Choć musiał zastanowić się, co byłoby lepsze — bycie rozszarpanym przez mewy i uwolnienie innych od siebie, czy życie dalej po to, by nie robić przykrości Postrzępionemu Mrozowi. O ile kotka w ogóle go jeszcze kochała. Pewnie, patrząc na niego, widziała swojego partnera, który ją zostawił… Ciekawe, czy kiedyś myślała o tym, że to Naparstnica powinien umrzeć zamiast któregoś z jego braci. Sreberko czy Irys wyrośliby pewnie na lepsze koty niż on, gdyby tylko mieli na to szansę. Nie byliby przynajmniej tak pokraczni, jak biało-niebieski. Z tego, co pamiętał, żaden z jego braci nie został ukarany krótkimi, nieporadnymi łapkami. Jako jedyni z tego miotu byli normalni — a jednak śmierć postanowiła zabrać ich ze sobą.
Może to też była kara? Może ten cały Klan Gwiazdy chciał patrzeć, jak Postrzępiony Mróz cierpi, obserwując swojego zepsutego syna? Może zostawili go przy życiu tylko dlatego, by jego matka patrzyła mu w oczy i myślała o tym, jaka głupia była, gdy związała się z kimś z innej przynależności? Gdyby tak było, Naparstnica nawet by się nie zdziwił. Jednak czemu to jemu przyszło cierpieć? Przecież nie wybierał, gdzie się urodzi ani komu. Jeśli ci Gwiezdni Przodkowie chcą kogoś karać, to niech karzą winnego. On niczym nie zawinił. Przynajmniej jeszcze, przynajmniej nie otwarcie. Choć za każdym razem, gdy kwestionował słuszność Gwiezdnych, czuł się tak, jakby grzeszył.
Jednak nawet jeśli bał się ich gniewu, nie mógł zaakceptować ich decyzji. Wszystko by oddał, by być zdrowym, aktywnym członkiem Klanu Klifu. By być taki jak Gąsienicowy Ogryzek, Rozkwitający Aster czy nawet ten nieszczęsny Wzburzony Kormoran. Oni nie zmagali się z problemami zdrowotnymi. Dla nich każdy dzień nie był tylko udręką i kwintesencją cierpienia. No, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo nie mógł zajrzeć im do głów. Może i mieli swoje własne problemy, ale czy były tak ogromne, jak te jego?
Gdy ta myśl przemknęła przez jego głowę, wcisnął pysk między łapy. “O czym ty myślisz, idioto. Powinieneś być wdzięczny za to, co masz. I powinieneś być nieco bardziej empatyczny, ty bezduszny dupku” — skarcił się w myślach. Nie przeżył w końcu żadnej traumy, więc czemu miałby mieć źle? Nie widział na własne oczy, jak jego pobratymcy umierają, jak leje się krew. Jaki był więc jego problem? Wszystko, co z nim było nie tak, było tylko w jego głowie. Tak, na pewno — tylko w jego głowie. Gdyby nieco zmienił nastawienie, mógłby żyć tak jak reszta kotów. Tylko dlaczego za każdym razem, gdy dochodził do tego wniosku, nic z tym nie robił? Dlaczego nie potrafił za pstryknięciem palca zmienić swoich myśli, swojego postępowania? Czemu wciąż tkwił w tym samym punkcie? Prawie tak, jakby jego mózg i ciało żyły na własnych zasadach, a myśli na innych. Jakby były dwoma różnymi światami, które nie mogą ze sobą współgrać.
Westchnął ciężko, czując wreszcie, jak oczy pieką go ze zmęczenia. Był już późny wieczór i odkąd ułożył się na posłaniu, nie potrafił zasnąć. Dlatego zaczął rozmyślać. Dopóki w końcu to wszystko nie zaczęło go nużyć i powoli zabierać do krainy snów.
Obudził się równie zmęczony, co wtedy, gdy zasnął. Otworzył oczy, a od razu uderzył w nie silny promień słońca, niemal oślepiający. Naparstnica przymknął ślepia, mamrocząc coś pod nosem z irytacją.
— Jest Pora Opadających Liści! Skąd tu takie słońce? — fuknął, marszcząc brwi. To jakaś paranoja! Ucznia czekał kolejny wyczerpujący, bezsensowny dzień, a to słońce tylko przypominało mu o tym, jakim gburem jest. Był na tyle marudny, że uważał, iż na zewnątrz powinno być wietrznie i ponuro, bo nawet pogoda nie miała się z czego cieszyć.
— Co ty mamroczesz? Jest przecież Pora Zielonych Liści, mysi móżdżku — odezwał się drugi uczeń, który brzmiał podejrzanie podobnie do Wzburzonego Kormorana. Tylko co on robił w legowisku uczniów?
— Weź się stąd, łajnojadzie! Nawdychałeś się wczoraj kocimiętki, czy jak? Wczoraj było zimno, brudno i deszczowo, typowo dla Pory Opadających Liści! — syknął biało-niebieski. — Poza tym, co się panoszysz w legowisku uczniów, skoro jesteś wojownikiem? Chcesz mnie dobić jeszcze bardziej? Spadaj na swoje posłanie, zanim rozniesiesz tu pchły! — denerwował się dalej, czując, jak na karku jeży mu się futro.
— Upadłeś chyba na głowę! Jeszcze jestem uczniem, geniuszu! Nie wiem, jak długo spałeś, ale najwyraźniej nie wystarczająco, skoro wygadujesz takie głupoty! — zaśmiał się Kormoran.
Uczeń na moment zamilkł, wlepiając wzrok we własne łapy. Czy on… cofnął się w czasie? Gdy szedł spać, było mroźnie i groźnie, a teraz wszystko jakby nabrało barw. Oprócz jego życia, rzecz jasna.
— Ugh, daj… daj mi spokój — westchnął, odwracając pysk w przeciwnym kierunku do Wzburzonego Kormorana — a może raczej Zszarzałej Łapy.
Nic z tego nie rozumiał. Czy on śnił? A jeśli śnił, to dlaczego akurat we śnie natknął się na tego idiotę? W Klanie Klifu niewystarczająco było kotów? Z nim nawet nie rozmawiał tak często, nie byli ze sobą blisko! Nie mogła mu się przyśnić jakaś Pietruszkowa Błyskawica albo ktokolwiek inny, z kim Naparstnica lubił chociaż trochę przebywać?
Nie miał szansy na to, by długo pobyć w tym stanie świadomego snu. W końcu jego ciało zrozumiało, że Naparstnica wiedział już, iż żyje w symulacji, i postanowiło zepsuć mu tę zabawę. Szkoda, bo może gdyby miał szansę zostać tu trochę dłużej, to wyszedłby na sam środek obozu i każdemu wygarnął to, o czym nie miał odwagi wspomnieć na głos. Cóż, nie miał oczywiście zbyt wielu zastrzeżeń, bo na ogół starał się być raczej wyrozumiały. Ale do Postrzępionego Mrozu miał kilka problemów… Może nawet więcej niż kilka. Może kilkanaście, może kilkadziesiąt. Jednak kotka wciąż była jego matką, czy tego chciał, czy nie, więc nie chciał mieć z nią złych relacji… przynajmniej w prawdziwym świecie.
Tym razem, gdy już na serio się wybudził, nie spotkały go słoneczne promienie. Zamiast tego zrozumiał, że otacza go półmrok. Znowu obudził się w środku nocy — i zapewne znów nie będzie w stanie zasnąć aż do samego świtu. Co za nieszczęście!
Tak bardzo nienawidził myśleć, a jednocześnie tak często był zmuszony do tego, by to robić. Bo czego innego mógłby się podjąć? Nie mógł wyjść samemu z obozu ani nie miał z kim porozmawiać, bo każdy normalny kot już dawno spał. Był zmuszony wpatrywać się w skały i walczyć z własnym łbem, by nie załamać się kompletnie. No, o ile tak się w ogóle dało.
Może Naparstnica w rzeczywistości był już na tyle załamany, że bardziej się nie dało?
Nie… Na pewno się dało. Nie osiągnął jeszcze nawet dwudziestu księżyców. Teraz liczył ledwie siedemnaście, co było jedynie czubkiem góry. Zakładał, że z wiekiem będzie jeszcze gorzej — bo zazwyczaj tak właśnie mówili starsi.
Ale skoro teraz było najlepiej, jak mogło być, to czy w ogóle jest sens brnąć dalej? Jeśli nigdy nie ma być lepiej, to strach pomyśleć, jak będzie wyglądało życie kocura, gdy osiągnie on chociażby czterdzieści księżyców.
Nie mylił się. Odkąd się obudził, nie zmrużył już nawet oka — a gdy tylko słońce wychyliło się zza horyzontu, przyszła po niego jego mentorka, by wziąć go na trening. Tym razem niestety wojowniczy, więc będzie musiał wyjść z obozu i trochę się poruszać, zamiast siedzieć na tyłku i wkuwać teorię do głowy.
Mając ograniczoną mobilność, wolał raczej to drugie, choć też raczej nie podobała mu się wizja znania czegoś na pamięć. Dlaczego Judaszowcowa Gwiazda — lub teraz Pikująca Jaskółka — nie chcieli po prostu wrzucić go do starszyzny, by chociaż trochę mu ulżyć? Sam nigdy by się nie przyznał do tego, że wolałby całymi dniami leniuchować, ale gdyby liderka sama tego zażądała… Cóż, chyba nie miałby wyboru.
Niestety, jak na razie otwarcie nie sprawiał żadnych problemów. Może czasami był trochę oschły i bardziej przybity niż zwykle, ale nie budziło to w nikim podejrzeń. Z jednej strony to dobrze, bo nie chciał niczyjej litości, a z drugiej… czasem pragnął, by ktoś w końcu zauważył jego ból. Może niekoniecznie, by każdy nagle zachowywał się, jakby Naparstnica był tak kruchy, jak suchy liść, ale… by chociaż mieli wobec niego nieco mniejsze oczekiwania i więcej zrozumienia.
To jednak całkiem głupie marzenia. Póki nikomu wprost nie powie, że czuje się jak sowia wypluwka, to raczej nic się nie zmieni. Na litość, czemu każdy w tym Klanie Klifu był tak ślepy! Jeszcze to, że Ćmi Księżyc nie zauważyła jego smutku, można było zaakceptować, tak inni? Przecież mieli oczy. Widywali codziennie Naparstnicową Łapę w obozie. Jakim cudem żaden z nich nie wykazał się empatią i do niego nie zagadał?
Może za dużo od nich wymagał… Może powinien czasem przełknąć swoją gorycz, zacisnąć zęby i udawać, że nie potrzebuje niczyjej pomocy.
Przynajmniej jeśli chodzi o sprawy bardziej… psychiczne. Bo jeśli ma się nauczyć nawigacji w tunelach, zdecydowanie będzie potrzebować jakiegoś przewodnika. Nawet nie jakiegoś — to zadaniem Rozkwitającego Astra było, by pokazała mu, jak się poruszać pod ziemią.
— Więc, Naparstku, wreszcie przyszedł dzień, w którym zanurkujesz w tunelach i nauczysz się w nich nawigować! To bardzo ważna umiejętność, bo tak się składa, że właśnie pod naszymi terenami lecą tunele. Nie każdy klan może się tym szczycić, wiesz? Na przykład taki Klan Nocy. Z tego, co wiem, oni nie korzystają z tuneli — wyjaśniła.
Naparstnicowa Łapa stanął przed wejściem do korytarzy, wpatrując się w czerń, jaka się w nich rozciągała. Wyglądało to całkiem niepokojąco, jeśli miał być szczery. Mógł tylko liczyć na to, że jak już wejdzie do środka, jego wzrok przyzwyczai się do tych ciemności i pozwoli mu na zobaczenie czegoś więcej niż pustki.
— A do czego one tak właściwie służą? — zapytał uczeń, chcąc przedłużyć moment, w którym nie musiał wchodzić do środka. Już czuł ten smród i zimno, które tam panowały. Ponadto musiało być tam strasznie ciasno, a on raczej nie był fanem niedużych przestrzeni.
— Och! Głównie do tego, by w razie zagrożenia się w nich schować. Czasem też zdarza się tak, że zwierzyna się w nich zgubi, a my musimy wiedzieć, jak ją odnaleźć. Musimy mieć w nich przewagę, bo wiesz, gdyby kiedyś zaatakował nas jakichś samotnik, możemy zwabić go do środka i oszukać! — starała się wytłumaczyć z entuzjazmem.
Uczeń tylko prychnął.
— Naprawdę myślisz, że kiedykolwiek byłbym w stanie coś upolować? Albo kogoś pokonać? Z tymi krótkimi łapkami to ja ledwo chodzę! Nawet wróblowi nie byłbym w stanie odebrać życia. To tylko strata czasu; nauka tych wszystkich umiejętności nigdy mi się nie przyda — odparł szorstko, kładąc po sobie uszy.
— Nie mów tak, Naparstku! Wszystko jest możliwe, jeśli wystarczająco w to uwierzysz — mruknęła pokrzepiająco, a jej oczy na moment zalśniły.
— Tu nie ma w co wierzyć… To niemożliwe, bym kiedykolwiek był zdolny do tego, by biec na tyle szybko, by dogonić jakąś mysz czy wiewiórkę. I nawet w tunelach nie mam szans na to, by pokonać w pełni sprawnego kota… — zaczął narzekać, wykrzywiając pysk w niezadowolonym grymasie.
— Może i nie dogonisz zwierzyny, ale wcale nie musisz! Zawsze możesz przecież atakować z zaskoczenia! — próbowała pocieszyć go Rozkwitający Aster.
— A właśnie, że nie mogę! Ja ledwo umiem skakać! Zanim znalazłbym się na tyle blisko zwierzyny, by do niej doskoczyć, już by mnie wyczuła i uciekła! — kłócił się dalej. Teraz już sam nie wiedział, czy robił to po to, by odwlec naukę nawigacji, czy po to, by wylać przed kimś swoje żale. Może jedno i drugie?
— Och, Naparstku… Powinieneś porozmawiać ze swoją mamą. Ona też ma krótkie łapy, a udało jej się zostać wojowniczką! Na pewno chętnie ci wyjaśni, jak radzi sobie z wojowniczymi obowiązkami. — Szylkretka najwidoczniej nie zamierzała odpuścić.
— A może sobie nie radzi? Może tylko udaje, że coś robi? Może tylko sprawia takie pozory? — rzucił sfrustrowany, smagając powietrze ogonem.
Rozkwitający Aster westchnęła zdziwiona.
— Jestem pewna, że Postrzępiony Mróz jest przykładną wojowniczką i stara się na swojej randze! — odparła protektorka, zdumiona podejrzeniami swojego ucznia.
— Przykładną wojowniczką? Dobre sobie… — wymamrotał pod nosem. Jednak nim mentorka zdążyła mu odpowiedzieć, przerwał jej, biorąc w płuca głęboki wdech. — Nieważne. Zacznijmy już trening.
Czuł, że jego mianowanie już tuż-tuż. Rozkwitający Aster coraz częściej zabierała go na treningi i uczyła tych rzeczy, których dotychczas mu nie pokazywała. Dziś na przykład zabrała go nad brzeg morza, by pokazać mu, jak należy otwierać kraby. Musiał przyznać, że nie poszło mu zbyt dobrze polowanie na nie, ale samą umiejętność wyciągania z nich tego, co jadalne, zdawał się opanować niemal do perfekcji. Może jeśli nie wyjdzie mu jako protektor, zacznie zawodowo otwierać te skorupiaki? Dobry żart. Tylko szkoda, że jest żartem.
Gdy wracali do obozu, było jeszcze całkiem wcześnie. Wcześniej niż zwykle, gdy kończyli szkolenie — ale szylkretka chyba zrobiła to specjalnie. Podczas treningu nie marnowała czasu na zbędne dyskusje i pogaduszki, tylko od razu przechodziła do rzeczy. Zupełnie tak, jakby zależało jej na tym, by uwinęli się z tym migiem. Tylko dlaczego? Może umówiła się na jakąś randkę i musiała mieć czas, by się przyszykować?
Naparstnica nie widział, by Aster specjalnie często się przy kimś kręciła. Zazwyczaj rozmawiała raczej z wieloma kotami i z żadnym nie trzymała się bliżej — przynajmniej nie na tyle, by wywiązała się z tego jakaś romantyczna relacja. Ale co on tam o niej wiedział. Była tylko jego mentorką i starał się nie wtryniać za bardzo w jej życie. Nie widział takiej potrzeby.
Zakładał, że gdy już zostanie mianowany na protektora, nie będzie z nią rozmawiał tak często. Nie, żeby jej nie lubił — choć musiał przyznać, że czasem go nieco wpieniała — ale nie mieli wspólnych tematów, o których mogliby rozmawiać.
Wkraczając do obozu, nie rozeszli się w swoje strony tak, jak zwykle. Zamiast tego szylkretka wysunęła się naprzód i zagrodziła mu drogę, uśmiechając się szeroko.
— Chyba się nie zmęczyłeś tym treningiem, co nie? — mruknęła, a jej wąsy zadrżały z rozbawienia. — Nie obrazisz się, jeśli nauczę cię dziś jeszcze kilku ziół, prawda? — dodała, co sprawiło, że nagle trybiki w mózgu Naparstnicy zaczęły pracować.
Więc to po to tak się spieszyła na treningu, tak? A już myślał, że udało mu się szybko odbębnić swoje obowiązki i resztę dnia będzie mógł przeleżeć.
— Nie, nie obrażę… Zresztą to nawet lepiej, bo może szybciej mnie mianują dzięki tym długim treningom — zaśmiał się, choć w jego wykonaniu zabrzmiało to trochę ironicznie.
Mimo wszystko zależało mu na tym, by w końcu zakończyć szkolenie. Nie mógł przecież być gorszy od Wzburzonego Kormorana, czyż nie? Choć i tak już był, bo chociaż był starszy, wciąż był uczniem. To jednak nie jego wina, że musiał szkolić się aż w dwóch dyscyplinach i że borykał się z tyloma problemami!
Gdyby był zdrowym, uprzywilejowanym kotem, też by się pewnie nie obijał na treningach i już dawno nosił nowe imię! Och, gdyby tylko przez resztę życia miał wykonywać coś, wobec czego miał pasję, wszystko wyglądałoby inaczej… O ile w ogóle istniało coś takiego, co sprawiłoby mu radość. Bo jak na razie nie widział siebie ani w roli wojownika, ani medyka, ani protektora — choć każda z tych rang oferowała coś innego.
— W takim razie pójdziemy teraz do Jagnięcego Ukłonu i poproszę ją o kilka ziół. Potem powiem ci ich nazwy i wyjaśnię zastosowanie — ogłosiła Rozkwitający Aster, ruszając w stronę lecznicy.
Niebieskooki bez wahania podążył za nią, już szykując się na te męczarnie, jakimi było zapamiętywanie wszystkich informacji. I tak zapewne nigdy nie przyjdzie mu użyć zioła innego niż kocimiętka na uspokojenie zszarganych myśli… swoich czy może swoich pacjentów — bo bycie protektorem polegało głównie na dawaniu rad swoim pobratymcom i pomaganiu im w tym, by nie skończyli jak on sam.
W chwili, w której uczeń postawił łapę w legowisku medyka, silna ziołowa woń uderzyła w jego nozdrza. Z trudem powstrzymał się przed kichnięciem — nie chciał tu zwracać na siebie uwagi. Przywitał się tylko skinieniem łba z Jagnięcym Ukłonem i obserwował w ciszy, jak jego mentorka wygrzebywała jakieś listki i kwiatki ze składziku.
Udało mu się wyprosić mentorkę, by poszła z nim na spacer. Nie na trening, nie na patrol — tylko zwykły spacer, by mógł zwiedzić tereny Klanu Klifu, nie martwiąc się o to, że zwierzyna ucieknie mu sprzed nosa. Bycie uczniem w tej kwestii nie było najlepsze, bo nie miało się tej wolności co do wychodzenia poza obóz.
Naparstnicy tym bardziej to przeszkadzało, bo bardzo chętnie zapoznałby się z kotami z innych klanów — a konkretniej z jakimiś Wilczakami, bo ci wzbudzali w nim zaciekawienie. Sam jeszcze nie był pewny, dlaczego tak do nich lgnął, ale wydawali mu się tacy… fajni i tajemniczy.
Byli kimś, kim uczeń pragnął być, ale w rzeczywistości był ich kompletnym przeciwieństwem. Nie był ani chytry, ani przebiegły, ani silny czy nonszalancki. Był tylko zwykłym nieudacznikiem i nieszczęśnikiem, któremu przyszło żyć w Klanie Klifu, którym jeszcze do niedawna rządził staruszek z zanikiem pamięci.
Przynajmniej Klan Burzy nie był lepszy. Królicza Gwiazda też nie wydawał się najsprawniejszym z liderów. Często zachowywał się niemrawo, jakby był nieobecny. Na zgromadzeniach to jego zastępca częściej zdawał się przejmować inicjatywę, ale co Naparstnica mógł wiedzieć o tym, jak sprawy mają się po drugiej stronie granicy?
Może gdyby miał szansę porozmawiać z jakimś Burzakiem, dowiedziałby się co nieco o tym, jak wyglądają sprawy wewnątrz ich obozu… Bo wiadomo — przed innymi klanami każdy stara się pokazać jak najlepiej, ale jak jest naprawdę, wiedzą tylko faktyczni członkowie tych przynależności.
Tak się złożyło, że akurat wraz z Rozkwitającym Astrem znaleźli się na granicy z królikojadami. Co za zbieg okoliczności, że akurat o nich myślał! Skoro już tu był, to może naprawdę przeprowadzi wywiad z pierwszej łapy?
Tylko wpierw musi wypatrzyć po drugiej stronie jakiegoś członka Klanu Burzy, a potem jeszcze przekonać go do tego, że wcale nie jest wrogiem ani żadnym szpiegiem. To… w sumie nie powinno być trudne, biorąc pod uwagę, że Klan Klifu i Klan Burzy mieli ze sobą sojusz i ich relacje były dosyć bliskie.
Z tego, co słyszał, Pchełkowy Skok była rezultatem miotu sojuszniczego między tymi dwoma przynależnościami, a wśród Burzaków chodził jej brat, którego imienia Naparstnica nie kojarzył.
Po jakimś czasie szwendania się w tę i we w tę w końcu biało-niebieski spostrzegł w swoim polu widzenia łaciatego, rudego kota. Był całkiem spory i puchaty, przez co sprawiał wrażenie raczej przyjaznego. No, ale może Naparstnica tak naprawdę się mylił. Nie dowie się, jeśli z nim nie pogada, oczywiście.
Tak więc usiadł na granicy, niczym jakiś pies, i zaczął wpatrywać się w Burzaka naprzeciwko. Nie zamierzał do niego krzyczeć ani jakoś specjalnie go wołać — jeśli go zauważy i tu przyjdzie, to będzie fajnie, ale jeśli zdecyduje się nie interaktować z Naparstnicą, to ten nie zamierzał go za to winić.
Nie każdy chciał rozmawiać z jakimś przykurczonym członkiem Klanu Klifu. Choć znajdowali się i tacy, którzy robili to z przyjemnością — głównie po to, by wytknąć mu to, jak śmieszne ma łapki i jak dziwnie się na nich porusza.
Naparstnica nauczył się już ignorować takie komentarze, ale czasem nie mógł przestać o nich myśleć — bo w końcu, gdyby tylko urodził się normalny, nikt nawet by na niego nie patrzył… Byłby tylko kolejnym, zwykłym, szarym wojownikiem. I może to właśnie było lepsze od życia z ciągłą uwagą innych kotów — i to nie zawsze tą pozytywną.
Naparstnicowa Łapa westchnął ciężko, mrużąc oczy. Wtem jednak spostrzegł, że łaciaty kot zmierza w jego stronę powolnym krokiem, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z obecności Klifiaka w pobliżu.
“No nareszcie! Oby tylko był w miarę miły, bo nie widzi mi się rozmawiać z gburem większym ode mnie” — pomyślał uczeń, samemu w myślach obiecując sobie, że nie będzie dla tego Burzaka kompletnym dupkiem.
Gdy rudo-biały zbliżył się wystarczająco blisko, Naparstnica postanowił odezwać się pierwszy:
— Cześć. Jak się nazywasz? — zaczął, choć z początku poczuł się trochę niezręcznie. Nie lubił zaczynać rozmów, ale czasem trzeba było się poświęcić. — Ja mam na imię Naparstnicowa Łapa. Pewnie cię ciekawi, co robię tak blisko granicy… Musisz wiedzieć, że ja sam nie jestem do końca pewny. Po prostu nie mam wielu znajomych z innych klanów i pomyślałem, że może… — tu urwał, by przełknąć ślinę i zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo się zestresował tą rozmową. — Może… no, uda mi się z kimś dogadać…
Może to też była kara? Może ten cały Klan Gwiazdy chciał patrzeć, jak Postrzępiony Mróz cierpi, obserwując swojego zepsutego syna? Może zostawili go przy życiu tylko dlatego, by jego matka patrzyła mu w oczy i myślała o tym, jaka głupia była, gdy związała się z kimś z innej przynależności? Gdyby tak było, Naparstnica nawet by się nie zdziwił. Jednak czemu to jemu przyszło cierpieć? Przecież nie wybierał, gdzie się urodzi ani komu. Jeśli ci Gwiezdni Przodkowie chcą kogoś karać, to niech karzą winnego. On niczym nie zawinił. Przynajmniej jeszcze, przynajmniej nie otwarcie. Choć za każdym razem, gdy kwestionował słuszność Gwiezdnych, czuł się tak, jakby grzeszył.
Jednak nawet jeśli bał się ich gniewu, nie mógł zaakceptować ich decyzji. Wszystko by oddał, by być zdrowym, aktywnym członkiem Klanu Klifu. By być taki jak Gąsienicowy Ogryzek, Rozkwitający Aster czy nawet ten nieszczęsny Wzburzony Kormoran. Oni nie zmagali się z problemami zdrowotnymi. Dla nich każdy dzień nie był tylko udręką i kwintesencją cierpienia. No, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo nie mógł zajrzeć im do głów. Może i mieli swoje własne problemy, ale czy były tak ogromne, jak te jego?
Gdy ta myśl przemknęła przez jego głowę, wcisnął pysk między łapy. “O czym ty myślisz, idioto. Powinieneś być wdzięczny za to, co masz. I powinieneś być nieco bardziej empatyczny, ty bezduszny dupku” — skarcił się w myślach. Nie przeżył w końcu żadnej traumy, więc czemu miałby mieć źle? Nie widział na własne oczy, jak jego pobratymcy umierają, jak leje się krew. Jaki był więc jego problem? Wszystko, co z nim było nie tak, było tylko w jego głowie. Tak, na pewno — tylko w jego głowie. Gdyby nieco zmienił nastawienie, mógłby żyć tak jak reszta kotów. Tylko dlaczego za każdym razem, gdy dochodził do tego wniosku, nic z tym nie robił? Dlaczego nie potrafił za pstryknięciem palca zmienić swoich myśli, swojego postępowania? Czemu wciąż tkwił w tym samym punkcie? Prawie tak, jakby jego mózg i ciało żyły na własnych zasadach, a myśli na innych. Jakby były dwoma różnymi światami, które nie mogą ze sobą współgrać.
Westchnął ciężko, czując wreszcie, jak oczy pieką go ze zmęczenia. Był już późny wieczór i odkąd ułożył się na posłaniu, nie potrafił zasnąć. Dlatego zaczął rozmyślać. Dopóki w końcu to wszystko nie zaczęło go nużyć i powoli zabierać do krainy snów.
ᶻ 𝗓 𐰁
— Jest Pora Opadających Liści! Skąd tu takie słońce? — fuknął, marszcząc brwi. To jakaś paranoja! Ucznia czekał kolejny wyczerpujący, bezsensowny dzień, a to słońce tylko przypominało mu o tym, jakim gburem jest. Był na tyle marudny, że uważał, iż na zewnątrz powinno być wietrznie i ponuro, bo nawet pogoda nie miała się z czego cieszyć.
— Co ty mamroczesz? Jest przecież Pora Zielonych Liści, mysi móżdżku — odezwał się drugi uczeń, który brzmiał podejrzanie podobnie do Wzburzonego Kormorana. Tylko co on robił w legowisku uczniów?
— Weź się stąd, łajnojadzie! Nawdychałeś się wczoraj kocimiętki, czy jak? Wczoraj było zimno, brudno i deszczowo, typowo dla Pory Opadających Liści! — syknął biało-niebieski. — Poza tym, co się panoszysz w legowisku uczniów, skoro jesteś wojownikiem? Chcesz mnie dobić jeszcze bardziej? Spadaj na swoje posłanie, zanim rozniesiesz tu pchły! — denerwował się dalej, czując, jak na karku jeży mu się futro.
— Upadłeś chyba na głowę! Jeszcze jestem uczniem, geniuszu! Nie wiem, jak długo spałeś, ale najwyraźniej nie wystarczająco, skoro wygadujesz takie głupoty! — zaśmiał się Kormoran.
Uczeń na moment zamilkł, wlepiając wzrok we własne łapy. Czy on… cofnął się w czasie? Gdy szedł spać, było mroźnie i groźnie, a teraz wszystko jakby nabrało barw. Oprócz jego życia, rzecz jasna.
— Ugh, daj… daj mi spokój — westchnął, odwracając pysk w przeciwnym kierunku do Wzburzonego Kormorana — a może raczej Zszarzałej Łapy.
Nic z tego nie rozumiał. Czy on śnił? A jeśli śnił, to dlaczego akurat we śnie natknął się na tego idiotę? W Klanie Klifu niewystarczająco było kotów? Z nim nawet nie rozmawiał tak często, nie byli ze sobą blisko! Nie mogła mu się przyśnić jakaś Pietruszkowa Błyskawica albo ktokolwiek inny, z kim Naparstnica lubił chociaż trochę przebywać?
Nie miał szansy na to, by długo pobyć w tym stanie świadomego snu. W końcu jego ciało zrozumiało, że Naparstnica wiedział już, iż żyje w symulacji, i postanowiło zepsuć mu tę zabawę. Szkoda, bo może gdyby miał szansę zostać tu trochę dłużej, to wyszedłby na sam środek obozu i każdemu wygarnął to, o czym nie miał odwagi wspomnieć na głos. Cóż, nie miał oczywiście zbyt wielu zastrzeżeń, bo na ogół starał się być raczej wyrozumiały. Ale do Postrzępionego Mrozu miał kilka problemów… Może nawet więcej niż kilka. Może kilkanaście, może kilkadziesiąt. Jednak kotka wciąż była jego matką, czy tego chciał, czy nie, więc nie chciał mieć z nią złych relacji… przynajmniej w prawdziwym świecie.
ᶻ 𝗓 𐰁
Tak bardzo nienawidził myśleć, a jednocześnie tak często był zmuszony do tego, by to robić. Bo czego innego mógłby się podjąć? Nie mógł wyjść samemu z obozu ani nie miał z kim porozmawiać, bo każdy normalny kot już dawno spał. Był zmuszony wpatrywać się w skały i walczyć z własnym łbem, by nie załamać się kompletnie. No, o ile tak się w ogóle dało.
Może Naparstnica w rzeczywistości był już na tyle załamany, że bardziej się nie dało?
Nie… Na pewno się dało. Nie osiągnął jeszcze nawet dwudziestu księżyców. Teraz liczył ledwie siedemnaście, co było jedynie czubkiem góry. Zakładał, że z wiekiem będzie jeszcze gorzej — bo zazwyczaj tak właśnie mówili starsi.
Ale skoro teraz było najlepiej, jak mogło być, to czy w ogóle jest sens brnąć dalej? Jeśli nigdy nie ma być lepiej, to strach pomyśleć, jak będzie wyglądało życie kocura, gdy osiągnie on chociażby czterdzieści księżyców.
* * *
Mając ograniczoną mobilność, wolał raczej to drugie, choć też raczej nie podobała mu się wizja znania czegoś na pamięć. Dlaczego Judaszowcowa Gwiazda — lub teraz Pikująca Jaskółka — nie chcieli po prostu wrzucić go do starszyzny, by chociaż trochę mu ulżyć? Sam nigdy by się nie przyznał do tego, że wolałby całymi dniami leniuchować, ale gdyby liderka sama tego zażądała… Cóż, chyba nie miałby wyboru.
Niestety, jak na razie otwarcie nie sprawiał żadnych problemów. Może czasami był trochę oschły i bardziej przybity niż zwykle, ale nie budziło to w nikim podejrzeń. Z jednej strony to dobrze, bo nie chciał niczyjej litości, a z drugiej… czasem pragnął, by ktoś w końcu zauważył jego ból. Może niekoniecznie, by każdy nagle zachowywał się, jakby Naparstnica był tak kruchy, jak suchy liść, ale… by chociaż mieli wobec niego nieco mniejsze oczekiwania i więcej zrozumienia.
To jednak całkiem głupie marzenia. Póki nikomu wprost nie powie, że czuje się jak sowia wypluwka, to raczej nic się nie zmieni. Na litość, czemu każdy w tym Klanie Klifu był tak ślepy! Jeszcze to, że Ćmi Księżyc nie zauważyła jego smutku, można było zaakceptować, tak inni? Przecież mieli oczy. Widywali codziennie Naparstnicową Łapę w obozie. Jakim cudem żaden z nich nie wykazał się empatią i do niego nie zagadał?
Może za dużo od nich wymagał… Może powinien czasem przełknąć swoją gorycz, zacisnąć zęby i udawać, że nie potrzebuje niczyjej pomocy.
Przynajmniej jeśli chodzi o sprawy bardziej… psychiczne. Bo jeśli ma się nauczyć nawigacji w tunelach, zdecydowanie będzie potrzebować jakiegoś przewodnika. Nawet nie jakiegoś — to zadaniem Rozkwitającego Astra było, by pokazała mu, jak się poruszać pod ziemią.
— Więc, Naparstku, wreszcie przyszedł dzień, w którym zanurkujesz w tunelach i nauczysz się w nich nawigować! To bardzo ważna umiejętność, bo tak się składa, że właśnie pod naszymi terenami lecą tunele. Nie każdy klan może się tym szczycić, wiesz? Na przykład taki Klan Nocy. Z tego, co wiem, oni nie korzystają z tuneli — wyjaśniła.
Naparstnicowa Łapa stanął przed wejściem do korytarzy, wpatrując się w czerń, jaka się w nich rozciągała. Wyglądało to całkiem niepokojąco, jeśli miał być szczery. Mógł tylko liczyć na to, że jak już wejdzie do środka, jego wzrok przyzwyczai się do tych ciemności i pozwoli mu na zobaczenie czegoś więcej niż pustki.
— A do czego one tak właściwie służą? — zapytał uczeń, chcąc przedłużyć moment, w którym nie musiał wchodzić do środka. Już czuł ten smród i zimno, które tam panowały. Ponadto musiało być tam strasznie ciasno, a on raczej nie był fanem niedużych przestrzeni.
— Och! Głównie do tego, by w razie zagrożenia się w nich schować. Czasem też zdarza się tak, że zwierzyna się w nich zgubi, a my musimy wiedzieć, jak ją odnaleźć. Musimy mieć w nich przewagę, bo wiesz, gdyby kiedyś zaatakował nas jakichś samotnik, możemy zwabić go do środka i oszukać! — starała się wytłumaczyć z entuzjazmem.
Uczeń tylko prychnął.
— Naprawdę myślisz, że kiedykolwiek byłbym w stanie coś upolować? Albo kogoś pokonać? Z tymi krótkimi łapkami to ja ledwo chodzę! Nawet wróblowi nie byłbym w stanie odebrać życia. To tylko strata czasu; nauka tych wszystkich umiejętności nigdy mi się nie przyda — odparł szorstko, kładąc po sobie uszy.
— Nie mów tak, Naparstku! Wszystko jest możliwe, jeśli wystarczająco w to uwierzysz — mruknęła pokrzepiająco, a jej oczy na moment zalśniły.
— Tu nie ma w co wierzyć… To niemożliwe, bym kiedykolwiek był zdolny do tego, by biec na tyle szybko, by dogonić jakąś mysz czy wiewiórkę. I nawet w tunelach nie mam szans na to, by pokonać w pełni sprawnego kota… — zaczął narzekać, wykrzywiając pysk w niezadowolonym grymasie.
— Może i nie dogonisz zwierzyny, ale wcale nie musisz! Zawsze możesz przecież atakować z zaskoczenia! — próbowała pocieszyć go Rozkwitający Aster.
— A właśnie, że nie mogę! Ja ledwo umiem skakać! Zanim znalazłbym się na tyle blisko zwierzyny, by do niej doskoczyć, już by mnie wyczuła i uciekła! — kłócił się dalej. Teraz już sam nie wiedział, czy robił to po to, by odwlec naukę nawigacji, czy po to, by wylać przed kimś swoje żale. Może jedno i drugie?
— Och, Naparstku… Powinieneś porozmawiać ze swoją mamą. Ona też ma krótkie łapy, a udało jej się zostać wojowniczką! Na pewno chętnie ci wyjaśni, jak radzi sobie z wojowniczymi obowiązkami. — Szylkretka najwidoczniej nie zamierzała odpuścić.
— A może sobie nie radzi? Może tylko udaje, że coś robi? Może tylko sprawia takie pozory? — rzucił sfrustrowany, smagając powietrze ogonem.
Rozkwitający Aster westchnęła zdziwiona.
— Jestem pewna, że Postrzępiony Mróz jest przykładną wojowniczką i stara się na swojej randze! — odparła protektorka, zdumiona podejrzeniami swojego ucznia.
— Przykładną wojowniczką? Dobre sobie… — wymamrotał pod nosem. Jednak nim mentorka zdążyła mu odpowiedzieć, przerwał jej, biorąc w płuca głęboki wdech. — Nieważne. Zacznijmy już trening.
* * *
Kilka dni później
Gdy wracali do obozu, było jeszcze całkiem wcześnie. Wcześniej niż zwykle, gdy kończyli szkolenie — ale szylkretka chyba zrobiła to specjalnie. Podczas treningu nie marnowała czasu na zbędne dyskusje i pogaduszki, tylko od razu przechodziła do rzeczy. Zupełnie tak, jakby zależało jej na tym, by uwinęli się z tym migiem. Tylko dlaczego? Może umówiła się na jakąś randkę i musiała mieć czas, by się przyszykować?
Naparstnica nie widział, by Aster specjalnie często się przy kimś kręciła. Zazwyczaj rozmawiała raczej z wieloma kotami i z żadnym nie trzymała się bliżej — przynajmniej nie na tyle, by wywiązała się z tego jakaś romantyczna relacja. Ale co on tam o niej wiedział. Była tylko jego mentorką i starał się nie wtryniać za bardzo w jej życie. Nie widział takiej potrzeby.
Zakładał, że gdy już zostanie mianowany na protektora, nie będzie z nią rozmawiał tak często. Nie, żeby jej nie lubił — choć musiał przyznać, że czasem go nieco wpieniała — ale nie mieli wspólnych tematów, o których mogliby rozmawiać.
Wkraczając do obozu, nie rozeszli się w swoje strony tak, jak zwykle. Zamiast tego szylkretka wysunęła się naprzód i zagrodziła mu drogę, uśmiechając się szeroko.
— Chyba się nie zmęczyłeś tym treningiem, co nie? — mruknęła, a jej wąsy zadrżały z rozbawienia. — Nie obrazisz się, jeśli nauczę cię dziś jeszcze kilku ziół, prawda? — dodała, co sprawiło, że nagle trybiki w mózgu Naparstnicy zaczęły pracować.
Więc to po to tak się spieszyła na treningu, tak? A już myślał, że udało mu się szybko odbębnić swoje obowiązki i resztę dnia będzie mógł przeleżeć.
— Nie, nie obrażę… Zresztą to nawet lepiej, bo może szybciej mnie mianują dzięki tym długim treningom — zaśmiał się, choć w jego wykonaniu zabrzmiało to trochę ironicznie.
Mimo wszystko zależało mu na tym, by w końcu zakończyć szkolenie. Nie mógł przecież być gorszy od Wzburzonego Kormorana, czyż nie? Choć i tak już był, bo chociaż był starszy, wciąż był uczniem. To jednak nie jego wina, że musiał szkolić się aż w dwóch dyscyplinach i że borykał się z tyloma problemami!
Gdyby był zdrowym, uprzywilejowanym kotem, też by się pewnie nie obijał na treningach i już dawno nosił nowe imię! Och, gdyby tylko przez resztę życia miał wykonywać coś, wobec czego miał pasję, wszystko wyglądałoby inaczej… O ile w ogóle istniało coś takiego, co sprawiłoby mu radość. Bo jak na razie nie widział siebie ani w roli wojownika, ani medyka, ani protektora — choć każda z tych rang oferowała coś innego.
— W takim razie pójdziemy teraz do Jagnięcego Ukłonu i poproszę ją o kilka ziół. Potem powiem ci ich nazwy i wyjaśnię zastosowanie — ogłosiła Rozkwitający Aster, ruszając w stronę lecznicy.
Niebieskooki bez wahania podążył za nią, już szykując się na te męczarnie, jakimi było zapamiętywanie wszystkich informacji. I tak zapewne nigdy nie przyjdzie mu użyć zioła innego niż kocimiętka na uspokojenie zszarganych myśli… swoich czy może swoich pacjentów — bo bycie protektorem polegało głównie na dawaniu rad swoim pobratymcom i pomaganiu im w tym, by nie skończyli jak on sam.
W chwili, w której uczeń postawił łapę w legowisku medyka, silna ziołowa woń uderzyła w jego nozdrza. Z trudem powstrzymał się przed kichnięciem — nie chciał tu zwracać na siebie uwagi. Przywitał się tylko skinieniem łba z Jagnięcym Ukłonem i obserwował w ciszy, jak jego mentorka wygrzebywała jakieś listki i kwiatki ze składziku.
* * *
Naparstnicy tym bardziej to przeszkadzało, bo bardzo chętnie zapoznałby się z kotami z innych klanów — a konkretniej z jakimiś Wilczakami, bo ci wzbudzali w nim zaciekawienie. Sam jeszcze nie był pewny, dlaczego tak do nich lgnął, ale wydawali mu się tacy… fajni i tajemniczy.
Byli kimś, kim uczeń pragnął być, ale w rzeczywistości był ich kompletnym przeciwieństwem. Nie był ani chytry, ani przebiegły, ani silny czy nonszalancki. Był tylko zwykłym nieudacznikiem i nieszczęśnikiem, któremu przyszło żyć w Klanie Klifu, którym jeszcze do niedawna rządził staruszek z zanikiem pamięci.
Przynajmniej Klan Burzy nie był lepszy. Królicza Gwiazda też nie wydawał się najsprawniejszym z liderów. Często zachowywał się niemrawo, jakby był nieobecny. Na zgromadzeniach to jego zastępca częściej zdawał się przejmować inicjatywę, ale co Naparstnica mógł wiedzieć o tym, jak sprawy mają się po drugiej stronie granicy?
Może gdyby miał szansę porozmawiać z jakimś Burzakiem, dowiedziałby się co nieco o tym, jak wyglądają sprawy wewnątrz ich obozu… Bo wiadomo — przed innymi klanami każdy stara się pokazać jak najlepiej, ale jak jest naprawdę, wiedzą tylko faktyczni członkowie tych przynależności.
Tak się złożyło, że akurat wraz z Rozkwitającym Astrem znaleźli się na granicy z królikojadami. Co za zbieg okoliczności, że akurat o nich myślał! Skoro już tu był, to może naprawdę przeprowadzi wywiad z pierwszej łapy?
Tylko wpierw musi wypatrzyć po drugiej stronie jakiegoś członka Klanu Burzy, a potem jeszcze przekonać go do tego, że wcale nie jest wrogiem ani żadnym szpiegiem. To… w sumie nie powinno być trudne, biorąc pod uwagę, że Klan Klifu i Klan Burzy mieli ze sobą sojusz i ich relacje były dosyć bliskie.
Z tego, co słyszał, Pchełkowy Skok była rezultatem miotu sojuszniczego między tymi dwoma przynależnościami, a wśród Burzaków chodził jej brat, którego imienia Naparstnica nie kojarzył.
Po jakimś czasie szwendania się w tę i we w tę w końcu biało-niebieski spostrzegł w swoim polu widzenia łaciatego, rudego kota. Był całkiem spory i puchaty, przez co sprawiał wrażenie raczej przyjaznego. No, ale może Naparstnica tak naprawdę się mylił. Nie dowie się, jeśli z nim nie pogada, oczywiście.
Tak więc usiadł na granicy, niczym jakiś pies, i zaczął wpatrywać się w Burzaka naprzeciwko. Nie zamierzał do niego krzyczeć ani jakoś specjalnie go wołać — jeśli go zauważy i tu przyjdzie, to będzie fajnie, ale jeśli zdecyduje się nie interaktować z Naparstnicą, to ten nie zamierzał go za to winić.
Nie każdy chciał rozmawiać z jakimś przykurczonym członkiem Klanu Klifu. Choć znajdowali się i tacy, którzy robili to z przyjemnością — głównie po to, by wytknąć mu to, jak śmieszne ma łapki i jak dziwnie się na nich porusza.
Naparstnica nauczył się już ignorować takie komentarze, ale czasem nie mógł przestać o nich myśleć — bo w końcu, gdyby tylko urodził się normalny, nikt nawet by na niego nie patrzył… Byłby tylko kolejnym, zwykłym, szarym wojownikiem. I może to właśnie było lepsze od życia z ciągłą uwagą innych kotów — i to nie zawsze tą pozytywną.
Naparstnicowa Łapa westchnął ciężko, mrużąc oczy. Wtem jednak spostrzegł, że łaciaty kot zmierza w jego stronę powolnym krokiem, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z obecności Klifiaka w pobliżu.
“No nareszcie! Oby tylko był w miarę miły, bo nie widzi mi się rozmawiać z gburem większym ode mnie” — pomyślał uczeń, samemu w myślach obiecując sobie, że nie będzie dla tego Burzaka kompletnym dupkiem.
Gdy rudo-biały zbliżył się wystarczająco blisko, Naparstnica postanowił odezwać się pierwszy:
— Cześć. Jak się nazywasz? — zaczął, choć z początku poczuł się trochę niezręcznie. Nie lubił zaczynać rozmów, ale czasem trzeba było się poświęcić. — Ja mam na imię Naparstnicowa Łapa. Pewnie cię ciekawi, co robię tak blisko granicy… Musisz wiedzieć, że ja sam nie jestem do końca pewny. Po prostu nie mam wielu znajomych z innych klanów i pomyślałem, że może… — tu urwał, by przełknąć ślinę i zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo się zestresował tą rozmową. — Może… no, uda mi się z kimś dogadać…
<Kolego z Klanu Burzy?>
[3330 słów do treningu wojowniczego i medycznego + otwieranie krabów + nawigacja w tunelach]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz