Łzawa Łapa siedziała nad niewielkimi kupkami ziół, przekładając kolejne listki i łodyżki z miejsca na miejsce z takim znużeniem, że wyglądała niemal jak więzień skazany na wyjątkowo nużącą karę. Leżąc na brzuchu, leniwie przesuwała łapą pęczki nagietka, szczawiu i kocimiętki, by po chwili znów ułożyć je dokładnie tam, gdzie leżały wcześniej. Jej ogon ospale uderzał o kamienną posadzkę, a niebieskie oczy raz po raz wędrowały ku wejściu do lecznicy, jakby liczyła na to, że za chwilę pojawi się jakiś pacjent i wybawi ją od wszechogarniającej nudy.
Firletka wyszła niedawno z obozu, chcąc uzupełnić zapasy kilku brakujących ziół, przez co zostawiła swoją uczennicę samą. Łza nie cierpiała samotności, a dziś ledwie wystawiła nos poza legowisko medyków — podziemny obóz z każdym dniem wydawał jej się coraz bardziej przygnębiający. Nie potrafiła przywyknąć do niekończących się korytarzy, które zdawały się wić bez żadnego ładu ani składu, ani do wszechobecnej wilgoci, unoszącej się w powietrzu mimo silnego zapachu ziół. Brakowało jej szumu trawy i ciepła promieni słonecznych, których w tych paskudnych tunelach nie dało się zastąpić niczym.
Dopiero cichy odgłos kroków wyrwał ją z zamyślenia. Niemal natychmiast uniosła głowę, a gdy w wejściu dostrzegła znajomą, srebrzystą sylwetkę, na jej pysku pojawił się szeroki uśmiech.
— Kurza Łapa! — zawołała z wyraźnym entuzjazmem, po czym szybko podbiegła do ucznia kronikarza. — Cześć! Co tam? Przyszedłeś mnie odwiedzić? A może masz ochotę ponabijać się ze mną z Milczącej Fajtłapy? Hihi!
Srebrzysty uczeń odwzajemnił uśmiech, lecz niemal od razu zaniósł się kaszlem, który odbił się echem od kamiennych ścian lecznicy. Łza odruchowo zmarszczyła nos. Choć z początku liczyła na zwykłą wizytę znajomego, teraz nie miała już większych wątpliwości, że przyprowadziła go tutaj choroba.
— Hej... — wydusił pomiędzy kolejnymi kaszlnięciami. — Jak chyba zdążyłaś zauważyć, załapałem coś nieciekawego. Ale wiesz... z tego drugiego też bym nie zrezygnował.
Łza przechyliła głowę, udając głębokie zastanowienie.
— Na nabijanie się z Milczącej Fajtłapy jeszcze przyjdzie czas — odparła z rozbawieniem. — Chociaż muszę przyznać, że z twoim charkaniem wyglądałoby to naprawdę komicznie.
Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i podeszła do składziku z ziołami. Przez chwilę przeszukiwała kolejne pęczki suszonych roślin, aż w końcu odnalazła kocimiętkę, której intensywny zapach natychmiast wypełnił niewielką jaskinię. Z ostrożnością wyjęła kilka listków, po czym wróciła do przyjaciela i podsunęła mu je niemal pod sam nos.
— Proszę. Zjedz, zanim uznam, że specjalnie zachorowałeś, żeby mnie odwiedzić.
Kurza Łapa parsknął cichym śmiechem, który niemal natychmiast przerodził się w kolejną falę kaszlu. Skrzywił się, po czym bez większego marudzenia pochwycił podaną mu kocimiętkę i zaczął ją przeżuwać.
— Tooo do zobaczenia później? — mruknął, gdy przełknął już ostatni listek.
— Mhm, papatki!
[423 słowa]
wyleczeni: Kurza Łapa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz