Niedawno po zakończeniu mewiego terroru, przed morderstwem Jaskółki
Jej dziadek zginął. O dziwo, nie jak tchórz, skulony i słaby w ciemnym, chłodnym legowisku, ale jako bohater, który poprowadził swój klan przeciwko ptaszyskom, które nawiedzały ich od wielu, wielu księżyców. Ten konflikt ciągnął się znacznie dłużej niż życie Szronki, co tylko wzmacniało pewien rodzaj… szacunku do Judaszowca, którego nigdy wcześniej aż tak głęboko nie czuła. Nie można się było dziwić, że wcześniej nie miała co do niego zbyt wielkiej sympatii; kiedy urodziła się, był już stary, nieco niedołężny, a na pewno nie emanowała od niego taka aura władzy, jaką można sobie wyobrażać po wielkim, szanowanym, a co niby najważniejsze, zesłanym przez sam Klan Gwiazdy liderze. Dlatego też od maleńkości o wiele bardziej wpatrzona była w postać babki, która zasiadała u boku (a raczej pod mównicą) posiwałego Judaszowca. Była elegancka, stoicka, a jednocześnie sprawcza i faktycznie zajmowała się klanem; nie tylko wypełzała z legowiska, kiedy trzeba było odprawić jakiegoś kota ze żłobka do grupy uczniów lub ogłosić, że ktoś ukończył trening i od teraz będzie pełnoprawnym wojownikiem. To ona żyła wśród Klifiaków, to ona wybierała koty, które miały patrolować granice, zapewne ona podsuwała Judaszowcowi koty, które powinny zostać mentorami. Przed bitwą z ptakami nie miała najmniejszego powodu, aby faktycznie szanować pomarańczowookiego; zwłaszcza że nie czuła szczególnie silnych zobowiązań, które nosiłyby ze sobą więzy krwi (lol ciekawe dlaczego). No, ale teraz w końcu mogła uśmiechnąć się nieco w myślach, kiedy myślała, że ten martwy już kocur jest jej dziadkiem. Czuła nawet niewielkie pokłady dumy z tego. Zwłaszcza że jej wzór do naśladowania akurat przebywał w lecznicy i za wszelką cenę próbował się z niej wyrwać, kiedy tylko medyczka lub jej uczennica nie patrzyły. Albo i nawet na to nie czekała; do żadnej z kotek nie miała ani jednej kropelki szacunku. A to sprawiło, że podobnie czuła jej wnuczka.
Może nie pałała do nich tak… prymitywną i widoczną formą niechęci i wrogości, co kremowa, ale sposób, w jaki zdawała się odzywać do Jagnięcego Kroku, był przepełniony poczuciem wyższości i ignorancji. Dla Szron jedyne, w czym starsza była dobra, to wyciąganie kleszczy i przeżuwanie ziół. A o Aldrowandowej Łapie nie mogła powiedzieć nawet tego. Początkowo starała się udawać, że szylkretka nie istnieje, że nie jest dla niej bardziej ważna niż kawałek mchu, który nieca ci zawadza w legowisku medyka, kiedy zostałeś zmuszony do zażycia gorzkiego kwiatu. Nie przesuwała się, kiedy ich drogi się spotykały przy wejściu do obozu. Nie przepraszała, kiedy wchodziła jej w zdanie, czy musiała porozmawiać z kimś, z kim akurat przebywała ta przybłęda. Nie zmuszała się do miłego tonu, do sympatycznych uśmiechów i uprzejmych zwrotów, kiedy musiała już wymienić z nią kilka słów. No i w końcu została ukarana za to… nieprzyjemne zachowanie.
Słyszała, że uczennica medyczki, ta niewdzięczna przybłęda, wygaduje głupoty za jej plecami. Najpierw były same pogłoski. Ktoś, nie pamięta już kto, powiedział jej, że słyszał, jak owa kotka rozmawia z jakimś innym terminatorem właśnie o niej, a potem to samo miało dziać się w jaskini obozowej. I o ile Oszroniony Kieł zazwyczaj puszczała takie rzeczy koło ogona; niekoniecznie interesowało ją, co inni myślą o niej, zwłaszcza że była niezwykle dumna ze wszystkiego, do czego udało jej się dojść w tak młodym wieku, ale nie kiedy owe słowa wypełzały z pyska tak… niskiej w jej oczach istoty.
Postanowiła się z tym rozprawić; od razu, bez skrupułów czy owijania w czyściec. Wykorzysta fakt, że jej język był niemal tak samo ostry jak jej obnażone kły. W lecznicy nie było nikogo, kto ją zainteresował, więc postanowiła poszukać terminatorki gdzieś w innych zakątkach obozu. Nie było to trudne, gdyż od razu ujrzała jej zdradziecki, parzywy pyszczek, który otwierał się i zamykał, wypuszczając te śliskie słowa, które płynęły w stronę Tygrysiej Łapy. Podeszła do nich, ogon miała wysoko uniesiony, pierś wypiętą, a oczy tak lodowate, że kocurek niemal nie nastroszył się, kiedy ją ujrzał.
— Tygryszia Łapo, idź zajmij szie czymsz innym — poleciła, a ucho szylkreta nieco zadrgało.
— Kto dał ci prawo do rozkazywania mojemu bratu? Nie słyszała, aby Pikująca Jaskółka zamieniła Mysi Postrach na ciebie w roli zastępcy — obroniła go siostra. Pointka podniosła brew. Czyżby faktycznie jej odpyskowała.
— Jeśli chcecie porozmawiać, to ja mogę sobie pójść, nie mam z tym problemu — powiedział Tygrysek, nie biorąc do siebie ani krzty urazy.
— Kto dał ci prawo do rozkazywania mojemu bratu? Nie słyszała, aby Pikująca Jaskółka zamieniła Mysi Postrach na ciebie w roli zastępcy — obroniła go siostra. Pointka podniosła brew. Czyżby faktycznie jej odpyskowała.
— Jeśli chcecie porozmawiać, to ja mogę sobie pójść, nie mam z tym problemu — powiedział Tygrysek, nie biorąc do siebie ani krzty urazy.
— Tak, idź — powtórzyła Szron. Aldrowanda już chciała coś powiedzieć, ale jej brat od razu gdzieś zniknął. Najpewniej w okolice stosu ze zwierzyną. Przez moment kotki wpatrywały się w siebie. Chociaż miały niemal tyle samo księżyców; mieszkały wspólnie w żłobku przez jakiś czas, tak niebieskooka starała się z całych sił postawić siebie na piedestale, na znacznie wyższej pozycji. Wyprostowała się jeszcze bardziej.
— Czego chcesz? — Głos przyszłej medyczki przerwał ciszę.
— Jeszli masz mi cosz do powiedzenia, to może powiesz mi to proszto w pyszk, co? Nie uważasz, że to lepsza opcja niż strzępić język na lewo i prawo i rozpowiadanie niesztworzonych historyjek? Zuchwałe zachowanie jak na kogosz, kogo przynieszono do obozu z jakiejsz gnijącej dziury.
— Czego chcesz? — Głos przyszłej medyczki przerwał ciszę.
— Jeszli masz mi cosz do powiedzenia, to może powiesz mi to proszto w pyszk, co? Nie uważasz, że to lepsza opcja niż strzępić język na lewo i prawo i rozpowiadanie niesztworzonych historyjek? Zuchwałe zachowanie jak na kogosz, kogo przynieszono do obozu z jakiejsz gnijącej dziury.
<Aldro?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz