BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piórolotkowy Trzepot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piórolotkowy Trzepot. Pokaż wszystkie posty

06 lipca 2025

Od Piórolotkowego Trzepotu

 Powoli zaczął wracać do siebie. Już jakiś czas był w sumie gotowy do przejęcia funkcji stróża, chociaż jak tak na to spojrzeć z innej strony, między nią a rolą ucznia nie było jakiejś większej różnicy, co kocur przyjął z całkowicie błogim spokojem i zadowoleniem. Jedyne co go uwierało, to, w przenośni i dosłownie, pechowa łapa. Nie zrosła się tak jak powinna, nie była tak sprawna jak kiedyś, a jego wiek jedynie pogarszał sytuację. Nie był jednak bardzo stary, o nie! Wciąż czuł się duchem niczym młody kociak, a dokładniej, kociak ze starą duszą. Oh, coraz bardziej był zmęczony, coraz większa dawka melancholii w niego uderzała i ciężko było zrobić cokolwiek bez odpływania myślą w świat jakiś inny, który coraz bliższy mu się zdawał, a każde wyrwanie go z tego błogiego stanu marzeń, półsennego bytu, było jak brutalny strzał w głowę, który przywrócić miał pointa do rzeczywistości. Tym bardziej, że wtedy patrzeć musiał na pysk Pumy, która nie dość, że młodsza od niego była, to jeszcze trafił jej się okaleczony nocniak na ucznia. Ile przez to wszystko ją przepraszał! W myślach, co prawda, jednak i czasem między zdaniami dało się wyczuć jego niepewność w stosunku do kotki, szczególnie gdy myślał, że jeszcze pełnić musiała rolę asystenta medyka... tyle rzeczy na raz! Zdołał też w czasie swojego pobytu u Owocówek trochę ochłonąć, zaczerpnąć powietrza, jak na długo wyczekiwanej i zasłużonej kuracji, szczególnie gdy odkrył, jak dobrze było zanurzyć się w powolnym nurcie i dać w ten sposób odpocząć łapie, na której starał się zbyt często nie stawać. Szczególnie w lecie woda była jak aksamit, miła dla skóry, szczególnie, gdy się jeszcze doda do tego cień drzew, przyjemny wiaterek i śpiew zaalarmowanych obecnością drapieżników ptaków. Trawy podczas pory pełnego słońca pachniały nie gorzej od polnych kwiatów i jedyne co mogło owy spokój zepsuć, to odgłos potworów dwunożnych, który co jakiś czas przylatywał wraz z wiatrem, przenosząc irytujące odgłosy silnika. Kolejna rzecz, na której dźwięk kocur wzdrygał się mimowolnie. Mimo przenosin i lepszego stanu zdrowia, nie oddalał się zbyt bardzo od obozu. Był wciąż dla niego bezpieczną ostoją i gdyby coś się działo, miałby jakiekolwiek wsparcie, z resztą, raczej żadne dzikie stworzenie nie wmaszerowałoby prosto do obozu pełnego kotów, gotowych bronić go za cenę życia. Nagle coś chlapnęło mu w pysk, skraplając się zaraz na ziemię. Parsknął, pozbywając się z nosa wody. Młodzi uczniowie, którzy sprawcą byli owego prysznica, nauczyli się przez te wszystkie księżyce, że skakanie po Piórolotku jest raczej bezkonsekwentne. 

- A dzisiaj? Dzisiaj pokażesz? - Starszy się zastanowił. W sumie, czemu nie? Nie miał nic lepszego do roboty, prócz uciekania we własny umysł oraz spania. Właśnie... zachciało mu się niezwykle spać. Ziewnął potężnie. Oh, stał się bardziej leniwy, niż być powinien. 
- Mhm... - mruknął, podchodząc do wody oraz Sekrecika, który stał obok. Gdzieś w tyle chyba jeszcze była Kruszynka a Miłostki wcale nie widział. Wstyd mu to było przyznać, szczególnie, że przecież był dorosły, a kocięta były Miodka, jednak odczuwał pewnego rodzaju ulgę, nie widząc jej w okolicy. Trochę się jej bał, ale też tkwiła w nim pewna dziwna uraza, jakby kotka nie była sobą, a kimś innym, wyjętym prosto z przeszłości kocura. Szczególnie czuł to, gdy młodsza otwierała pysk. Zerknął leniwie na taflę wody, od której odbijało się trochę światła, podczas, gdy druga część była zacieniona dzięki gęstemu ulistnieniu jakiegoś drzewa. 
- No więc tak - zaczął, siadając na brzegu i patrząc leniwie na taflę - Sprawa nie jest wcale trudna, ale trzeba być cierpliwym i umieć się nie ruszać - wyjaśnił z lekkim uśmiechem, szukając w pamięci typowego, znanego sposobu radzenia sobie z rybami - Do brzegu trzeba podejść tak, wiecie, żeby nas nie było widać, jak do każdej innej zwierzyny... no i żeby nasz cień nie padał na wodę. Zanurzamy wtedy końcówkę ogona lub opuszki łap i czekamy aż coś zacznie go skubać. I wtedy wyciągamy pazury i próbujemy złapać rybę pod łuski i wyrzucić ją na brzeg. Z daala od wody! - Wyjaśnił z zadowoleniem - A, tylko przy jedzeniu musicie uważać na ości. To jak kości, ale są mniejsze i trudniej je zauważyć. 
- Dobra, to złowię jakąś taką ładną... - zapowiedział Sekrecik, na co Lotek poruszył wąsami z rozbawieniem. Odsunął się od wody, po czym zrobił zachęcający gest łapą, by uczeń podszedł według instrukcji. Gdzieś jeszcze w tle za nimi dało się usłyszeć szelest, kiedy Puma przechodziła nieopodal, również dając sobie chwilę czasu na relaks w miłym słońcu. I on położył się nieopodal w trawach, patrząc na wyczyny Sekrecika. W końcu nie musiał wcale mu demonstrować, jak się owe ryby łowi, młodziak już tyle razy widział, jak Lotek wyciąga mniejsze rybki z wody... Co prawda można było jeszcze spróbować łowienia podczas nurkowania, jednak to wymagało lekcji pływania, a nie był przekonany, czy Miodek by na to pozwolił. Szum drzew znów zadzwonił mu w uszach, słońce lekko przygrzewało. Ułożył głowę na łapach. I tak właśnie, powoli, bardzo powoli przymykał ociężałe powieki, zapadając w cichy pół sen, wypełniony chlupotem wody. Otworzył je całkiem, po kilku wcześniejszych próbach, dopiero po jakimś czasie, rozglądając się sennie. Sekrecik już zmęczony i cały mokry, siedział bezradnie na brzegu. Puma nie ruszyła się z miejsca, widocznie nadal śpiąc, a Kruszynka zdawała się być już znudzona, nieprzytomnym wzrokiem patrząc w stronę brata. Była jednak mała różnica w krajobrazie, bowiem słońce zniknęło, a wiatr nabrał mocy, ciągnąc za sobą jakiś dziwny zapach, którego kocur nigdy wcześniej nie czuł. W dodatku zdawało się, że chyba coś na niego spadło. Poruszył wąsami, zerkając na niebo, które nie budziło najprzyjemniejszych odczuć. Szczególnie ten wał z chmur, który szedł jako pierwszy. Zapowiadało to tylko małą katastrofę... ciekawe, jak wysoki będzie poziom wód i jak bardzo wpłynie to na teren obozu u Nocniaków. 
- Prawie jedną miałem... - mruknął Sekrecik, patrząc na zbliżającego się Lotka - Już chwyciłem za łuski, ale się wyślizgnęła! - na dowód swoich czynów podniósł łapę, pokazując swoje pazury z jakimiś resztkami które pod nimi utknęły. - Następnym razem ją złapię. - zapowiedział.
- Na pewno! Ale to już nie dzisiaj - drgnął uchem, patrząc kątem oka na coraz bliższą chmurę. Nikt nie protestował. Wizja bycia spranym przez deszcz nikomu nie zdawała się być przyjemna, szczególnie, że owy deszcz mógł przynieść ze sobą jeszcze inne niespodzianki. Po takich upałach nie można się było spodziewać miłego deszczyku, szczególnie, że już teraz gdzieś w tle słychać było grzmoty. Puma również była już na nogach, powoli zmierzając do obozu. Jeszcze mieli trochę czasu, jeśli przyspieszą do truchtu, powinni zdążyć przed ulewą dotrzeć do obozu i się gdzieś skryć. Lotek, nie ukrywając, dziwił się lekko Owocówkom, które tak chętnie przebywały na drzewach. Przecież w takie drzewo tak łatwo może trafić piorun, albo podczas wichury może się wykorzenić i upaść... Chyba najlepiej mieli starsi. Wtem, wiatr przywiał znów ten zapach, który wcześniej utknął w nosie Lotka. Taki obcy, dziwny... niezbyt naturalny, nieco kwaśny. Nie tylko on z resztą go poczuł. Najpierw dostrzegł uniesione futro Pumy, później, wędrując za jej wzrokiem, źródło owego obcego zapachu. Oto na skraju, między drzewami po drugiej stronie płytkiej rzeczki, stało jakieś dziwne, wyprostowane stworzenie. Puszyste jakby, z rozwianymi, przerzedzonymi włosami, lśniącymi rdzą. Stworzenie to, trzymało coś srebrzysto-błyszczącego w łapach. Huk, nie wiadomo, czy powstały w wyniku odpalenia wiatrówki, czy to z pierwszej bliższej błyskawicy, wyrwał wszystkich z osłupienia, uruchamiając wszelkie instynkty, nakazujące natychmiastową ucieczkę. Kocur skoczył zaraz na oślep przez chaszcze, słysząc jeszcze jeden huk, przez który zimne ciarki przeszły mu po ciele. Gdzieś obok mógł wyczuć drugiego, kota, jednak nie miał okazji lepiej się mu przyjrzeć, gdyż kolejny grzmot, tym razem dochodzący z góry, skutecznie uniósł jego niebieską sierść na sztorc. Pędzili tak do momentu, aż nie schowali się bezpiecznie w krzakach w obozie. Kocur zwinął się gdzieś w kącie, dając Pumie możliwość opowiedzenia na kogo się natknęli, gdy już pojawiła się w obozie wraz z Sekrecikiem, który to walcząc z wichurą udać się miał do medyka z powodu krwawiącego ucha. Nikt specjalnie nie zwracał uwagi na Piórolotka, który jednak niezbyt się tym przejmował, wciąż patrząc przez szparę w liściach na świat zewnętrzny, pogrążony w szarej zasłonie deszczu i gradu, który przedzierał się przez gęstą osłonę liści. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

O dziwo, nie był zmęczony. Siedział przez całą noc w jednym miejscu, kuląc się w kącie i nasłuchując, czy burza już przeszła. I byłby siedział tak dalej, gdyby nie pierwszy, poranny patrol, który wywołał niemałe poruszenie wśród niepewnie wychodzących z ukrycia kotów. Obóz nie był w najlepszym stanie. Połamane gałęzie i liście, ziemia przykryta białą, zimną warstwą gradu, który jeszcze nie zdążył się rozpuścić. Stos zwierzyny nie stosował wcale, a całość można było określić jako ruina. Niepewnie zerknął na poniszczone legowiska, poruszając nerwowo uszami. Ile zniszczeń mógł wywołać jeden grad, ile pracy w łapy kotom powciskać, a przecież to nie mógł być koniec. Jeszcze wiele upalnych dni czeka Owocowy Las, oraz wiele przysłoniętych przez chmury nieba i zdziwił się, że większość obozowiczów nie patrzy wcale na potrzaskane gałązki, a na coś innego, zmiętego, mokrego, niesionego w pysku jednego z łowców. Przez chwilę patrzył na owe dziwo, nie bardzo wiedząc, cóż to takiego jest. Jakieś zmoknięte, pozlepiane futro, może jakiś zając? Chociaż czy zając by tyle poruszenia wywołał wśród zebranych? Nie było to przecież żadnym nowym posiłkiem, a przynajmniej nie było rzadsze od ryb, które tak chętnie starał się łowić w wolnym czasie. I gdy tak stał i patrzył, jak futro układane jest na ziemi, jakoś tak dziwnie się zrobiło. Zagapił się, patrząc na znajomy ogon, łapy, powoli doznając jakiegoś niezwykłego szoku. Zimna, powolna realizacja oblała mu głowę, wraz z jakimś strachem i dysonansem. Coś było nie na miejscu, coś zdecydowanie zbyt pewnie i natarczywie potrząsnęło jego umysłem. I zanim jeszcze do końca zdołał oprzytomnieć i dojść do logicznych wniosków, w jego głowie, gdzieś z tyłu, lecz bardzo wyraźnie dotarła informacja, że patrzy na swoje własne, martwe ciało. 

THE END
albo i nie

18 kwietnia 2025

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Miodka

 Jakoś zaraz po znalezieniu się u owocówek

Przez długi czas spał tak właściwie, odpoczywał, nie chcąc wcale mieć kontaktu z rzeczywistością. Dopiero później oczy swe otworzył, czasem zerkając na przechodzące koty, zastanawiając się czasem, co robią, lub co się z nim stanie. Tym razem jednak, skupił się na czym innym.
Zdziwienie malowało się na jasnej mordce, gdy dojrzał znajome futro coś przy ziołach robiące. Tylko czy to zwid jaki, czy rzeczywiście znał owego osobnika? Zmarszczył czoło, intensywnie się w postać wpatrując. ,,Odwróć się" myślał ,,No, spójrz tutaj, patrz tu" próbował przesłać wiadomość w myślach, chcąc odblokować umiejętność telepatii. Musiał pysk zobaczyć czekoladowego kocura i wtedy pewny dopiero będzie. Nie widział go od tego feralnego dnia, gdy nie mógł znaleźć wyjścia z dziury. Ah, co za wstyd, niemal go na to wspomnienie skręciło. Nadal też pamiętał pożegnanie, kiedy to po krótkim ,,Postaram się nie wpaść w żadne dziury", czy coś w tym rodzaju, niemal się potknął podczas odbiegania w kierunku swoich terenów. Gdyż wtedy też doszła do niego jakaś realizacja, że, hej, to trochę jakby Miodek z nim flirtował? Co? Oh, nie, to coś nowego... Przez to całe zamyślenie niemal wtedy się nie potknął i nie wywalił o trawy, kończąc chwilę później przy jakimś drzewie o które oparł czoło i trwał przez jakąś chwilę, próbując zrozumieć co zaszło. I tak potem czasem jeszcze Miodka przywoływał w pamięci, analizował, próbował ustalić, a teraz owa zjawa która czasem go w snach nawiedzała jeszcze, by przekazać chociażby jakąś losową nowinkę czy bezsensowną informację, właśnie stała przed nim. A tak przynajmniej mu się zdawało... I wtedy, właśnie wtedy, komunikacja zadziałała! W stronę jego ślepia złote się skierowały, dzięki czemu niepewność pointa wyparowała. 
- Oh! Czyżby Panicz się obudził? Jakże miło! Co za niesamowity zbieg okoliczności, nieprawdaż? Los musi być niezwykle figlarny, że też skrzyżował po raz kolejny nasze drogi i to tutaj w Owocowym Lesie - zaśmiał się perliście kolega, który okazał się nie być halucynacją i odstawił na bok układane ziółka. Zbliżył się o kilka kroków do leżącego kocura i przysiadł. - No, no... Co masz mi do opowiedzenia?
- Hej Miodku - przywitał się najpierw, z ulgą na pysku i w głosie, machając krótko i subtelnie ogonem na powitanie. Jakoś tak się cieplej na sercu zrobiło, widząc znajomą mordkę, która nie była Mirabelką. Z jakiegoś powodu obawiał się reakcji koleżanki na jego obecność tutaj. - Chyba nic szczególnie ciekawego, obawiam się. - tu zerknął na swoją połamaną nogę nie mogąc powstrzymać dreszczu jaki przeleciał mu przez ciało. Nie miał też ochoty wspominać o nawiedzających go zmarłych, a przynajmniej nie teraz - Ale może u ciebie będzie bardziej wesoło, w końcu nie byliśmy obaj w Klanie Klifu.
- Iście trafne spostrzeżenie, nie byliśmy. - Przymknął ślepia i próbował nie wpatrywać się w oplecioną liśćmi i patykami łapę kocura. To by było nieeleganckie... - No co ja ci mogę powiedzieć... Ugodził mnie różany kolec miłości... Przyfrunąłem ja, czekoladowy gołąbek, do mojej błękitnej ptaszynki. No i teraz jestem tutaj... Uwiliśmy sobie gniazdko. Jest faktycznie całkiem miło i przyjemnie... Znacznie lepiej niż w Klanie Klifu, który zostawiłem zaraz po... Ekhem... Incydencie liderobójczym... -  Podrapał się po brodzie pazurem.
- Liderobójczym? - Lotek zdziwił się nieco - Znaczy, Srokoszowy nie umarł ze starości? A by pasowało tak bardzo, w końcu młody nie był. A, no i gratuluję? Kogo tu sobie znalazłeś? - Coś ukłuło go w serduszko, gdzieś na dnie... a może się po prostu zapowietrzył. Tylko z jakiego to powodu było? 
- Oh... Czyli reszta klanów nie do końca wie co się podziało u nas... Może to i lepiej. Tak w sumie to my sami nie wiedzieliśmy, kto był odpowiedzialny za to zamieszanie. Ale może to później, bo kogo obchodzi ten staruszek. Nie mówmy już o nim, porozmawiajmy o mnie! - powiedział entuzjastycznie - No więc... Mam teraz swoją ukochaną-najsłodszą, najjaśniej skrzącą się Panienkę Migotkę. Być może kojarzysz ją, bo trudno by było nie dostrzec tak przeuroczej, przemiłej i przekrasnej mordeczki, albo jej rodzinkę, do której idealnie się wpasowałem, nie powiem, Mirabelkę lub Malinka?
- Migotkę - powtórzył. Jakby pamiętał to imię, jednak nie był do końca pewny. Dopiero zaświeciło mu bardziej w głowie, gdy wspomniano o Mirabelce - A-AAAAaaah! Znam! Znam, znam! O rany, to siostra mojej koleżanki, mieliśmy się nawet kiedyś zgadać tak o, ale nie wyszło - przyznał - Ale się śmiesznie złożyło, co? Koniec końców wszystkich znalazłem tutaj. 
- Może to znak, że w końcu wszyscy jesteśmy w odpowiednim miejscu? - czekolad zasugerował gładkim głosem. Spojrzał za siebie, zatrzymując się na spokojnie kroczących kotach. - Wiesz... Nawet jeszcze podczas naszego pierwszego spotkania, chociaż było to tak dawno temu, nie sądziłbym, że uda mi się tak gdzieś ustatkować. U mnie wszystko przeszło bez większych problemów, ale coś sądzę że...  U ciebie nie obyło się bez... Incydentów... - powiedział i spojrzał z ukosa na połamaną nogę przyjaciela.
- Byłoby fajnie - przyznał, nie ukrywając swojej niepewności odnośnie przyszłości. W końcu znalazł się w zupełnie nowym, obcym środowisku, pozbawiony umiejętności zapoznawania się z obcymi. Co zrobić? Na ostatnie zdanie wypowiedziane przez Miodka, uśmiechnął się krzywo - Przynajmniej żyję, co? Chociaż tak szczerze, to przez jakiś czas myślałem, że umarłem. Znaczy, gdyby nie ból. Mam tylko nadzieję, że nie będzie z tego powodu kłopotów. Ty miałeś jakieś? Wiesz, wolałbym wiedzieć, czego się spodziewać, aaaah, nie mam za wiele do zaoferowania Owocniakom, mogę co najwyżej nauczyć ich łowienia ryb... są tu ryby? - Przekrzywił główkę w niepewności. No i czy dałby radę z tą nogą tak w wodzie...? W jakimś jeziorku na pewno, ale z silniejszym prądem mógłby być problem. 
- Są niesamowicie sympatyczni! Nie musisz się o nic martwić. Zwłaszcza, że powiedziałeś, że znasz się z Mirabelką; musi mieć jakieś niesamowite umiejętności znajdowania przybłęd, bo ja też na nią natknąłem się jako pierwszy, i gdyby nie jej... Łagodne potraktowanie, chociaż wyglądałem jak ubłocony potwór zza rzeki, to wszystko mogłoby się potoczyć dość nieciekawie. Chociaż szczerze... Wolałbym już przestać być uczniem - zaśmiał się - Wiesz... Już w Klanie Klifu, jako dorosły kocur, byłem uczniem i dzieliłem legowisko z kotami o połowę ode mnie młodszymi, a teraz... Dzielę legowisko ze swoimi dziećmi. Przynajmniej mogę je mieć na oku... A jest czego pilnować... A co do ryb... Nie mam pojęcia, jeśli pamiętasz, ja staram się unikać wody, ale przez rzekę musiałem się przeprawić, więc myślę, że coś na pewno tam mieszka... A być może uda ci się odkryć jakieś jabłoniowe pstrągi, które żyją na drzewach? To by było coś... Chociaż... Czy będziesz w stanie pływać w takim stanie? To może być niebezpieczne, zwłaszcza że tutejsza pomoc medyczna... Nie jest dokładnie taka jak w innych klanach. To bardziej... Ochotnicza Straż Medyczna, sam dużo pomagam...
- Ciało w wodzie jest o wiele lżejsze, więc raczej nie powinno być źle. Znaczy, tak myślę, jestem ciekawy, chociaż wolałbym nie wchodzić do jakiejś szybkiej rzeki, wiesz, prąd i te sprawy, jeszcze by mnie znów zniosło na tereny Klanu Nocy - rzucił pół żartem, uśmiechając się na komentarz o ochotniczych medykach, jednocześnie gdzieś z tyłu głowy czując zmartwienie. Oj, sporo kotów musiało mieć tu jakąś wiedzę podstawową o ziołach - Ale takie powietrzne ryby, ciekawe czy pachniałyby jabłkami. Na pewno byłyby śliczne z wyglądu. A, no i nie masz się co łamać, pewnie też bym do ciebie dołączył w legowisku uczniów, jeśli Sówka nie uzna, że po złożeniu nogi mam radzić sobie sam... chociaż już zamieniliśmy kilka słów, ma przyjść jeszcze potem.
- Panienka Sówka jest bardzo sympatyczna, myślę, że nie wyrzuciłaby cię na zbity pysk. Nawet jeśli, myślę, że mógłbyś skryć się w jakiejś lisiej norze; przynosiłbym ci zaskrońce i ryjówki. - zażartował. -  Ale spokojnie, na pewno wszystko się ułoży. Z tego co wiem... Znaczy, ja to wiem, moja córka się na niego szkoli, ale istnieje tutaj pozycja stróża. Nie do końca wiem jakie są jego zadania, ale ta ścieżka szkolenia została nam zaproponowana przez Sówkę z uwagi na jej... Wiotkie zdrowie... Nie mówię, że tobie, drogi Piórolotku, nie uda się pełnić roli wojownika, ale zawsze są... Mniej wymagające i obciążające zajęcia.
- Myślę, że dobrze by mi zrobiło takie, hm, stróżowanie - mruknął, wcale nie urażony. Z resztą, nie pałał chęcią wrócenia do wojowniczego życia, a będąc całkiem szczerym, najchętniej by się położył i zwyczajnie wsiąkł w ziemię. Był zbyt zmęczony, by kontynuować wcześniejszą drogę i mieć potem styczność z tym, co dotknęło go przy ataku lisów - O ile nie trzeba się bić. Bo nie trzeba, prawda?
- Och nie, nie! Nic z tych rzeczy. Przynajmniej nie na co dzień, tak myślę... Musiałbym się dowiedzieć, albo mógłbym przyprowadzić moją Kruszynkę; ona by na pewno wszystko ci opowiedziało! - zapewnił, uśmiechając się entuzjastycznie - Czasami sobie podglądam, co robi wraz ze swoim mentorem i głównie doglądają obozu. O! Koty, które cię doglądają, moi przemili przyjaciele Puma i właśnie Orzeszek, który nauczy mi córeczkę, mają poboczne obowiązki i pomagają Pani Świergot z chorymi. Może pisanym byłoby tobie zostać medykiem, co ty na to? - Piórolotek nie mógł ukryć rozbawienia. Z gardła kocura wydobyło się więc powątpiewające prychnięcie, poparte kręceniem głowy. 
 - W tym wieku mogę co najwyżej nauczyć cię na pamięć zbioru ziół na bolące kości. I tyle stresu i obowiązków, eh, to nie dla mnie. Chociaż z tą nogą nie zaszaleję. Dobrze mi jako niewidzialna muszka, a swojej rodziny też nie musisz borykać jeśli nie chcą... wiesz, zajęcia mają własne i tak dalej... Chociaż z drugiej strony, fajnie by było wiedzieć... oj, nie wiem...

<Miodku?>

25 lutego 2025

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Nocnego Kochanka (Miodka)

 dawno dawno temu

Sytuacja doprawdy nie była komfortowa, ale przynajmniej znalazł ratunek i rozmówcę, któremu w chwili obecnej mógłby opowiedzieć najbardziej żenującą historię, najpewniej przez impuls spowodowany stresem. Nic więc nie było nadzwyczajnego w momencie, gdy po chwili zastanowienia wojownik postanowił rzucić pół żartem następne słowa:
- Hm, myślę, że liderki - odpowiedział żartobliwie - I chyba tych takich groźnych istot... wiesz, taka obawa, jak spotykasz coś niebezpiecznego, jak węże jadowite... I tych takich długich cieni... i odgłosów w nocy. 
- Oh... Liderki? Chociaż... Umiem to sobie wyobrazić; z trudnością, acz umiem - jego obecna pomoc zamilkła na moment, uruchamiając się chwilę później - Ekhem! - odkaszlnął - Strach przed nocą też jest dość fascynujący. Też ciekawym jest, jak można go pokonać. Czy przychodzi ci coś na myśl?
- Cóż, zazwyczaj jak jestem z kimś podczas nocy, to jest raźniej i na chwilę zapominam o niebezpieczeństwie - przyznał z uśmiechem. Wtedy mógłby nawet zarzucić jakąś straszną historią, albo rozmyślać na głos, ile zmarłych jest pod ich łapami, w końcu świat opluty był krwią, na pewno więc chodzą po krwawych miejscach historii, które pewnie miały też swoje jaśniejsze momenty. 
- Dokładnie! To samo mi przychodzi do głowy! - zawołał, a jego głos poniósł się w głąb tuneli. Ściany zadygotały, a być może tak tylko mu się zdało. Tak czy inaczej, szybko spuścił z tonu. - Uważam, że kotom dany został strach przed mrokiem, aby tuliły się do swoich ukochanym jeszcze mocniej, aby wielcy wojownicy jeszcze bliżej przyciągali swe piękne damy... Ah! Czy to nie piękny obrazek... Mrok, choć zdradliwy, wydaje się być dobrą swatką.
Z tuneli dało się słyszeć rozbawione prychnięcie na to porównanie. 
- Ciekawa koncepcja, być może całkiem trafna - przyznał niebieski.
- Lubię uważać, że zawsze mam racje, a w takich błyskotliwych gdybaniach jestem prawdziwym znawcom - przerwał na moment - Hm... Opisz dokładnie co widzisz. Na pewno twoje ślepiątka musiały się przyzwyczaić do mroków... Już przecież tyle tutaj sobie gawędzimy.
- Cóż, miałoby to sens, gdyby w okolicy było źródło światła - westchnął nocniak w odpowiedzi, po czym zamilkł, a po tunelach rozniósł się dźwięk szurania - Chociaż jak tak próbuję wymacać, to zdaje mi się, że moje łapy widzą ziemię, kamień oraz więcej pyłów. - dorzucił pół szczerze, z nutą sarkazmu. Nie było miejsca, gdzie światło mogłoby się odbić i dać mu chociażby najmniejszy zarys otoczenia, więc posługiwać się musiał innymi zmysłami. Jak sobie podziemne stworzenia radzą w takich warunkach? 
- Niestety niewiele mi to mówi, zgubo... Mam kolejny ze swoich jakże niesamowicie innowacyjnych pomysłów. Niech twój sielski głosik rozbrzmieje jednym, stałym dźwiękiem. I nie przerywaj, dopóki Cię nie odnajdę, a na pewno jestem bliziutko, bliziuteńko.
- Jednym dźwiękiem... - powtórzył niepewnie, nie wiedząc jak się za to zabrać. Po chwili przełykania zawstydzenia z jakiegoś powodu, z pyszczka kocurka wydobył się jednostajny dźwięk przypominający, hm, bzyczenie muchy...? Czasem drgający, niepewny, czasem cichnący, wydobywający się z gardła. Gdyby go tak przedłużyć, byłby całkiem irytujący i rozpraszający. Być może to on właśnie wypełnił jasne uszy, przez co nie dosłyszał swojego wybawiciela, a może oprawcy? Wtem bowiem, serce podskoczyło mu do gardła, przerywając buczenie, gdy to Lotek przyszpilony został do ziemi. Oh Gwiezdni, czy on umrze? Trzeba było znaleźć inną kryjówkę przed drapieżnikami, niż tunele. Znajomy głos dotychczasowego wybawcy odbił się echem od tuneli. 
- A kogo to ja znalazłem? Hm...
Można było usłyszeć, jak zaatakowany Lotek zapowietrza się w zaskoczeniu i przestrachu, podczas próby dojrzenia w ciemności Miodka. Niemniej milczał, widocznie w szoku, nie wiedząc co począć. 
- Ummm.... - zaczął jednak niepewnie po chwili.
Miodek zaśmiał się ponownie, widocznie rozbawiony. Nie ukrywał, właśnie takiej reakcji oczekiwał, na taka liczył. 
- Język jest po to aby go używać, a więc teraz, jak nakazuje kultura i dobre wychowanie, gdy już widzimy się pyszczek w pyszczek, może byśmy się sobie przedstawili. - powiedział szarmancko, przysuwając się bliżej. Między mordkami dwóch kotów była niebezpiecznie niewielka szpara.
Minęło kilka szybkich uderzeń serca, zanim Nocniak zareagował. Z krótkim dźwiękiem wydobytym gdzieś z wnętrza pyska, łapy Lotka miękko wylądowały na pyszczku Miodka, jednocześnie go odpychając i zabierając możliwość mówienia. Był zdecydowanie za blisko i zabierał potrzebne powietrze, bowiem prawdziwie, point nie potrafił teraz oddychać.
- Pióror...uh, Piórolotkowy Trzepot, wojownik... Klanu Nocy - Wydusił z siebie.
- Ah! Tak, tak... Miło Cie poznać. Ekhem... - Zdawał się być jakby zdziwiony i zdenerwowany. Zgrabnym ruchem zeskoczył z kocura, ocierając się delikatnie o wciąż wysunięte łapki, którymi wcześniej został odepchnięty. Zakaszlał, ale szybko wpuścił na mordkę miły uśmiech - Ja jestem... - zatrzymał się znowu. - Jestem Niedźwiedź, albo Miodek, możesz mi mówić jak masz ochotę. Chociaż to skomplikowana sytuacja...
Lotek natomiast zdawał się nie być jak na razie świadom sytuacji, dość mozolnie przekręcając się na bok, by później wstać i się otrzepać, słuchając słów obcego kota. 
- Jesteś samotnikiem? - zdziwił się przekrzywiając łebek - Dziwne, pachniałeś raczej Klanem Klifu... - wymamrotał jakby niepewny, jednak już chwilę później dało się słyszeć bardziej radosny ton. 
- Miło mi poznać! - miauknął szczerze - To ten... wiesz jak stąd wyjść? Czy... czy jak to działa? Mam wrażenie, że jesteśmy w wielkim kołtunie...
- Nie, nie! Jestem tu legalnie, jako dumny klifiak, chociaż może nie z krwi i kości... Jeszcze byś się speszył, a tego nie chcemy... Ta sytuacja, w której się znaleźliśmy już w sama w sobie może być nieźle dezorentująca, ale nie bój nic! Jesteś w pewnych, zdolnych łapach, a mój nieomylny zmysł orientacji zaprowadzi nas prosto na powierzchnie! - zapewnił radośnie - A jak juz tak rozmawiamy sobie, pysk w pysk, wydawałoby mi się, że koty w Klanie Nocy będą lepsze w nawigowaniu w ciemnościach, skoro tak się pluskacie w odmętach...
Lotek pokręcił szybko głową, speszony. 
- Oh, nie, nie. To coś zupełnie innego. Przez wodę możesz przepłynąć praktycznie w każdym kierunku. - tu spojrzał na skałę obok, po czym ją poklepał - Obawiam się, że próba przepłynięcia przez to, nie skończyłaby się dobrze. Chyba, że jest się dżdżownicą. 
- Rozumiem, rozumiem... Ale tutaj przynajmniej masz nieograniczony czas... To mnie bardzo przeraża w toni morskiej... Wysysa ci powietrze z samego środka... Straszne! - nachylił się nad Lotkiem i spojrzał mu głęboko w oczy, jakby chciał go jednocześnie przekonać i przestraszyć - Oddech po oddechu...
Zdawało się jednak, że słowa wypowiedziane przez Miodka nie miały wielkiej mocy, a jedynie wywołały pewne niezręczne uczucie przez naruszenie przestrzeni osobistej Lotka. Niebieski uśmiechnął się jednak naiwnie, przymykając oczy. 
- Dlatego trzymamy się z dala od wodorostów oraz wzburzonych rzek i wirów - stwierdził prosto - No i trenujemy pływanie, oczywiście - dodał dumnie.
- Przepraszam, ale co masz na myśli? Jakie wiry? Wodorosty mogą być niebezpieczne? To wszystko może być jeszcze gorsze niż głębiny i zimne prądy wodne? I wy się tam  pchacie tam z własnej woli? - uśmiech zszedł mu z mordki. - Nie, nie, nie... Musicie być jacyś szaleni, powiedz mi, że żartujesz? Szanuje odwagę, ale do tego stopnia...
- No, czasem się można zaplątać... w wodorosty - spróbował wyjaśnić nocniak, jednak słychać było, że mózg Lotka wyłapał małą rzecz, która nie dała mu spokoju - Czyżby się Pan bał wody? - Znaczy, wodorosty i wiry są straszne, mogą zaciągnąć pod taflę i pozbawić oddechu, jednak sama woda jest całkiem przyjazna, spokojna czasem, choć też burzliwa. 
- Kompletnie mnie ona przeraża, odrzuca i petryfikuje... Po to koty maja łapy i pazury zamiast płetw, żeby nie pakować się do rzeki... Nawet my w Klanie Klifu nie próbujemy latać, bo wiemy, że brak nam skrzydeł... - pokręcił głową zrezygnowany. Rozejrzał się i wymacał coś łapką. - Hm... Chodź, idziemy tędy. Ruszamy łapkami żwawo i dziarsko! Wiesz, boje się wody właśnie przez naukę pływania. Byłem samotnikiem, ale już nie jestem, jak mówiłem. Spotkałem takiego szalonego starucha, co uważał, że najlepszym sposobem na zdobycie wprawy, jest wrzucenie mnie, ledwie podrostka wtedy, do rwącej rzeki. Mam nadzieję, że u was to nie wygląda w ten sposób, co?
- Oh, nie! To byłby okropny pomysł, kto tak robi? Wtedy nie mielibyśmy kotów w klanie. - Lotek jasno wyraził swój brak aprobaty co do dziwnego sposobu nauki. Niektórzy może rzeczywiście mieli takie sposoby, ale ile przez to zginęło możliwych uczniów? Przerwał na moment swoje niedowierzanie - Ale przeżyłeś?
- Oczywiście! Choć było ciężko, a gdy mnie wyciągnął nie przypominałem kota, a raczej jakiegoś przemoczonego szczurka. Od tamtego momentu nawet łap nie mocze wieczorami przy plaży... Ba! Wieczorami to ja się do niej nie zbliżam; przypływy są straszne!  Jedno mrugnięcie i wszystko zalane. - dreptał, co jakiś czas przystając by dodać dramaturgii swoim słowom jakimś machnięciem łapy, czy innym gestem. - A twoje obawy związane z waszą przywódczynią... Są czymś uwarunkowane, czy chodzi o zwyczajny, głęboki... respekt?
- Respekt - powtórzył, jednak nie było w tym wyczuwalnej zgody. Prędzej jakaś sceptyczność i obawa...a może nawet i niechęć. - Może i jakiś jest, jednak nie z tego powodu się jej obawiam - mruknął jakby smutno, ze zmęczeniem - Zwyczajnie nie zgadzam się z jej przekonaniami, podobnie jak koty mi bliskie. Są bardzo krzywdzące i niesprawiedliwe. Nie chciałbym, żeby Klan Nocy taki był, ma w sobie tyle potencjału na bajkową opowieść, gdyby nie jej... uh, pomysły? - widać było, że niezbyt umie ubrać wszystko w słowa, chociaż bardzo mu na tym zależało i chciał jak najlepiej rozjaśnić sytuację dla Miodka - Znaczy, niektóre mają nawet swój klimat, nie mówię, że nie... ale i tak, niektóre z jej wybujałych myśli mocno skrzywdziły niektóre koty. Podobnie jej brak reakcji na pewne sytuacje. Więc moją obawą jest raczej, kogo jeszcze stracę, przez jej słowa. - zamilkł na moment, by po chwili popatrzeć na Miodka przestraszonymi ślepiami - Tylko nikomu nie mów! 

<Miodek?>

17 lutego 2025

Od Piórolotkowego Trzepotu

Kap, kap, kap... 
Był jakiś rytm, w tych cichych odgłosach natury. Lotek zdążył je wyłapać i z cichym uśmiechem obserwować, jak drobne kropelki spadają z nachylonej części dachu legowiska. Pora nowych liści była jakaś czysta, nowa. Jakby deszcz zmywał cały brud z obozu, a który zdawał się wręcz Lotka oblepiać, nie ważne jak dokładnie by się nie czyścił. W końcu zdał sobie sprawę, że żadnego brudu realnego nie było, a jedynie dyskomfort w jego głowie. Czuł się samotny, brudny i opuszczony, a każdy kolejny dzień, pomimo deszczu, zdawał się być coraz gorszy. Może zwyczajnie się dusił. Może dlatego zmarkotniał, nie próbował nawiązywać znajomości z kotami w klanie, które były dla niego teraz niemal obce. Widział ich pyski, a nie widział ICH jednocześnie. Oni również zdawali się nie zwracać na niego większej uwagi, więc po co się szczególnie wysilać? Chciał się z nimi zapoznać, chciał ich zobaczyć od wewnątrz jako beztroski obserwator, ale jednocześnie nie czuł żadnej potrzeby, by iść w tym kierunku. W kierunku poznania. Czy wtedy jednak byłby tylko obserwatorem? Czy może jednak już kotem, który by się zaangażował? Nie miał siły na zaangażowanie. ,,Aaah, tęsknię za mamą" Usłyszał nagle, jednak nie zmienił kierunku patrzenia. ,,Przynosiła nam takie ładne piórka. A ty? Kiedy nam coś przyniesiesz? Obiecałeś..." Szylkretowe, złote widmo siedziało tuż obok, wpatrując się to na niego, to na pojedyncze jednostki, jakby kogoś szukała.
- Mmmh, może później - odpowiedział cicho w odpowiedzi, nieobecnym jakby tonem - Tylko będę musiał skoczyć na patrol, poczekaj do tego czasu, dobrze? - spytał lekko, przepraszająco. Postać obok popatrzyła na niego przeciągle, zanim wzruszyła ramionami ,,Oki doki". Cisza. Wiedział, że nie wyjdzie na zewnątrz i wiedział, że postać, która zdawała się być Cyranką, wcale Cyranką nie jest. Nauczył się jednak żyć i radzić z podobnymi sytuacjami. Na pewno pomagał też fakt, że powoli, samodzielnie, z dala od wzroku i wiedzy klanowiczów, krok za krokiem oswajał się od nowa z zewnętrznym światem. Zjawy go nie opuszczały, zawsze obserwowały i nie był pewien, czy cieszył się z ich upiornej, niemej obecności poza ścianami obozu, czy wręcz przeciwnie. Obserwował, jak koty powoli wychodzą ze swoich kryjówek, szczęśliwi z suchych futer, posyłając czasem w stronę niebieskiego ukradkowe spojrzenia, jednak nic nie mówili. Nie dziwił im się, w końcu wyszedł na zewnątrz chwilę przed końcem deszczu, przez co teraz był niczym różniący się od losowego mopa. Nie żałował jednak swojej decyzji, potrzebował chwili nawodnienia, te małe kropelki zdawały się go jakoś przyciągać i wołać i nigdy przedtem nie czuł się tak spragniony od zewnątrz. Kolejną rzeczą, która pozwalała mu nie przejmować się krzywymi spojrzeniami był fakt, że już do tego przywykł. Zaraz miał minąć cały obieg pór, od straszliwej tragedii, z którą umysł kocurka nie był w stanie sobie poradzić, a i męczył się z jej skutkami do tej pory. Tylko w bardziej nachalny i uciążliwy sposób, niż zazwyczaj. Im bliżej był dnia pamięci, tym bardziej męczyły go koszmary. Czasem milkły, jednak było to tylko chwilowe polepszenie, by wrócić ze zdwojoną dawką i wojownik zaczynał się zastanawiać, czy kiedykolwiek będzie w stanie się od tego uwolnić. Miał czasem przebłyski jakiejś czystej świadomości, jednak tylko przy kotach, przy których czuł się bardziej komfortowo, a nie było ich zbyt wiele. Nagle umysł się rozjaśniał, a on zaczynał mówić całkiem rzeczowo, spokojnie. Ze skupieniem i żywym błyskiem w oczach, jak gdyby jego paranoja i obrazy zmarłych kompanów całkiem wyparowały, a on był świadom ich śmierci. Bo chyba, rzeczywiście, w pewnym momencie sobie to uświadomił. Tylko kiedy? Kiedy to było? Czy w momencie, w którym dopadła go jeszcze większa rezygnacja, podczas której zaczął wątpić w swoje istnienie i powołanie na tym świecie? Być może, że właśnie był to ten moment. Świat zewnętrzny przestał go bardzo interesować, jedyne co mu było potrzebne to jedzenie i miejsce do snu, a trzeba wam wiedzieć, że spał sporo. No i jakieś zajęcie, a i to sobie znalazł, jednak robił wszystko mechanicznie. W końcu po co miałby się starać? Poddał się już dawno. Jedyne co mu pozostało to liczyć na inne, lepsze życie w kolejnym wcieleniu. Na zewnątrz się jednak zbyt wiele nie zmienił. Jedynie melancholia go większa dopadła i brak kontaktu. Ale hej, nie przeszkadzało to w przekopywaniu ziemi na wyspie pod roślinki! Czasem coś pomagał, jak kazano mu wyrwać chwasta, wykopać dołek, przynieść, wynieść, pozamiatać. Miejscem jednak, gdzie przebywał najczęściej, okazał się być żłobek. Nie miał ochoty dzielić tej samej przestrzeni co Mandarynkowe Pióro, czuł się przy niej niekomfortowo i każdy bliższy kontakt prowadził do odwrócenia wzroku i próby udawania, że Mandarynka jest powietrzem. I o ile się nie odzywała, udawało mu się to bez problemów. Zajmował się kociętami, wymieniał im mech, zapewniał jakąś rozrywkę i opowiadał bajki, a to akurat lubił robić. Czasem też przebywał z Nenufarą, jednak ta nie potrafiła go zrozumieć. I chociaż czasem się starała, poddawała propozycje, ten tylko patrzył na nią smutno. Nie była Karasiową Ławicą. I za każdym razem gdy patrzył na nią w ten sposób, był pewien, że przyjaciółka potrafi wyczytać to z jego oczu. Kolejnym ciekawym towarzystwem okazała się starsza, Pylista Burza. Już wcześniej dawała mu jakieś dobre wibracje, chociaż nie mówiła nic a nic. Jakaś więź niewymówiona, coś pokroju rozumienia siebie nawzajem, pomimo braku możliwości przeżycia tego samego. Być może był to jakiś rodzaj koalicji z dziwaków, za każdym razem uśmiechał się do siebie pod nosem, gdy o tym myślał. Polubił spanie w legowisku starszyzny, z nosem wetkniętym w lilowe futro, które zawsze reagowało na jego drżenie w nocy podczas kolejnej fali wspomnień. Lubił wplatać w nie kawałki motyli, lubił czyścić, nadawać połysk, wczepiać kawałki lśniących łusek. Lubił dotykać starszego policzka i ze smutnym uśmiechem ubijać ciastka po obu stronach Pylistego pyszczka. Lubił porównywać kształty ich opuszek, kolory futer, miękkość sierści. I chociaż wszystko, naprawdę wszystko lubił w tym pozytywnym ciele, wciąż przebywając z owym kotem, czuł się samotnie. I nie potrafił stwierdzić czemu. 
- Cały Pan mokhy! Co Pan lobi? Namaka się? Nie jest zimno? A ja też mogę? - usłyszał nagle młodzieńczy głosik, który wyrwał go na moment z pustki. Point zerknął w dół, dostrzegając podobnego do niego kociaka. Szałwik, tak, znał imię malca. W końcu się przemógł, więc zaglądał od czasu do czasu do jednego ze starych, ulubionych miejsc. Morskie oczy wpatrywały się w wojaka szeroko, aż ten nie poczuł się niekomfortowo, uśmiechając częściowo z nerwów, częściowo z rzeczywistego rozbawienia. Hah, gdyby ktoś nie znał jego relacji z Mandarynką mógłby uznać, że jest ojcem małych pchiełek. Oh, wolałby nie być mieszany w tą rodzinę.
- Oh, ja? - spytał, jakby chcąc się upewnić. W odpowiedzi dostał gorliwe pokiwanie głową - Hm, cóż, uznałem, że będę od dzisiaj jakimś ładnym kwiatkiem, więc postanowiłem najpierw porozumieć się z ziemią. - wyjaśnił, nie mówiąc oczywiście poważnie, jednak całkiem poważnym, interesującym tonem - Widzisz, należy szanować każde stworzenie, które stworzyła Matka Ziemia. Bez niej i my byśmy nie istnieli! Wyobrażasz sobie? Nie mielibyśmy po czym chodzić, nie brzmi to przerażająco? Oczywiście, moglibyśmy, jak i każde inne stworzenie, zmienić się w chmury, jednak to już całkiem inny wątek, więc wracając. Ważna jest komunikacja z ziemią, w końcu to taka nasza wielka matka, nie możemy się z nią spierać, bo jest wielkim stwórcą i zapewniam, że wszystko co stworzyła, ma swoją rolę w przyrodzie. Nawet, jeśli mówimy o komarach - machnął łapą po nauczycielsku, wczuwając się w swoją niezbyt poważną rolę - Więc muszę się jej spytać, czy mi pomoże. Może zamieni mnie w jakąś konwalię, lub mniej trującego, białego kwiatka? Wtedy będę mógł z radością udekorować twoje futerko. - Dodał, uśmiechając się nieco szerzej. Oczywiście dostrzec mógł krzywy zgryz kocięcia, jednak w żaden sposób mu to nie przeszkadzało. Była to miła odmiana wśród tego całego, jednakowego buszu. I ciekaw był, czy to tylko jego urojenia, czy cały obóz stawał się czarno-biały, bez żadnych dodatkowych przebić kolorów. Wszystko zlewało się w szarość, co tylko dodatkowo dobijało kota, dlatego tak bardzo doceniał Baśniową Stokrotkę wraz z, cóż, tylko dwójką jej malców, którzy wybijali się z tej szarości. Aż miło się na nich patrzyło, tak pięknie odstawali od tłumu. Znów przyjrzał się malcowi. Ah, patrzcie jaki przejęty! 
- Ale ftedy będę cię musiał zelfać! Nie chcę cię slywać! - zauważył, przekrzywiając zaraz łebek, marszcząc przy tym czoło - A tak to, rosnons w tym miejscu, to cały obós byłby śliszniejszy! 
- Mało kto zwraca uwagę na drobne kwiatuszki, Szałwiku - westchnął ze smutnym uśmiechem, chociaż doceniał dobre słowo i pomyślunek malca. - Najpewniej by mnie omijali nawet nie zerkając w dół. Jedynie malutcy zerkają na to co mają pod łapami, chociaż zgaduję, że to przez brak wyboru. Ale im starsze koty, tym mniej obchodzi ich to, co jest na dole, wiesz? - Kocię nie wyglądało na zadowolone z usłyszenia tej informacji. Zerknęło na Piórolotka troszkę niepocieszone, moment później nabierając od nowa wigoru. 
- A ja bym sfracał - Oznajmił, jak gdyby kłócąc się z prawdami świata. Na przekór, wedle kocięcym prawom. 
- A ja byłbym dumny z takiego obserwatora - odrzekł wojownik pewnie w odpowiedzi - Chociaż wiesz, co byłoby naprawdę ładne? Caaały obóz w białych, księżycowych kwiatach. Widzisz to? Co myślisz? Może kiedyś dałbym radę rozsiać swoje nasionka jako kwiatek i stworzyć w obozie mały, księżycowy ogródek, który mógłbyś podziwiać w nocy, w świetle księżyca. W końcu nie tylko za dnia musi być ładnie. Wyobrażasz sobie, całe chmary świetlików nad takim kwiecistym miejscem? 
- Ooooo - Młody otworzył aż pyszczek z wrażenia, zamierając tak na moment - O, tak, tak! To ja tesz chcę! Jak sasiać nasiąka?
- Hmmm, musisz przypaść powoli do ziemi, ale nie bardzo nisko, bo się zmoczysz, a nie chcemy być chorym kwiatkiem. - przestrzegł Lotek - Dobrze! A teraz przymknij oczy i poczuj ziemię, przykładając do niej ogon. To właśnie przez niego przechodzą wszelkie wibracje i informacje. No, a teraz... - tu wziął oddech, by wydać z siebie dość niecodzienny dźwięk - Ommm....
- Ommm - powtórzył malec dzielnie, chwilę później milknąc na kilka sekund. Tylko kilka, po których otworzył jedno oko - I co, jusz? Nic nie szuję. - Odezwał się szeptem, dostając jednakowo cichą odpowiedź. 
- Tsiiii, daj im się komunikować...
- Szałwiku co robisz? Chodź tu szybko, rozchorujesz się! - I tyle by było po komunikacji. Piórolotek otworzył oczy by dostrzec, jak kociak niechętnie zbiera się na równe łapy i patrzy w stronę żłobka rozżalonymi ślepiami. 
- Jeszcze chfila! - Jęknął, jednak starsza część rodziny była nieugięta. Szczególnie ze swoimi argumentami o chorobie i opóźnionym przez to mianowaniu na ucznia. Oh, to był ten moment, który przesądził o decyzji kociaka. Pręgus podreptał żwawo w stronę żłobka, rzucając jeszcze krótkie do widzenia, jednak zawrócił w połowie drogi, by dodać swoje ostatnie kila słów. 
- Siemia mi powieciała, sze byłby pan naplawdę ładnym kfiatkiem - wyszeptał jak największą tajemnicę, zanim uciekł z uśmiechem w stronę rodzicielki, ślizgając się po mokrym od deszczu podłożu. Wojownik ruszył za młodym wzrokiem, aż nie spotkał się z nieprzyjemnym, pomarańczowym spojrzeniem i chociaż było przelotne i krótkie, miało moc skutecznego powrotu do realności. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

Sumowa Płetwa dostał za ucznia Szałwiową Łapę, co kocur przyjął z ulgą. Niemniej nie mógł nie dostrzec, że kocurek został w tyle w porównaniu do reszty rodzeństwa, chociaż wcale się temu nie dziwił. W końcu właśnie to robisz Srocza Gwiazdo, segregujesz swoich własnych krewnych. Co tym razem było przyczyną? Krzywy pyszczek? Nie było tym razem czekoladowej sierści, którą można było wydziedziczyć. Chwilowa irytacja przejaśniła mu umysł. Ufał w miarę swojemu byłemu mentorowi, chociaż swoje szkolenie skończył wieki temu, a ostatnimi czasy oddalili się też od siebie bardziej, niż Lotek by tego chciał. Zgadywał jednak, że była to tylko i wyłącznie jego wina. Zdawał sobie też sprawę, że on sam nigdy już ucznia mieć nie będzie, nie tęsknił jednak do tego, wystarczyła mu Karaś. Chociaż, może gdyby mógł wyjść... może dałby sobie radę z małym księciem? Nie, żeby podejrzewał chociażby w najśmielszych snach by dostał pod opiekę kogoś królewskiej krwi. Oddalił się na moment od Pylistej Burzy, kierując swoje kroki ku Aldze. 
- Gratulujemy z Pyłkiem ucznia! - Odezwał się z uśmiechem, chociaż "my" miało w jego słowach większy zakres, niż tylko jedna staruszka. - Będziesz miała możliwość sprawdzić swoje umiejętności, dobrze dla ciebie! Ja już chyba mam dość, a i tak nikogo nie dostanę. Brrh, odpowiedzialność za kolejnego malca, jeszcze księcia. Cały zakres nowego stresu - Uśmiechnął się niezręcznie, w znaczący dość sposób. Miał wrażenie, że gdyby stało się coś księciu, w porównaniu do jakiegoś "pospolitego" kota, Srocza Gwiazda zrobiłaby wraz z resztą rodziny dramę stulecia. Widać było to dokładnie po reakcji, gdy zginęła Tuptająca Gęś. 
- Dziękuję, szczerze sama mam trochę gęsią skórę, zobacz - podniosła w górę łapę, chociaż nic w rzeczywistości na niej widać nie było, przez gęste futro. Jedyne co mógł więc w tej sytuacji zrobić to uwierzyć na słowo i pokiwać w zrozumieniu głową. 
- Na pewno po jakimś czasie zniknie - zapewnił lekko - Inaczej zaczniesz przypominać nastroszonego dmuchawca. 
- Mamy już jednego w klanie, jestem pewna, że wystarczy - Zlustrowała kocura wzrokiem z góry na dół, dając tym znać, że chodziło o niego. Na ten gest jedynie uniósł czoło, nic nie komentując. Nie mógł zaprzeczyć, wyglądał jak dmuchawiec. 
- Dobra, lecę. Może uda nam się upolować jakiegoś bażanta, czekaj na dostawę piórek. - Nagle coś błysnęło w zaćmionym umyśle. No tak, przecież obiecał! 
- Oh, to weź troszkę ich więcej, dobrze? Cyranka mnie ostatnio męczyła o parę! - zawołał za już wychodzącą księżniczką, która jakby zesztywniała na moment, a w oczach błysnął jej jakiś dyskomfort. Nie odezwała się nic jednak, znikając poza obozem, podczas, gdy Lotek niezbyt rozumiejąc reakcję przyjaciółki, znów zatapiał się w gęstej mgle. 
- Dostawa załatwiona! Chciałaś jakieś, prawda? Jestem pewien, że jak ładnie je ułożymy na twojej głowie, będziesz jak bażant w nowym, kocim wcieleniu - Rzekł, jednak nie do Cyrankowej zjawy, a do Pylistej Burzy, które przekrzywiło głowę. W końcu piórek wcale nie chciało, a przynajmniej o tym nie wspominało, więc o czym point mówił? 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··


Obserwował gromadzące się koty, które miały iść na ślub Mandarynkowego Pióra. Nie został zaproszony, jednak wcale go to nie zdziwiło, ani nie ukłuło. Nie chciał tam być, już od dawna czuł się jedynie jako obserwator, który został wrzucony do złego miejsca. Wśród całej tej mieszaniny dostrzegł jedną, znajomą sylwetkę, do której postanowił się przysiąść, milcząc przez moment i wsłuchując się w szmery podekscytowanego tłumu. Cała ta czarno-biała mieszanina rozmywała się, mieszała z przebijającym światłem, jakby ktoś przejechał pędzlem po obrazie, tworząc świetlistą smugę. Strzepnął uchem. 
- Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego ktoś się może czuć dobrze w takim tłoku. Czasem nie możesz dosłyszeć własnych myśli - Odezwał się w końcu w stronę Algowej Strugi, która również nie zdawała się być chętna do przerwania ciszy. 
- Czasem to nawet lepiej ich nie słyszeć - stwierdziła z rozbawieniem, by po chwili znów sprawić, że kolejne sekundy upłynęły w milczeniu. Przerwał je jednak point, który kiwnął się niebezpiecznie w tył, później w przód, jakby nie wiedząc co ze sobą zrobić. 
- Tooo chcesz coś porobić w międzyczasie? Nacieszyć się ciszą, porzucać trzciną, zdemolować obóz - poddał jakby od niechcenia, patrząc gdzieś w bok, obserwując ruch. 
- Demolowanie obozu brzmi całkiem dobrze - przyznała z całkowitą powagą, kiedy to w zasięgu wzroku Lotka pojawiła się lilowa sierść Pylistej Burzy. Niestety Nenufarowy Kielich już dawno zniknęła mu z oczu, ale to nic! Może innym razem ją dopadnie. Wstał z miejsca, obiecał, że zaraz wróci i dopadł do starszej, zwracając na siebie uwagę przez dźgnięcie lekko nosem jej boku, po drodze jeszcze potykając się o jakiegoś kota i przepraszając drugiego. 
- Czekaj moment - polecił i nic nie wyjaśniając wziął się do pracy, polegającej na umocowaniu dwóch mniejszych, niebieskich piórek po obu stronach szyi starszej. Trochę się z tym mocował, w przerażającym wręcz skupieniu, ale w końcu jeszcze wygładził krótką sierść i oddalił się ze dwa kroki w tył, by podziwiać swoje dzieło. - Pięknie - klasnął - Jak już idziesz na jakąś uroczystość, to się musisz ładnie prezentować. No, a przynajmniej bardziej ładnie niż zazwyczaj... Nawet nie wiesz, jak bym chciał cię bardziej ustroić - Westchnął skołowany. ,,Oh! Chciałam takie! Szkoda, myślisz, że mnie nie zaprosiła, bo mnie nie lubi? .... Czy może przez futerko...? Ale patrz, mam takie niezwykłe całkiem, co?" Zabrzmiał głos w jego głowie, a obok zamajaczyła jakaś postać, którą postanowił zignorować. Miał wizję co do ustrojenia Pylistej Burzy, jednak wtedy za bardzo by się wybijało z tłumu, co mogłoby na ślubie kogoś innego być uznane za niestosowne. A Mandarynki stroić nie zamierzał, a też pewnie i ona by nie chciała czuć na sobie jego łap ani mieć w sierści jego pomysłów. A było tyle możliwości... gdyby tylko miał styczność z kimś innym. Pylista Burza się jeszcze chwilę wahało czy iść, jednak w końcu w podzięce wsadziło swój nos w sierść policzkową Piórolotka, zaraz potem kierując się na wyspę świetlikową. Wszyscy się powoli wylali, aż w końcu w obozie było tak cicho, jak nigdy, chociaż wciąż było słychać ich głosy. Przydreptał do Algi, jak obiecał. Gdzieś w tle przesunęła się sylwetka Księżycowego Blasku, która smutno spoglądała na wyspę, z lekkim uśmiechem na pysku. Utkwił na moment swoje spojrzenie w owej postaci, jednak czując obecność Algowej Strugi, wrócił na ziemię. 
- Księżyc wygląda smutno - mruknął, z perspektywy osoby stojącej obok: nie wiadomo o czym konkretnie - A więc chodź, Wielka Algowa Strugo, mamy idealny czas by rozpocząć nową przygodę! Musimy tylko znaleźć towarzysza Krzyczącą Makrelę, może też weźmiemy Wzlatującą Łapę...? - główkował, starając się utrzymać entuzjazm za ich oboje. Nie chciał zmarnować tej chwili spokoju i oddechu na sen, a nie chciał też zostać sam z wytworami własnego umysłu, które teraz wpatrywały się 
w niego, jakby wyczekująco. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

,,Myślisz, że to kara...?" 
- Kara? Za co? 
,,...Nie jestem pewien. Ale w końcu nie wszyscy tu lądują, prawda? To może być kara"
- Wtedy karany jestem ja, czy wy? 
,,Może to kara dla nas wszystkich" 
- Nie ma dla niej powodu. - odpowiedział spokojnie, sennie, jednocześnie unosząc łapę, by przelecieć nią na wylot przez kremowe futro, które w jego oczach zdawało się być jak najbardziej namacalne. Zrozumiał też jedną rzecz. Postacie z którymi przeprowadza konwersacje nie posiadają tej samej osobowości co za życia. Czasem-owszem, zachowywali się jak ci, których znał, jednak taka Księżyc? Nie rozmawiał z kotką często, więc jego umysł wytworzył sobie jej własny obraz. Co do reszty, czasem rzeczywiście zachowywali się jak ci, których znał, jednak często, a właściwie, coraz częściej, zdawali się wypowiadać jego własne, ukryte pod skórą obawy, które logika często zakopywała znów gdzieś głęboko, jednak nie niszczyła. Noc była głęboka, jednak kocur nie mógł spać. Jedną z przyczyn była potrzeba pójścia na stronę, drugą, koszmar, który go wybudził. Nie wrócił jednak od razu do obozu, a kręcił się na zewnątrz, blisko znajomych tataraków. Usiadł, owinął ogonem łapy i uniósł głowę by zerknąć na księżyc, koło którego było tak pełno małych gwiazd, które przyćmiewał. Czemu przywódcy nazywali się Gwiazdami, skoro było tak wiele sił potężniejszych od gwiazd? Chociażby słońce. Czemu nazwa liderów musi być powiązania ze zmarłymi przodkami, którzy tak szybko gasną? Może ma to przypominać o ich kruchości? O ich rzeczywistym, małym znaczeniu w stosunku do całej reszty? Czy dałoby się dotrzeć już teraz, tak jak stał, wzlecieć ku niebu? .... Może...? Patrząc się na świetlistą kulę, uprzednio upewniając się, że nikt przypadkiem nie podgląda, uniósł się na tylnych łapach, próbując łapą sięgnąć nocnego nieba. Gdyby teraz tylko go jakaś siła uniosła, gdyby pozwoliła mu pojawić się wśród tych gwiazd, tych dalekich świetlików. 
,,Próbujesz się nauczyć chodzić na dwóch łapach? Też mogę?" 
,,Ops!" 
,,Brr, jaka zimna woda! W sumie, nie ma się co dziwić..." 
,,Wiesz, nie dasz rady uciec na księżyc, nie jesteś duchem ani mistycznym lotnikiem. Możemy ci pomóc, ale czy damy radę unieść to ciało? Może spróbujesz czegoś bardziej przyziemnego? Może wtedy i sny ciężkie się skończą."
Opadł na ziemię, przysiadając ciężko, tęsknie zerkając na srebrzystą kulę. Kiedyś wyobrażał sobie, że żyje na niej przyjaciel. Srebrzysta pani, która prowadzi go w snach na spokojne łąki, gdzie mógł zmieniać kształty, robić rzeczy, które nie przeszłyby kotom przez myśl. Unosić się, by łapy jego ziemi nie dotknęły, a jedynie muskały końce letnich traw. Ciepło, które go wtedy owiewało, było tak przyjemne i komfortowe, jak gdyby reszta świata była jedynie głupim, gorączkowym snem. A wszystko to dzięki komuś, kto nie istniał, lub dzięki wyobraźni, która to mało miała związku z rzeczywistością, a jedynie pomagała od niej uciec. Jak wygodnie. I we wszystkich sytuacjach, jego szczęście zależało od innych osób, nigdy nie od niego samego. Wygodnie było na kimś polegać, wygodnie było myśleć, że ktoś go uratuje, niczym książę na białym koniu, pokaże coś więcej niż świat który zna. Naiwna wiara we własne jawy podtrzymywała go jakoś na duchu, gdy przyjaciele umierali, odchodzili, porzucali klan. Ale czy kiedykolwiek on zdołał kogoś tak uratować? Czy ktoś na nim polegał, czy było to jedynie jednostronne marzenie? Gonienie za ideą o kimś? Może wcale nie tęsknił za osobami które pamiętał, a za dopowiedzianym sobie obrazem, który domalował do realności. Drgnął. 
,,Nie możesz ciągle polegać na kimś i liczyć, że zawsze będzie by ci pomóc" 
Jego myśli przybrały głos Ferworu, który stał obok, wpatrując się w spiętego wojownika. Cieniowany odwrócił głowę, z zamiarem wetknięcia nosa znów w trzciny i powrotu do obozu, jednak jego drogę zakłócił szelest w trawie, po drugiej stronie wodnej bariery. Jakiś szept, znajomy głos, zapach. Poruszył niespokojnie uchem, jeżąc sierść na grzbiecie, mając przy tym złe przeczucia. Wpatrywał się w oświetloną polanę przez moment, próbując dostrzec jakiś ruch. Zajęło to kilka dłuższych uderzeń serca, a gdy zdawało się, że już nic więcej nie dojdzie do jego uszu, głos odezwał się znowu, bardziej wyraźny. Lotek nadal nie potrafił rozróżnić słów, jednak zdawało się, że ktoś go woła. Nie musiał też specjalnie długo czekać, by zrozumieć kto. Na nikłe, srebrzyste światło wyszła znajoma, szylkretowa sylwetka, która wpatrywała się w pointa. Ah, Karaś! Otworzył pyszczek by zawołać byłą uczennicę, jednak zamarł, wypuszczając powoli powietrze. Wołanie teraz to był naprawdę głupi pomysł, szczególnie patrząc na tą ciszę, która otulała wszystkich śpiących znajdujących się za jego plecami. Tylko co ona chciała? Gdzieś w tyle głowy pojawiła się obawa, że mógł być to jedynie wytwór jego głowy, jak niektóre otaczające go koty, jednak szybko ową myśl zatarł. Ale co się dzieje? Może potrzebuje pomocy? Podreptał raz w jedną, raz w drugą stronę, zanim zatrzymał się w miejscu, wpatrując w lekko falującą taflę wody. Zdawała się tańczyć. Wziął głęboki oddech, po czym zanurzył jasne palce pod ciemną powierzchnią, już chwilę później płynąc w stronę jednej z wysp, a z niej na prawidłowy już ląd, co chwila się rozglądając, jakby bojąc się, że go ktoś, lub coś, zauważy. Chociaż zawahał się. Zawahał się mocno, gdy stanął już na brzegu, a łapy jego dotknęły trawy. Na wyspach czuł się bezpiecznie, tu jednak tchu jakby mu zabrakło. Wychodził już nieco dalej, sam, próbował pomóc sobie i przestać być jedynie pasożytem, który ewentualnie opiekuje się dziećmi i kopie dołki na rośliny, jak go poproszą. Potrafił już złapać przepływającą rzeką rybę, ale to by było na tyle. Głosy były jednak już bardziej wyraźne, naglące, proszące. Może jednak potrzebuje pomocy, może coś się stało? Stał tak przez moment niczym słup soli, zanim postanowił się ruszyć powoli i niepewnie, jak zardzewiały, stary pociąg, którego części już dawno nie miały styczności z porządnym naoliwieniem. Czuł się odsłonięty, chociaż osłona nocy i traw dawała jakąś osłonę. Niestety nie były tak wysokie i sterczące jak w telniej porze, niektóre wystawały, inne były przygniecione. Przyległ brzuchem do ziemi, niemal szurając po podłożu, próbując skryć się w wysokich trawach i ziołach, chowając za większym krzakiem czy kępką. Rozmazywało się, światło księżyca tworzyło nici, splątane, tworzące od czasu do czasu kształty, by później znów tracić zarys. Świetliki czasem wypływały spod jego łap, gdy poruszył jakąś trawę, tylko, czy rzeczywiście tam były, czy to pomysł umysłu, by uspokoić ruch w piersi? Każdy szmer dobiegający z okolicy jedynie wzmacniał bicie serca, którego tętno do reszty wypełniło uszy wojownika. Wzrok raz się wyostrzał, raz mętniał, a gdy w końcu dotarł na miejsce, całkowicie zapomniał o zmarłych towarzyszach, których nie było przy jego boku od dłuższego już czasu. Ale Karaś też nie było. Zamiast tego czyjś długi ogon zauważył w trawach, idący gdzieś dalej. Nie podobało mu się to. Dotąd zdawało się, że mógł jeszcze iść, chociaż łapy mu drżały a siła dziwna ciągnęła w tył. Ale dalej? 
- H-hej! - zawołał cicho, niemal się potykając, nie wiedząc już, czy śledzić chyba prawdziwą kotkę, czy patrzeć na zaplątane trawy pod łapami - Czekaj na mnie! - Wciąż schowany podreptał za wystającym z traw ogonem, a gdy zdawało się, że już zjawę dogonił, niemal za końcówkę mógł zębami chwycić, ta zniknęła z jego zasięgu wzroku, przed tym jakby kształt zmieniając. Na dziwnie znajomy, jasny, puchaty... kto...? Zatrzymał się jak na rozkaz rozglądając dookoła, czując, jak zaciekawienie, desperacja i pewność opuszcza jego ciało z każdą sekundą. Nawet zapach się rozmył, jego zjawy zniknęły, był jedynie on i podmuch zimnego wiatru. I wtedy jakby rozum odzyskał. Wiadro zimnej wody wylano wprost na jasny pysk, budząc ze snu. Był poza bezpieczną strefą, poza szumiącymi trzcinami i jakimś cudem, poza zasięgiem czegoś, co mógłby określić jako centrum. Gęstą przyczynę. Pusząc sierść i czując, jak napięcie w jego głowie rośnie, przyłożył uszy do czaszki i bardzo powoli przypadł do ziemi, jakby chcąc się z nią połączyć. Czuł niemal każdy mięsień swojego ciała, próbował oddychać powoli i głęboko. Myśl. Nie mógł się ruszyć, nie mógł wypowiedzieć słowa, mógł jedynie tak trwać, próbując uspokoić swój organizm, który działał wbrew niemu. ,,To głupie" powtarzał sobie. ,,To nic takiego, rusz się". 
Dookoła panowała cisza, przerywana przez odgłosy nocnych ptaków, którymi kocur niezbyt się przejmował. Zamiast tego, obawiał się szmeru myszy, które poruszały trawami. W końcu mogło to być każde inne stworzenie. Nie mysz, nie nornica, może borsuk, może lis. Ten niedowład ciała dał mu chwilę na zastanowienie, w końcu umysł zdawał się być wciąż w lepszym stanie i bardziej klarownym. Musiał jakoś wrócić, tylko czemu w ogóle wyszedł? Kłąb myśli zamienił się w ciszę tak szybko, jak się rozpoczął. Była jedynie pustka, która chłonęła odgłosy z otoczenia. Siedział tak w miejscu długo czasu, przynajmniej według niego. Realnie minęło może z kilka minut, więcej lub mniej, chociaż nie ma to większego znaczenia, ważnym jest natomiast, że niebezpiecznie blisko rozległ się głośny szelest, który zdradzał pobyt jakiegoś naziemnego stworzenia, niebezpiecznie blisko Lotka. Kocur przylgnął jeszcze bardziej do ziemi, jakby już wcześniej nie wykorzystał limitu możliwości zamienienia się w futrzasty dywan. Chwila napięcia przedłużała się w nieskończoność, po której nastąpił głośny trzask. Chmara przepiórek jak na zawołanie wybiegła w stronę kota, wzbijając się w powietrze na jego widok i przelatując kawałek dalej, pędząc zaraz przed siebie gdy tylko ich nóżki dotknęły podłoża, bez oglądania się na pozostawione za sobą stworzenie. A może stworzenia? Lotek jeszcze chwilę oddychał ciężko, patrząc za znikającymi w trawie, pstrokatymi stworzeniami, czując jak serce obija się o ziemię pod nim. Nie miał jednak czasu, by je uspokoić. Coś musiało je spłoszyć i o ile czasem ptaki potrafią wzlatywać chmarami z powodów innych niż niebezpieczeństwo, tak teraz jego oczom, zdawało się, że mignęło coś rudego. Jakby futro, które pomimo ciemności zachowało swoją ognistą barwę. Serce kocura przez moment się zatrzymało, a może zabiło tak, że lotek stracił oddech. Nie miał czasu by myśleć nad tym, czy rzeczywiście widzi tam lisa, czy to może kolejny zwid, albo rudy, pałętający się po terenach samotnik. W końcu mieli z nimi ostatnio problem, jednak kocur nigdy nie brał tego zagrożenia na poważnie, w końcu nie był nikim szczególnym, kogo ktoś chciałby zabić. Był tylko jakimś kotem. 
Niestety, czy też na szczęście, wyobraźnia zrobiła swoje. Ciepły, lepki oddech na karku, poczucie bycia obserwowanym, przerażenie które zasmyrało go w nos i wpełzło pod skórę po czubek ogona. Niemal natychmiast zerwał się do biegu. Na oślep przez trawę, czując jak długie, giętkie łodyżki smagają mu pysk, aż w końcu mijając znajome tereny, jego łapy natrafiły na czarną, zimną powierzchnię. Zaraz potem rozległ się również pisk opon, w pysk kocura uderzyło jaskrawe światło, a on sam poczuł uderzenie, po którym zdołał się otrząsnąć na tyle, by w szoku biec jeszcze mały kawałek dalej i upaść na brzegu, wraz z odpływem adrenaliny. 
Otworzył oczy dopiero następnego dnia, słysząc głosy i widząc zarysy sylwetek. Jasne światło zdawało się być bardziej uporczywe niż powinno. Koty nad nim o czymś dyskutowały, chociaż zamiast słów, rozróżnił jedynie hałas, który ranił mu uszy. On jednak skupił się na łapach, które zdawały się tak znajome. Uśmiechnął się pod nosem, czy to Cyranka? Ta prawdziwa? 
-...Długo ci to zajęło... - wymamrotał zsuszonym głosem. Chociaż zawsze myślał, że to ktoś inny przyjdzie go zaprowadzić do gwiazd. 

21 grudnia 2024

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Karasiowej Ławicy

 - Oh... Ale to jak wrócisz kiedyś, to pomożesz mi zająć się trochę żłobkiem, dobrze? Mam wrażenie, że mógłby być trochę cieplejszy - Odpowiedział, jakby kompletnie nie czując tematu. Zdawało się, że po jego odpowiedzi oczy kotki przygasły, a ona sama stała się jakby bardziej przygarbiona. 
- Nie będę wracać, chcę odejść tak na stałe… Może zostanę jeszcze, żeby pomóc przy przepędzaniu lisów, ale jeśli wszystko dobrze pójdzie, później się już nie zobaczymy, chyba że na zgromadzeniu, jeśli uda mi się dołączyć do jakiegoś innego klanu albo jakoś… Przypadkiem. 
Kocur na wzmianki o lisach drgnął spuszczając wzrok na podłoże, napuszył się na moment po czym spojrzał na pysk Karaś. Cała reszta wypowiedzi Karaś gdzieś zginęła w jego głowie i nie potrafił wywołać choćby najmniejszej reakcji, ignorując niewygodny temat.
- Ty też? - spytał, łamiącym się głosem - Nie możesz tam iść, na zewnątrz, oni tam-oni tam są, czemu? - Nie chodziło mu tylko o lisy. W jego głowie przewinęły się obrazy wszystkich pysków, które zwykł znać, jednak odeszły bez słowa. Nie chciał zostać sam, nie znowu.
- Właśnie dlatego, trzeba się ich pozbyć, żeby reszta była bezpieczna - machnęła niespokojnie ogonem. - Przecież nic mi nie będzie, jestem dobrą wojowniczką.
- Oni też by-! - Przerwał, jakby nagle zszokowany, zerkając w jakiś punkt w przestrzeni. Szybko jednak wrócił do Karaś - Proszę cię, ktokolwiek inny, jest tyle kotów w klanie, czemu ty?
Przez chwilę milczała.
- Przecież to mój obowiązek - wymruczała smutno. - Jeszcze należę do tego klanu. Chyba, że udałoby mi się odejść wcześniej.
- Ale to nie, to nie tak, że musisz się narażać. Od kiedy tak bardzo chcesz się poświęcać dla nocniaków? To nie, oh, co? - przyłożył łapę do wirującej głowy. Nic z tego nie rozumiał, nie wiedział, co się dzieje. Przecież to nie tak miało być, czemu nagle wszystko się sypie? To jak próba powstrzymania lawiny przed zasypaniem wszystkiego co ma przed sobą. - Przecież mieliśmy to zmienić - wymamrotał w końcu, załamanym tonem.
- Co mieliśmy zmienić? - kotka zdawała się być coraz bardziej skonfundowana.
- Wszystko, to... - przetarł łapą policzek - To nie tak, to... ugh, nie wiem, nie wiem co robić. - Przyznał, łamiącym się głosem. Na gwiezdnych, był przecież dorosły, a czuł się jak zagubione dziecko, które błaga, by nie zostawiać go w przedszkolu.
Spojrzała na byłego mentora już łagodniej.
- Wiem, przepraszam… Ale nie mogę dłużej tu tkwić i patrzeć na te wszystkie niesprawiedliwości. Chcę się z tego wyrwać, znaleźć lepsze życie, jakiś cel… Może taką miłość, o jakiej zawsze opowiadałeś - uśmiechnęła się trochę krzywo.
Nie odpowiedział. Spróbował jedynie dojrzeć coś konkretnego w pysku byłej uczennicy, chwilę później spuszczając wzrok gdzieś w bok na podłoże. Nie potrafił znaleźć odpowiednich myśli, a co dopiero słów. Był tylko jeden, wielki mętlik. 
- To jeszcze… Pewnie jeszcze chwila zanim do tego dojdzie… Ale chciałam dać ci znać, żebyś mógł się nie wiem, przygotować…? Nie chciałam cię potem zaskoczyć - wyznała niepewnie, trochę zmieszana.
- Tak, rozumiem - wymamrotał niemrawo, nie patrząc na nią - A wiesz... wiesz kiedy konkretnie...? Tak, mniej więcej, chociaż. - zdobył się na kilka słów, które siłą wypchnął z gardła. Unikał jej wzroku, jakby się czegoś bał. A może po prostu zaczynał być powoli zły. Rozumiał czemu chciała wyjść z Klanu Nocy, sam przecież chciał. Ale dlaczego musiała go zostawiać? 
- To też zależy od Skrzelika… Nie jestem pewna czy zdążymy przed Porą Nagich Drzew… Więc możliwe, że dopiero jak się ociepli. - Więc Skrzelik też. Tak, dobrze dla niego, prawda? Zmarszczył brwi, zagryzając zęby i starając się z całej siły nie popłakać, przeczekując, aż ta pożegna się niezręcznie i wróci do swoich zajęć, podczas gdy on odwrócił się na pięcie zaraz potem, biorąc głęboki, drżący oddech. Szybkim krokiem skierował się do legowiska, omijając desperacko przechodzące obok koty, z coraz to bardziej zacierającą się wizją. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

Od rozmowy minęło trochę czasu i chociaż Lotek bardzo chciał, nie potrafił sobie tego w głowie poukładać. Czuł, że wszystko się sypie bardziej niż wcześniej, a on nic nie mógł z tym zrobić. Chciał iść z Karaś, bardzo chciał opuścić z nią Klan Nocy, jednak jego własne ciało mu nie pozwalało. Przekonał się o tym w nocy, tego samego dnia którego miała miejsce rozmowa. Kilka kroków poza bezpieczną granicę, a spadał na niego ciężar duszności, bolące uczucie w piersi walka o oddech. Potem jeszcze próbował, w chwilach desperacji, wmawiając sobie, że to nic takiego, że przesadza, że powinien przestać panikować i robić sceny, jednak niewiele to dało. Po pewnym czasie mógł spokojnie siedzieć poza ścianami z trzcin, jednak musiał czuć ich obecność za plecami by nie zwariować. Był tu jak więzień. W dzień czasem wpadali na siebie, jednak rozmowy bywały niezręczne, podobnie jak próby ich nawiązania i Piórolotek wciąż nie mógł sobie uświadomić, co to za narastające uczucie w piersi, jakby coś się w niej gromadziło i nie mogło znaleźć ujścia. Opadło dopiero w dniu, w którym kotka podeszła do liderki. Kocur zamarł w miejscu, stojąc sparaliżowany przed żłobkiem z kłębkiem mchu w pysku, który opadł na ziemię. Wpatrywał się w scenę z otwartymi ze strachu oczyma, jednak nic kompletnie nie zrobił. Obserwował, jak jedna z ostatnich pozostałych bliskich jego sercu osób opuszcza Klan Nocy z własnej woli, nawet nie patrząc w jego stronę. Chociaż, czy lepiej by było, gdyby spojrzała? Pewnie do końca by się rozkleił. Jeszcze gdy jej ogon znikał w wyjściu coś porwało jego wnętrzności do przodu, próbując popchnąć go, by ruszył za nią. ,,Zabierz mnie ze sobą", chciał wykrzyczeć. Nie chciał zostać tu sam, to takie ciężkie, takie przytłaczające. Ciężko jest być samemu. Dobrze jednak wiedział, że nie dałby rady przejść dalej, niż kilka kroków poza obóz. Byłoby to całkiem niepotrzebna próba. I wtedy, kiedy już całkiem jej ciało zniknęło z widoku, nagle poczuł jak coś w jego wnętrzu upada. Następuje jakaś rezygnacja. Coś, czego się obawiał i wreszcie nadeszło, dobiegło końca, jednak nie przyniosło za sobą oczekiwanej ulgi. Nie patrząc na nikogo, umknął w stronę gęstych szuwarów. 

<Karaś?>

15 grudnia 2024

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Nimfiego Zwierciadła

 Dni się zlewały w jedną całość. Kocur stracił poczucie czasu, robiąc podstawione mu pod nos zadania, które utrzymywały go w pionie. Kto wie, jak by się to skończyło w innym wypadku? Gdyby nie miał co robić? Czy wtedy zostałby sam na sam ze swoimi męczącymi myślami? Oh, to by było jak wyrok. Jego własna głowa zaczynała go przerażać, jednak nie wiedział czemu. Co noc śniły mu się koszmary, jednak za każdym razem gdy otwierał oczy, te znikały z jego głowy, nie pozostawiając po sobie nic innego prócz poczucia, że coś jest nie tak. Wiedział, że jest nie tak. Wiedział, że coś się z nim działo, jakby oblepiło go coś lepkiego, z czego nie mógł się uwolnić. Uporczywa pajęczyna. I pomimo irytującego, gryzącego zmęczenia i prześwitów świadomości które dopadały go raz za razem, skutecznie te uczucia ignorował. W końcu jeśli zignorujemy problem, to rozwiąże się sam, prawda? HAH. Naprawdę powinien iść do psychologa. Niestety nie było takowego w obozie, a kocurowi pozostawało być zdanym na łaskę klanowiczów. 
- O nie, przepraszam, nie chciałam. Czy... czy wszystko w porządku? - Kocur spojrzał raz na nią, raz na swoje łapy, powoli się uspakajając. Raz, dwa, głęboki oddech... przyłożył sobie łapę do piersi, próbując znów włączyć zdrowe myślenie. 
- Nie, nie, wszystko dobrze - odpowiedział zaraz szybko, chociaż czy było rzeczywiście dobrze, każdy mógł zobaczyć sam - Jeju, przestraszyłem cię? Nie chciałem, ja, ja ten. - zamilkł, czując jak przebodźcowanie tego dnia sięgało granicy. Chciało mu się płakać przez własną niemoc. I to już drugi raz. - Czy możemy już wrócić...? - spytał w końcu błagalnie, z oczami ułożonymi na swoich łapach. To było o wiele za dużo. Nenufara na szczęście nie myślała zbyt długo, pozwalając by kocur wrócił do swojej bezpiecznej, ciasnej nory. 
- Dobrze, a teraz druga - Cierpliwy głos dotarł do jego uszu, jakoś przedzierając się przez głośny szum w głowie i wybudzając z chwilowego transu. Nenufara próbowała zmierzyć się z lękiem Lotka, co jakiś czas dając sobie za wyzwanie wyciągnięcie go poza bezpieczne ściany obozu, krok po kroku. Nie rozumiał jednak, czemu? Czemu próbowała go stąd wydobyć? Czemu chciała tam iść? Tam, gdzie coś tak bardzo ich nie chciało? To po pierwsze, a drugie... Czemu się tak koszmarnie bał tego, co zobaczy, gdy postawi łapy poza wyjściem z obozu? Na moment coś mignęło mu przed oczami, pozostawiając za sobą jedynie nieprzyjemny posmak na języku. Jak podczas prób przypomnienia sobie snu, coś surowego, jak łapanie uczucia, jakiegoś sygnału nerwowego, który do niczego końcowo nie prowadzi, znikając zanim umysł zrozumie, co owy sygnał znaczył. Zatrzymał się gwałtownie przy końcu szuwarów, niezdolny do dalszego ruchu. Łapy wrosły mu w ziemię, na plecach poczuł lepki oddech, który był niczym sygnał podnoszący puchatą sierść w górę. Rozejrzał się w panice dookoła. Nagle przyjazne liście stały się najgorszym wrogiem, który miał za zadanie skryć gorsze zło. Czaiło się w nich, gotowe by zaatakować, wbić swoje rude kły w koci kark. Wzrok pointa wylądował na podłożu, pysk chwycił gwałtownie powietrze, które jak się okazało, przez chwilę nie docierało do jego płuc. Z jakimś opóźnieniem umysł przypomniał sobie, jak się oddycha. Otoczenie nie miało teraz żadnego znaczenia, potrzebował znaleźć jakiś punkt który pomoże mu się skoncentrować i przestać walczyć z własnym ciałem. Tylko gdzie był? Nagle poczuł czyjś dotyk w bark, który brutalnie przywołał go na ziemię, powodując gwałtowne, bolące zabicie serca. Kocur odskoczył w tył nastroszony, z pazurami gotowymi do samoobrony, szerokimi spodkami w oczach patrząc na "niebezpieczeństwo", którym była nie kto inny jak Nenufara, zdająca się być równie zaskoczona, co on sam. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

- Piórolotku! - znajomy głos obił się o jego uszy, a sam kocur uniósł zaspane ślepia. Przed nim stała Cyranka, jednak nie była ona do końca tą samą Cyranką, którą zapamiętał w ostatnie dni przed katastrofą. Jej młodsza, zdrowa wersja ze wszystkimi łapami zdawała się wręcz promienieć. Oj Kawko, byłabyś taka dumna ze swoich dzieci. 
- Hm? - przymknął nieco zaspane ślepia - Co tam? 
- Patrz, patrz! Mam nowe piórka, widzisz? - Kotka obróciła się dwa razy dookoła własnej osi, pokazując swoje nowe nabytki z dumą i ekscytacją malującymi się na pysku. 
- Mmm, rzeczywiście ślicznie - odpowiedział w półśnie z uśmiechem na pysku - Mi też kiedyś jakieś przynieś, dobrze? Udaje ci się znajdować naprawdę ładne - Wymamrotał.
- Ph, może przyniosę, skoro bardzo chcesz... ale najpierw, patrol. Wiesz, że jesteś spóźniony? - Spojrzała na niego z góry, już doroślejsza jej wersja. Łapa zniknęła, pozostawiając za sobą znajomy kikut. 
- Aaaa naprawdę?! - nagle zerwał się jak oparzony, oglądając swoje futro, legowisko dookoła po czym wyskoczył na zewnątrz z bijącym sercem, pozostawiając za sobą dwójkę wojowników, którzy popatrzyli na siebie zmieszani, może zlęknięci. Gdy jednak znalazł się na zewnątrz nie było ani Cyranki, ani patrolu. Rozejrzał się jeszcze zmieszany po otoczeniu, w końcu podchodząc do Sumowej Płetwy. 
- Hej, hej, przepraszam, nie widziałeś może Cyranki? Mieliśmy iść dzisiaj łowić ryby, jednak gdzieś mi uciekła. Albo patrol już może wyszedł? Widziałeś? - Wojownik patrzył na Lotka przez moment nie wiedząc do końca co powiedzieć, jednak nie wyglądał na zaskoczonego. Czyżby to nie był pierwszy raz, kiedy point o to pytał?
- Tak, już wyszli. W ramach zadośćuczynienia miałeś zająć się sprzątaniem żłobka. 
- ... Rozumiem - Piórolotek, zawstydzony sobą i swoją niesubordynacją, podreptał w stronę kociarni. To nie był chyba pierwszy raz, prawda? Jakimś cudem zawsze zasypiał na patrole, a te wychodziły bez niego, pewnie czekając wcześniej jakiś czas. Zmarkotniały dopadł do kory i pewnie siedziałby tak przez dłuższą chwilę, gdyby nie Nimfa, która zmaterializowała się obok niego, prosząc o coś, coś z jakimś zielnikiem, czy czymś. Ah tak, było mówione, jednak niezbyt ta wiadomość do Lotka dotarła ani niezbyt go interesowała. Nie miał ochoty nigdzie wychodzić, jednak musiał też coś robić, prawda? Cokolwiek, byle zająć swoją głowę, która gdy tylko weszła na jedną z wysp, stała się pusta. Rozejrzał się nerwowo po otoczeniu, na teren za wodą. 
- Piórolotkowy Trzepocie, mógłbyś mi z tym pomóc? - Powędrował oczami za łapą, która wskazywała na konar, jednocześnie wybudzając się na moment. 
- Um, tak, jasne. - przydreptał w stronę przeszkody - A... co dokładnie mam z tym... zrobić? - spytał niepewnie. 
- Trzeba to przepchać, o tam - Kocur kiwnął głową, biorąc się do pracy. Niestety jego masa była stworzona jedynie z futra, nie z mięśni, więc musiał się chwilę narobić. Nie był to jednak koniec, a kocurowi było wszystko jedno. Nimfa wydawała czasem polecenia, a on z ciszą w głowie je wykonywał, próbując czasem jeszcze pomóc innemu kotu. Jakoś nie czuł energii kotki, więc jego umysł zwyczajnie się zamknął, skupiając jedynie na pracy. Całkiem wygodnie, całkiem kojąco.

<Nimfa? Milczenie moment>

01 listopada 2024

Od Piórolotkowego Trzepotu do Tuptającej Gęsi

 Lotek, o ile uwielbiał każdą porę roku pod względem romantycznym, tak nie przepadał za gorącem. Unikał otwartych terenów jak słońca, szczególnie w porze zielonych liści, siedząc całe dnie w wodzie, dlatego też nie był szczęśliwy z wyboru na patrol. Sapnął jedynie, przygotowując się na cierpienie i prosząc w duchu, by nie wychodzili na nagrzane łączki. Niestety, przeprawa przez nie była nieunikniona, dlatego też zaproponował, by starali się szukać cienia. Wątpił, by chcieli go potem nieść, przez nagły udar słoneczny. Dodatkowo, mieli ze sobą Skaczącą Cyrankę. Współczuł jej utraty łapy, chociaż starał się za bardzo nad tym nie rozwodzić, na pewno nie chciała, by ją postrzegano jak kalekę. Mimo wszystko czuł potrzebę zaprotestowania przed braniem jej na patrol, jeszcze gdzieś daleko, podczas suszy. Co, jeśli się coś stanie? A jeśli nawet nie chodzi o ,,stanie się", to idąc bardziej logicznym tokiem rozumowania, kotka w pewnym momencie mogłaby przeszkadzać, nie miał jednak zamiaru powiedzieć tego na głos, a tym bardziej nie do samej bezłapej. W końcu cenił sobie kotkę, z jakiej racji miałby ją ranić? Był świadom, jak pewne komentarze mogą działać na różne koty i wolał tego oszczędzić i sobie i innym. Zamiast tego podszedł do kotki, już na wstępie z lekkim uśmiechem. 
- Zanim gdziekolwiek dojdziemy to upadniemy zanim w ogóle wyjdziemy z obozu - Zaczął uśmiechając się lekko - Przy tej temperaturze z chęcią oddałbym komuś połowę swojego futra. 
- Postaraj się nie upadać, bo wtedy będę musiała cię ciągnąć. Nie obiecuję delikatności - Złota uśmiechnęła się szerzej, pokazując swoje zdrowe ząbki, które na pewno po wbiciu się w skórę mogły zostawić za sobą szlaczek. 
- Cóż, w takim wypadku moje grube futro będzie miało jakieś zastosowanie - Odpowiedział jedynie, już chwilę później dreptając z resztą grupy, gdy tylko Gęś dała znak na wyruszenie z obozu. Podróż nie była taka zła, jeśli wziąć pod uwagę postoje i próby trzymania się zacienionych miejsc, oraz pierwsze rozmowy, których zadaniem było utrzymanie jakiejś koncentracji, by nie zginąć w objęciach upału, który mimo wszystko malał z czasem, wraz z zachodzącym słońcem. Pomimo, że początkowa werwa była całkiem, całkiem, tak z czasem zaczynała stopniowo maleć, pozostawiając grupę w jakiejś ciszy. Jedynie Tuptająca Gęś zdawała się być w dobrym nastroju. Lotek po pewnym czasie spowolnił, zostając nieco w tyle grupy wraz z Cyranką, która pomimo dobrych chęci nie mogła nadgonić reszty z powodu swojej łapy. Lotek natomiast, miał zwyczajnego pecha z grubym futrem i kondycją. Zerknął ukradkiem na kotkę obok niego, chwilę później ślizgając się wzrokiem na miejsce, gdzie kiedyś była łapa. Przez myśl przeszło mu, że gdyby oddać jej łapę, to śmigałaby jako jedna z lepszych, a on mógłby cieszyć się i brakiem łapy i kiepską kondycją. Cyranka była idealnym przykładem zmarnowanego potencjału. Zaraz odwrócił wzrok, patrząc przed siebie na koty idące przodem. Chciało mu się pić i dawało to mało przyjemne skutki. Zaczynał być rozdrażniony, mało skoncentrowany i zwyczajnie zmęczony, przez co zahaczenia łapami o wystające trawy działały na niego jak dodatkowy rozdrażniacz. Zdziwił się jednak, gdy minęli oznaczenia graniczne. Zerknął na córkę Kawki, która wzruszyła tylko barkami, po czym na Gęś, która zdawała się wiedzieć co chce zrobić. W sumie, nie było w tym nic dziwnego, w dodatku ich głowy przykrył cień z koron drzew, więc kocur mógł na moment odetchnąć. Nie czuł się jednak spokojnie. Zaczynało być coraz ciemniej, cienie wydłużały się i wiły nieprzerwanie, tworząc niepokojące kształty. O ile nie bał się nocy na swoich terenach, tak na nieznanych ziemiach poczuł dreszcz przebiegający mu po plecach, pomimo wciąż wysokiej temperatury. Wziął jednak oddech, przyspieszając trochę by dogonić resztę grupy, z zamyśleniem patrząc na grube pnie, powoli i dziwnie poruszające się przez siłę powietrza. Gdzieś w tyle słyszał miarowy stukot łap Cyranki, które zlewały się z otoczeniem, tworząc jakąś dziwną harmonię, całkiem usypiającą. Szumiący wiatr potrząsający koronami drzew, który podobny był do spokojnej, dziecięcej kołysanki, zbyt późno dał znać o niebezpieczeństwie, które pozornie ukryte, było całkiem blisko. 

TW OPISY BRUTALNE 

22 października 2024

Od Piórolotkowego Trzepotu do Bagietki

 Wszedł do żłobka raczej powoli i niepewnie, rozglądając się na boki. Trochę czasu minęło, zanim się zdecydował kociaka odwiedzić. Musiał się przygotować mentalnie i mieć jakiś... pomysł. Improwizacja zazwyczaj mu nie przeszkadzała, jednak tutaj naszła go pewna myśl, która zdała się dla niego idealnym pomysłem i chociaż trochę się z tym.ociągał, w końcu udało mu się zrealizować swój mały plan. 
- Hej, Bagietko? - zawołał kociaka, wcześniej odstawiając na ziemię małe zawiniątko czymś wypełnione. Kociak albo go nie usłyszał, albo nie zobaczył. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, gdyż efekt był ten sam. Kompletny brak odpowiedzi. Nieco zmieszany, przez chwilę jeszcze stał w miejscu, by później podejść do bawiącego się kociaka i dotknąć go lekko łapą, chcąc zwrócić na siebie uwagę. 
- Bagietko?
Podskoczyło zaskoczone, a wzrok padł na starszego kocura, który przez gwałtowny ruch poczuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej, a sam momentalnie cofnął swoją łapę. 
- Pan wojownik?
- Heeej - uśmiechnął się unosząc łapę, uspokajając zaskoczone bicie serca, gdy sam się wzdrygnął przez gwałtowność kociaka. Ojej, zawału przez niego dostanie. - Jestem Piórolotek... znaczy, chyba nie wiesz kim jestem, ale ja tak jakby wiem kim jesteś ty, bo znam twoją mamę, ale tak jakoś wyszło... więc przyszedłem! Tak, bo wziąłem dla ciebie... oh, chwila. - Zaplątał się lekko w słowach, zrobił kółko ze dwa razy wokół własnej osi, szukając pozostawionego przedmiotu, który już po chwili wpadł mu w oko. Zaraz więc podszedł do niego, by znów położyć przedmiot przed kociakiem. Na zewnątrz może był to dość kiepsko zmięty liść, jednak w środku była cała masa kolorowych, wypłukanych szkiełek i muszelek.
Oczy kociaka otworzyły się szeroko. Takich cudowności jeszcze nie widziało. 
Jejku. Jakie piękne. Naprawdę dla mnie? Dziękuję! Dziękuję! - skakało podekscytowane.
- Cały ranek zbierałem! - pochwalił się, zaraz siadając i wykładając wszystkie kamyczki i muszelki w jednej linii - Jeśli postawisz je w świetle w odpowiednim momencie, zyskasz naprawdę wiele kolorów na ziemi. O, na przykład ten - wskazał na płaski, spory kawałek - ten by się nadał. O, i jeszcze tutaj... Niestety nie mam pojęcia, czy dałoby się je zlepić, by dawały kolorowe światło jednocześnie - przyznał ze smutkiem - Któryś ci się podoba najbardziej?
- Jejku jejku - z ekscytacji łapki przebierały coraz mocniej. Widocznie nie wiedziało już na czym się skupić.
- Aaa nie wiem nie wiem. Wszystko pięknie. Takie cudowneee... - jęknęło padając na ziemie łapką gładząc śliską tafle szkiełka. 
- A ty? Które lubisz?
- Chyba ten jeden tutaj, taki jasny niebieski. Gdyby położyć przy nim mniejsze żółte, wyglądałyby razem jak niebo pełne świetlików- wskazał łapą wybrany przedmiot, po czym się uśmiechnął. Wizja wydawała mu się niezwykle ciekawa i gdyby tylko znalazł więcej niebieskich i żółtych kawałków w różnych odcieniach i stworzył z nich wielki obraz... Może nazwać go wtedy tańcem świetlików?
- Ale prawda, śliczne są! I każdy ma zupełnie inny kształt, chociaż podobny z daleka. To czyni je wyjątkowymi, każdy na swój sposób! Można je nawet nazwać jakoś ładnie, wiesz? Są różne, więc można będzie je łatwo rozróżnić. O, ten wygląda mi... na Księżycowego Tancerza, a ten... a ten może na Figlarną Myśl? Co myślisz, pasują? Chcesz nazwać kolejne? - zaproponował, patrząc na kociaka zachęcająco. Chciał zbudować komfortową atmosferę, żeby kocię dobrze się poczuło. Było to jakieś ważne dla kocura, a pierwsze wrażenie już chyba zepsuł. Pozostawało mieć nadzieję, że w późniejszym czasie jakoś ładnie się ułoży, a kocię poczuje się tu chciane. Jak w domu, prawdziwym klanie, który przecież miał być ostoją dla kotów. Buzia Bagietki otworzyła się szeroko. 
- Paskowany Kamień - miauknęło zadowolone, wskazując na jedną muszelkę.
- Idealnie - stwierdził cieniowany - Myślisz, że jak będziemy wystarczająco cicho, to zaczną się między sobą komunikować?
Oczy młodego zabłysły światłem godnym słońca. Przyparło do ziemi, przykładając uszy ku magicznym przedmiotom.
- Coś... Coś słyszę!
- O! Co takiego? Myślisz, że są zbyt nieśmiali, by mówić głośniej?- spytał, samemu zniżając głowę, by położyć brodę na ziemi przy kamyczkach. 
- Chyba tak... - troszkę sie zasmuciło, nie chciałoby kamyczki, muszelki i szkiełka wstydziły się do nich odezwać. 
- Ja naprawdę was lubię i pan wojownik też jest bardzo miły, więc proszę mówcie głośniej. - wyszczerzyło ząbki do kamieni
Kocur uśmiechnął się pod nosem, chwilę później doznając rozjaśnienia. Zaraz uniósł energicznie głowę.
- Oh, poczekaj chwilę, wiem, co może pomóc im przemówić - po tych słowach wybiegł ze żłobka, wracając dopiero po chwili, niosąc w pysku, dość niezdarnie nieco większą muszlę o ciekawym kształcie, którą położył przed malcem - To tak zwany głos mniejszych muszelek. Mówi za nie, ponieważ jest większy i jego głos silniejszy, dzięki czemu możemy go usłyszeć. - wyjaśnił, jeszcze łapiąc głośniej powietrze przez swój pośpiech. 
Kocie podreptało zaciekawione. Dotknęło niepewnie łapką gładkiej powierzchni i czekało. Lecz nic się nie działo. Pochyliło się nad nią i już było nieco lepiej. Ale tylko nieco. Brewki się zmarszczyły. Czemu to nie wychodziło?
- Musisz przybliżyć ucho do tego otworu tutaj, tak mocno, mocno - poinstruował z uśmiechem. Niestety kocięta mają w zwyczaju branie poleceń na opak... lub zbyt dosłownie. Kocię posłusznie wykonało rozkaz, aż za bardzo, niemal pakując się w niewielki obiekt. Nic dziwnego, że efekt wyszedł przeciwnie niz zamierzony. Zamiast usłyszeć o czym szepta morze, rozległ się trzask, a coś ciepłego znalazło się na ich pyszczku.
Mina wojownika zrzedła, a sam przybliżył łapy do głowy Bagietki, jakby chcąc dotknąć zranionego ucha, ale jednak... jednak nie? Jakby była dookoła niego jakaś bariera. Sam Lotek bał się dotknąć rany. Co, jeśli coś pogorszy? Nie wyglądało to koszmarnie, ale nadal, kocięta nie powinny krwawić! Jeszcze z jego winy! Oh, co on narobił? A przecież chciał dobrze... tak ładnie szło, czemu znów coś zepsuł? Strach przeszedł jego ciało, gdy dotarły do niego możliwe konsekwencje, albo raczej ich przekoloryzowana wersja. Co ma spytać? Czy nic mu nie jest? Oczywiście, że jest! Wszystkie powszechne pytania zdawały się teraz tak głupie i nieodpowiednie, że zaraz z nich zrezygnował. Nie chciał robić kłopotów kociakowi, ani tym bardziej go zranić! Jak to będzie wyglądać? Głupi Lotek... Mogłem tego w ogóle nie przynosić. 
- O rany, rany! Nie tak, nie tak mocno - jęknął, chwilę później wstając z miejsca - Medyk... medyk. - zaczął mamrotać pod nosem, chwilę później biorąc kociaka za kark i wychodząc ze żłobka pospiesznym rokiem. Byle tylko nie zwracać uwagi, nie zwracać... 
- Co tu się stało? - Ton Różanej Woni skutecznie zadziałał na ruch uszu wojownika, które wylądowały po bokach. Odstawił kociaka na ziemię, jednak ten wcale nie wydawał się być medyczką przejęty. Bagietka podreptało łapkami zdenerwowane. 
- Pan muszelka nie żyje. Potrzebujemy pomocy! 
- Bagietka potrzebuje pomocy - naprostował wojownik, z jakąś żałością w głosie - Chyba zepsuliśmy mu ucho - Spróbował szybko wyjaśnić, a widząc wzrok Różanej, zaraz znów zaczął wyjaśniać - Znaczy, nie, że specjalnie. To nie ja-znaczy, po części ja, bo widzisz, przyniosłem mu muszelki do zabawy, ale jakoś tak naparł na jedną i jego ucho- 
- Pan Muszelka! - przerwał kociak. 
- Tak, i Pan Muszelka też, ale to teraz nie jest najistotniejsze. No i jego ucho tak skończyło. - Zakończył swoje wyjaśnienia. Nie spodziewał się miłych słów ani nawet milczenia, więc nie było dla niego zaskoczeniem, że dostał po pysku krótkim komentarzem. Przez cały czas wojownik siedział w kącie, starając się nie przeszkadzać, w milczeniu obserwując działania medyczki. Dopiero gdy skończyła i pozwoliła kociakowi wyjść, ten stanął przy dziecku Kazarki ze zmartwieniem wymalowanym na pysku. 
- Nic nie boli? - spytał niepewnie. 

<Bagietka?>

20 października 2024

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Mirabelki

 Kocurek długo nie mógł utrzymać powagi oraz swojej napuszonej uroczyście sierści, chwilę później szczerząc się jak głupi, z iskierkami w oczach. 
- Ojej jak ślicznie! Pfffft, myślisz, że-o, nie, nie tak. Chwila, zaraz - tu znów się wyprostował po chwilowym zmieszaniu, by dumnie unieść głowę - Odpowiedzialnie i... zaszczytnie, będę nosił owe miano! - ogłosił dumnie, po czym zerknął nieśmiało w stronę Mirabelki - A to też brzmi bardzo poetycko...
- No nie wiem… - wymamrotała skromnie - ale dziękuję. Powinieneś poznać moją siostrę, ona to dopiero ma talent do takich rzeczy!
- O, chętnie - odpowiedział żywo - Jak się nazywa?
- Migotka! W wolnych chwilach lubi wymyślać krótkie wierszyki, a czasem nawet i przyśpiewki!
- Już ją lubię - stwierdził, całkiem zaintrygowany - Myślisz, że damy radę się spotkać na następnym zgromadzeniu? Tak w trójkę?
- Och wiesz co, musiałabym się jej zapytać czy by chciała - przyznała. - Jest dosyć nieśmiała w stosunku do nieznajomych, ale nie wykluczam szans!
- O, rozumiem. Nic nie szkodzi! - odpowiedział kręcąc zaraz głową - Nawet jak nie na następnym, są przecież jeszcze inne zgromadzenia, oraz, no, to miejsce. Jeśli się przekona, mogę przyjść praktycznie w każdym momencie! Nie chciałbym w końcu naciskać czy coś, ważne, żeby czuła się komfortowo... nawet trochę ją rozumiem.
Kotka zmrużyła oczy, sztywno zmieniając swoją pozycję.
- Tak, tak… - potwierdziła cicho. - No, w każdym razie. Co z tym moim tytułem?
Niemal się zapowietrzył. Jak mógł tak zapomnieć?
- O racja! Tak, jeju, przepraszam, rozgadałem się, całkowicie mi uciekło. Hmm - zamyślił się, a z każdą kolejną sekundą czuł stres z powodu lecącego czasu, zamiast rzeczywiście myśleć nad ksywką. Westchnął zrezygnowany. Chciał nadać coś fajnego, żeby nie było rozczarowania. Może dać kotce kilka do wyboru? Czy nie byłoby tak lepiej, żeby sobie mogła wybrać wśród propozycji jej danych? 
- Myślę nad Trelem, może Trajkotem, ale czy to nie będzie oczywiste? O, Trajkot ma w sobie ,,kot", hah... - znów umilkł, marszcząc brwi w wielkim skupieniu - Znawca Trajkotów brzmi jak ,,znający trajkoczące koty". Albo jakby był znawcą plotkar? - przystawił łapę do pyska, przekrzywiając w bok głowę, z dłuższym ,,Hmm". - Chcesz być Siewcą dla Liści? - spytał, przekrzywiając głowę w drugą stronę, wpatrując się w futro kotki - Wyglądasz trochę jak jesienne liście. - wyjaśnił.
- O, Znawca Trajkotów mi się podoba! - Pokiwała głową z apropatą. - Szczególnie, że to pozostawia mnie bez skazy, jednocześnie sugerując, że zamiast tego mam wartościwe znajomości… - stwierdziła z zadowoleniem. - Siewcą liści? Hm… - Spojrzała na swoją sierść, jakby zapomniała, że ona tam istniała w pierwszej kolejności. - No chyba rzeczywiście pasuje, muszę przyznać.
-A więc dobrze, od teraz będziesz mieć dwa tytuły. Posyłam ku tobie błogosławieństwo świetlików! Od dzisiaj, Mirabelko, pod dwoma pseudonimami życie prowadzić będziesz. Witaj Znawco Trajkotów, Siewco dla Liści! Niech świetliki zawsze oświetlają ci drogę~
Parsknęła cicho. 
- To dla mnie zaszczyt. - Ukłoniła się lekko na potwierdzenie swoich słów. - To powiedz mi teraz, w jakich okolicznościach mamy się posługiwać tymi imionami? Czy są przypisane temu jakieś reguły?
-W sumie, po co się ograniczać? Nie musi być okazji by użyć fajnych tajemniczych imion - rzekł z pewnością.
- Masz rację - przytaknęła, chwilę po tym nagle rozszerzając źrenice. - Och, właściwie to minęło już trochę czasu odkąd zaczęliśmy rozmawiać. A ja zapolować dla rodzeństwa miałam! - Złapała się za głowę. - Chcesz jeszcze coś dodać czy…?
- O, nie no, leć. Jeszcze będą im burczeć brzuchy i co wtedy?
- Haha, no właśnie, jeszcze się mną poczęstują! - zażartowała. - To cześć!
- Pa, miłego!

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

Minęło trochę od poprzedniego spotkania, a Lotek nie wiedząc za bardzo co ze sobą zrobić w obozie, czasem wychodził poza niego, by pooglądać nowe tereny. Było tyle ciekawych rzeczy i krajobrazów, które chłonął natychmiastowo, łapiąc każdy skrawek słońca, wybarwiającego otoczenie. Soczysta, jasna zieleń wręcz wylewała się z drzew i traw i aż ciężko było nie patrzeć na owe cuda, które wprawiały w melancholię. Spokojny szum liści, świergot ptaków, delikatne promienie słońca, szum rzeki, trzcin. Oraz powolny spacer poza tereny, w poszukiwaniu ciekawych piórek, może roślinek, owadów? Nucąc sobie pod nosem spokojnie jakąś lekką melodię, w oczy Lotka wpadło pewne stworzenie, nieruchomo płynące w miejscu przy brzegu. Takie śliczne miało łuski... Wtem, pomyślał jeszcze o jednej osobie, która przypominała mu dawno opadłe liście, brązowe, zamieniające się w ziemię, z tymi bardziej kolorowymi na wierzchu. Niestety, komplement ten chyba nie przypadłby jej do gustu. Ale może ryba już tak? W końcu te łuski... i jedzenie jednocześnie! A nie chciał się też jakoś narzucać. Stał tak przez moment, zastanawiając się w ciszy. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

- Pssst! Mirabelko? - dało się słyszeć po drugiej stronie drogi jakiś niepewny szept. Czyżby to szybko szmery wiatru? Kotka odwróciła głowę w jego stronę, zaraz unosząc brwi. 
- Piórlotek? Co ty tutaj robisz?
- Przyniosłem ci rybę! - odpowiedział z najszczęśliwszym uśmiechem na pysku, na jaki było go stać. Czyżby to tęczowe narwale z motylkowymi skrzydełkami latały dookoła niego? A może to tylko wyobraźnia, w końcu połączenie ryby z jednorożcem wydaje się być dość ciekawym zabiegiem... Nie można jednak było zaprzeczyć szczęściu i dumie Lotka, który mógłby teraz oślepiać swoją niewinną szczęśliwością. Kotka rozwarła pysk z lekkiego szoku, widocznie nie wiedząc, co powiedzieć. Wzrokiem próbowała znaleźć pewnie ów zdobycz, ale nigdzie nie mogła jej zlokalizować. Cóż, kocur się nie dziwił, w końcu nie zawlekł jej aż do drogi, prawda?
- Ha ha… - wydała z siebie tylko.
Ten jednak już się w połowie obrócił, wcześniej zerkając na jedną i drugą stronę drogi by upewnić się, że nic nie jedzie. 
- To idziesz? - spytał, zerkając na kotkę wyczekująco, która po oglądnięciu się za siebie, sztywnym krokiem przeszła na drugą stronę drogi. Tymczasem Lotek, gdy upewnił się, że kotka już przechodzi i jest bezpiecznie, podreptał zaraz do miejsca, gdzie zostawił swoją zdobycz. Chwilę coś szmerał i szperał, kątem oka rejestrując pojawienie się szylkretowej, by potem zaprzeć się łapami i.... wyciągnąć z trawska całkiem spore bydle, którego podnieść za bardzo się nie dało, więc zostało ciągnięte po trawie, by zostać położone na otwartej przestrzeni, ze zmachanym zdobywcą stojącym obok, z szerokim, dumnym uśmiechem. Niestety nie miał ochoty jej unosić. Może gdyby był większy, to z chęcią by zaprezentował stworzenie, jednak z racji swojej aparycji dość marnej, wolał sobie oszczędzić wysiłku. W końcu i tak teraz wygląda wystarczająco ładnie, prawda? Mirabelka rozszerzyła oczy na ten widok. Przetarła je dla pewności, że nie ma zwidów, prawdopodobnie, ale to w niczym nie  pomogło – wielgachne stworzenie nadal leżało centralnie przed nią.
- Nie wiedziałam, że ryby mogą być takie wielkie - zdołała z siebie wykrztusić, po dłuższej ciszy.
- No, prawie mnie utopiła! - podzielił się szczęśliwy swoją relacją - Ale ostatnio coś mówiłaś, że musisz iść zapolować dla rodzeństwa, więc kiedy mi tak przepłynęła, to pomyślałem sobie oho! I tak to wygląda, no, ale przynajmniej ciepło jest, to nie zmarzłem bardzo jakoś. - W tym momencie ryba podskoczyła gwałtownie, z powrotem lądując na ziemi i łomotając jeszcze przez chwilę ogonem w nierównych odstępach - Ma chyba jeszcze drgawki pośmiertne - zauważył, patrząc się nań bez grama myśli, po kilku uderzeniach serca, gdy drgnął lekko przestraszony nagłym ruchem. Zaraz się jednak uspokoił wygładzając sierść w miarę upływu czasu, który spędzał na analizowaniu, czy rybiszcze na pewno jest martwe. Dało się nawet słyszeć głębszy wydech. Z resztą, nie tylko ryba go wystraszyła. Mirabelka pisnęła, gdy ryba wyszybowała w górę, momentalnie jeżąc swoje futro.
- Ma… co?! - Cofnęła się o kilka kroków tył. - Jak niby się rusza, skoro nie żyje!
- Czasem tak mają, ale spokojnie, naprawdę nie żyje - wyjaśnił szybko, unosząc lekko łapy - Widzisz? - poklepał rybę po boku - Nie oddycha! - dodał szybko. 
Po jej twarzy przemknęło czyste przerażenie, połączone z jednoczesnym obrzydzeniem.
- Nie rozumiesz! - krzyknęła w głębokim zdenerwowaniu. - Jeśli tak, to jeszcze gorzej!
Na pyszczku kocura pojawił się zmartwiony wyraz. Lekko zdezorientowany i skołowany.
- Czyli nie chcesz...? - spytał zmieszany, może przestraszony, ustrajając pyszczek w niemrawy wyraz. 
- Em, ja, ten, no - chaotycznie gestykulując łapą, nieskutecznie próbowała wyrazić swoje emocje - po prostu nie mogę, kiedy to się rusza.
Przekrzywił głowę w stronę ryby, by na nią spojrzeć, przez kilka milczących uderzeń serca. 
- Już się nie rusza.
Nieco wygładziła futro na swoim grzbiecie, jednak nadal pozostawała w bezpiecznym dystansie od martwego stworzenia.
- I jesteś pewien, że tak już pozostanie…? - zapytała z wahaniem. - Da się to jakoś określić, tak w ogólnie?
- No, widać po oczach i czy oddycha - stwierdził, patrząc na rybę - Ryby nie umieją za bardzo oddychać poza wodą. Znaczy, niby oddychają, ale jednocześnie się trochę duszą? Koty mają gorzej, pod wodą w ogóle nie możemy oddychać. 
- No dobra… - zmarszyła brwi w zdziwieniu - Ale mówiłeś od początku, że ona jest martwa i nie oddycha, a mimo to się ruszała.
- Przecież taki bażant jak go złapiesz, też czasem się jeszcze porusza - zauważył, marszcząc brwi, próbując sobie coś przypomnieć. - Ale nie, akurat tu myślę, że ma dość!
Spojrzała się na niego z pogłębiającym się wyrazem horroru na pysku.
- Mhm, mhm - wymamrotała cienkim głosem. - Na pewno masz rację.
-To ten... chcesz zjeść? Znaczy, wleczenie tego do obozu byłoby ciężkie, ale chyba dałabyś radę... a właśnie! Pytałaś swoją siostrę czy miałaby coś przeciwko spotkaniu? - dopytał, siadając przy rybie i patrząc wyczekująco na odpowiedź ze strony Mirabelki, jednocześnie z jakimś niepokojem w sercu. Może trochę przesadził z tą rybą? Znaczy, w pierwszym odruchu chciał po prostu być miły. Zobaczył stwora i zechciał go złapać, zawsze jakieś nowe doświadczenie! A może jednak niepotrzebnie? Może za wielka? Może powinien dać jakąś mniejszą rybkę ,,od niechcenia"? Ale przecież nie była od niechcenia, po prostu chciał być miły! Chociaż kotka wyglądała na bardziej przestraszoną, niż zadowoloną... może potem przeprosi. 

<Mirabelka?>