdzie jest twój brat…? — zapytał z nadzieją, że nie będzie musiał w dalszym ciągu się rozglądać. Teraz to miał ochotę zaszyć się w swoim legowisku!
— Nie, nie wiem. Ale możesz sprawdzić, czy nie śpi na którejś z półek — mruknął, na co Naparstnica skinął mu wdzięcznie głową i już bez żadnego słowa niezręcznie zaczął oddalać się od kremowego. Co za wstyd! W ogóle nie pomyślał o tym, który z nich ma jaki kolor oczu!
Wspinając się po rampie prowadzącej przez wszystkie skalne półki, nieźle się zmęczył. Miał tylko nadzieję, że gdy już zostanie mianowany na protektora, przyjdzie mu spać gdzieś nisko, by nie musiał się tak wysilać za każdym razem! No bo naprawdę, kto wymyślił tak strome wejście? Jeszcze bardziej przerażała go rampa prowadząca do legowiska starszyzny. Trafiały tam koty, które ze względu na swój stan fizyczny nie były w stanie normalnie polować i walczyć, więc dlaczego miałyby być w stanie wspinać się po czymś takim, by dotrzeć do swojego posłania? Ktoś chyba tego nie przemyślał, gdy ustalał rozkład legowisk. Swoją drogą ciekawe, jak dawno temu to było… Od ilu księżyców Klan Klifu i inne klany żyły tutaj, nad morzem? Czy kiedykolwiek żyły gdzieś indziej? To jednak pytanie na inny dzień, bo teraz musiał skupić się na znalezieniu wojownika.
Nie musiał szukać zbyt długo. Kremowy faktycznie odpoczywał właśnie na swoim posłaniu. Leżał w pozycji “na chlebek” i oczy miał przymrużone, ale zdecydowanie nie można było powiedzieć, że spał. To dobrze, bo budzenie go tylko po to, by wyjąć mu kleszcza, byłoby dosyć… słabe.
— Trójoki Zającu? — mruknął, podchodząc bliżej kocura. Ten od razu postawił ucho do góry i spojrzał na ucznia. — Rozkwitający Aster powiedziała mi, że w ramach treningu mam wyjąć ci kleszcza ze skóry — wyjaśnił, uśmiechając się nieśmiało.
— Ach, tak. Ostatnio na niego narzekałem… — miauknął zielonooki, po czym odwrócił głowę. — Jest w miejscu, do którego nawet nie mogę sięgnąć! Cieszę się, że chcesz mi pomóc — oznajmił, po czym podniósł się z miejsca i oba kocury ruszyły w stronę lecznicy.

* * *

Dzisiaj znów udał się na poszukiwania ziół razem z Rozkwitającym Astrem. Tym razem kotka zabrała go jeszcze dalej niż wcześniej, a ponadto kazała mu po kamieniach przeskoczyć rzekę! Strasznie się bał, gdy to robił, bo skoki nigdy nie były jego mocną stroną, ale na szczęście udało mu się przeżyć. Zastanawiał się tylko, czy w drodze powrotnej też będzie miał tyle szczęścia.
Teraz kroczył przy granicy z Klanem Burzy, węsząc przy ziemi. Bura kotka dreptała tuż obok, a jej rytmiczne kroki pobrzmiewały w uszach Naparstnicowej Łapy. Słońce było już wysoko na niebie, a niebo zdawało się nieskazitelnie czyste – pozbawione jakiejkolwiek chmurki. W innym przypadku może by się cieszył, że jest tak słonecznie i pogodnie, ale było mu teraz okropnie ciepło. Jego długie, gęste futro dobrze nadawało się do mrozów, ale gdy promienie słoneczne zaczynały robić się tak zabójczo gorące, miał ochotę je sobie wyrwać! Jednak jego matka też miała długie futro. Ciekawe, jak radziła sobie w tak upalne dni? Mógłby ją nawet o to spytać, ale odkąd kotka przyznała się do tego, że jego ojciec jest z innego klanu… trochę się od niej zdystansował. Czuł się bardzo dziwnie z faktem, że Postrzępiony Mróz związała się z tym dziwnym kotem po raz drugi, wiedząc, że za pierwszym razem urodziły jej się same chore córki. Sama na siebie sprowadziła ten los. Pozwoliła, by Irysek i Sreberko umarli, a on… by pozostał przy życiu i cierpiał z każdym dniem. Dlaczego to zrobiła? Jak mogła być tak… tak głupia? Naprawdę czuł do niej sporo żalu. Czasem nie mógł patrzeć na jej pysk, ale… rodziny się nie wybiera, prawda? Poza nią nie miał raczej nikogo więcej w Klanie Klifu. Nie miał nikogo, kto by go wysłuchał. No… może oprócz Gąsienicowego Ogryzka. Kocur wydawał się całkiem fajny. Opiekował się Naparstnicą w żłobku, podczas gdy liliowa szylkretka była bardziej zajęta swoim umierającym kociakiem niż żywym synem.
Tak się zamyślił, że nawet nie zauważył, gdy przekroczył granicę z Klanem Burzy. Na ziemię przywrócił go dopiero czyjś krzyk, dobiegający od strony burzackich terenów. Naparstnicowa Łapa wzdrygnął się i już chciał się cofać, jednak coś mu nie pozwalało. Stał jak wryty, teraz wpatrując się w czarno-białą kotkę, która zmierzała w jego stronę. Przełknął głośno ślinę, czując, jakby jego pysk nagle stał się suchy niczym wiór. Gdzie teraz była Rozkwitająca Aster? Czemu od niego odeszła? “Proszę, wróć tu i załagodź tę sytuację…” – modlił się w myślach.
— Cześć… — mruknął do obcej mu kotki, gdy była już wystarczająco blisko. — Nie wszedłem tu specjalnie, przysięgam…

<Nieznajoma?>

[1500 słów do treningu medyka]

[Przyznano 30%]

Wyleczeni: Trójoki Zając

21 lutego 2026

Od Naparstnicowej Łapy do Rozżarzonej Pieśni

Do jego uszu doszły słuchy, że Rozkwitający Aster – jego mentorka – została mianowana na protektora całkiem późno. Naparstnicowa Łapa postanowił sobie, że nie popełni tego samego błędu i będzie przykładał się do treningów tak bardzo, by za kilka księżyców być gotowym do ceremonii. Może przynajmniej swoją pracowitością odpłaci Klanowi Klifu za trzymanie przy życiu tak pokaleczonego kociaka.
Zresztą i tak nie nadawał się na wojownika, dlatego obrał inną ścieżkę. Ścieżkę, na której nie będzie polował ani walczył. Będzie zbierał zioła, kręcił się po obozie i pomagał innym kotom. Tylko… czy to naprawdę była pomoc? Czasem uważał rangę protektora za bezużyteczną. Ale samego siebie też widział jako bezużytecznego, więc w pewnym sensie pasował do tej roli.
Jeśli chodziło o burą szylkretkę, wobec niej miał sporo wyrozumiałości. “Może została mianowana tak późno przez jakieś niedogodności losu?” – tłumaczył sobie. Gdyby jednak to jemu przyszło tak długo zajmować stanowisko ucznia, chyba wolałby odejść z Klanu Klifu, bo czułby wstyd. Był dla siebie surowy i wymagający. Wszyscy inni mogli mieć problemy, lęki i trudności. Ale on? On musiał być idealny, bo inaczej byłby tylko odpadkiem. Może to głupie, ale gdy rodzi się w takich okolicznościach, trudno wyrosnąć na zwyczajnego kota. Postrzępiony Mróz swoim “faworyzowaniem” – choć to za dużo powiedziane, bo po prostu poświęcała więcej uwagi bardziej wymagającemu bratu Naparstnicy – sprawiła, że biało-niebieski miał o sobie niskie mniemanie. Mimo wszystko nie winił matki za to, kim teraz jest. Miała ważniejsze sprawy na głowie niż opiekowanie się pozornie zdrowym kocięciem.
Naparstnicowa Łapa prychnął pod nosem i przewrócił się z jednego boku na drugi. Był wczesny ranek, ale nie spał już od dłuższego czasu. Obudził się jeszcze wtedy, gdy na zewnątrz panowała ciemność, i od tamtej pory nie zmrużył oka.
Skaranie Klanu Gwiazdy.
Nienawidził mieć czasu i nie mieć czym zająć myśli. Wtedy najbardziej do niego docierało, jak dziwnym kotem jest. Dlatego nie cierpiał myśleć. Nie cierpiał zastanawiać się, co w jego życiu poszło nie tak, że czuł się w ten sposób.
Może powinien podzielić się tym z mentorką? Albo z kimś bliskim? Nie… Przecież był młody. I tak nikt by mu nie uwierzył.
“W twoim wieku nie ma się jeszcze problemów. Poczekaj, aż podrośniesz. To dopiero będzie!” – takie odpowiedzi wyobrażał sobie usłyszeć. Więc nawet nie próbował. Nie przyniosłoby to żadnych korzyści, a mógłby tylko stracić w oczach pobratymców. Nie chciał być znany jako ten z problemami, lecz jako ten ambitny i silny.
W pewnym momencie w jego legowisku zjawiła się Rozkwitający Aster. Rozpoznał ją po krokach i od razu podniósł głowę, by spojrzeć na jej pysk. Nie chciał być niegrzeczny.
— Hej, Naparstku! Przygotuj się, za niedługo wychodzimy na trening — mruknęła pogodnie.
Biało-niebieski uśmiechnął się sztucznie, udając, że wcale nie jest zdołowany.
Bura wycofała się z legowiska i rzuciła jeszcze przez ramię:
— Widzimy się za moment przed wyjściem z obozu!
Gdy tylko Naparstnica miał pewność, że mentorka go nie usłyszy, z jego pyska wyrwało się ciężkie westchnienie. Po chwili wychwycił czyjś cichy chichot – ktoś mógł pomyśleć, że to z niechęci do Rozkwitającego Astra. To nie była prawda. Uczeń szanował starszą kotkę. Po prostu nie miał ochoty wstawać z posłania.
Chcieć być pożytecznym to jedno, a faktycznie takim być to drugie. A bycie wiecznie nieszczęśliwym tylko wszystko komplikowało.
Naparstnicowa Łapa podniósł się w końcu na cztery łapy i otrzepał. Zachwiał się lekko, jakby za moment miał znów opaść na legowisko, ale zdołał ustać. Kilka razy liznął zmierzwione futro na klatce piersiowej, po czym niezgrabnym krokiem ruszył przed siebie.
Naprawdę, jego matka nie powinna była robić sobie kociąt, skoro potem po obozie żałośnie kroczył taki niziołek… Pewnie wszyscy już go wytykali i śmiali się z niego. No ale cóż, mieli do tego powód. Szkoda, że w Klanie Klifu nie istniała ranga polegająca na siedzeniu w samotności i ciemności przez resztę życia. Wtedy przynajmniej wiedziałby, kim chce zostać.
Stanął obok swojej mentorki, która z subtelnym uśmiechem czekała, by rozpocząć trening.
— Pomyślałam, że dziś możemy pozbierać trochę ziół. Tobie przyda się medyczna wiedza, a medykom pełny składzik roślin — skwitowała.
Może i miała rację. Przynajmniej jego praca wreszcie się na coś przyda. Dzięki ziołom, które nazbiera wraz z mentorką, Ćmi Księżyc czy Jagnięcy Ukłon będą w stanie uratować czyjeś życie albo przynajmniej polepszyć czyjś stan zdrowia, a to w pewnym sensie było jak wyróżnienie.

* * *

Kroczył właśnie przez rozległe polany na terenach Klanu Klifu. Gdzieś kilka lisich ogonów przed nim szła Rozkwitający Aster, zdecydowanie szybsza i pewniejsza. Starał się dotrzymać jej tempa, choć z każdym kolejnym krokiem czuł, jak zmęczenie coraz mocniej ogarnia jego ciało. Nie miał jednak ani serca, ani odwagi wspominać o tym mentorce. Nie chciał jej martwić ani sprawiać wrażenia, że sobie nie radzi. W końcu zdobywanie doświadczenia wymagało poświęceń i ciężkiej pracy. Czuł, że kiedyś go to wykończy, ale może właśnie takie było jego przeznaczenie. Skoro Klan Gwiazdy obdarzył go tak słabym ciałem, to może od początku nie planował dla niego długiego życia? Może w ogóle nie chciał go na tym świecie? Czym Postrzępiony Mróz tak rozgniewała swoich Przodków, że mścili się tak okrutnie na jej dzieciach? I to nie tylko na nim czy jego rodzeństwie z jednego miotu. Niebiańska Poświata, Świetlista Łapa, Drobne Ukojenie… one również zdawały się mieć problemy zdrowotne. To nie mógł być zwykły przypadek. Może jego matka była przeklęta…? Sama, poza krótkimi łapami, nie miała większych utrudnień, więc musiała nagrabić sobie czymś podczas życia. Tylko czym? I czy jeśli Naparstnica albo jego siostry kiedyś zapragną potomstwa, ich kocięta też będą nosić na sobie to przekleństwo?
— Spójrz! Naparstku, wiesz, co to za zioło? — głos Rozkwitającego Astra wyrwał go z zamyślenia.
Uczeń zatrzymał się i przyjrzał żółtemu kwieciu, które kołysało się na wiosennym wietrze.
— Nawet kociak wie, że to mlecz — odparł z pozorną nonszalancją, choć w głębi duszy cieszył się, że akurat to rozpoznał bez wahania.
Szylkretka poklepała go ogonem po grzbiecie, po czym schyliła się, by ostrożnie chwycić kilka kwiatów za łodygi i wziąć je do pyska.
— Potrzymasz? — wybełkotała, podając mu pęczek mniszków. — Chodźmy dalej! Na pewno jeszcze uda nam się coś znaleźć — dodała z entuzjazmem, ruszając przed siebie niemal natychmiast.
Skąd w niej tyle wigoru? Nawet on, chociaż był dużo młodszy, nie był aż tak ruchliwy. Ale trudno się dziwić, skoro jego łapy były takie krótkie i nieporęczne. Może gdyby był normalny, też byłby taki radosny. Promieniałby szczęściem, zarażał nim innych, nie zastanawiał się nad każdym swoim krokiem. Tyle że łap nikt mu nie wydłuży. Może więc jedynie domyślać się, jak by to było. A choćby nawet był wyższy i sprawniejszy, rodzinę wciąż miałby tę samą.
— Rozkwitający Astrze… — mruknął nagle, unosząc wzrok na protektorkę. — A ty… znasz moją matkę? Rozmawiałyście kiedyś? — zapytał, starając się, by jego głos nie zadrżał na wzmiankę o liliowej.
— Postrzępiony Mróz? — Bura zwróciła ku niemu głowę. — Była moją mentorką, wiesz? — oznajmiła z uśmiechem. — To takie ciekawe, że przyszło mi uczyć syna mojej dawnej mentorki!
Tak, ciekawe. A może raczej okropne? Kto cieszyłby się z tego, że ma szkolić niepełnosprawnego kociaka? Może powiedziała “ciekawe”, bo nie chciała go urazić, ale nie chciała też mówić, że treningi z nim są przyjemne. Zresztą, o czym on w ogóle myślał. Treningi z nim i jakiekolwiek pozytywne słowo w jednym zdaniu? To niemal jak żart.
— Najwyraźniej los lubi podrzucać ci karły pod nogi… — spróbował zażartować, choć już w chwili wypowiadania tych słów czuł, że to zły pomysł. Gdy tylko skończył, skrzywił pysk. To nawet nie było śmieszne. Jak można mieć tak potworne poczucie humoru? Jego żarty były suchsze niż piach.
— Haha, karły! Brzmi prawie tak, jak kłody — podchwyciła.
Już miał się uprzeć, że te dwa słowa wcale nie brzmią podobnie, ale w porę się powstrzymał. Powinien być wdzięczny. Aster przynajmniej próbowała go nie zasmucać i dodać mu trochę pewności siebie.
— Tia… prawie tak samo — powtórzył, choć jego znudzony ton wyraźnie ukazywał, że wcale tak nie uważa.
Bura jednak puściła to mimo uszu i ponownie przyspieszyła kroku. To trochę zirytowało Naparstnicę, bo skoro jej mentorką była Postrzępiony Mróz, powinna wiedzieć, że koty z krótkimi łapami nie są tak szybkie ani zwinne jak reszta.
W końcu poczuł kłucie w klatce piersiowej. Wtedy zdecydował, że nie będzie już próbował dotrzymać jej kroku za wszelką cenę.
— Zwolnij trochę, proszę! — zawołał, zatrzymując się i próbując zaczerpnąć więcej powietrza.
Aster w mgnieniu oka znalazła się przy nim ze zmartwionym wyrazem pyska.
— Coś się stało? Coś cię boli? Zmęczyłeś się? Możemy trochę zwolnić, jak chcesz — zaczęła dopytywać, wyraźnie przejęta.
Uczeń przez chwilę milczał, wciąż uspokajając oddech i starając się zignorować ból w klatce piersiowej.
— Jest dobrze… ale faktycznie… możesz tak nie pędzić — przyznał niepewnie, minimalnie kładąc po sobie uszy. Nienawidził przyznawać, że karłowatość naprawdę tak bardzo wpływa na jego kondycję i samopoczucie. Nienawidził czuć się słaby.
— Nie ma sprawy! Nie musisz się tego wstydzić. Niektórzy wolą nieco spokojniejsze tempo i ja się do tego dostosuję — zapewniła go łagodnie.
Cieszył się, że przynajmniej jego mentorka była dobrą duszą. Gdyby trafił na jakiegoś gbura, jego życie już dawno zamieniłoby się w jeszcze większą tragedię. A tak czasem mógł odetchnąć od przykrości i własnych myśli. Może zesłali mu Aster jako formę nagrody? Nagrody za tak ciężkie dzieciństwo i za te wszystkie chwile, w których czuł się gorszy od innych? Może choć w tym jednym Klan Gwiazdy okazał mu odrobinę łaski.

* * *

Wrócił do obozu całkiem zadowolony ze swoich zbiorów. Ten trening wyjątkowo poprawił mu humor i przez chwilę naprawdę czuł się… dobrze. A jednak był niemal pewien, że jutro znów będzie miał opór przed wstaniem. Dlaczego jego mózg nie mógł po prostu przyjąć do wiadomości, że ruch i rozmowa z innym kotem sprawiają mu radość? Miał wrażenie, że sam sobie rzuca kłody pod łapy. Tylko co właściwie mógł z tym zrobić? Chyba jedyne, co mu pozostawało, to brnąć naprzód i liczyć na to, że w końcu mu przejdzie. Że któregoś dnia obudzi się i będzie taki jak inni.
Po odłożeniu ziół w lecznicy niemal wpadł na rudofutrą wojowniczkę. Jego mentorka gdzieś zniknęła, więc musiał poradzić sobie sam. Zamiast jednak szybko przeprosić i odejść bez robienia zamieszania, Naparstnica stanął jak wryty i milczał. Wpatrywał się w pysk kocicy tak długo, aż ta strzepnęła ogonem z wyraźną irytacją.
— Źle ci? — mruknęła, mrużąc ślepia.
Coś obiło mu się o uszy, że wcześniej była związana z Klanem Wilka. Wielu Klifiaków wciąż o tym szeptało, spoglądając na nią podejrzliwie, więc trudno było tego nie wiedzieć.
— Nie, nie… — odpowiedział w końcu, choć myślami błądził gdzie indziej. Znowu wrócił do obrazu przywódczyni Wilczaków ze zgromadzenia i do tego dziwnego wrażenia, że skądś ją zna. — Ale… jesteś z Klanu Wilka, tak? — zapytał ostrożnie.
Rozżarzona Pieśń zmierzyła go wzrokiem tak chłodnym, jakby chciała wbić go w ziemię na głębokość kilku zajęczych susów.
— Nie, nie jestem z Klanu Wilka. Urodziłam się z dala od klanów — odparła sucho, najwyraźniej uznając, że Naparstnica jest kolejnym głupiutkim uczniem, który zamierza wypominać jej przeszłość.
— To… nie o to mi chodziło.
— Przecież wiem.
Ogon Naparstnicy zadrżał lekko. Czuł, jak poczucie niezręczności ściska go za klatkę piersiową, ale ciekawość była silniejsza niż dyskomfort.
— Nie mam nic złego na myśli — dodał ciszej, na co ucho rudej drgnęło nieznacznie. — Chciałem tylko wiedzieć, jak jest w Klanie Wilka… bo… mam przypuszczenia, że-
Urwał w połowie zdania, w porę gryząc się w język. Spuścił wzrok na własne łapy. Miał nadzieję, że wojowniczka mimo wszystko zdecyduje się powiedzieć mu coś więcej o klanie, z którym graniczyli.

<Rozżarzona Pieśni?>

[1856 słów – trening medyka]

[Przyznano 37%]