Odkąd straciła tytuł, miała wrażenie, że wszystko, co tak bardzo kochała, nagle odwróciło się do niej plecami, jak gdyby wystarczyła jedna decyzja, żeby z kotki, której jeszcze niedawno powierzano troskę o innych, stała się kimś, kogo można było bez większego żalu odsunąć na bok. Najbardziej nienawidziła swojej głupiej mentorki oraz durnego Zawodzącego Gwiazdy, ponieważ oboje doskonale wiedzieli, ile znaczyła dla niej ścieżka medyczki, a mimo to odebrali jej ją, jakby wszystkie miesiące nauki, wszystkie wyrzeczenia i każda chwila spędzona na pomaganiu innym nie miały najmniejszego znaczenia.
Najchętniej wcisnęłaby im w pyski dokładnie te same jagody, które dała Rudzik, a kiedy wyobrażała sobie ich miny, kiedy wreszcie zrozumieliby, że nie są tak nietykalni, jak im się wydawało, gniew na moment przynosił jej niemal przyjemne uczucie satysfakcji.
W jej oczach byli zdrajcami.
Zdradzili nie tylko ją, lecz także wszystko, w co wierzyła, a przecież przez cały ten czas starała się być dla nich kimś, na kim można polegać. Zawsze chciała pomagać, zawsze chciała być obok, kiedy ktoś cierpiał, i nawet wtedy, kiedy sama była zmęczona albo miała własne problemy, potrafiła odsunąć je na bok, żeby zająć się kimś, kto potrzebował jej bardziej. Czy naprawdę tak wiele oczekiwała w zamian, licząc na to, że kiedy przyjdzie jej najtrudniejszy moment, ktoś również stanie przy niej?
Łzawa Łapa poczuła pieczenie pod powiekami i natychmiast odwróciła głowę. Nie chciała, żeby ktokolwiek zobaczył ją płaczącą.
Jeszcze niedawno była kimś, do kogo można było przyjść, kiedy bolała rana, kiedy ktoś potrzebował pomocy, a teraz wystarczyło, że odebrano jej tytuł, żeby nagle okazało się, że nikt nie potrzebuje jej już wcale.
Czy naprawdę tak łatwo można było o niej zapomnieć?
Ta myśl bolała bardziej niż wszystko inne.
Jeszcze niedawno wyobrażała sobie dzień, w którym otrzyma pełne imię i wreszcie będzie mogła udowodnić całemu klanowi, że zasługiwała na swoją pozycję. Widziała siebie pochyloną nad rannymi kotami, słyszała podziękowania i wyobrażała sobie, że kiedy ktoś będzie potrzebował pomocy, pierwszym imieniem, jakie przyjdzie mu do głowy, będzie właśnie jej imię. Nie chodziło przecież tylko o sam tytuł, chciała być kimś ważnym, kimś, bez kogo inni nie potrafiliby sobie poradzić, a teraz wszystko to zostało jej odebrane, zanim zdążyła naprawdę rozpocząć swoje życie.
Nie będzie medyczką, nie będzie liderką i nie będzie nawet kimś szczególnym.
Zostanie zwykłą wojowniczką, a potem będzie musiała spędzić całe życie wśród kotów, które będą pamiętać ją wyłącznie jako tę, która popełniła niewybaczalny błąd.
Wyobraziła sobie miny Milczącego Zewu oraz Zawodzącej Gwiazdy, kiedy będą rozmawiać o niej za jej plecami, i niemal widziała ich rozbawione spojrzenia, jakby cała ta sytuacja była dla nich powodem do dumy. Pewnie cieszyli się, że udało im się jej pozbyć, a może nawet śmiali się z tego, jak bardzo wierzyła, że kiedykolwiek pozwolą jej zostać kimś wielkim.
Wspomnienie dnia jej mianowania wróciło do niej tak nagle, że aż zacisnęła szczęki, jeszcze niedawno uważała ten dzień za jedno z najpiękniejszych wspomnień swojego życia. Pamiętała, jak była podekscytowana, jak bardzo chciała, żeby wszyscy byli z niej dumni, i jak przez cały czas wypatrywała ojca, licząc na to, że podejdzie do niej i powie coś, co zapamięta na zawsze.
Zamiast tego podszedł do Zewu, żeby mu pogratulować, podczas gdy ją pozostawił samą sobie.
Wtedy próbowała znaleźć dla niego usprawiedliwienie, ponieważ nie chciała dopuścić do siebie myśli, że mogło chodzić o coś więcej, lecz teraz, kiedy wszystko inne również się rozpadło, nagle zobaczyła w tym wspomnieniu coś, czego wcześniej nie chciała dostrzec.
To wszystko miało sens.
Ojciec nigdy jej nie kochał.
Gdyby było inaczej, zauważyłby ją, tak jak zauważał innych, i nie pozwoliłby, żeby w jednym z najważniejszych dni jej życia ktoś inny znalazł się na pierwszym miejscu. Łzawa Łapa poczuła, jak żal zaciska jej gardło, ale niemal natychmiast zastąpiła go złość. Znacznie łatwiej było jej myśleć o tym, że została zdradzona, niż przyznać, jak bardzo chciała, żeby ktoś ją wtedy przytulił i powiedział, że jest z niej dumny.
Nie potrzebowała ich.
Przynajmniej tak próbowała sobie wmówić.
Nie chciała dłużej tu żyć. Z wielką chęcią uciekłaby jak najdalej stąd. Nie zamierzała siedzieć jako więzień, czekając, aż pewnego dnia każą jej zostać zwykłą wojowniczką, a potem całe życie słuchać przypomnień o tym, kim mogła zostać, gdyby nie wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Zrobili z niej potwora, chociaż przecież robiła tylko to, co uważała za konieczne, a jeżeli czasami podejmowała decyzje, których inni nie rozumieli, to chyba właśnie na tym polegało życie kogoś, kto miał troszczyć się o innych.
Może gdyby urodziła się w innym miocie, wszystko wyglądałoby inaczej.
Może gdyby nie była częścią tego przeklętego miotu sojuszniczego, zostałaby w Owocowym Lesie, gdzie mogłaby prowadzić spokojne życie i nie musiałaby ciągle martwić się o to, czy jej rodzina potrafi właściwie zadbać o klan. Może miałaby wtedy swoje miejsce, swoje obowiązki i koty, które rzeczywiście byłyby z niej dumne, zamiast ciągle zmuszać ją do udowadniania, że zasługuje na odrobinę uwagi.
Przez chwilę pozwoliła sobie wyobrazić taki świat, w którym wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej, a ona nie musiałaby każdego dnia zastanawiać się, czy ktoś jeszcze jej potrzebuje. W tej wizji była spokojniejsza, szczęśliwsza i przede wszystkim otoczona kotami, które przychodziły do niej nie dlatego, że musiały, lecz dlatego, że chciały mieć ją obok siebie.
Obraz był tak przyjemny, że niemal chciała w niego uwierzyć.
Potem przypomniała sobie, że to tylko wyobraźnia, a rzeczywistość nadal pozostawała taka sama.
— I co ja mam teraz zrobić? — wyrzuciła z siebie, podnosząc głos tak gwałtownie, że sama aż drgnęła.
Nikt jej nie odpowiedział, więc Łzawa Łapa zaczęła mówić dalej, jakby próbowała przekonać samą siebie, że jej pytanie wcale nie było rozpaczliwym wołaniem o pomoc.
Mogła uciec do innego klanu, lecz wtedy musiałaby liczyć się z tym, że Zawodząca Gwiazda opowie tamtejszym kotom kolejne kłamstwa, a jeśli uwierzą mu, a nie jej, po raz kolejny zostałaby sama i musiałaby szukać następnego miejsca, w którym mogłaby zacząć od nowa.
Mogła zostać samotniczką, ale ta możliwość przerażała ją jeszcze bardziej, ponieważ nie wiedziała prawie nic o życiu poza klanem, nie potrafiła dobrze polować ani walczyć i nie znała terenów wystarczająco dobrze, żeby poradzić sobie bez czyjejkolwiek pomocy. Prędzej czy później musiałaby znaleźć jakieś pożywienie, obronić się przed większym drapieżnikiem albo przetrwać pierwszą naprawdę ciężką noc, a ona nawet nie wiedziała, czy potrafiłaby rozpalić w sobie wystarczająco dużo odwagi, żeby wtedy nie uciec z powrotem do pierwszego miejsca, które zapewniało jej bezpieczeństwo.
Nie mogła zostać.
Nie mogła odejść.
Nie mogła również wrócić do dawnego życia, ponieważ po wszystkim, co się wydarzyło, nie potrafiła już udawać, że nic się nie zmieniło.
Im dłużej próbowała znaleźć jakieś rozwiązanie, tym bardziej miała wrażenie, że wszystkie ścieżki prowadzą ją w ślepy zaułek, a z każdej strony wyrastają ściany, których nie potrafiła przeskoczyć. Czuła się tak, jak gdyby los zagonił ją w kozi róg i teraz cierpliwie czekał, aż wreszcie przestanie się szarpać.
Nie cierpiała Zawodzącej Gwiazdy.
Nie cierpiała Wdzięcznej Firletki.
Nie cierpiała Skrzydlatej Płomykówki.
Nie cierpiała tego klanu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz