*dawno*
Siedziała w okolicach swojego posłania. Był to kolejny zwyczajny dzień w Olimpusie. Aktualnie miała czas, bo jeszcze nikt nie dał jej kolejnego zlecenia w postaci mordobicia, czy zwiadu. Wysunęła pazury i obejrzała je dokładnie. Były dobrze zaostrzone. Schowała je i usłyszała głos:
– Artemis
Momentalnie obróciła się w stronę rozmówcy gotowa, by solidnie mu przyłożyć, ale widząc postawną sylwetkę Odyseusa, odstawiła łapę na ziemię.
– Maximus chce cię widzieć.
Nie przytaknęła, nie odezwała się. Nie przepadała za czekoladowym. Pech chciał, że często robił za pośrednika pomiędzy szefem a nią. Po prostu podążyła za nim. Kocur zaprowadził ją do wyjścia z siedziby, gdzie stali Maximus, Achilles i jakaś ruda kotka. “A to nowość” pomyślała, skłaniając głowę przed ostatnią dwójką. Słyszała co prawda o jakiejś nowej wybrance szefa, ale szczerze niezbyt ją ona obchodziła.
– Artemis, to jest Ambrozja. Twoim zadaniem jest pilnowanie jej do mojego powrotu. Zabierz ją za mój kamień.
– Tak jest. – przyjęła rozkaz mimo niechęci. Miała pilnować jakiejś lalusi? Ta pusta kocica pewnie martwiła się tylko tym, że jej futro nie lśniło aż tak dobrze w świetle księżyca, jak w słońcu. Durna pięknisia. Nie chciała mieć z nią nic do czynienia, ale zadanie to zadanie. Kiedy kocury opuściły budynek, zaprowadziła Ambrozję w wyznaczone miejsce i usiadła do niej tyłem, skupiając się na otoczeniu. Po chwili usłyszała pytanie:
– Czyli… ty jesteś Artemis?
– Zgadza się, a ty jesteś Ambrozja - partnerka Maximusa. Zostałam wyznaczona do dbania o twoje bezpieczeństwo. Nie musimy o sobie wiedzieć nic więcej. – szybko ukróciła tę próbę kontaktu. Nie chciała z nią rozmawiać. No i też nie do końca mogła. W Olimpusie Maximus był bardzo wrażliwy na punkcie interpretacji rozkazów. Jeśli czegoś nie powiedział, to zazwyczaj należało tego nie robić. Rozkaz brzmiał “pilnuj Ambrozji”, nie “zabawiaj moją ukochaną”. Teraz tylko wystarczyło to przeczekać.
***
Okazało się, że nie była to sytuacja jednorazowa. Ambrozja była z nią zostawiana praktycznie przy każdej wizycie. Ku jej niezadowoleniu ruda nie zaprzestała prób kontaktu z nią, nieważne ile razy ją zbywała. Miała ochotę na nią krzyknąć, żeby wreszcie coś oprócz własnego odbicia wbiło się do głowy kocicy, ale nie zamierzała robić sobie problemów.
– Artemis?
– Nie dostałam żadnego pozwolenia na rozmowę z tobą. – powtórzyła to, co mówiła już wielokrotnie.
– Ale ja ci pozwalam… Artemis?
– Nie jesteś moją szefową – odmiauknęła, uderzając ogonem o ziemię, już mocno zirytowana. Nastała chwila ciszy.
– Artemis? – Ambrozja spytała ponownie po chwili. Kremowa odwróciła się, piorunując ją wściekłym wzrokiem.
– Nie nazywaj mnie Artemis! – powiedziała zdecydowanie za głośno, po chwili jednak zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła i poprawiła się. – …To znaczy, nie mam ochoty na rozmowę.
Zmiękczyła wypowiedź, mając nadzieję na udobruchanie kotki. Słyszała, że arystokracja może być bardzo zawzięta i mściwa, kiedy już ktoś zajdzie im za skórę i nie chciała zgotować sobie takiego losu.
– Czemu mam nie mówić do ciebie twoim imieniem? – spytała zaintrygowana pomarańczowooka. Tym razem już nie dostała odpowiedzi. – Nazywam się Pożar – powiedziała po chwili cicho tak, żeby tylko strażniczka usłyszała. Kremowa odwróciła się do niej. Widać było zaskoczenie w jej oczach. “Pożar? To imię samotniczki! Nie jakiejś panny z salonów!” pomyślała. Czyżby… Ambrozja nie była wcale tak wysoko postawioną kotką? No i… czemu przedstawia się imieniem, którego nie uważa za swoje?
– Ja… jestem Sahara.
***
Takim sposobem pilnowanie Pożar przestało być przykrym obowiązkiem, a zaczęło być czymś, na co wręcz czekała. Wreszcie mogła porozmawiać z kimś, kto nie dyskryminował jej tylko ze względu na to, że była kotką. No i ku jej zdziwieniu miały nawet dość dużo wspólnego. Ich relacja stała się dziwną przyjaźnią. Obie nie pasowały do gangu, więc w pewien sposób pasowały do siebie nawzajem. Ostatnio jednak ruda przestała przychodzić do siedziby. Nie wiedziała, dlaczego i trochę ją to martwiło. Nagle miała dużo więcej wolnego czasu w ciągu dnia. W trakcie właśnie takiej chwili do jej uszu dobiegła niepokojąca rozmowa.
– Pamiętaj, żeby obserwować wszystko. Im szybciej znajdziemy dowody, tym prędzej pozbędziemy się tej zarozumiałej laluni. – mówił Odyseus.
“Chcą się pozbyć partnerki Maximusa?!” teraz zmartwiona o przyjaciółkę słuchała uważniej.
– I wreszcie nie będziemy musieli tolerować kotki na współpracującym z naszymi stanowisku. – był to głos Achillesa. Zamarła. Nie chcieli zabić Pożar, to ona była celem. Czekali na jeden jej zły ruch. Musiała mieć się na baczności i znaleźć wyjście.
***
Następne dni były dla niej wypełnione napięciem. Nie wiedziała co zrobić. Na razie po prostu starała się egzystować jak gdyby nigdy nic, tylko bardziej uważać. Nie mogła na sekundę spuścić nikogo ze wzroku. W końcu Pożar wróciła. I znowu została jej przydzielona pod nieobecność Maximusa. Jednak dzisiaj, kiedy jej to mówił, w jego oczach błyszczało coś złowieszczego. Czyli on też wiedział. To nie był spisek, tylko wielka operacja. Również, kiedy już zabrała kotkę za mównicę, różni członkowie Olimpusa podążyli trochę za nimi i uważnie je obserwowali. Artemis nie patrzyła wprost na nich. Nie mogła dać po sobie poznać, że zwietrzyła podstęp. Ale bez przerwy utrzymywała ich w polu widzenia, kątem oka sprawdzając, czy nie spróbują zaatakować.
– Hej! – szepnęła do niej Pożar. Samotniczka nie zareagowała. Nie mogła.
– Sahara… – usłyszała kolejny szept. Tym razem nie puściła tego mimo uszu. Obróciła się do niej i posłała jej ostre spojrzenie. Potem poruszyła wargami w słowach "Nazywam się Artemis". Długowłosa nie rozumiała sygnału i nie zauważała niczego nadzwyczajnego, dopóki samotniczka nie poruszyła nieznacznie ogonem, wskazując na kilku kocurów przyglądających się im. W rzeczywistości było ich więcej. Były praktycznie otoczone. “Zachowaj spokój, wyciągnę nas stąd.” obiecała w myślach.
***
Obmyśliła plan. Jedynym wyjściem była ucieczka. Tylko jak to zrobić bez hordy rzucających się w pogoń pachołków Maximusa? Musiała zrobić to potajemnie. Najlepiej znaleźć Pożar samą. Tylko kiedy? Codziennie wracała wieczorem razem z Maximusem sam na sam do ich miejsca zamieszkania. I nikt tak właściwie nie wiedział, gdzie ono jest. Dlatego robiła zwiady. Szef ani razu jej nie zauważył. Ruda zresztą też nie, ale ona była bardziej czujna. Mimo tego dla jej bezpieczeństwa od niej również się chowała. Kiedy dowiedziała się, że tak naprawdę oboje są pieszczoszkami, jej plan stał się jeszcze bardziej pewny. Pamiętała już drogę do gniazda ich dwunożnych na pamięć. Potrzebowała tylko odpowiedniego momentu. Niestety zawsze Maximus był zbyt blisko, żeby cokolwiek mogło wyjść. Aż nagle jednej nocy Pożar zamiast wejść obok niego do środka. Została na dworze. Nie mogła wejść i nie wyglądało na to, żeby Maximus teraz się nią przejął. To wydawało się aż zbyt idealne. Jak zasadzka. Odczekała trochę. Nic nie wskazywało na to, żeby ktoś obserwował tą sytuację. Zawęszyła. Czysto. Po cichu, nadal przechodząc cieniem, sforsowała płot ogrodu i wślizgnęła się pod krzak, gdzie wcześniej skryła się pomarańczowooka. Zakradła się do niej od tyłu i bardzo szybko zakryła jej pysk łapą, do szyi przykładając pazur tępą stroną. Odruch otrzymany po wielu misjach. Chciała dać jej do zrozumienia, żeby za wszelką cenę pozostała cicho, jednocześnie nie przyprawiając jej o jakiś duży lęk. Ruda jednak nie była najlepsza w odczytywaniu takich znaków.
– Co-
– Nie ma czasu na pytania. Uciekamy. – przerwała jej i od razu zaczęła iść. Pożar nie poruszyła się. Wtedy samotniczka stanęła i obróciła głowę w jej stronę. Była zadziwiona. Czemu nie szła za nią? Przecież tutaj było niebezpiecznie i sama jej mówiła, że nie czuła się tu szczęśliwa. A może jednak nie chciała uciekać? Może nie chciała tej wspólnej przyszłości, którą ona już dla nich widziała? Mimo tych przykrych uczuć starała się nie wyglądać na przejętą.
– Chyba że nie chcesz...
Przez chwilę nie dostała odpowiedzi, więc zaczęła biec. Musiała dziś zniknąć. Z Pożar, czy bez niej… nieważne jak bardzo jedna z tej opcji wydawała się smutna. Nagle jej serce zaczęło bić jeszcze szybciej, nie z wysiłku, ale dlatego, że usłyszała dźwięk łap odpychających się od betonu, gdzieś za nią, a następnie ten piękny głos:
– Dokąd biegniemy?
– Daleko stąd! – wykrzyknęła. Było tak pięknie…
***
Przez cały ten dzień podróżowały w kierunku ugrupowania zwanego przez Pożar Owocowym Lasem. To Sahara prowadziła, ponieważ ruda nie pamiętała, jak dostała się do Betonowego Świata. Jak na razie szło im dobrze. Teraz jednak wkroczyły na tereny blisko grupy o agresywnym nastawieniu wobec samotników. Przez cały czas była spięta. Bała się, że po tej całej męczącej wyprawie, coś mogło się stać, zanim dotrą do celu. Jej obawy się spełniły. Zanim zdążyły cokolwiek wyczuć, zaatakowała je trójka kotów. Kremowa przerzuciła szybko wzrok na rudą z paniką w oczach. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że tak właściwie nie wiedziała, czy Pożar umie walczyć! Dlatego to na siebie zwróciła uwagę dwóch napastników. Bardzo szybko zrozumiała, że przeceniła swoje możliwości. Liliowy kocur był bardzo dobrze wytrenowany. Nie mogła tego powiedzieć o szylkretce, więc to na niej się skupiła. Z łatwością unikała jej ciosów, sama zadając obrażenia. Starała się przy tym trzymać pręgowanego na dystans. Walka szła jej całkiem dobrze, dopóki czarna nie zaczęła mocniej jej oddawać. Jej ruchy przestały być planowane, zaczęła walczyć instynktem. Wybiło ją to z rytmu, musiała szybciej reagować i nie zauważyła, kiedy kocur znalazł się za nią, dopóki nie złapał jej mocno zębami za kark i odciągnął ją od swojej towarzyszki. Rzucił ją gdzieś trochę dalej na ziemię i zanim zdążyła się podnieść, napastnicy zaczęli okładać ją ze wszystkich stron. Nie mogła się podnieść, bez ryzykowania odsłonięciem czułych punktów. Nagle ataki ustały i przeciwnicy odbiegli. Otworzyła niepewnie oczy. Widziała niebo i trawę. Nie słyszała nic, bo w uszach szumiała jej krew. Było to też jedyne co czuła, oprócz bólu. Wtedy zobaczyła duże rude łapy. “Pożar…” pomyślała, a kącik jej pyska uniósł się, kiedy obraz zaczynał jej się ściemniać przed oczami.
***
***
– Podobno się rozstali. – zaczęła temat. Srebrna skierowała spojrzenie w tą samą stronę, co ona, po czym zaśmiała się.
– Ah no tak… od początku wiedziałam, że to nie mogło się udać. Ostatni Pożar zdecydowanie za bardzo przypomina swoją matkę.
Złota Wydma zbaraniała.
– Słucham?!
– No wiesz przecież. Ostatni Pożar nie dopuszcza też do siebie innych kotów. Nie powinna się potem dziwić, że nikt nie jest do niej pozytywnie nastawiony. Ty chyba coś o tym wiesz, co?
Żółtooka aż się zjeżyła.
– To ty o niczym nie wiesz! Nie masz prawa tak o niej mówić! Masz wypluć jej imię ze swojego zapchlonego pyska!
Teraz cętkowana również była zjeżona.
– Co cię ugryzło?!
– Nic! Mam dość słuchania twoich mysiomózgich myśli! Pójdę rozmawiać z kimś, na kim mi zależy! – syknęła i pozostawiła zdezorientowaną kotkę samą sobie.
*teraźniejszość*
– Wstawaj, już ranek…
– Musimy wychodzić? Nie wolałabyś zostać tu tak przynajmniej do wysokiego słońca?
Rudej zadrżały wąsy z rozbawienia.
– Z tobą zawsze… ale obiecałyśmy dziś dzieciom spacer po terenach. Pamiętasz?
Na tą informację podniosła się powoli i przeciągnęła się. Przed wyjściem zdążyła jeszcze zjeść śniadanie i poprawić swoją grzywkę. Potem zebrali się całą rodziną i zdecydowali, gdzie chcą iść.
– Chcemy wejść do Upadłego Potwora! – trójka uczniów zaczęła krzyczeć jedno przez drugie. Po uspokojeniu tego zamieszania wyruszli. Na zewnątrz nadal było zimno, a na ziemi leżał śnieg, dlatego szła wtulona w futro partnerki. Dzieci biegały blisko nich. To znaczy dwójka z nich, bo Trafna Łapa szedł spokojnie za nimi. Nagle Lśniąca Łapa wzięła w łapę trochę śniegu i rzuciła go w Zwiastującą Łapę. Kocurek pisnął zdumiony, po czym zaczął awanturować się z siostrą.
– Klan Gwiazdy ześle na ciebie pioruny za twoje czyny!
– Uważaj, bo wyrwę ci te pędzelki!
– Nie możesz! Mamo! Ona chce mi wyrwać pędzelki.
Obie jak na komendę odwróciły się w stronę dzieci.
– Lśniąca Łapo, nie wyrywaj bratu pędzelków. I przeproś go. – rozkazała Pożar, jednak na jej pysku widniało rozbawienie.
– A ty Zwiastująca Łapo nie zsyłaj na siostrę żadnych klątw. – dodała Sahara. W końcu dotarli na miejsce i uczniowie zaczęli eksplorować obiekt wytworzony przez dwunożnych. One również weszły do środka, żeby schować się przed zimnem. Wskoczyły na jeden z foteli i przytuliły się do siebie, mrucząc cicho. Złota Wydma mogła w tym momencie praktycznie zasnąć. Nagle jednak poczuła coś dziwnego. Zawęszyła drugi raz. Zapach należał do… kotów. I to nieznajomych! Gwałtownie oderwała się od kotki.
– Czujesz to? – zapytała z niepokojem. Ruda zjeżyła się, gdyż najwyraźniej również to poczuła. Kremowa zeskoczyła z fotela i wyjrzała lekko z potwora. Grupa samotników zbliżała się w ich stronę od przesmyku między granicą z Klanem Wilka, a Owocowym Lasem! Byli może długość drzewa od nich i było ich dużo więcej!
– Dzieci biegnijcie do obozu!
– Co się dzieje? – usłyszała lawinę pytań, kiedy gromadka zebrała się i podeszła do niej.
– Nie ma czasu na wyjaśnienia! Biegnijcie po wsparcie! – krzyknęła długowłosa, która zeskoczyła z fotela. Samotnicy byli coraz bliżej i już ich zauważyli.
– Słyszeliście! W nogi i nie oglądajcie się za siebie! – mówiąc to, pręgowana klasycznie odepchnęła dzieci w kierunku obozu i sama pobiegła w stronę napastników.
*tw walka i opis obrażeń, śmierć*
Niewiele myśląc, dzikuska rzuciła się za nią w wir walki. Szybko zgubiła ją z oczu. Samotników była przynajmniej piątka i zostały oddzielone. Starała się nadążać z unikami, uderzać, przeczekać do czasu przybycia wsparcia. Niestety walka z kilkoma przeciwnikami naraz nie była jej mocną stroną. Nie pomagał jej fakt, że przez cały czas martwiła się o dzieci i Pożar. Wiedziała, że kociaki uciekły, ale pewnie były przerażone, starając się znaleźć drogę do obozu. A Pożar… Pożar… Musiała jej pomóc. Jeśli przeciwników było więcej, to one musiały walczyć razem, żeby się utrzymać. Ale najpierw musiała do niej dobiec. W akcie desperacji podcięła jednego z napastników i przeskoczyła nad nim, kierując się w stronę rudej, która aktualnie odpierała atak paru innych samotników. Nie była jednak w stanie pobiec ani kroku dalej, bo poczuła mocny ścisk szczęk na swoim ogonie. Zalał ją ból, kiedy usłyszała chrupnięcie kości. Została pociągnięta do tyłu. Wbiła pazury w ziemię, na wpół z bólu, na wpół, żeby zahamować się. Od razu skoczyła na najbliższego samotnika. Okładała go pazurami, nie dając chwili na reakcję. Nie trwało to długo, bo jego towarzysz zrzucił ją z niego i spróbował ją przygnieść. W przypływie adrenaliny kopnęła go w brzuch i ponownie rzuciła się do biegu w kierunku ukochanej. Nie dawali za wygraną. Podbiegali do niej, trafiali, rozdzierali jej skórę, powodując więcej bólu, lecz ona nadal próbowała osiągnąć swój cel. W końcu jeden cios był na tyle mocny, żeby zwalić ją z nóg. Spróbowała się podnieść. Nie mogła. Łapy odmówiły jej posłuszeństwa. Bezsilnie pozwoliła swojemu ciału zwiotczeć trochę na ziemi. Śnieg przyjemnie chłodził jej rany. Była już gotowa na ostatni cios. Nie nadszedł. Samotnicy tak po prostu ją zostawili. Odeszli z ich terenów. Nie wierzyła w to. Poczekała jeszcze kilka uderzeń serca, uspokajając oddech. Nie słyszała odgłosów walki też u Pożar. Za to słyszała ciche świszczenie powietrza. …Żyła? Ostatkiem zebranych sił wstała i przekuśtykała do rudej. Leżała na zabarwionym na szkarłatno śniegu. Kałuża czerwieni powiększała się z każdą chwilą. Ruda nie wyglądała dużo lepiej od niej, przynajmniej tak przypuszczała. Nie była w stanie określić skali własnych obrażeń przez wszechobecny ból. Oczy Ostatniego Pożaru były zamknięte, ale z jej ust wydobywał się mały obłoczek pary. Po policzku Złotej Wydmy spłynęły łzy. Były to łzy szczęścia, że jej ukochana jeszcze żyła, ale jednocześnie żalu i frustracji, bo nie mogła jej obronić od tego losu. Stanęła nad nią i objęła ją łapami.
– Pożar… – wyszeptała łamiącym się głosem. Starała się pozostać uśmiechnięta. Ruda otworzyła oczy i popatrzyła na nią spokojnym wzrokiem. Oboje wiedziały, że śmierć była nieunikniona. Dzieliły je od niej tylko chwile. Patrol burzaków nie miał szans przyjść wystarczająco szybko, żeby je opatrzyć. O ile opatrzenie takich ran było w ogóle możliwe.
– Zawsze chciałaś umrzeć w moich ramionach, co księżniczko? – kremowa zaśmiała się smutno. Jej partnerka uśmiechnęła się.
– Zawsze, tylko z tobą, mój rycerzu.
Przyciągnęła ją do siebie bliżej łapą i pokazała jej, żeby położyła się na ziemi. Tak zrobiła i wtuliła się w jej długie futro. I tak przytulone powoli czekały, czując, jak bicie ich serc zaczyna zwalniać.
[*]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz