BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lulkowe Ziele x Śnieżna Mordka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lulkowe Ziele x Śnieżna Mordka. Pokaż wszystkie posty

30 września 2025

Od Śnieżnej Mordki CD. Lulkowego Ziela

Nie od razu wojowniczka zauważyła, jak bardzo obruszony i rozeźlony wydawał się jej komentarzami świętoszkowaty ogrodnik. Czasami bywał taki nijaki! Nie bywał w tłumie, nienawidził chaosu, który wiązał się z jego licznym rodzeństwem — wężynowymi pomiotami rodem z Mrocznej Puszczy i irytował go rozgardiasz. Czy kot tak skrupulatny mógł być takim fatalistą? Rozmowa z takim smutasem wcale nie przynosi szczęścia, a już na pewno nie komuś, kto nie chce pracować w pełnym słońcu i wolałby po wylegiwać się na brzegu rzeki. Niefrasobliwie poruszyła wąsami, prowadząc z nim dalszą, uprzejmą rozmowę.
Po wspaniałym geście, jakim było uśmiechnięcie się, musieli wrócić po więcej kamieni na wyspę. Źródełko wody wyglądało prawie całkiem nieskazitelnie, ale dalej brakowało mu czegoś, co wzmocni ścianki i je otoczy.
— Jak dobrze w końcu spędzić z tobą chwilkę czasu, Luleczku! Myślałam, że już nigdy nie uda nam się porozmawiać w cztery oczy. Widzisz sam, jak się dzieje, Luluniu. Ciągle tylko Rosiczka, ciągle tylko Wężynka! Ja chyba nie miałam czasu rozmawiać z moimi cudownymi pobratymcami. A członkowie Klanu Nocy mnie kochaaaaają! Kocham ich za to, że mnie kochają, a oni kochają mnie za to, że ich kocham — wymruczała radośnie, odsłaniając rząd równych, białych i ostrzejszych niż pazury ząbków. Spod przymrużonych powiek przez chwilę przyglądała się, jak biało-czarny kot ogląda kamienie. Wydawał się taki nieszczęśliwy, a przecież w Klanie Nocy było tyle powodów do szczęścia. Jak mógł być nieszczęśliwy?
— Weź te. Są dobrej wielkości, aby umocnić wzmocnić ścianki źródełka. Jeśli się ruszysz, to skończymy to nim zajdzie słońce — odparł krótko. Jaki on był brutalnie bezpośredni! Śnieżynka nie traciła czasu, toczyła kamień po kamieniu, coraz bliżej ich miejsca pracy. Ogrodnik wędrował gdzieś za nią, również tocząc kamienie. Jak on to robił? Jaki wielofunkcyjny! Był silniejszy niż Tojadowa Kryza, zajmował się roślinami.
— Od zawsze jesteś taki utalentowany? Ukrywałeś się czy coś? To ładne, ile rzeczy umiesz zrobić. Nie musisz się ukrywać, bo wszyscy myślą, że jesteś głupszy i mniej sprawny niż jesteś naprawdę! Twoje rodzeństwo jest takie ciekawe, przy nich wyglądałeś jak cieniaaaas! A nim nie jesteś, prawda, Luleczku? — Wymruczała, gdy jej ogon smagał jego bok przy źródełku. Zajęcie powoli zaczynało dobiegać końca, a kotka nudziła się przekładaniem kamieni z jednego miejsca na drugie. — Ale z ciebie zagadka! Uwielbiam zagadki! 
Ogrodnik zatrzymał się. Srebrna pręguska mogła przez chwilkę usłyszeć, jak jego oddech ustaje, nim głęboko westchnął. Gdy przeniosła na niego wzrok, jego brwi były zmarszczone, powieki przymknięte, uszy położone po sobie, a pysk wyrażający ewidentne oburzenie. Po co były mu te nerwy? Przecież nie chciała źle, tylko stwierdziła fakt! Cały klan podejrzewał, że ten kocur to jakiś rybi łeb, dopóki się nie wykazał. Chyba nie sądził, że w oczach swojego rodzeństwa, z którym tak często rozmawiała, był jakimś geniuszem!
— Ja nie myślę o tobie jak o czubie. Po prostu czasami dajesz odczuć wszystkim wokół, że z ciebie amator kwaśnych jabłek. Żaden z ciebie frajer. Może trochę gbur i łososi móżdżek z ostami na zadzie, ale nie, żeby mi to przeszkadzało. Kiedyś ktoś mi powiedział, że ja też nie jestem najjaśniejszą gwiazdką na tym niebie, ale co to znaczy? — Wzruszyła ramionami, — Nie jestem pomyleńcem malinowym, ty chyba też nie.

< Lulku? >
Event: Wniesienie na wyspę kamieni, mających otaczać źródełko wody i wzmacniać jego ścianki

Od Lulkowego Ziela CD. Śnieżnej Mordki

Juniorka, ta podła zdrajczyni!... Jakby sama jeszcze miała czym się chwalić w tej materii! Czyżby naciągała go na te pełne wyznań, zakrawające o emocjonalny ekshibicjonizm rozmowy tylko po to, aby później dzielić się ich pikantnymi szczegółami ze swoimi przyjaciółeczkami? Myślał, że mógł jej ufać, nawet, jeśli zazwyczaj się nie dogadywali — a ona tak perfidnie, wszem i wobec rozpowiadała jego sekrety! I to jeszcze kotce, której obecności wręcz nie trawił!
"Też mi siostra..." — burknął w myślach, marszcząc brwi i układając patyki. Początkowo chciał ją zignorować, ba, może nawet wymienić się jakimiś podstawowymi uprzejmościami — tak, żeby ten podły wszechświat zauważył, że chociaż się stara — ale ta zniewaga wymagała rozlewu krwi. 
Poza tym, on wcale nie narzekał na swoje życie towarzysko-uczuciowe — lub też, raczej, jego brak. Sam miał się świetnie, doprawdy. Te idiotyczne przytyki srebrna mogła sobie wsadzić pod ogon... I ona nie wydawała się cieszyć większym powodzeniem, zwłaszcza biorąc pod uwagę krążące po obozie plotki o jej wielu zauroczeniach. On przynajmniej nie pozostawał w stanie wolnym ze względu na nieudolne próby znalezienia swej bratniej duszy, a z wyboru. To zdecydowanie był mniej żałośniejszy z tych dwóch powodów — przynajmniej w jego głowie. Zresztą, nie wiedział nawet, czy rzeczywiście chciałby kiedykolwiek się z kimś związać. To wszystko wydawało się... okropnie skomplikowane, a wiążący się z tym bagaż emocjonalny na pewno nie podziałałby dobrze na jego — i tak już niespokojny — umysł.
Spojrzał więc na nią w odpowiedni sposób — jak na mysi móżdżek, którym była — i westchnął przeciągle. Jego wąsy poruszyły się delikatnie wraz z wpełzającym na jego mordkę, gorzkim grymasem. 
— Jeśli już kogoś obgadujesz, to przynajmniej się do tego przy nim nie przyznawaj... — miauknął cicho, kontynuując pracę, starając się skoncentrować na powierzonym mu zadaniu. Był to jednak nie lada wyczyn...
— Phi! Masz minę, jakbyś zjadł coś obrzydliwego. Wiesz, jak śmiesznie wyglądasz? — Zaniosła się chichotem, zupełnie ignorując jego wcześniejszą wypowiedź. Zamrugał kilka razy. Już sam nie wiedział, czy głowa bolała go od niedoboru maku, czy od letalnej dawki głupoty, którą właśnie dostarczał swoim nerwom. — Jak taka żaba... Albo ropucha. Tak, jak ropucha. One mają takie mordy!
Nawet nie wiedział, co miał na to odpowiedzieć. Czy ona go obrażała? Czy starała się jakoś zagaić konwersację? Czy naprawdę jego siostry dostrzegały w tej siwej kupie futra jakiekolwiek pokłady uroku osobistego? 
— Ta... — Jedynie pokiwał biało-czarnym łebkiem. Odwrócił wzrok. Jego łapki i pyszczek wciąż pracowały nad wzmacnianiem konstrukcji żłobka, ale jego spojrzenie skupiło się na grupce kotów pod przewodnictwem Mandarynkowego Pióra. Dryfująca Bulwa, Żmijowcowa Wić, Szałwiowe Serce, Kropiatkowa Łapa oraz Niezapominajkowa Łapa dzielnie wtaczali kłodę, która miała posłużyć w przyszłości jako część legowiska starszyzny. Chociaż wydawało się, że była to jałowa robota — Kolcolistne Kwiecie, jego jedyny lokator, krzątał się dookoła nich, widocznie niezadowolony z tak widocznego wykluczenia go z prac. Pewnie jakby mu pozwolili, to sam odbudowałby ten obóz i poszłoby mu to znacznie sprawniej, niż im...
— Ej, Luluś... O jacie, ale to uroczo brzmi. Lulkowe Ziółko też. Szkoda, że tak cię nie nazwali! Może wtedy byłbyś weselszy. — Śnieżna Mordka dała mu lekkiego kuksańca, który, zważając na jego obecny stan, zabolał znacznie bardziej, niż powinien. Syknął cicho, na co srebrna tylko cicho się zaśmiała, zapewne myśląc, że celowo dramatyzował. — Patrz, już prawie skończyliśmy! No, uśmiechnij się chociaż raz! Jeny, niszczysz mi nastrój tą swoją obrażoną miną...
Pokręciła głową i jęknęła cicho, wracając do pracy. Rzeczywiście, uporali się z tym dosyć szybko. Ale nie mógł złapać oddechu. W momencie, gdy już chciał odejść, poczuł ubrudzoną gliną łapkę, pacającą go kilka razy w bok. Odwrócił mordkę, mierząc ją wzrokiem.
— Przy źródełku brakuje kilku kamyczków... A ty chyba lubisz kamienie? W żłobku zawsze je zbierałeś. I potem też widziałam, jak ukradkiem kitrałeś je za każdym razem, gdy znalazłeś jakiś fajny. Więc chodź, poszukajmy ich! — miauknęła, nieco zbyt entuzjastycznie na jego gusta. — No, nie dawaj mi takiej miny... Szybciej!
Nie czekając na jego odpowiedź, popchnęła go do przodu i poszła za nim, nucąc pod nosem jakąś wesołą melodyjkę. Był zbyt zdezorientowany, zirytowany i niewystarczająco przytomny, aby zaoponować. Posłusznie podążył więc wraz z nią, pomagając jej wybrać odpowiednie skałki, grzecznie kiwając głową za każdym razem, gdy coś mówiła, dając choćby złudzenie rzeczywistego słuchania swojej towarzyszki. Ostatecznie nie mógł krytykować jej doboru głazów — były małe, ale nie za małe, poręczne i całkiem ładne, ciemne. Woda wydobywała z nich jeszcze głębszą, czarnawą barwę. Ślicznie wyglądały z resztą kompozycji, a wpasują się jeszcze bardziej, gdy zdąży je już obrosnąć mech. Co prawda nie wypowiedział tych słów na głos, ale jego spojrzenie złagodniało nieco, gdy wraz ze swoją przymusową towarzyszką przyglądali się swojemu dziełu. Nawet na chwilę zapomniał o bólu głowy...
— Aaaa, w końcu się uśmiechnąłeś! Widziałam to, widziałam!
... Po to, aby już uderzenie serca później ten na nowo się przypałętał.

<Śnieżka?>
Event: Wniesienie na wyspę kamieni, mających otaczać źródełko wody i wzmacniać jego ścianki, Wtoczenie na wyspę pnia, mającego stanowić część nowego legowiska starszyzny 

Od Śnieżnej Mordki CD. Lulkowego Ziela

Śnieżnej Mordce czas płynął prędko. Od powodzi wydarzenia i rekonstrukcja obozu działy się w takim tempie, że nie miała ani chwili, by oddać się swoim zwyczajowym zajęciom. Przed powodzią większość wolnego czasu spędzała… bezczynnie. Była absolutnie bezczynna w swojej błogiej bierności. Leżała przy rzece, obserwując jak gruby, puszysty trzmiel w idealne żółte lub pomarańczowe pasy huśta się z trzciny na trzcinę. Pozostawała też stałym bywalcem na kolorowej łące, gdzie nie było tyle kudłatych owadów, ale gdy zamierała w bezruchu, mógł usiąść na niej motyl. Całe dnie poświęcała na ganianie łuskoskrzydłych pośród kwiatów albo na podglądanie małych rybek w niskich szuwarach. I wszystko to robiła z Rosiczkową Kroplą lub w akompaniamencie monologów Wężynowego Splotu. Teraz czas nagle pędził. Wszystko było przenoszone z miejsca na miejsce, dziury były łatane, gałązki miały wypełnić pustki w ścianach kociarni czy innego legowiska. Przy kociarni pojawił się już spory stos patyków i większych gałązek.
Algowa Struga w pocie czoła rozstawiała każdego, kto miał wolne łapy po kątach i przydzielała co raz, to nowsze zadania. Wojowniczka z coraz to bardziej przemijającym zapałem oczekiwała na swoje następne zadanie. Gdzieś obok większa grupa wojowników wtaczała do obozu skały. Sprawa stała się jasna, jak woda w rzece, gdy kiężniczka skinęła w stronę legowiska dla najmłodszych członków Klanu Nocy. Przy stercie potrzebnych materiałów znalazł się już nie kto inny, jak wielki ogrodnik — Lulkowe Ziele. Dzień zapowiadał się naprawdę interesująco. Czy była skazana na każde z Wężyniątek po kolei? Co za pech! Pozdrowiła go krótko, nim zabrała się za wybór patyka, nie skupiając się zbytnio na jego osobie i obecności.
— Będziemy umacniać ściany, hm? Fajowo! — miauknęła, przechylając głowę na bok i uśmiechając się w możliwie jak najbardziej zachęcający sposób. — Nie wiem, czemu padło na mnie, Algowa Struga chyba zrobiła to dla żartu! Przecież ja nie wiem, jak umacnia się ściany. Widziałam, jak robi to Dryfująca Bulwa, ale robić a widzieć to chyba nie to samo. A zresztą! Zresztą ja w ogóle nie widziałam tego za dobrze — wymamrotała na jednym oddechu, po czym przeniosła wzrok na widoczne ubytki w ścianach żłobka. Patyków brakowało… praktycznie wszędzie. Z brakiem przekonania wplotła jedną z gałęzi w lukę. Lulkowe Ziele nie wyglądał na ugłaskanego ani jakby mu zaimponowała. Jego reakcja była zupełnie rozczarowująca.
— Oh, no chodź! Nie bądź właśnie taki. Zawsze jesteś takim ponurakiem, Lulkowe Ziółko? Nie dziwię się, że Wężynka tak często komentuje twoje życie romantyczne! — dodała bez zastanowienia — Jak masz sobie kogoś znaleźć i być lubiany, jeśli jesteś taki niezainteresowany? To głupie, pomóż mi.

< Lulkowe Ziele? >
Event: Umocnienie ścian żłobka

29 września 2025

Od Lulkowego Ziela do Śnieżnej Mordki

TW: opisy uzależnienia, myśli rezygnacyjne

Las tego dnia był zupełnie spokojny. Nie słychać było śpiewu ptaków czy cichego przemykania płochliwej zwierzyny. Nawet wiatr zamilkł zupełnie, pozostawiając gałązki drzew w stagnacyjnym bezruchu. Pomimo pełnego rozkwitu trwającej w najlepsze Pory Zielonych Liści, całe otoczenie wydawało się... martwe. I puste. Jakby całe życie z niego uleciało, skryło się w bezpiecznych chłodach norek, jam i dziupli, uciekając przed okrutnym skwarem i bezlitosnym słońcem. Jedynie gady spoczywały nieruchomo na ciemnych skałach, rozkoszując się nieznośną dla innych aurą, pochłaniając ciepło całością swych malutkich ciałek. Nie sprawiało to jednak, że wojownicy Klanu Nocy mogli w spokoju się relaksować.
Pozostało jeszcze sporo pracy — chociaż odbudowa obozu powoli, acz zdecydowanie zbliżała się do końca, wciąż brakowało jeszcze kilku istotnych elementów, aby móc ją sfinalizować. Elementów takich, jak choćby tych będących obecnie w posiadaniu jednego z ogrodników. Lulkowe Ziele przemieszczał się powoli po suchej, leśnej ściółce, z pyszczkiem wypełnionym sztywnymi patykami. Kora, gałązki, zbrązowiałe igły i nieliczne liście skrzypiały pod ciężarem jego łap z każdym krokiem, wszem i wobec informując okoliczną zwierzynę o jego obecności — nie to, żeby cokolwiek to zmieniało. Nawet najbardziej wytrawny łowca nie zabłysnąłby swoimi umiejętnościami w takim skwarze — a już na pewno nie z pyskiem wypchanym po brzegi drewnianym balastem. Nie wspominając już o tym, że Lulek się do owej grupy na pewno nie kwalifikował. 
Podczas tej samotnej wędrówki starał się jakkolwiek pozbierać swoje rozbiegane myśli. Ostatnimi czasy czuł, jakby zawartość jego mózgu płynęła — porywiście, burzliwie, gwałtownie. Niczym rzeka podczas roztopów, która z każdą warstwą zanikającego lodu powiększa swoje koryto, rozlewając niespokojne wody wszędzie dookoła, nieświadoma zniszczeń i cierpienia, za które jest odpowiedzialna. Z małą różnicą.
Lulkowe Ziele doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Zauważał zmartwione spojrzenia Pierzastej Kołysanki za każdym razem, gdy mijał ją na wyspie, odpowiadając wyłącznie skinieniem dwukolorowego łba i kręcąc nim na propozycje wspólnego posiłku. Widział smutne oczy Szepczącej Łapy, kiedy raczył go jedynie zdawkowymi odpowiedziami, odpychał go od siebie zawsze, gdy ten starał się nawiązać z nim jakąś nić porozumienia. Był tak do niego podobny... I to była chyba jego jedyna przewina. Bo za co innego mógł go nienawidzić?
Poza wyspą też nie było najlepiej. Nie umknął mu zaskoczony, trochę zraniony pyszczek Tojadowej Kryzy. Nie powinien dziwić się bratu — przyszedł do niego pochwalić się radosną nowiną, cały w skowronkach, niemalże latając dookoła jak radosny, kolorowy ptaszek. A co zrobił Lulek? Odpowiedział mu krótkim "to dobrze", po czym prędko wrócił do własnych spraw. Rosiczkowa Kropla przyszła go niedawno odwiedzić — przyniosła kolorowe kamyczki i żabotkę, wykonaną znacznie staranniej niż ich dziecięce bohomazy, kilka księżyców temu porwane przez powódź. Podziękował, a potem po prostu odszedł. Ze Żmijowcową Wicią i Wężynowym Splotem nawet nie rozmawiał. Unikał ich jak ognia. Sam ich widok przypominał mu o tym, że był gorszy. Słabszy. Wolniejszy. Mniej zwinny. Niezdarny. Głupi. Bezużyteczny. Potrzebny tylko wtedy, gdy bury kocur chciał sobie napompować i tak zbyt wielkie ego — albo wtedy, gdy szylkretka potrzebowała porady. Nie był dobrym doradcą, ale najwyraźniej sprawdzał się na tym polu lepiej od reszty rodzeństwa. Poprzeczka w tym przypadku była niestety zawieszona zbyt nisko, aby uznać to za jakiekolwiek wyróżnienie. 
Była jeszcze matka.
Doskonale wiedział, kiedy rozmawiali po raz ostatni, podczas powodzi. Nie czuł potrzeby ponownej konwersacji. 
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gnił. Nie fizycznie — metaforycznie. Gnił od środka, jak owocowy miąższ powoli zamieniający przyjemną słodycz na odrzucającą gorycz. Czy sam już niedługo tak skończy? Jak ohydne, robaczywe plony, których sama obecność psuła resztę zbiorów? Których jedynym właściwym przeznaczeniem było wylądowanie w kompostowej masie, by użyźnić glebę i pozwolić na wzrost ich bardziej wartościowym pobratymcom?
Chyba nie znał odpowiedzi na to pytanie. A może znał, ale odmawiał przyznania tego przed samym sobą? Widzenie siebie jako nieudacznika, zbędnego balastu dla klanu w oczach innych było czymś zupełnie innym niż samodzielne uzmysłowienie sobie tego, czyż nie?
Być może dlatego był tak zgorzkniały. Obrzydliwy. Wstrętny dla innych. Toczyły go czerwie, tłuste, białe larwy nienawiści. A on, niczym zgnilizna, niczym pleśń — przenosił to wszystko na innych. Wyrzucał swoje zepsute wnętrze na zewnątrz. Pokazywał je światu. Nie z dumą, z obrzydzeniem. Ale nie potrafił być inny.
Od powodzi coś w nim pękło. Przestawiło się. Wypadło i nie potrafiło wrócić na prawidłowe miejsce. Coś się zmieniło. 
On się zmienił. 
Powinien być wdzięczny, że tego dnia przeżył, że nie stracił nikogo bliskiego, że odzyskał Rosiczkę. Powinien pielęgnować każdą chwilę z rodziną. Celebrować każdy kolejny dzień, bo następnego mógł się już nie obudzić. Ale nie potrafił się do tego zmusić.
Żył w drętwej monotonii, od ziarenka maku do ziarenka maku. Tylko one pozwalały mu zagłuszyć pędzące, dudniące myśli. Zdawało mu się, że jego głupia głowa już dawno powinna wybuchnąć od nadmiaru podszeptów, obrazów, zwidów i mar, którymi raczyła go zawsze, gdy błogi, senny stan ustępował, bezlitośnie przypominając mu o szarej codzienności. 
Efekty ziaren trwały coraz krócej. Lepsza świadomość opuszczała go znacznie częściej, w najmniej spodziewanych momentach — podczas prac w ogrodzie, rozmów, zbierania ziół. I znacznie częściej łapał się na tym, że jedyne o czym w tych momentach myślał, było jak najszybsze zakończenie tego cierpienia. W ten lub inny sposób. 
Nie był na tyle głupi, aby nie rozumieć, co to znaczyło.
Dokładnie w takim nastroju znajdował się teraz. Taszczył te durne patyki, męczył się w upale, a do tego myślał. Zbyt intensywnie, zbyt szybko, zbyt chaotycznie. Chciał to wszystko posklejać. Naprawić. Złożyć w całość, znaleźć ten brakujący fragment, który zagubił się gdzieś w mętnych falach niedawnej katastrofy. Ale nie mógł.
Stanął w miejscu, zaciskając oczy i zagryzając patyki. Czuł, jak łapy się pod nim trzęsą i uginają. Ledwo w ogóle się na nich wlókł. Każdy najmniejszy ruch mięśni bolał, palił, powodował, że miał ochotę skulić się w ciasny kłębek i odciąć od wszystkiego i wszystkich. Cokolwiek, co pozwoliłoby mu odpocząć od tego cierpienia.
Na drżących łapach wszedł do obozu, oddychając ciężko. Nie wiedział sam, czy to był efekt upałów, czy swojej przypadłości, przed której nazwaniem mentalnie się powstrzymywał. Liczył na to pierwsze. Podszedł do kociarni i odłożył patyki na stos, chcąc chwilę odsapnąć przed kontynuowaniem pracy. Rozejrzał się po obozie. Obserwował grupę wojowników, w pocie czoła wtaczających do obozu skały. Na czele stał Dryfująca Bulwa, gdzieś w tłumie dostrzegł też Świteziankowe Jezioro. Algowa Struga była obok, wydając polecenia i koordynując całe przedsięwzięcie. Prawie było mu ich szkoda. Może naprawdę by im współczuł, gdyby głowy nie rozsadzał mu nieznośny, pulsujący ból. W tym momencie naprawdę chciał, aby jego mózg zwyczajnie stopił się i wypłynął, na wsze czasy odcinając go od wszystkich nieprzyjemnych bodźców. 
Westchnął cierpiętniczo, po czym wstał z suchej, piaszczystej gleby, patrząc na leżące na stosie patyki tak, jakby co najmniej same były winowajcami obecnej sytuacji. Niechętnie schylił się ku nim, biorąc jeden z nich do pyszczka i zaczynając swoją żmudną robotę, na którą absolutnie nie miał ochoty w obecnej chwili. Umacniał ścianki żłobka, zabezpieczając go na wypadek powtórki z ostatniego armagedonu. Nagle poczuł jednak czyiś wzrok na swoich plecach. 
Odwrócił łebek, a jego żółte ślepia spotkały się ze wzrokiem błękitnych tęczówek Śnieżnej Mordki. Od razu poczuł, jak jego ból głowy się nasilał. Czy ten trajkoczący mysi móżdżek nie miał lepszego miejsca do przebywania w tej chwili? Los dzisiaj zsyłał mu najcięższe bitwy do stoczenia, czyż nie? Odpłacał się pięknym za nadobne...
Kotka przywitała się z nim — nie tak entuzjastycznie jak zapamiętał jej powitania z innymi — po czym, jak gdyby nigdy nic, podeszła do kupy badyli i wybrała sobie jeden. 
— Będziemy umacniać ściany, hm? Fajowo! — miauknęła, przechylając łebek na bok, z głupim uśmiechem przylepionym do mordki.

< Śnieżna Mordko? >

Event: Umocnienie ścian żłobka, Wtoczenie kłody na zwierzynę