– Oh, to… to miło z twojej strony, Smoku. Miło, że mi wybaczasz, choć… nie do końca jestem pewien, czy jest taka konieczność…
– Aaa, w ogóle, to mam do ciebie splawę – przerwała. – Inteles.
Ożywiłem się nieco. Wytrzeszczyłem momentalnie oczy i nie spuszczając z niej wzroku czekałem na otrzymanie zadania. Muszę przyznać, że nieco się dzisiaj nudziłem. Nie zostałem przydzielony do żadnego patrolu. Na polowanie nie poszedłem, bo zimno, z resztą byłem wczoraj i przedwczoraj i przed przedwczoraj nawet…
– Uh. Tak? Słucham. W czym mogę ci…?
– Jesteś moim kolegą, plawda, Bolowiku?
– Um. Jestem…? – spojrzałem niepewnie w bok.
– Ugh. Ta-ak! – rzuciła tonem, jakby to było coś najbardziej oczywistego.
– A. To… to miłe w sumie. Nigdy chyba nie miałem prawdziwego kolegi. A… a może…?
Zamyśliłem się.
Faktycznie, nie ma zbyt wiele kotów, które mógłbym określić mianem kolegów. Może Iskrzyk albo Wrona…? Z Płatkiem rozmawiałem może raz czy dwa… Z Puchaczem trenowałem… Nie wiem, nie wiem…
– A wiesz, co lobią koledzy? Jak spędzają lazem czas?
– Uh. No… no, mógłbym wymyślić całą listę różnych… aktywności, ale domyślam się, że masz coś konkretnego na myśli…?
– Lobią innym psikusy i potem śmieją im się plosto w twaz! – oznajmiła radośnie Smok.
– Oh. Racja… I że ty chcesz… zrobić psikusa komuś, że tak ze mną…?
– Dokładnie! – potwierdziła. – Mam już nawet pomysł. Co ty na to, by… wepchnąć jakiegoś uczniaka w zaspę? Cały obóz by umalł ze śmiechu! Albo… albo! Podstawimy komuś łapę! I… i tez wpadnie w zaspę!
– Uh… No nie wiem. To dosyć… głupie – mruknąłem, patrząc w ziemię, marszcząc czoło. – Zbyt… zbyt proste.
– Ploste?! – oburzyła się kotka. A co, mas moze lepsy pomysł?
Uniosłem lekko brew.
Zerknąłem na Smoka.
***
Zaczaiłem się razem z moją nową koleżanką w punkcie obserwacyjnym, przy krzakach, skąd mieliśmy idealny wręcz widok na zejście z legowiska zwiadowców. Myślę, że wysiłek włożony w przygotowanie tego żartu w żaden sposób nie zostanie wynagrodzony spektakularnym finiszem, ale… ze spokojem można go uznać za jako tako akceptowalny.
Najpierw udaliśmy się po mech, który namoczyliśmy w wodzie z rozmarzniętego lodu. Następnie rozłożyliśmy go pod pniem drzewa i rozsmarowaliśmy dokładnie. Wskutek czego na dole wytworzyła się cienka warstwa lodu… Wszystko było gotowe. Czekaliśmy tylko na kogoś, kto zechciałby przetestować skuteczność naszego pomysłu…
Wtedy, jak na zawołanie, dostrzegłem wychodzącego z legowiska… Iskrzyka. Zdrapywał się powoli w dół pnia, wydawał się nieco zaspany.
– Idzie! Pats, Bolowiku, idzie! – wyszeptała kotka, potrząsając mną lekko.
Skrzywiłem się. Wbiłem mocno pazury w ziemię w wyczekiwaniu. Mój ogon zaczął sam z siebie lekko drżeć na boki.
Kremowy kocur, niczego nieświadomy, zeskoczył z pnia na ziemię, gdy był już wystarczająco blisko podłoża i… momentalnie stracił jakąkolwiek przyczepność, przez co wylądował pyskiem w zaspie…
Usłyszałem, jak Smok, skulona obok mnie, z trudem tłumiła nagły napad śmiechu. Pacnąłem ją ogonem w grzbiet, chcąc ją uciszyć, choć sam niemal parsknąłem.
Iskrzyk podniósł się z ziemi i gniewnie otrzepał śnieg z pyska, jednak on, jak na złość, miał dziś wyjątkowo zbitą strukturę i nie chciał się odkleić. Kocur zaczął rozglądać się dookoła, zdezorientowany.
– Ugh! No dobra! Kto jest takim żartownisiem, co?! – warknął, chyba nieco zirytowany.
<Smoku…??? Co teraz…???>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz