Przed narodzinami Puchacza i Wrony
Z tych miłych przemyśleń wyrwał ją głos Jeżyny.
— Znowu odlatujesz — odezwała się starsza. W tych słowach nie było wrogości, nie było zganienia, które pewnie wypadłoby z pyska Figi, jeśli byłaby tu zamiast burej. Gdzieś na końcu języka można nawet było wyłapać nutkę rozbawienia. — Musisz być nieco bardziej skupiona na tym, co jest dookoła ciebie. Zwłaszcza tutaj.
— Tutaj? — dopytała nieświadoma srebrna. Przez moment rozglądała się nieco niepewnie; próbowała zrozumieć, co na myśli miała zwiadowczyni. Jeżyna dała jej moment, aby pozwolić jej samej dojść do tego, co mogło niby czyhać w okolicy. Z każdą chwilą ruchy Rohan stawały się coraz bardziej rozgorączkowane i chaotyczne; bardzo chciała pokazać, że cokolwiek umie i pamięta, ale za żadne skarby nie potrafiła zrozumieć, o co mogło chodzić starszej kotce. Jedyne, co nie było całkowicie normalne, to dziwny i gryzący zapach, którego jednak nie potrafiła ani zlokalizować dokładnie, ani przypisać do jakiegokolwiek stworzenia, które poznała na terenach Owocowego Lasu. Kiedy zaczęła się na nim trochę mocniej skupiać, a nos zmarszczył się widocznie z powodu smrodu, który z każdą chwilą stawał się bardziej drażniący, nawet jeśli wcale nie przybierał na sile, tymczasowa mentorka przekrzywiła łebek, jakby tym gestem chciała pokazać, że właśnie takiej reakcji oczekiwała i to właśnie na owym tropie powinna się głębiej zastanowić. Rohan próbowała, ale nawet w najdalszych zakamarkach swojej główki nie potrafiła zlokalizować właściciela tej woni. W końcu pokiwała zrezygnowana łebkiem. Jeżyna na moment wydawała się delikatnie zawiedziona, ale nie mogła ganić uczennicy za to, że nigdy nie napotkała na swojej drodze owego rudego drapieżnika.
— Jeśli nie znasz tego zapachu, uważaj się za niezłą szczęściarę; zwłaszcza patrząc na to, że podobno przebyliście z Gondorem całkiem spory kawałek drogi, zanim tutaj dotarliście — powiedziała spokojnie, po czym z niewiadomych dla młodszej powodów zaczęła chodzić nieco w kółko z oczami wgapionymi w ziemię. Co jakiś czas odgarniała leśne runo, aby odkryć nieco wilgotną posadzkę. W końcu stanęła i dała ogonem znak, że terminatorka ma do niej podejść. Pod cienką warstwą nieco podgniłych liści skryły się odciski sporych, znacznie większych niż u kota, łap o widocznie zaznaczonych pazurach. — Ten zapach, który tak wwiercił ci się w nos, a także te ślady, należą do lisów. Niesamowite z nich szkodniki; kiedy tylko zapominamy o nich na jakiś czas, one przychodzą i sieją zamęt... — mruknęła ponuro.
— Szkodniki…? Wyglądają na znacznie większe niż taka mysz czy nawet szczur z miasta — zauważyła niepewnie. Przekrzywiła nieco łebek, a uszy drgały jej niecierpliwie. Zwiadowczyni zaśmiała się pod nosem.
— Szkodnikiem jest wszystko, co nam szkodzi. A taki lis robi o wiele więcej szkód niż mysz może pomarzyć o wyrządzeniu. — Znów skryła odciski pod warstwą liści. — To ważne, żebyś umiała wyłapać tę woń nawet z dużej odległości. Chociaż teraz wszyscy mają głowy pełne bobrów, lisy od zawsze były dla nas uporczywe i niesamowicie niebezpieczne. Nie możemy pozwolić, żeby to, co dzieje się przy rzece, sprawiło, że zaczniemy ignorować wrogów z lasów i łąk.
— Na pewno będę ostrożna i uważna — obiecała. Może i zapach nie był jej najlepszym zmysłem, tak przynajmniej lepiej szło jej z wyczuwaniem zagrożenia niż z zauważaniem go. Była pewna, że gdyby list stał gdzieś w jesiennych krzakach, przyodziany w tę swoją rdzawą szatę... Jest duża szansa, że go zwyczajnie nie zauważyła, zwłaszcza w biały dzień, kiedy słońce świeci jej prosto w niebieskie ślepię, przebijając się między koronami drzew. Właśnie ten scenariusz wepchnął jej do pyska bardzo znaczące pytanie — A-a... A jeśli spotkam lisa... To co wtedy powinnam robić?
— Jeśli nie znasz tego zapachu, uważaj się za niezłą szczęściarę; zwłaszcza patrząc na to, że podobno przebyliście z Gondorem całkiem spory kawałek drogi, zanim tutaj dotarliście — powiedziała spokojnie, po czym z niewiadomych dla młodszej powodów zaczęła chodzić nieco w kółko z oczami wgapionymi w ziemię. Co jakiś czas odgarniała leśne runo, aby odkryć nieco wilgotną posadzkę. W końcu stanęła i dała ogonem znak, że terminatorka ma do niej podejść. Pod cienką warstwą nieco podgniłych liści skryły się odciski sporych, znacznie większych niż u kota, łap o widocznie zaznaczonych pazurach. — Ten zapach, który tak wwiercił ci się w nos, a także te ślady, należą do lisów. Niesamowite z nich szkodniki; kiedy tylko zapominamy o nich na jakiś czas, one przychodzą i sieją zamęt... — mruknęła ponuro.
— Szkodniki…? Wyglądają na znacznie większe niż taka mysz czy nawet szczur z miasta — zauważyła niepewnie. Przekrzywiła nieco łebek, a uszy drgały jej niecierpliwie. Zwiadowczyni zaśmiała się pod nosem.
— Szkodnikiem jest wszystko, co nam szkodzi. A taki lis robi o wiele więcej szkód niż mysz może pomarzyć o wyrządzeniu. — Znów skryła odciski pod warstwą liści. — To ważne, żebyś umiała wyłapać tę woń nawet z dużej odległości. Chociaż teraz wszyscy mają głowy pełne bobrów, lisy od zawsze były dla nas uporczywe i niesamowicie niebezpieczne. Nie możemy pozwolić, żeby to, co dzieje się przy rzece, sprawiło, że zaczniemy ignorować wrogów z lasów i łąk.
— Na pewno będę ostrożna i uważna — obiecała. Może i zapach nie był jej najlepszym zmysłem, tak przynajmniej lepiej szło jej z wyczuwaniem zagrożenia niż z zauważaniem go. Była pewna, że gdyby list stał gdzieś w jesiennych krzakach, przyodziany w tę swoją rdzawą szatę... Jest duża szansa, że go zwyczajnie nie zauważyła, zwłaszcza w biały dzień, kiedy słońce świeci jej prosto w niebieskie ślepię, przebijając się między koronami drzew. Właśnie ten scenariusz wepchnął jej do pyska bardzo znaczące pytanie — A-a... A jeśli spotkam lisa... To co wtedy powinnam robić?
— Hm... To zależy, czy jesteś z patrolem, czy sama, gdzie dokładnie się znajdujesz, czy lis zauważył również ciebie, jak daleko od obozu i innych kotów się znajdujesz… Bardzo trudno o wyczerpującą i pewną odpowiedź — wymruczała i zamyśliła się na moment. — Dopóki nie jesteś sama, to najlepiej czekać na polecenia kota, który przewodzi patrolem. Jest nim zawsze zwiadowca, który na pewno będzie wiedzieć, co w danej sytuacji będzie najlepsze. W kupie też siła, jak to się mówi. Nawet jeśli lis was zauważy, lisy przez większość roku nie zbierają się w grupy ani nawet w pary; istnieje ogromna szansa, że będziecie mieć nad nim przewagę liczebną i sam ucieknie, aby nie narażać się na niepotrzebną walkę — powiedziała, chcąc uspokoić swoją chwilową uczennicą, wiedząc, że ta niekoniecznie zalicza się do najbardziej mężnych kotów w społeczności.
— A co jeśli... byłabym sama i znalazłabym się w takiej sytuacji, że... no... natykam się na lisa? — zapytała łamiącym się głosem. Sama ta wizja napełniała ją strachem.
— Pierwszą rzeczą jest to, że wychodzenie w pojedynkę dalej poza obóz jest nierozważne samo w sobie — zaczęła zwiadowczyni. Rohan kiwnęła głową na znak, że całkowicie się z nią zgadzała. — Ale jeśli z jakiegoś powodu doszłoby do takiej sytuacji lub zostałabyś rozdzielona ze swoimi towarzyszami z jakiegoś powodu, to najlepszym sposobem na uniknięcie niebezpieczeństwa, zwłaszcza dla zwiadowcy, będzie ucieczka na drzewo. Po płaskim terenie raczej nie uda ci się przegonić lisa, a tym bardziej jest to głupi i nierozważny pomysł, jeśli masz zamiar uciec do obozu. Wtedy możesz mieć na sumieniu kocie życia, i to do końca życia. — Ostatnie słowa powiedziała twardo.
— A co jeśli... byłabym sama i znalazłabym się w takiej sytuacji, że... no... natykam się na lisa? — zapytała łamiącym się głosem. Sama ta wizja napełniała ją strachem.
— Pierwszą rzeczą jest to, że wychodzenie w pojedynkę dalej poza obóz jest nierozważne samo w sobie — zaczęła zwiadowczyni. Rohan kiwnęła głową na znak, że całkowicie się z nią zgadzała. — Ale jeśli z jakiegoś powodu doszłoby do takiej sytuacji lub zostałabyś rozdzielona ze swoimi towarzyszami z jakiegoś powodu, to najlepszym sposobem na uniknięcie niebezpieczeństwa, zwłaszcza dla zwiadowcy, będzie ucieczka na drzewo. Po płaskim terenie raczej nie uda ci się przegonić lisa, a tym bardziej jest to głupi i nierozważny pomysł, jeśli masz zamiar uciec do obozu. Wtedy możesz mieć na sumieniu kocie życia, i to do końca życia. — Ostatnie słowa powiedziała twardo.
— No tak, ma to sens... — zgodziła się niebieskooka.
— Oczywiście, że ma, a teraz... Wyobraź sobie, że ja faktycznie jestem lisem, który bardzo chętnie skosztowałby tej twojej białej kitki. — Starsza ugięła nieco łapy i naprężyła mięśnie. Rohan na moment nie wiedziała, co ma zrobić, ale prędko zrozumiała: już nie trenuje rozpoznawania lisich tropów, bo "lis" znajduje się zbyt blisko, aby go ominąć; teraz musi jak najprędzej znaleźć się wystarczająco wysoko wśród gałęzi, aby rdzawy zwierz nie zdołał tam doskoczyć.
— Oczywiście, że ma, a teraz... Wyobraź sobie, że ja faktycznie jestem lisem, który bardzo chętnie skosztowałby tej twojej białej kitki. — Starsza ugięła nieco łapy i naprężyła mięśnie. Rohan na moment nie wiedziała, co ma zrobić, ale prędko zrozumiała: już nie trenuje rozpoznawania lisich tropów, bo "lis" znajduje się zbyt blisko, aby go ominąć; teraz musi jak najprędzej znaleźć się wystarczająco wysoko wśród gałęzi, aby rdzawy zwierz nie zdołał tam doskoczyć.
W tym samym momencie, w którym bura chciała na nią skoczyć, srebrna koteczka czmychnęła w stronę sporej wielkości konaru. Wiedziała, że to klon. W tej okolicy było sporo klonów, o których opowiadała jej jeszcze Figa. Chociaż wejście na nie było cięższe niż wejście na dąb czy kasztanowiec, tak miała większą pewność, że wyimaginowany lis w postaci Jeżyny nie zdoła wskoczyć na najniżej położone gałęzie. Napięła swoje mięśnie i wyskoczyła do góry, aby jak największą część przebyć z pomocą tego "rozpędu". Udało jej się zaczepić pazury o korę i następnie prędko zaczęła piąć się do góry. Kilka razy zjechała jej łapa, ale udało jej się odzyskać równowagę na tyle sprawnie, że nie straciła zbyt dużo czasu. W końcu czmychnęła na bok, na jedną z grubszych gałęzi. Przylgnęła do niej brzuchem i spojrzała w dół, skąd przyglądała jej się mentorka.
— Bardzo ładna wspinaczka, Rohan — pochwaliła ją głośno, aby na pewno mogła dosłyszeć. — Możemy jeszcze nieco popracować nad siłą twoich łap; wtedy łatwiej będzie ci się utrzymać, jeśli pazury nie zaczepią ci się odpowiednio o korę. Z dębami czy właśnie klonami to nie taki problem, ale nie zawsze możemy wybrzydzać w wyborze kory, po której chcemy się wspinać. — Rohan kiwała głową na każde następne zdanie, które wychodziło z mordki zwiadowczyni. Ucieszyła się z pochwały, ale w tym momencie nie do końca umiała skupić się na niczym innym niż na uspokajaniu oddechu i łomoczącego serca. Przez krótką chwilę faktycznie czuła się, jakby gonił i zagrażał jej najprawdziwszy lis. — Wracajmy do obozu, dobrze? Zaczyna się ściemniać i zrywa się nieprzyjemny wiatr; lepiej nie kusić losu.
Po tym jak młodsza ostrożnie ześlizgnęła się z drzewa, we dwójkę obrały kurs na obóz, gdzie czekał na nie upragniony posiłek.
— Bardzo ładna wspinaczka, Rohan — pochwaliła ją głośno, aby na pewno mogła dosłyszeć. — Możemy jeszcze nieco popracować nad siłą twoich łap; wtedy łatwiej będzie ci się utrzymać, jeśli pazury nie zaczepią ci się odpowiednio o korę. Z dębami czy właśnie klonami to nie taki problem, ale nie zawsze możemy wybrzydzać w wyborze kory, po której chcemy się wspinać. — Rohan kiwała głową na każde następne zdanie, które wychodziło z mordki zwiadowczyni. Ucieszyła się z pochwały, ale w tym momencie nie do końca umiała skupić się na niczym innym niż na uspokajaniu oddechu i łomoczącego serca. Przez krótką chwilę faktycznie czuła się, jakby gonił i zagrażał jej najprawdziwszy lis. — Wracajmy do obozu, dobrze? Zaczyna się ściemniać i zrywa się nieprzyjemny wiatr; lepiej nie kusić losu.
Po tym jak młodsza ostrożnie ześlizgnęła się z drzewa, we dwójkę obrały kurs na obóz, gdzie czekał na nie upragniony posiłek.
[1395 słów + Rozpoznawanie tropów lisów + Wspinaczka na drzewa]
[28% + 5% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz