Jakiś czas temu…
Zgromadzenie. Szara skała, szum wody dookoła, koty depczące ci po ogonie… Cudo.
Po co Mandarynkowa- Mandarynkowe Ścierwo zabrało ją na to przedstawienie?
Na razie, to jednak nie miała jeszcze na co narzekać. Gdy tylko pojawiła się na wyspie dała nogę w tłum, z dala od Nocniaków, w tym brata. Po chwili kręcenia się w kółko posadziła zad pomiędzy jakimiś Burzakami i parką Wilczaków.
Jej spokój nie potrwał jednak długo. W przeciągu paru uderzeń serca wyrosła przed nią niebieska, może nieco starsza od niej samej szylkretka. Jej żółtawe kły lśniły w blasku księżyca.
— Witaj. Aldrowandowa Łapa jestem. A ty? — spytała nieznajoma, machając delikatnie ogonem na boki.
Zamrugała raz. Drugi raz. Kotka stojąca przed nią nie zniknęła, nadal uśmiechając się delikatnie.
— Narwana Łapa — odezwała się po chwili, wzruszając barkami. — Lub Werwa. Jak kto woli.
— Miło poznać, Werwo! Mogę się dosiąść?
Pomimo pytania, od razu niemal rozsiadła się obok Werwy, pytając chyba jedynie z zasady.
— Z którego klanu jesteś?
Wydęła dolną wargę czując, jak futro nieznajomej wciska się w jej bok. Mało dyskretnie odsunęła się i spojrzała na nią z ukosa.
— Komu miło, temu miło.... — zamruczała pod nosem, jednak zastrzygła uszyma na pytanie. — Nocy. Z pochodzenia samotniczka.
— Naprawdę? Ach, ja też! — uradowała się Aldrowanda. — Mieszkałam wcześniej w obwoźnym cyrku. Byli tam dwunożni i różne duże zwierzęta, wszystko było tam niezwykle kolorowe i zabawne!
Uniosła lekko brew. Cyrk? Czy matka nie wspominała kiedyś... Że jej matka, jakaś tam "Marionetka", wspominała kiedyś o czymś takim? Eh... Nie ważne. Zbyt skomplikowane na tak późną porę.
Starsza szylkretka natomiast paplała dalej bez najmniejszej troski.
— Ach, mniejsza z tym teraz! Jestem z Klanu Klifu. Wiem co i jak u nas, ale nie słyszałam jeszcze za wiele jak wygląda to w Klanie Nocy. Opowiesz mi coś?
Zmrużyła ślipia i uniosła wzrok do góry. Czy naprawdę wyglądała na taką chętną do rozmowy, że taka damulka się do niej kleiła? Obrzuciła spojrzeniem jej idealnie przylizane i zaplecione futro.
— Mokro jest — miauknęła. — Dużo wody. Rzek, trochę morza, ale to wiesz, bo wy też je macie... Jakaś cała książęca sytuacja, gdzie pół klanu jest ważniejsze od reszty.
Aldrowanda zastrzygła uszyma.
— Książęca sytuacja? Co masz na myśli?
Uczennica wysunęła i schowała pazury.
— Noo... Liderka — uniosła łapę i wskazała na Mandarynkową Gwiazdę — ta nadęta stara prukwa, widzisz ją? Tak?
Niebieska szybko pokiwała głową.
— Świetnie. No, to ona ma u nas całą swoją rodzinę. Dużą rodzinę. Sama zwie się księżniczką, swoje dzieci i rodzeństwo księżniczkami i książętami, ich dzieci również... To chyba już od dawna tak. Niby nie mają żadnych specjalnych przywilejów, ale kto im tam wierzy na słowo...
Oczy Aldrowandy zamieniły się w dwa jaja.
— Żartujesz?
Z lekkim uśmiechem pokręciła głową.
— Ktoś kiedyś powiedział, że mam nieco wysokie ego, ale że można aż tak? — prychnęła strasza, wywracając oczami. — Czy wszyscy przywódcy są tu jacyś tacyś… no nie wiem. Coś ciekawego można o nich powiedzieć. Bo Judaszowcowa Gwiazda na przykład już jest bardzo stary i ten… no cóż. Sama rozumiesz, o tym się coraz więcej u mnie mówi.
— I co? Na łeb mu siada?
— A jakże. Niedawno zostałam przemianowana na uczennicę medyka. Znaczy… nie tak do końca przemianowana – Judaszowcowa Gwiazda nie ogarnął tego, ceremonia była tak bardziej umownie.
Huh.
— Moim zdaniem w tym wieku nie powinien już rządzić klanem. Ktoś młodszy powinien zająć jego miejsce, bo on już mało co umie!
— Mhmmm.... — mruknęła, wodząc spojrzeniem gdzieś po tłumie. — No, muszę się zgodzić, mało który z nich wygląda na kogoś kompetentnego... Chociaż może liderka wilczaków wydaje się przystępna. Co ty tam jeszcze- Ah, uczennica medyka?
Przyszła medyczka skinęła dumnie głową.
— Mhm! Dosyć z przypadku, ale jest całkiem ciekawie, muszę przyznać — odparła kotka, wodząc wzrokiem po tłumie zagadanych kotów, po czym spojrzała znowu na Narwaną Łapę. — Wiesz, ze względu na mój obecny status muszą mieć do mnie nieco więcej szacunku. Bo jak przyjdzie co do czego, to właśnie ja z łaski swojej będę im te futrzaste tyłki leczyć i ratować przed zgubną śmiercią z powodu zeżarcia jakiejś strawy wron!
Zachichotała. Hm. Może… Może jednak jej rozmówczyni nie miała kija pod ogonem.
— No i takie podejście się szanuje. — Spojrzała na uczennicę z ukosa. — Na twoim miejscu jeszcze podrzuciłabym im taką wronią strawę osobiście, aby potem musieli się przedemną błaźnić.
Zobaczyła dokładnie ten moment, w którym ślipia Aldrowandy rozbłysły.
— Werwo… Werwo kochana, jakaż ty jesteś genialna! Niech ten cały Klan Gwiazdy, czy co tam sobie jest, ci ześle najsmaczniejszą zdobycz! — parsknęła, szturachając Werwę w bark.
Posłała towarzyszce krzywy uśmiech, ponownie chyląc łeb z dala od dotyku.
— Oszroniona Łapa idzie chyba pierwsza jako mój obiekt testowy! Dziękuję ci bardzo tą przewspaniałą radę!
— No... Tak, kochana, cieszę się, że służę pomocą — wyksztusiła, niezdydowanym ruchem klepiąc Aldrowandę po grzbiecie opuszkami łapy. Potrząsnęła łbem. — Oszroniona Łapa? Co to za taka?
— Mała, wredna kupa futra! Jak jeszcze byłam w żłobku, to nie umiała zamknąć swojego krzywego pyszczka na temat mojego pochodzenia! — fuknęła cicho kotka. — Się ważna czuje, bo jej dziadkiem jest lider klanu. A co mnie to? Jakby słonia z cyrku zobaczyła, to by już pewnie taka pewna siebie nie była, phi! Schowałaby się w jaskini i modliła do Klanu Gwiazdy o pomoc…
Pokiwała głową, zaciskając wargi.
— Rozumiem — miauknęła jedynie, jej skupienie odlatujące już gdzieś indziej. Do jej uszu doszły jakieś syki, a spojrzenie powędrowało gdzieś dalej.
— Stul pysk, paskudo! Głupoty wygadujesz, spójrz na siebie!
— Jak Ty mnie nazwałeś ty... ty zapchleńcu?! Sam stul pysk! Po co mam patrzec na siebie skoro mam taki przykład jak ty, kleszczu!
Czy to... Narcyz? Z jakąś burą wywłoką? Zerknęła na Aldrowandę i z powrotem na brata.
— Słuchaj... Ja się chyba muszę zmywać. Miło było!
Z tymi słowy wstała i odwróciła się na pięcie, czym prędzej nurkując pomiędzy kotami. Co ten gościu znowu wyprawiał? Jeszcze nie wiedziała, o co chodzi, ale postanowiła nadzorować sytuację z odległości... No, gdyby nagle doszło do łapoczynów i musiałaby ratować jego gburowaty zad.
Z rozdziawionym pyskiem obserwowała, jak łapa Narcyza wchodzi w kontakt z policzkiem burego szczura.
— Odwołaj to, śmierdzielu! — zawołał Narcyz.
Nie myślała, że sytuacja tak szybko eskaluje.
— Dajesz Narcyz! — zawowała ze swojego miejsca w tłumie. — Nie daj się!
Jego przeciwnik aż się zatoczył dwa kroki w tył. Mało brakowało, aby jego broda nie dotknęła skały w szoku.
— Nigdy! Nie muszę, mam rację! Ty...! Ty pokrako!
Ogon Narcyza przeciął nerwowo powietrze.
— Nieprawda.
— A właśnie, że prawda!
Bura łapa zamachnęła się, zgarniając kurz i piach ze skały, po czym sypnęła nim Narcyzowi w oczy.
— Ej! — zawołała, widząc nieczysty ruch burej pokraki. — Nie zbliżaj się do niego z tymi swoimi brudnymi łapskami!
Jednym susem doskoczyła do brata i złapała go za ogon. Łaciaty wykrzywił się i zaczął trzeć oczy, wyrywając się przy tym pod przodu.
— Koniec, bo matka wywróci cię futrem do środka — wymamrotała, ciągnąc. — To ścierwo nie jest tego warte.
Gdy wreszcie się zatrzymali, Narcyz usiadł na ziemi i wyprostował się.
— Co za... co za prostak! — prychnął, na tyle głośno, że Werwa wiedziała, że bury szczur na pewno go usłyszał.
Zacisnęła wargi i pokiwała głową.
— No. Masakra, gorzej niż w domu.
Szturchnęła Narcyza w bark i uśmiechnęła się krzywo.
— Niezłe ruchy — miauknęła. — Do momentu, w którym nie pokonał cię piasek.
[1169 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz