Zamrugałem, marszcząć gęste brwi i patrząc na uczennicę z wyraźną irytacją. Co ona sobie myśli? To mój mech! Postawiłem go tam, więc tam ma leżeć! Jakbym chciał, żeby tam nie leżał, to bym go tam chyba nie postawił, nie? USZ!
Moja irytacja szybko jednak wymieszała się ze zdziwieniem, a na końcu przeszła w zrozumienie. Nie miałem w zwyczaju spotykać kotów, na które nie mogę nakrzyczeć. A ona wyraźnie należała do tej niezwyczajnej grupy.
Przełknąłem więc ciężko gotującą się we mnie złość, próbując się opanować.
Wziąłem głęboki oddech.
Przechyliłem głowę, wlepiając w nią moje duże ślepia.
– Aha. No, ja też w sensie nie wiem. Z reguły to idę sobie lasem i on się pojawia nagle i… i go biorę, no! To nie jest… jakoś trudne, wiesz – stwierdziłem, nie do końca pewny obranego sposobu wyjaśnienia sytuacji, jednocześnie przyglądając się badawczo jej reakcji.
– Ah… No tak… – mruknęła kotka, spoglądając w bok. – Nie brzmi… trudno.
Niebieska miała wzrok przyklejony do ziemi. Kupka mchu wciąż smętnie spoczywała u jej łap.
Zapadła dość niezręczna cisza.
O NIE! Ja bojkotuję taką ciszę! Nie ze mną te numery!
– Usz! Dobra! Koniec tego! – stanąłem na równe łapki, a Wrotycz wzdrygnęła się lekko na dźwięk mojego niespodziewanie głośnego tonu. – Idziemy do lasu po mech! Chodź! Jaaa już ci pokażę! Znaczy… NO! Jak się zbiera mech! Co nie?
Ruszyłem pewnie w stronę wyjścia.
– A co z tym…? – Wrotycz wskazała głową na przyniesioną przeze mnie wcześniej stertę.
Wytrzeszczyłem oczka, zezując na kupkę mchu, jakby nie do końca pewny, co zrobić w tej niespodziewanej sytuacji.
– No, jak to “co”? Niech tu leży! – potrząsnąłem głową na boki, próbując odzyskać ostrość widzenia. – To dobry mech! Po prostu… PO PROSTU więcej go przyniesiemy, no! Choć już! - dodałem, tupiąc łapką, po czym odwróciłem się i popędziłem w stronę wyjścia z obozu, robiąc duże susy.
Wrotycz najwidoczniej chwilę jeszcze musiała rozmyślać nad losem porzuconego w legowisku mchu, gdyż jej kroki za sobą usłyszałem dopiero, gdy znalazłem się poza obozem.
Wyhamowałem gwałtownie i obróciłem się w stronę niebieskiej, która rozglądała się na boki, pewnie już skupiona na naszej misji. Tak! Właśnie takiej postawy nam trzeba!
– I co…? Teraz po prostu… szukamy mchu? – zagadnęła, nieco pewniej.
– Ano! – przytaknąłem. – Duże płaty. Na drzewach. Otrzepujemy z ziemi. I zanosimy do legowiska starszych – wyrecytowałem. – Nic trudnego!
Nie miałem wcześniej zbyt wielu okazji, by z Wrotycz porozmawiać. Na tym etapie jednak mogę śmiało stwierdzić, że stanowi adekwatną kompanię dla mojej skromnej osoby.
***
Do obozu wróciliśmy niczym dwójka zdobywców, z pokaźną ilością średniej jakości mchu. Szedłem przodem, z dumnie wypiętą piersią, demonstrując moją “zdobycz”, mimo, że nie było żadnych kotów w polu mojego widzenia. Ostatnimi czasy, gdy moje wojownicze umiejętności z nowych sztuczek zaczęły przeradzać się w klarowną, pewną całość, polubiłem popisywanie się…
Wrotycz podążała za mną, co prawda mniej defiladowym krokiem, ale za to z – USZ! - nieco większą garścią niż ta moja. Weszliśmy razem do legowiska starszych i wyplułem mech na ziemię, obracając się do Wrotycz.
– Dobra! Mamy to! To teraz tak… ten… emmm… – zmarszczyłem brwi, rozglądając się dookoła po legowisku. – A gdzie jest…?
Moja kupka z mchem.
Nie ma. Zniknęła.
Poczułem nagłe gorąco zalewające mnie od czubeczka głowy aż po czubek ogonka.
Wytrzeszczyłem szeroko oczka, cofnąłem gwałtownie głowę do tyłu. Zaplątały mi się łapki i upadłem na plecki.
<Wrotycz???>
[558 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz