BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

11 kwietnia 2026

Od Mirtowego Lśnienia

Niedługo po śmierci Judaszowcowej Gwiazdy…

Powietrze, które jeszcze niedawno drżało od ciepła dnia, zaczynało powoli tracić swą łagodność, stając się coraz chłodniejsze i ostrzejsze z każdym kolejnym oddechem, jakby niewidzialne palce nocy zaciskały się na świecie, odbierając mu resztki życia i barw. Słońce, zniżając się ku horyzontowi w powolnym, niemal ceremonialnym geście, pozostawiało po sobie jedynie nikłą smugę złota, która bladła z każdą chwilą.
Ostatnie ślady dnia gasły niepostrzeżenie — ptasi śpiew, który jeszcze chwilę temu rozbrzmiewał wśród drzew, rozpływał się w ciszy, jakby zduszony przez nadchodzący mrok, a łagodny wiaterek, muskający futra zmęczonych kotów, nabierał chłodniejszego, bardziej przenikliwego tonu.
W obozowisku panował już półmrok, a jego granice zdawały się rozmywać, jakby cienie zaczynały żyć własnym życiem, wydłużając się i splatając w kształty, które tylko kątem oka przypominały coś znajomego. Rozlegały się pierwsze ziewnięcia — ciche, przeciągłe, niemal ospałe — które w naturalny sposób oznajmiały, że większość klanu poddaje się nieuchronności snu. Jedno po drugim, ciała znikały w cieniach legowisk.
Nie wszyscy jednak ulegali temu rytmowi.
Mirtowe Lśnienie poruszał się powoli, niemal bezszelestnie, choć w jego kroku kryła się napięta energia, jakby każdy mięsień jego ciała był świadomy celu, którego nie zdradzał nikomu poza samym sobą. Gdy podszedł do Mysiego Postrachu, jego spojrzenie — choć na pierwszy rzut oka łagodne — nosiło w sobie cień czegoś ostrzejszego, trudnego do uchwycenia, jak błysk pazura ukrytego pod miękkim futrem.
— Przepraszam, czy mógłbym dziś pełnić nocną wartę? — zapytał, a jego głos był uprzejmy, niemal miękki, choć w jego głębi pobrzmiewała nuta napięcia, której nie sposób było całkowicie ukryć.
Przez ułamek chwili czas zdawał się zatrzymać, gdy niebieskooki kocur przyglądał mu się w milczeniu, jakby próbując dostrzec coś więcej niż tylko powierzchnię słów, po czym jego pysk rozjaśnił się ciepłym, beztroskim uśmiechem, który w tej chwili wydawał się niemal obcy wobec ciężaru nadciągającej nocy.
— Jasne, Mirtowe Lśnienie! Zacznij jak tylko zajdzie słońce.
Rudzielec odwrócił się bez słowa i ruszył ku skrajowi obozowiska, niedaleko wodospadu przy którym często przesiadywał gdy był jeszcze kociakiem. Niebo było już niemal w pełni splamione ciemną nocy, mimo wszystko ostatnie promienie słońca wciąż zdawały się desperacko chwytać dnia.
Wojownik westchnął cicho, a następnie wbił wzrok w przestrzeń przed sobą — nie w konkretny punkt, lecz w coś znacznie bardziej odległego, jakby patrzył poza to, co widzialne, poza granice rzeczywistości, w której znajdował się jego klan.
Chciałby nazwać to, co czuł, ekscytacją — prostym, niemal dziecinnym dreszczem oczekiwania — lecz prawda była znacznie bardziej złożona. To nie była radość ani strach, lecz chłodne, wyważone poczucie wygranej, jakby wszystko, co miało się wydarzyć, było już zapisane, a on jedynie odgrywał swoją rolę.
Słońce wreszcie zniknęło za linią horyzontu, jakby pochłonięte przez ciemność, która tylko czekała na swoją kolej, by rozlać się po świecie bez najmniejszego sprzeciwu. Ostatnia smuga światła zgasła, pozostawiając po sobie jedynie chłodny poblask księżyca, pod którym wszystko wydawało się bardziej obce, bardziej wyostrzone, jakby rzeczywistość została pozbawiona swej dziennej łagodności.
Mógł wreszcie stanąć przy wejściu do obozowiska.
Mirtowe Lśnienie poderwał się z ziemi energicznym, niemal sprężystym ruchem. Ruszył naprzód spokojnie, lekko, z tą charakterystyczną dla wojowników gracją, która pozwalała mu poruszać się niemal bezszelestnie. Jednakże jego uwaga, zamiast skupiać się na rozciągającym się przed nim świecie, wciąż powracała do wnętrza obozu, do polany, gdzie ostatnie sylwetki kotów wciąż majaczyły w nikłym świetle.
Nie mógł sobie pozwolić na błąd.
Nie teraz.
Jego spojrzenie, choć pozornie obojętne, śledziło każdy ruch, każdy gest — czyjeś przeciągłe ziewnięcie, powolne, ospałe kroki, ostatnie ciche rozmowy. Musiał mieć pewność, absolutną i niepodważalną, że żaden z nich nie pozostanie czujny, że żadne spojrzenie nie podąży za nim, gdy w końcu przekroczy granicę obozowiska.
Jego ogon poruszył się powoli, jednym, pozornie niedbałym ruchem, zdradzając jednak niecierpliwość, która zaczynała sączyć się przez jego opanowaną fasadę. Westchnął. Wiedział, że będzie musiał poczekać — że noc musi dojrzeć, zgęstnieć, osiągnąć ten moment, w którym nawet najbardziej czujne oczy ulegają zmęczeniu, a świat zapada się w głębszą, cięższą ciszę. Najlepiej do środka nocy, gdy księżyc stanie najwyżej, a cienie będą najciemniejsze.
Zbliżył nieco bardziej do wyjścia z obozowiska, pozwalając, by jego wzrok osiadł na terenach Klanu Klifu, rozciągających się przed nim w bladym, srebrzystym świetle księżyca. Skały, drzewa i nierówności ziemi przybierały dziwne, wydłużone kształty, jakby świat został wypaczony przez noc, a znane ścieżki przestały być tak oczywiste, jak za dnia. Co jakiś czas jednak jego oczy, niespokojne mimo całej tej kontrolowanej ciszy, wracały ku polanie, jakby nie ufał nawet tej pustce, która stopniowo ją ogarniała.
Czas płynął powoli, niemal ociężale, rozciągając każdą chwilę do granic możliwości.
Księżyc wspinał się coraz wyżej, aż w końcu zawisł nad światem w swojej pełni, rzucając chłodne, bezlitosne światło na wszystko, co znajdowało się poniżej. Wtedy właśnie Mirtowe Lśnienie spojrzał na polanę po raz ostatni.
Była pusta.
Nie było już żadnych sylwetek, żadnych poruszeń, żadnych oznak czuwania — jedynie cienie i cisza, które zdawały się potwierdzać to, na co czekał.
Ruszył.
Jego kroki skierowały się ku bardziej zalesionej części terytorium Klanu Klifu, gdzie drzewa rosły gęściej, a ich korony splatały się wysoko nad ziemią, tworząc ciemniejszy, bardziej zamknięty świat, w którym światło księżyca docierało jedynie w poszarpanych fragmentach.
Jego spojrzenie zaczęło przesuwać się po gałęziach, po zagłębieniach w korze, po miejscach, które dla niewprawnego oka mogły wydawać się zwyczajne, lecz dla niego były czymś zupełnie innym — mapą, zbiorem wskazówek, obietnicą tego, czego szukał.
I nie musiał szukać długo. Wśród splątanych gałęzi, tam gdzie jedno z drzew pochylało się nisko nad nierównym zboczem, dostrzegł to, czego wypatrywał — niewielkie, misternie utkane gniazdo, przytwierdzone do rozwidlenia konarów. Zlepione z błota i suchych źdźbeł trawy, zdawało się kruchą konstrukcją, a jednak trzymało się niewzruszenie.
Mirtowe Lśnienie zatrzymał się pod drzewem, a następnie podskoczył lekko, zaczepiając się pazurami o chropowatą korę, po czym wspiął się wyżej. Gdy znalazł się na wysokości gniazda, zatrzymał się raz jeszcze.
Z bliska wyglądało jeszcze delikatniej — cienkie, kruche brzegi, wnętrze wyściełane miękką ściółką i drobnymi włóknami, jakby ktoś próbował stworzyć w nim namiastkę ciepła w świecie, który nie znał litości.
Powoli wyciągnął łapę. Jego pazury wsunęły się do środka gniazda, ostrożnie, niemal z przesadną delikatnością, która kontrastowała z chłodem bijącym z jego spojrzenia. Przesunął je po wnętrzu, wyczuwając miękkie warstwy, lekkie, niemal ulotne — aż w końcu natrafił na coś, co wyróżniało się spośród reszty.
Zatrzymał się.
A potem bardzo powoli zacisnął opuszki łap.
Wyciągnął łapę z gniazda, trzymając w niej pojedyncze pióro.
Było lekkie, niemal nierealne w swojej kruchości — jego cienka struktura drżała delikatnie przy najmniejszym ruchu powietrza, a blady połysk, który odbijał światło księżyca, nadawał mu upiornego, niemal nienaturalnego charakteru.
Mirtowe Lśnienie przyglądał mu się w milczeniu.
W jego oczach pojawiło się coś trudnego do odczytania — cień satysfakcji, może spełnienia, lecz pozbawiony jakiejkolwiek radości. Zsunąwszy się z drzewa pozwolił, by jego łapy ponownie dotknęły chłodnej ziemi. Przez chwilę stał bez ruchu, wpatrując się w zdobycz trzymaną ostrożnie w pysku. Rozważał w milczeniu, czy to, co zdobył, było wystarczające, czy też powinien szukać dalej, czy aby na pewno nie lepiej było zrobić coś ekstra...
Ostatecznie usiadł, oplatając ogon wokół łap, a jego spojrzenie stało się nieobecne, jakby zagłębiało się w labirynt własnych myśli. Noc była jeszcze młoda — czuł to wyraźnie w chłodzie powietrza i ciężarze ciszy — dlatego też nie obawiał się, że czas nagle go zdradzi i popchnie ku powrotowi w świetle świtu. Właściwie, to mógł... 
Jego myśli przerwał szelest.
Nie był głośny, lecz wystarczająco wyraźny, by wyrwać go z zamyślenia i zmusić ciało do natychmiastowej reakcji; mięśnie napięły się instynktownie, a serce przyspieszyło, uderzając o żebra z niepokojącą siłą, jakby próbowało wyrwać się z jego wnętrza. Choć pozostał nieruchomy, jego głowa poruszała się gwałtownie, przecinając mrok niespokojnymi spojrzeniami, które jednak nie były w stanie uchwycić niczego konkretnego — jedynie cienie, zbyt gęste i zbyt podobne do siebie, by można było cokolwiek wśród nich dojrzeć. Nie miał jednak wątpliwości, że ktoś tam był.
Myśl o szpiegu Pikującej Jaskółki przemknęła przez jego umysł szybko, niemal odruchowo, pozostawiając po sobie cień irytacji zmieszanej z narastającym napięciem, choć równie dobrze mógł to być zwykły kot, nieznaczący świadek jego nocnej wyprawy. Jednakże znaczenie tej obecności było w istocie drugorzędne — liczył się fakt, że nie był sam, a to oznaczało, że sytuacja wymykała się spod jego kontroli.
— Wiem, że tam jesteś — odezwał się w końcu, a choć znajdował się daleko od obozowiska, jego głos wciąż pozostał przyciszony. — Pokaż się.
Odpowiedziała mu cisza, ciężka i nieprzenikniona, która zamiast uspokoić, jedynie spotęgowała napięcie, wślizgując się w jego myśli i podsycając niepokój. Przez krótką chwilę poczuł coś, czego nie przewidział — niepewność, niemal paniczne ukłucie, które burzyło jego dotychczasową pewność siebie i podważało misternie zbudowane poczucie kontroli. Próbował logicznie przeanalizować sytuację, przywołując w pamięci każdy szczegół — rozmowę z Mysim Postrachem, widok pustoszejącej polany, brak jakichkolwiek odstępstw od normy — lecz im bardziej się nad tym zastanawiał, tym mniej wszystko to wydawało się spójne.
— Co zrobisz? Powiesz Pikującej Jaskółce, że nie pełnię swoich obowiązków? — rzucił ponownie, tym razem z cieniem drwiny, który miał zagłuszyć rosnące napięcie. “Nawet gdybyś to zrobił, nie stanowiłoby to dla mnie żadnego realnego zagrożenia. Samo zbieranie piór nie jest dowodem zdrady” — dodał w myślach.
Znów cisza.
A potem — kolejny szelest.
Tym razem nie zawahał się, pozwalając, by instynkt przejął kontrolę nad jego działaniami; ruszył w stronę dźwięku z zabójczą niemal prędkością, a każdy krok przybliżał go do źródła niepokoju. Jeśli już miałby kogoś złapać, to zawsze mógłby przecież wmówić mu, że podczas pełnionej warty usłyszał jakiś dźwięk, który postanowił sprawdzić. Tak, to brzmiało jak wystarczająco dobra wymówka.
W miarę jak posuwał się naprzód, do jego nozdrzy zaczęła docierać woń — ciężka, piżmowa, wyraźnie odmienna od zapachu kotów klanowych, przez co natychmiast wzbudziła w nim czujność, choć jednocześnie rozwiała część wcześniejszych obaw.
W końcu dostrzegł ruch.
Niewielki kształt, przemykający nisko przy ziemi, niezdarny i szybki zarazem, niemal natychmiast zdradził swoją naturę, przez co napięcie, które jeszcze przed chwilą ściskało jego ciało, ustąpiło miejsca chłodnej, niemal rozbawionej pewności.
„Zwykły szczur” — przemknęło mu przez myśl z nutą pogardy.
Zareagował natychmiast, pozwalając ciału działać bez zbędnego namysłu — skok był szybki i precyzyjny, a uderzenie łap zakończyło się równie sprawnie, gdy pazury przecięły kruche ciało zwierzęcia, pozbawiając je życia, zanim zdążyło wydać z siebie więcej niż zduszony odgłos.
Z jego pyska mimowolnie zaczął wydobywać się głośny, duszący niemal śmiech. Myśl, że to właśnie tak niepozorne stworzenie wzbudziło w nim tak gwałtowną reakcję, wydała mu się niemal absurdalna — groteskowa wręcz — zwłaszcza gdy spoglądał na nieruchome ciało leżące u jego łap, z którego sączyła się krew, ciemna i gęsta w bladym świetle księżyca.
Właśnie wtedy w jego umyśle pojawiła się myśl — nagła, nieoczywista, a przy tym intrygująco kusząca.
Powoli podniósł pióro, które wciąż trzymał przy sobie, i przez krótką chwilę przyglądał mu się w milczeniu, jakby rozważał znaczenie tego, co zamierza zrobić. Następnie, z chłodną precyzją, zbliżył je do krwi wsiąkającej w ziemię i pozwolił, by delikatna struktura nasiąkła ciemną czerwienią, która natychmiast odcisnęła na nim swoje piętno.
Zmieniło się.
Nie było już tylko piórem.
W jego oczach pojawił się cień satysfakcji, gdy uświadomił sobie, że symbol, który właśnie stworzył, nie pozostawiał miejsca na dowolną interpretację — o ile wcześniej mógł być odczytany na wiele sposobów, o tyle teraz niósł ze sobą jedno, niepodważalne znaczenie: życie Jaskółki splami krew.

***

Zakopał ciało zwierzęcia z należytą starannością, zagarniając ziemię powolnymi, lecz zdecydowanymi ruchami łap, aż ostatni ślad krwi i zapachu został przytłumiony przez wilgotną warstwę gleby, która zdawała się przyjmować tę tajemnicę bez sprzeciwu. Nie pozwolił sobie na pośpiech — wiedział, że najmniejszy błąd, najmniejszy ślad pozostawiony za sobą mógłby zdradzić więcej, niż zamierzał — dlatego dopiero gdy upewnił się, że miejsce wygląda tak, jakby nic nigdy się tam nie wydarzyło, podniósł pióro i ruszył w stronę obozowiska.
Jego krok, choć cichy jak wcześniej, stał się dziwnie lekki, niemal beztroski, jakby ciężar napięcia, który jeszcze niedawno ściskał jego ciało, został nagle zdjęty i zastąpiony czymś znacznie bardziej ulotnym, a przy tym niepokojąco przyjemnym. Im dłużej pozwalał swoim myślom krążyć wokół tego, co właśnie się wydarzyło, tym wyraźniej rodziło się w nim przekonanie, że nie był to jedynie przypadek — że wszystko to miało sens, że ścieżka, którą podążał, została już dawno wyznaczona.
Czyż nie tak działał Klan Gwiazdy?
Myśl ta wślizgnęła się do jego umysłu miękko, niemal niezauważalnie, lecz gdy już się tam znalazła, zaczęła rozrastać się, oplatając jego rozum niczym pnącze. Przecież to nie mógł być zbieg okoliczności — pojawienie się czegoś dokładnie wtedy, gdy tego potrzebował, możliwość nadania znakowi silniejszego, bardziej jednoznacznego znaczenia… wszystko zdawało się układać w spójną całość, jakby ktoś czuwał nad każdym jego krokiem.
Uniósł głowę.
Niebo rozciągało się nad nim jak bezkresna, ciemna tafla, na której srebrzyste punkty lśniły wyjątkowo jasno, niemal nienaturalnie, jakby noc sama chciała zwrócić jego uwagę ku górze. Wpatrywał się w gwiazdy dłużej, niż powinien, a z każdą kolejną chwilą ich blask zdawał się zmieniać — stawał się bardziej przenikliwy, bardziej skupiony.
Miał wrażenie, że patrzą. Nie ogólnie, nie bezosobowo — lecz właśnie na niego.
Jak oczy.
Niezliczone, nieruchome oczy, które śledziły każdy jego ruch, każdy oddech, zaglądając głębiej, niż ktokolwiek kiedykolwiek powinien mieć możliwość. Przełknął ślinę, czując, jak coś zimnego przesuwa się wzdłuż jego kręgosłupa, choć nie potrafił stwierdzić, czy było to przerażenie, czy może coś znacznie bliższego czci.
Opuścił wzrok dopiero wtedy, gdy przed nim wyłoniło się wejście do obozowiska.
Zwolnił.
Każdy krok stał się bardziej ostrożny, bardziej wyważony, jakby granica między tym, co znajdowało się na zewnątrz, a tym, co kryło się w środku, była czymś więcej niż tylko fizycznym przejściem. Wychylił lekko głowę, zaglądając do wnętrza z napiętą czujnością, która nie opuściła go nawet teraz, gdy był już tak blisko celu. Spodziewał się czegoś. A raczej kogoś.
Jednak polana pozostawała nieruchoma, pogrążona w głębokiej ciszy, która zdawała się niemal nienaturalna w swojej zupełności. Żaden kot nie czuwał, żadne oczy nie były skierowane ku wejściu — obozowisko spało, oddane bez reszty nocnemu odpoczynkowi, nieświadome tego, co właśnie do niego powracało.
Wsunął się do środka, a następnie ruszył w stronę legowiska wojowników, stawiając łapy ostrożnie, tak by nie zbudzić nikogo. Jego serce znów zaczynało bić szybciej, tym razem jednak nie z niepokoju, lecz z narastającego napięcia, które miało w sobie coś z oczekiwania. Gdy zbliżył się wystarczająco, jego spojrzenie przesunęło się po posłaniach — jedno po drugim, zajęte, spokojne, pogrążone we śnie.
Wszystkie, poza jego własnym.
Widok ten rozwiał ostatnie wątpliwości, które mogły jeszcze czaić się gdzieś na skraju jego świadomości po wyprawie w lesie. Więc był wtedy sam.
Wszedł na swoje posłanie, uginając pod sobą miękkie ściółki. Pióro wciąż sterczało z jego pyska, jak niematerialny ciężar, którego nie chciał — lub nie potrafił — jeszcze odłożyć. Przez moment trwał w bezruchu, rozważając, czy powinien poczekać, czy odłożyć wszystko na później, znaleźć lepszy moment. Lecz myśl ta zgasła niemal natychmiast.
Dlaczego miałby to robić?
Był gotowy.
Zsunął się z legowiska tak cicho, jak tylko potrafił, po czym skierował się ku miejscu, gdzie spał Gąsienicowy Ogryzek. Zbliżywszy się wystarczająco, pochylił się lekko, a jego ruchy nabrały niemal rytualnej dokładności, gdy układał pióro tuż przy legowisku, w miejscu, którego nie sposób było przeoczyć.
Teraz wystarczyło poczekać do ranka…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz