Zebranie klanu
Leżała na swoim posłaniu, aż nagle usłyszała wołanie Czereśni. Od razu podniosła głowę, zastanawiając się, o co mogło tym razem chodzić. Chyba nie było w żłobku żadnych kociąt, które nadawałyby się na mianowanie. I raczej nie było także uczniów, którzy mieliby otrzymać awans — a już tym bardziej nie należał do nich Pierścień! Każdy inny terminator był natomiast raczej zbyt młody. Więc… zebranie musiało dotyczyć czegoś innego. Pewnie ciekawego, skoro nie była to żadna ceremonia.
Smok rozejrzała się wokół, by móc z kimś porozmawiać na temat tego wydarzenia. Padło na Puchacza, który znalazł się w jej polu widzenia.
— Ej, ty! — krzyknęła do niego.
Kocur zwrócił wzrok w jej stronę, trochę zakłopotany.
— Tak, ty! — dodała, zadzierając brodę. — Jak myślisz, kto tym lazem umalł?
Czekoladowy popatrzył na Smok mocno zdezorientowany.
— Co? Kto miałby umierać? — zapytał.
Wojowniczka przewróciła oczami. Co za dureń! Nawet nie zrozumiał jej żartu.
— Głupiś! — mruknęła żartobliwie. — Pzecież to na pewno nie będzie żadne mianowanie, więc mam nadzieję, że w takim lazie znaleziono jakiegoś tlupa — oznajmiła, zawiedziona tym, że musiała tłumaczyć kocurowi swój żart.
— Chciałabyś, żeby ktoś umarł? — zastanowił się coraz bardziej zdumiony.
Smok zmrużyła oczy.
— Tak. Na pzykład Moldol albo Pielścień! — prychnęła. — A tak naplawdę to czekam na to, aż w końcu wydazy się w tej pzynależności coś waltego mojej uwagi. Jak na lazie powiewa nudą! Chyba nie zapzeczysz? — miauknęła, przechylając głowę.
— Nie da się zaprzeczyć. Dlatego już rzadko przesiaduję w tym obozie. — Obrócił do niej pysk, uśmiechając się.
Szylkretka uniosła jedną brew do góry, a potem uśmiechnęła się zadziornie.
— Co masz na myśli? — spytała zaciekawiona. — Czyżbyś znalazł jakąś lozlywkę poza azylem?
— Wiesz, poluję, spaceruję… Różne rzeczy, żeby zabić czas — zaczął wyjaśniać. — Spacerowanie jest dużo ciekawsze, gdy potrafisz biegać po drzewach. Chodzisz szybciej i lepiej wszystko widzisz.
Wojowniczka coś nie potrafiła mu uwierzyć.
— Mhm… Skolo tak, to może kiedyś pzejdziemy się lazem na jakiś spacel i mi udowodnisz, że to takie ciekawe? — zaproponowała.
Czekoladowy uśmiechnął się nonszalancko.
— W porządku.
— Owocowy Lesie! — rozpoczął w końcu Czereśnia, a wszystkie rozmowy nagle ucichły. — Zebrałem was z pewnego powodu, lecz nie jest to żadne mianowanie niestety — wyjaśnił, rozwiewając pewne wątpliwości. — Wczoraj do mych uszu dotarła wola naszej przewodniczki, Wszechmatki! Jej słowa zostały przekazane mi przez Purchawkę oraz Wiciokrzewa — kontynuował, by zamilknąć na chwilę. — Zmiany są trudne, szczególnie te, które dotyczą kwestii dotychczas niezmiennych od wielu księżyców. Jednak zmiany są częścią życia! Dlatego... chcę, abyśmy razem podjęli decyzję, która wpłynie na życie każdego tutaj.
Szylkretka spostrzegła na pysku Puchacza niechęć.
— Widzę, że nie jesteś zbyt ucieszony słowami Czeleśni… — szepnęła do niego, chichocząc pod nosem. Była ciekawa, która część przemowy lidera wywołała u niego taką reakcję.
— Wiesz, nie rozumiem, po co mieliby cokolwiek zmieniać. Jak dla mnie to, że jakiś ptak usiadł na jakimś drzewie, nie powinno być powodem zwołania zebrania. Cała ta społeczność zachowuje się, jakby nigdy jerzyków nie widziała.
W oczach kotki pojawiła się iskra ekscytacji. Tak! Wreszcie spotkała kogoś w swoim wieku, kto podzielał jej opinie.
— Naleszcie! — miauknęła wpierw. — Ja lównież uważam, że wiala we Wszechmatkę to głupota! — oznajmiła, zadzierając brodę z wyższością. — Nie istnieją żadne dowody na to, że ona w ogóle istnieje! Niektózy Owocniacy to chyba lozum postladali. Wiezą ślepo we wszystko, co im się wmówi!
— Purchawko, Wiciokrzewie, zechcecie podzielić się wolą Wszechmatki z nami? Najlepiej, abyście to właśnie wy uczynili, bym niczego nie pomylił i nie przekręcił.
Po tych słowach Czereśnia łapą wskazał na miejsce tuż pod drzewem.
Czekoladowy parsknął tylko śmiechem, po czym uspokoił się pod naciskiem spojrzenia przywódcy, tylko po to, by chwilę później jeszcze raz obrócić się do kotki i przekręcić oczami, wskazując dyskretnie ogonem na tych ważniaków.
Wówczas Purchawka skinęła głową na słowa Czereśni i wraz z Wiciokrzewem u boku ruszyła pod mównicę.
— Kilka dni temu Wszechmatka postanowiła do nas przemówić! — zaczęła, wypinając dumnie pierś. — Tak właściwie to do Wiciokrzewu. Dostał on od niej wizję — kontynuowała, budując napięcie. — Wszechmatka ukazała mu się osobiście, tłumacząc, że w Owocowym Lesie muszą zajść spore zmiany! Wszechmatka uważa, że istnienie roli zastępcy i fakt, że wyznacza ich lider, przeczy naszym poglądom. Żaden kot nie powinien mieć aż tak dużego wpływu na naszą piękną przynależność, dlatego Wszechmatka zażądała, by rola zastępcy działała inaczej. Powiedziała nam, że chce, by w tej sprawie to koty takie jak wy miały wpływ na przyszłość Owocowego Lasu — oznajmiła, uśmiechając się szeroko.
Na moment zamilkła.
— Gdybyście wciąż nie byli przekonani o autentyczności tej wizji, to muszę wam powiedzieć, że kilka dni później ja również spotkałam Wszechmatkę. Tym razem we śnie. Ona również przekazała mi te same informacje co Wiciokrzewowi, toteż uważam je za najświętszą prawdę — kontynuowała. — Wraz z Wiciokrzewem zaczęliśmy obmyślać plan. Chcieliśmy, by wola Wszechmatki została spełniona, więc głowiliśmy się nad tym, co moglibyśmy uczynić, by tak się stało. Aż w końcu doszliśmy do wniosku, że powinna powstać u nas Rada! Dopracowywaliśmy ten pomysł przez wiele dni, poza obozem, w ciszy i skupieniu, i nie możemy się doczekać, aż zostanie wdrożony w życie! Przekazaliśmy już cały plan Czereśni, a on przekaże go i wam.
Puchacz teraz już przestał się śmiać, zamiast tego wbił oburzony wzrok w Purchawkę.
Smok również nie dowierzała swoim uszom.
— Co za skandal! — skomentowała to na tyle głośno, by jej nowy koleżka na pewno ją usłyszał. Chciała dramatu.
Zwiadowca walnął ogonem o gałąź.
— Co im przeszkadzają zastępcy?! I tak mamy więcej niż klany!
Nim szylkretka zdążyła mu odpowiedzieć, Czereśnia kontynuował:
— Jak słyszeliście, Wszechmatka chce, by każdy był równy, aby głos każdego został wysłuchany! Z tego też powodu chciałbym wprowadzić ową Radę, nim dołączę do naszych zmarłych bliskich — przerwał na chwilę, biorąc głębszy wdech. — Rada będzie składać się z czterech kotów, po jednym przedstawicielu z każdej rangi, czyli wojownik, zwiadowca, stróż i szaman lub inny kot ze szkoleniem medycznym. Niestety będzie się to wiązać z likwidacją rangi zastępców, którzy zostaną wcieleni do rady. Z racji, iż Figa i Guziczek są zwiadowcami, potrzebujemy jeszcze wojownika i stróża. Pierwszy skład rady będzie liczyć piątkę kotów ze względu na profesję dotychczasowych zastępców. Wybór do rady będzie zależeć od was poprzez głosowanie, jednak proszę, abyście zawsze robili to świadomie i nie na żarty. Każdy Owocniak powyżej trzydziestu księżyców może się zgłosić lub zostać zgłoszony przez innych, oczywiście za zgodą kandydata. Wspomnę jeszcze, że członkostwo w radzie nie jest aż do śmierci, tylko na okres dwudziestu księżyców i po tym czasie ponownie będzie odbywać się głosowanie pod okiem kolejnego lidera, który wtedy będzie sprawować pieczę nad Owocowym Lasem. Dodatkowo nastąpią również zmiany w wyborze liderów, ale to dopiero następnym razem, gdyż chcę mieć pewność, że przekażę Owocowy Las we właściwe łapy — oznajmił. — A więc! Teraz dopiero wysłucham waszych zgłoszeń do rady, lecz nie chcę, abyście się przekrzykiwali!
Po przemowie Puchacz szturchnął nową koleżankę.
— Może ty spróbuj tam wejść, co? Jak już zmieniają to niech chociaż rządzi ktoś ogarnięty. Bo ja nie zamierzam słuchać tych nadętych kotów — zaproponował.
Smok pokręciła głową.
— Nie mogę! Musiałabym mieć tzydzieści księżyców — westchnęła, przewracając oczami. — Ale nie maltw się! Pójdę zgłosić mojego tatę. On także jest ogalnięty! Zagłosuj na niego! — mruknęła, po czym zeskoczyła z drzewa.
Prędko udało jej się przebić przez tłum kotów.
— Ja chcę zgłosić Gondola! — oznajmiła donośnie.
Po jej słowach inne koty również zaczęły rzucać swoimi propozycjami, jednak Smok nie zwracała na nie zbyt dużej uwagi. Zastanawiała się już nad tym, jak wielu kotom będzie mogła pochwalić się tym, że jej ojciec zasiada w Radzie!
— Czy ktoś jeszcze chce się zgłosić lub zaproponować kandydatów? — rozległ się w końcu głos Czereśni, który spotkał się jedynie z ciszą Owocniaków. — Skoro tak to rozpoczynamy głosowanie! Jedyne zasady to brak możliwości głosowania na siebie oraz więcej niż raz na kota z danej profesji! Każdy po kolei będzie mówić, na kogo głosuje, a ja wraz z Figą, Guziczkiem i Purchawką będziemy liczyć głosy — oznajmił, po czym wymienił wszystkich zgłoszonych kandydatów raz jeszcze.
Wtedy rozpoczęło się głosowanie. Smok była niezmiernie ucieszona, słysząc wszystkie koty, które wykrzykiwały imię jej taty. Wiedziała, że również na niego zagłosuje, lecz kogo miała wybrać na stróża? Nie obchodził jej żaden z wymienionych tam kotów. Każdego uważała za przegrywa. Ale skoro już musiała…
— Gondol i… Płatek! — ogłosiła, wybierając kocura tylko i wyłącznie dlatego, że w jego imieniu nie występowała głoska “r”.
Kiedy tylko wszyscy inni wyrazili swoje zdanie, lider zszedł z drzewa, by porozmawiać z liczącymi głosy. Po dłuższym czasie ich cichej konwersacji lider powrócił na wcześniejsze miejsce.
— Owocowy Lesie! — rozpoczął, uciszając koty. — Na drodze głosowania przedstawiam cały skład Rady! Wymienionych proszę o wystąpienie. A więc! Przedstawicielami zwiadowców będą dotychczasowi zastępcy, Figa i Guziczek! Przedstawicielem uzdrowicieli i innych szkolących się medycznie jest Purchawka! Wojowników będzie reprezentować Gondor, a stróżów Płatek! Dziękuję wszystkim za udział.
* * *
Odkąd zostali wybrani członkowie Rady, a jednym z nich został Gondor, Smok chodziła cała rozweselona. Zawsze trzymała ogon wysoko, a pierś dumnie wypiętą. Cieszyła się niezmiernie z tego, że jej ojciec został wpływowym kotem w Owocowym Lesie, i liczyła na to, że gdy wreszcie osiągnie trzydzieści księżyców, tata zadba o to, by i ona wzniosła się na wyżyny hierarchii. Czy to nie byłoby piękne? Powinna od razu zostać liderem! Zapisałaby się w historii Owocowego Lasu jako najlepszy i najsilniejszy przywódca wszech czasów! Zgarnęłaby dla nich nowe tereny, nowe koty i armię. Podporządkowałaby każdy klan Owocowemu Lasu! Wszyscy by ją szanowali. Wszyscy uwielbiali. Wszyscy — co do jednego. Nikt nie śmiałby się jej sprzeciwić ani podważyć jej słów. Ach, tylko o tym marzyła…
Teraz jednak musiała skupić się na tym, by zostać najlepszą wojowniczką, zanim zacznie wspinać się wyżej. Oprócz tego musiała także zdobywać sprzymierzeńców, a w jednym z kotów z Owocowego Lasu widziała idealnego kandydata na kogoś takiego. Tym kotem był, rzecz jasna, Puchacz.
Umówiła się z nim nawet na spacer! Nie zamierzała tracić czasu, dlatego, gdy tylko spostrzegła czekoladowego w obozie, postanowiła do niego podejść.
— Puchaczu! — mruknęła wpierw, uśmiechając się do niego zadziornie. — Widzę, że ci się nudzi! — dodała. — Mam nadzieję, że pamiętasz, iż w dniu wybolu lady zgodziłeś się, by zablać mnie na jakiś ciekawy spacel?
<Puchaczu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz