Przeszłość
Pamiętał ten dreszczyk emocji, gdy jego łapa znalazła się na terenach Klanu Burzy, tuż po tym, jak o mało co, nie został zgnieciony na papkę przez ogromnego Potwora.
Leżał w rowie po drugiej stronie Drogi Grzmotu, otulony ze wszystkich stron przez pachnące wrzosy, a przy uchu bzyczała mu pszczoła. Mało brakowało, a pognałby na oślep poprzez zielone połacie Klanu Burzy, mając nadzieję, że uda mu się trafić na znajomy pysk Łzy lub Zewu, którzy teraz powinni mieć dodany do swoich imion człon Łapa. Nie mógł się doczekać, aż dopadnie do nich i wtuli się w ich czarną sierść. Chciał również poznać ojca, dziadka, babkę, ciotki, wujków i kuzynów, o ile takowych miał.
Jednak, gdy tylko podniósł się na równe łapy, gdzieś z tyłu głowy zapaliła mi się lampka. Może lepiej nie pojawiać się niezapowiedziane, nawet jeśli był kocięciem z sojuszniczego miotu? W końcu wojownicy z klanu ojca nie mieli zielonego pojęcia, jak on wygląda! Mogliby uznać, że jest samotnikiem, chociaż raczej jego wiedza na temat Owocowego Lasu i informacji dotyczących sojuszniczego miotu przeważałaby na jego korzyść, że jednak naprawdę jest jednym z tych kociąt, których rodzicami są zastępca Zawodzące Echo oraz szamanka Purchawka.
— Gończyku! Gończyku!
Modrogończyk powrócił na ziemię szybciej, niż tego pragnął za sprawą głosu matki, który dobiegał z terenów Owocowego Lasu. Nie powiedział jej o tym, że pragnie złożyć wizytę rodzeństwu, chcąc się upewnić czy, aby na pewno są dobrze taktowani w klanie.
Rezygnując z dalszego zapuszczenia się w nieznane tereny, kocurek grzecznie odczekał, jak po Drodze Grzmotu przetoczy się niewielki Potwór, po czym pośpiesznie przebiegł na drugą stronę, kierując się w stronę, z której dochodził głos matki.
— Tutaj jestem! — zawołał, wyskakując spomiędzy wysokiej trawy, trzymając w pysku bylicę.
~~~
Modrogończyk z przerażeniem wpatrywał się w dogasające ogniste języki, które próbowały jeszcze przedrzeć się przez Drogę Grzmotu, nim zostaną całkowicie zmyte przez deszcz. O mało co nie wypruł przed siebie, gotów wskoczyć pomiędzy spaloną ziemię po drugiej stronie. Śnienie w ostatniej chwili złapał kocurka za kark, przytrzymując go, gdy w tym samym czasie Kolendra zasugerował powrót do obozu, aby poinformować pozostałych, w szczególności lidera o tym, czego byli świadkami i ustalić kolejny plan działania wobec pomocy sojusznikom.
— P-puść mnie! — burknął Gończyk, niezadowolony z faktu, że Śnienie uratował mu życie przed spaleniem żywcem. — M-mamo! Zew i Łza mogą być w niebezpieczeństwie!
~~~
Czereśnia zwołał zebranie, na którym zadecydował o wysłaniu patrolu na tereny Klanu Burzy, w którego skład wchodziła jego matka oraz mentorka, Purchawka, jak i Hiacynt oraz Topola. Do tej pory Modrogończyk przylegał do boku siostry, zmartwiony o sytuację pozostałego rodzeństwa. Ich teren, że wszystkich stron otaczała, wysoka i sucha trawa. A z rozmów starszych wiedział, że taka trawa szybko stawała w ogniu, czego był sam świadkiem, stojąc przy Drodze Grzmotu.
— C-czy mogę iść z wami? — spytał, wysuwając się naprzód i wpatrując się w lidera swoimi dużymi oczami, w których dało się dostrzec łzy. — Proszę. Jeśli są jacyś ranni, pomogę mamie i medykom klanu w ich opatrywaniu... Muszę na własne oczy zobaczyć, czy Łza oraz Zew są bezpieczni... czy im nic nie jest.
Czereśnia wyraził zgodę na dołączenie ucznia w skład patrolu, przypominając dodatkowo, aby Owocniacy pamiętali o tym, żeby na pierwszym miejscu stawiać swoje zdrowie, jak i życie. Gończyk miał wrażenie, że słowa starszego były skierowane tylko do niego, być może przez fakt, że na oślep chciała się rzucić z pomocą sojusznikom, ignorując zagrożenie swojego zdrowia.
— Czy ja również mogę iść? — Wśród zebranych kotów rozeszły się szepty, gdy naprzód wysunął się czarny kocur, dokładnie ten sam, którego Gończyk był dłużnikiem w związku uratowaniem przez niego życia młodemu szamanowi. Kolendra skinął głową w kierunku swojego ucznia, pozwalając mu udać się z pozostałymi na zwiad.
Nim patrol składający się z Purchawki, Topoli, Hiacynta, Śnienia oraz Modrogończyka wyruszył w kierunku Drogi Grzmotu, brązowy kocurek ponownie zbliżył się do łaciatej kotki.
— Jak tylko wrócę, od razu przekaże ci wszystkie informacje na temat Łzy oraz Zewu — zamruczał cicho, wręcz uspokajająco. — Wszechmatka oraz Klan Gwiazdy ma ich w opiece, więc na pewno są cali i zdrowi... — Tym razem również siebie pragnął uspokoić, gdyż to, co widział na własne oczy, miało się nijak do opisu, którym podzielili się z pozostałymi.
~~~
Dotarcie do obozu Klanu Burzy zajęło im dłużej, niż Gończyk przypuszczał. Jednak ciężko było się poruszać poprzez zgliszcza, uważając przy tym, aby nie oparzyć sobie łap. Gdyby nie Skruszona Wieża, czy właściwie jej pozostałości oraz potwierdzenie Purchawki, że dotarli na miejsce, kocurek nigdy by nie zgadł, że znajdują się w obozie klanu, czy też w miejscu, które kiedyś nim było.
Brązowy kocurek wysunął się naprzód, ignorując nawoływanie matki, po czym zbliżył się do miejsca, które oprócz zapachu spalenizny miało w sobie charakterystyczną słabą woń. Żłobek. Ten spalony pień, jak i częściowo zasypana nora kiedyś była żłobkiem, w którym jego rodzeństwo zamieszkało, tuż po tym, jak zasili szeregi Klanu Burzy. Pozwolił sobie uronić parę łez, z trudem akceptując fakt, że dom jego ojca, jak i rodzeństwa przestał istnieć.
Przez chwilę przeszukiwali gruzy oraz przesuwali na boki spalone gałęzie, aby się upewnić czy pod nimi nie ostał się żaden kot, jednak na szczęście najprawdopodobniej klan został w porę opuszczony, na co wskazywał również świeże liczne ślady odcisków łap kotów w różnym wieku w wypalonej ziemi.
Gdy mieli ruszyć tropem mieszkańców tutejszych terenów, spostrzegli zbliżające się w ich kierunku dwie postacie, które z każdym uderzeniem serca stawały się większe.
~~~
Łza oraz Zew, czy właściwie Łzawa Łapa oraz Milknąca Łapa żyli i byli cali i zdrowi. Jeśli nie liczyć stresującej sytuacji, w której się znaleźli, mieli się dobrze. Modrogończyk poczuł ulgę, pozwalając sobie na łzy radości. Gdy Purchawka rozmawiała z Zawodzącym Echo, a właściwie już teraz Zawodzącą Gwiazdą oraz Wdzięczną Firletką, kocur zdecydował się na spędzenie czasu ze swoim rodzeństwem, z którym został rozdzielony, aby zacieśnić sojusz między dwoma tak różnymi, a jednak podobnymi społecznościami.
— Proszę. Zaradczo wzięliśmy kępkę ziół, które mogą się przydać rannym. Przybyliśmy jak najszybciej, gdy tylko ogniste języki zgasły. — Podsunął pęczek siostrze, która podobnie, jak i on teraz kroczyła ścieżka uzdrowiciel, chociaż właściwie ścieżka Gończyka była bardziej duchowa. Nieco zmarszczył nos, zostawiając się, czy Łza naprawdę wierzyła w Gwiazdy na niebie, jednak nie zdecydował się rzucić żadnej wrednej uwagi, odnośnie drugiej z wiar. — Jestem pewien, że Pan Czereśnia wyśle kolejny patrol, w którym przyniesiemy wam wszystko, czego potrzebujecie, a co zostało strawione przez ogień... — A jeśli nie, on sam miał zamiar złożyć kolejny raz rodzeństwu wizytę pod pretekstem przeniesienia im medykamentów, pożywienia czy innych materiałów. — Czyli co, gdzie teraz będziecie mieszkać? — zmienił nieco temat, spoglądając na zrujnowany obóz tuż za plecami. Już miał zaoferować rodzeństwu powrót do Owocowego Lasu na czas jego odbudowy, gdy siostra odpowiedziała na pytanie.
— Pod ziemią. Jestem pewna, że gdy tylko zadomowimy się na dobre, otrzymasz zaproszenie od naszego ojca. Ty, Psianka i mama — mruknęła Łza. — Na moim mianowaniu musicie być obecni, bo to ja pierwsza z nas wszystkich ukończę trening i będzie to uroczyste wydarzenie, nie tylko dla Klanu Burzy, ale również dla Owocowego Lasu — mówiąc to, przejechała językiem po swoim czarnym futrze.
— Mamy w podziemiach taką dużą przestrzeń, w której przeprowadzona jest Ceremonia Dorosłości. Wojownicy, medycy i inni wraz z ukończeniem treningu odciskają swój ślad na specjalnej ścianie — dodał spokojnym tonem Milknąca Łapa, precyzując tym samym, czym tak właściwie miało być to uroczyste wydarzenie, o którym wspomniała Łzawa Łapa, wątpiąc w to, aby było również uroczystym wydarzeniem dla kotów żyjących w Owocowym Lesie, który opuścili, mając cztery księżyce.
— A-ha. To chyba macie tam całkiem przytulnie. Dobrze, że mieliście dodatkowe schronienie pod ziemią, w którym możecie zacząć od nowa. Stary obóz, czy właściwe to, co z niego zostało, nie nadaje się do ponownego zamieszkania, nawet po odbudowie... Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że wam nic nie jest – mówiąc to, wślizgnął się pomiędzy brata oraz siostrę, pozwalając sobie ich przytulić, chować pysk na zmianę w ich futrach. Ich zapach się nieco zmienił, ale to wciąż byli oni.
Wszechmatka, a być może nawet ten Klan Gwiazdy, w który Burzacy wierzyli, czuwał nad nimi. I szczęście w nieszczęściu, pomimo śmierci kilku wojowników, jak i dziadka, o czym dowiedział się w drodze powrotnej od Purchawki, zapewniono bezpieczeństwo jego rodzeństwu. Byli cali i zdrowi. Żyli. Ich serca głośno biły. To na ten moment liczyło się dla niego najbardziej jak żadna inna sprawa.
Kątem oka dostrzegł jak niebieski point oraz cały czarny kocur rozmawiają z jednym z niecodziennie wyglądającym kotów stojącym w okolicach wejścia do starego obozu. Biały kocur do złudzenia wyglądał jak postać królika z jego dziwnego snu. Jego futro było śnieżnobiałe, podobnie, jak to Mistral, jednak różnica była w kolorze oczu – w zachodzących promieniach słońca mieniły się czerwienią. Może później podejdzie do nieznajomego i zapyta się o jego imię? Czyżby był jakimś Królikiem albo Króliczym czymś? Słyszał, jak Hiacynt oferuję pomoc sojusznikowi, gdy w tym samym czasie Śnienie zacisnął pysk, przybierając nieodgadniony dla Modrogończyka wyraz twarzy.
[trening szamana – 1457 słów]
[29%]
🍃🌿🌱
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz