BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szałwiowe Serce x Kuni Strumyczek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szałwiowe Serce x Kuni Strumyczek. Pokaż wszystkie posty

21 stycznia 2026

Od Kuniego Strumyczka CD. Szałwiowego Serca

Kuni Strumyczek słuchała w milczeniu, pozwalając, by jego słowa opadły między nich niczym ciężkie liście, niesione nocnym wiatrem. Nie przerwała mu ani razu, choć każde kolejne zdanie zdawało się wbijać w jej serce drobną, uporczywą drzazgę. Widziała, jak się garbi, jak jego ogon instynktownie owija się wokół ciała, jakby próbował ochronić się przed światem — i przed nią. A jednak stał tu, nie uciekł, nie zamknął się w całkowitym milczeniu. To już samo w sobie znaczyło więcej, niż był skłonny przyznać.
Przez krótką chwilę nie odezwała się wcale. Spojrzała ponad jego pochyloną głową.
— To nie jest litość — odezwała się w końcu cicho, jej głos był spokojny, lecz stanowczy, niczym nurt strumienia, od którego wzięła imię. — Gdyby tak było, nie stałabym tu teraz. Litość jest łatwa. Współczucie… też bywa puste. Ale przyjaźń? — zawahała się na moment, po czym potrząsnęła lekko głową. — Przyjaźń nie znika tylko dlatego, że ktoś się potknął. Nawet jeśli upadł bardzo nisko. 
Zrobiła krok bliżej, choć nie na tyle, by naruszyć jego przestrzeń. Nie chciała go osaczać; chciała, by sam zdecydował, czy jeszcze potrafi stać obok innych.
— Mówisz, że rozumiesz gniew klanu. Że akceptujesz karę. — Jej spojrzenie spoczęło na jego łapach, wciąż wbitych w ziemię. — Oczywiście. Rozumiesz, że musisz ponieść konsekwencje. I nikt temu nie zaprzecza. Ale nie myl odpowiedzialności z przekonaniem, że przestałeś być wart czegokolwiek.
Jej ogon poruszył się niespokojnie, muskając kamienie pod łapami.
— Wiesz, co najbardziej mnie boli, gdy na ciebie patrzę? — zapytała ciszej. — Nie to, co zrobiłeś. Tylko to, że zachowujesz się tak, jakbyś już sam wydał na siebie wyrok. Jakby Mandarynkowa Gwiazda była tylko formalnością, a prawdziwy sąd odbywał się tutaj — dotknęła delikatnie łapą własnej piersi. — I trwał bez końca.
Zamilkła na moment, pozwalając, by cisza znów zapadła między nimi, lecz tym razem nie była ona ciężka — raczej pełna napiętego oczekiwania.
— Mówisz, że są nocniacy, którzy bardziej zasługują na miano przyjaciela. — Uniosła lekko kąciki pyska, w smutnym, krótkim uśmiechu. — Być może. Ale to nie ty decydujesz, kogo ja nim nazywam. I nie odbiorę sobie tego prawa tylko dlatego, że ty w tej chwili nie potrafisz spojrzeć na siebie łagodniej.
Jej głos stwardniał nieznacznie, choć wciąż był ciepły.
— Możesz „jakoś to przetrwać”, jeśli tego chcesz. Możesz zamknąć się w tym bólu i czekać, aż miną kolejne księżyce. Ale nie mów mi, że nie potrzebujesz nikogo obok.
Kuni Strumyczek spojrzała na niego uważnie, po raz pierwszy od początku rozmowy nie odwracając wzroku.
— Nie przyszłam tu, żeby cię ratować, Szałwiowe Serce — dodała łagodnie. — Przyszłam, bo wciąż jesteś częścią mojego świata. I jeśli naprawdę chcesz wszystko dźwigać sam… to przynajmniej pozwól innym iść obok ciebie, nawet jeśli tylko przez kawałek drogi.


<No, Szałwik! Weź się w garść, dobra?>

02 stycznia 2026

Od Szałwiowego Serca CD. Kuniego Strumyczka

Gdzieś głęboko była w Szałwiowym Sercu chęć odpowiedzenia na to zwykłym, szczerym śmiechem. Bo przecież tak właśnie było, prawda? Los był jego najgorszym, najbardziej zgorzkniałym wrogiem, który nigdy nie odpuszczał. Całe jego życie to jedna wielka gonitwa, w której to on był ofiarą, a pech jego nieustępliwym łowcą. Jego ścieżka i kończący ją upadek były ironią losu.
I być może naprawdę by się zaśmiał, gdyby choć na moment mógł zapomnieć o własnej winie. Nie miał wpływu na kolor sierści, krzywą szczękę, bliskie spotkania ze śmiercią i blizny, które przez nie otrzymał, ale gdyby... Gdyby tylko był ostrożniejszy, gdyby nie okazywał swoich czułości na zgromadzeniach i gdyby zakończył tę relację w chwili, gdy już wiedział, że zaraz będzie za późno...
Wszystko byłoby tak, jak dawniej.
Nie ukrywałby się już przed wzrokiem współklanowców, którzy patrzyli na niego spod wilka. Byłby tak wolny, jak przedtem. Te wszystkie możliwości byłyby wciąż w zasięgu jego łapy! Och, Klanie Gwiazdy! Dlaczego mnie nie zatrzymałeś, gdy wiedziałeś, jak to się skończy! — rozpaczał w duszy. Czy uznali, że był już na straconej pozycji? Odwrócili się od niego całkowicie, przestając przyświecać jego drodze? Przecież on zawsze miał w nich wiarę, pokładał w przodków nadzieje na tak wiele i znajdywał pocieszenie w bladym blasku gwiazd. Potrzebował jednego jedynego znaku, by wrócić na dobre tory. Wystarczyłoby ostrzeżenie, jakiś cichy szept z tyłu głowy, który wybiłby się ponad obawy, które wcześniej zduszał. Mogłaby zalśnić inaczej jedna gwiazda, a on wiedziałby, co chcieli mu przekazać. Więc dlaczego nie zalśniła? Dlaczego przodkowie pozwolili mu zniszczyć całe swoje życie jednym durnym wyborem?
— Tja — wypuścił z siebie wraz z haustem powietrza, jakby słowo było jedynie dodatkiem do głębokiego westchnięcia. Nawet nie podnosił wzroku; trzymał go na swoich łapach. Czuł się dziwnie z tym że Kuni Strumyczek do niego podeszła. Byli dobrymi kolegami, lecz nigdy nie rozmawiali ze sobą tak dużo. To, że Kijankowe Moczary i Siwa Czapla wciąż utrzymywali z nim kontakt, nie było dla niego największym zaskoczeniem, lecz po niej się tego nie spodziewał. Mogła go odepchnąć w kąt, po prostu. Nie był jej do niczego potrzebny. Rozmawiając z nim, tylko robiła sobie krzywdę. Szałwiowe Serce był pewny, że oceniające spojrzenia spadały nie tylko na niego, ale i na każdego kota, który tylko się do niego zbliżył. — Gniew Mandarynkowej Gwiazdy to jedno. Wasz... Drugie — dodał po chwili smętnie. Przycisnął ogon do swojego ciała, garbiąc się jeszcze bardziej. Sama rozmowa o tym z innym kotem go zawstydzała.
— Nie wszyscy się na ciebie gniewają — odpowiedziała, powtarzając to, co Kijankowe Moczary mówił mu od księżyca. Zupełnie jakby miał rację albo przynajmniej więcej kotów wierzyło w te słowa... Szałwiowe Serce jednak wciąż nie był w stanie. — Kilka księżyców i to minie. Koty mają dobrą pamięć, lecz nie doskonałą. Jeszcze wrócisz do obowiązków i normalności — dodała z celem dodania mu tymi słowami otuchy. On jednak, gdy tylko wysłuchał jej do końca, westchnął ponownie. Ogon przetoczył się po ziemi, by objąć ciało z drugiej strony.
— Posłuchaj... Nie musisz się nade mną litować. Ja to wszystko rozumiem — powiedział, wciąż usilnie trzymając wzrok na ziemi, nie na swojej rozmówczyni. — Rozumiem ten gniew i karę, która mnie spotkała. Wiem, dlaczego Klan Nocy jest mną zawiedziony i nie mam naprawdę nikomu za złe, że zmienił do mnie podejście po tym wszystkim... Nie potrzebuję współczucia. Muszę ponieść konsekwencje swoich czynów i po prostu... Jakoś to przetrwać. Więc rzecz jasna, dziękuję, że wciąż widzisz we mnie przyjaciela, ale — urwał na chwilę — jest wiele nocniaków, którzy teraz zasługują na to miano znacznie bardziej niż ja. — Zakończył to wszystko pojedynczym ponurym śmiechem.

<Kuni Strumyczku?>

18 grudnia 2025

Od Kuniego Strumyczka CD. Szałwiowego Serca

Gdy padło pytanie Szałwiowego Serca, przez krótką chwilę miała ochotę wybuchnąć śmiechem — takim lekkim, ciepłym, który na moment odgoniłby wszelkie troski. Ale zamiast tego tylko westchnęła cicho, unosząc wzrok ku niebu nad koronami drzew. Liście poruszały się sennie na tle gasnącego dnia, a wiatr szeptał między gałęziami, jakby znał odpowiedź lepiej niż ona sama.
— Ja? Z nim? — mruknęła w końcu, z nutą rozbawienia w głosie, mrużąc oczy, jakby samo wypowiedzenie tych słów było zbyt absurdalne, by zasługiwało na powagę. Uśmiech jednak wymknął się bez pytania, cichy i nieco zawstydzony. — Przyznaję, przez moment nawet o tym myślałam... Ale bądźmy ze sobą szczerzy. Te wszystkie spojrzenia, szepty w obozie, ploty. Nawet nie wiesz, jak w jak dużym zmieszaniu mnie to postawiło. Ja i Siwa Czapla… Po prostu do siebie nie pasujemy.
Mówiąc to, spojrzała w niebo, jakby liczyła na to, że Gwiezdni Wojownicy zlitują się i ześlą jej jakąś jasną odpowiedź. Nic takiego się jednak nie wydarzyło — tylko cienki obłok przesunął się leniwie po nieboskłonie.
— Znaczy, nie rozum mnie źle — dodała po chwili, potrząsając lekko uszami. — On jest... cóż, słodki. Taki wrażliwy, z tym swoim zamyślonym spojrzeniem i plączącym się ogonem. Ale to nie jest coś, co przetrwałoby próbę czasu. Nasze ścieżki... po prostu zbyt różne. Jak mech i kamień — niby razem, a jednak obce sobie.
Jej przyjaciel nie odzywał się przez moment. Wpatrywał się w przestrzeń, najwyraźniej rozważając to, co usłyszał. Szylkretka wzruszyła tylko ramionami, jakby zrzucała z siebie niewidzialny ciężar. Westchnęła cicho, a jej spojrzenie powędrowało w stronę obozu, skrytego wśród paproci i niskich krzewów, za którymi słychać było piskliwe nawoływania kociąt.
Tak. Właśnie tam ostatnio odnajdywała najwięcej spokoju. W cieple kociarni, w miękkim futerku maluchów, które tuliły się do niej bez żadnych oczekiwań. Nie myślała już o Siwej Czapli, o jego nieprzytomnych sennych szeptach czy dziwnych, oderwanych od rzeczywistości marzeniach. W głowie miała teraz inne obrazy — mniejsze, delikatniejsze. Kocięta bawiące się źdźbłami trawy, Kotewkowy Powiew uśmiechająca się łagodnie z drugiego końca legowiska, spokojny rytm codzienności, pozbawionej lęków o jutro.
Kotewkowy Powiew… Zjawiła się w jej życiu jak poranna mgła nad jeziorem — cicho, niespodziewanie, a jednak zmieniając wszystko. To ona otworzyła przed nią ścieżkę, którą wcześniej odrzucała, nie dlatego, że jej nie chciała, ale po prostu jej nie zauważała. Ścieżkę, którą przechodziły pokolenia przed nią — ścieżkę opiekunki, mentorki, kogoś, kto nie musi walczyć z pazurami i kłami, by być potrzebnym.
Tęskniła za czymś więcej niż tylko samotne polowania i przelotne rozmowy. Chciała miłości, owszem, ale prawdziwej — takiej, która nie będzie chwilowym zauroczeniem, lecz ostoją, spokojem, ciepłem wieczornego ogniska, nie tylko iskrą w ciemnościach. A Siwa Czapla… był inny. Zbyt zamknięty w swoim świecie, zbyt rozkojarzony, zbyt… osobliwy.
Pamiętała, jak jeszcze jako uczennica uważała go za intrygującego — ten jego nieobecny wzrok, snujące się za nim słowa, których nikt nie rozumiał. Ale teraz? Teraz dostrzegała w tym coś innego. Coś, co przypominało nie zagadkę, a ciężar. A to, co kiedyś wydawało się zabawne, z wiekiem nabrało ostrego smaku niepokoju. Zwłaszcza to jego bredzenie przez sen… Nocne szepty o liściach, które śpiewają, o błyszczących oczach czających się w cieniu… Wcześniej uważała je za dziwactwa. Teraz były raczej ostrzeżeniem.
Zadrżała lekko, nie z chłodu, lecz z myśli, które na nowo zawładnęły jej sercem. Spojrzała na Szałwiowe Serce — jego spojrzenie było spokojne, cierpliwe, gotowe słuchać dalej lub odejść, jeśli tego potrzebowała. I właśnie dlatego była mu wdzięczna.
— No, co by tu nie mówić. Serce nie sługa — westchnęła. — Chyba tak właśnie będzie lepiej.
Gdzieś nad nimi zawołał ptak, a w oddali zamruczał strumień — jakby świat zgadzał się z jej słowami. Szylkretka wstała i przeciągnęła się lekko, czując, jak napięcie opuszcza jej mięśnie. Teraz musiała tylko powiedzieć to wszystko Siwej Czapli.

* * *

— Wiesz… uczucia, jakie wobec mnie żywisz, są bardzo słodkie — zaczęła cicho, jakby każde słowo ważyło zbyt wiele. — Ale nie możemy być razem. To… — zawahała się na krótką chwilę, spuszczając wzrok — to po prostu nie mogłoby się udać. Jeśli naprawdę mnie kochasz, uszanujesz moje uczucia i pozwolisz mi odejść dalej własną ścieżką.
Słowa zawisły między nimi ciężkie niczym mgła nad strumieniem o świcie.
Siwek patrzył na nią bez ruchu. Jego oczy, zwykle jasne i czujne, teraz zaszkliły się wilgocią, w której odbijała się cicha rezygnacja. Nie tego się spodziewał — nie po tylu nocach spędzonych na wyobrażaniu sobie tej chwili, nie po odwadze, którą musiał w sobie zebrać, by pozwolić jej zbliżyć się aż tak. Każdy kot, niezależnie od hartu ducha czy wyznawanych zasad, nosi w sobie lęk przed odrzuceniem. A on właśnie pozwolił temu lękowi przemówić.
Kuni Strumyczek trwała naprzeciw niego, napięta, lecz szczera. Nie potrafiłaby zmusić się do miłości — wiedziała to zbyt dobrze. Uczucia nie były przecież obietnicą składaną z rozsądku ani przysługą, którą można wyświadczyć w imię cudzych nadziei. Związek nie polegał na poświęceniu serca wbrew samemu sobie.
Siwek w końcu odwrócił wzrok. Dłużej nie potrafił znieść widoku jej pyska, tej łagodności zmieszanej z bólem. Zrobił kilka powolnych kroków, oddalając się bez słowa. W jego ruchach była rezygnacja, ale i coś jeszcze — cichy, niemal niezauważalny spokój. Jakby wraz z jej wyznaniem pękła niewidzialna nić napięcia, która od dawna trzymała go w ryzach.
Może właśnie teraz poczuł ulgę. Może po raz pierwszy od dawna nie musiał już czekać, łudzić się i kochać kota, którego tak naprawdę nigdy w pełni nie znał.

Teraźniejszość…

Nie wiedziała nawet, w którym momencie prawda o Szałwiowym Sercu ujrzała światło dnia. Rozlała się po obozie cicho, niemal niepostrzeżenie — szeptami niesionymi od legowiska do legowiska, spojrzeniami pełnymi niedowierzania i półsłówkami urywanymi, gdy ktoś zbliżał się za bardzo. Mówiono o jego kłamstwach, o potajemnych spotkaniach z kotką z zupełnie innego klanu, o zdradzie lojalności, której powinien był strzec jak własnego życia. A przecież nosił tytuł księcia. A przecież na jego czole widniał krwisty znak lotosu, symbol przysięgi i oddania.
Może powinna była poczuć oburzenie. Może należało przybrać surową minę, narzekać razem z innymi, udawać, że ta zdrada poruszyła w niej coś głębokiego i nieodwracalnego. A jednak… nie poruszyła. Prawda była taka, że sprawa ta zdawała się jej dziwnie odległa, jakby dotyczyła kogoś zupełnie innego. Nawet wtedy, gdy pointowi zakazano wyściubiać nosa poza obozowisko, Kuni Strumyczek wciąż widziała w Szałwiowym Sercu tego samego kota — dobrego przyjaciela, znajomego, do którego mogłaby zwrócić się po radę w chwili zawahania.
Zresztą wszystko ostatnio układało się zaskakująco dobrze. Pogoda sprzyjała, niebo było łaskawe, a las hojny — zwierzyny nie brakowało, a codzienne obowiązki nie ciążyły nadmiernie. Sama Kuni Strumyczek czuła się zdrowa i silna, lekka na łapach i spokojna w myślach. Życie płynęło prostym nurtem, bez gwałtownych skrętów i niespodziewanych wirów, jakby świat na chwilę postanowił dać jej odetchnąć.
Jedynym prawdziwym wstrząsem była śmierć Kotewkowego Powiewu. Smutek pojawił się — owszem — lecz był krótki i niejednoznaczny. Gdzieś pod nim czaiło się coś, czego Kuni Strumyczek nie potrafiła do końca nazwać, a co przypominało ulgę. Wstydliwą, cichą, ale jednak obecną. Może dlatego, że wraz z odejściem kotki zniknęło napięcie, którego wcześniej nawet nie była do końca świadoma.
Liczyła, że piastunka w końcu osadzi ją w tej roli na stałe. Za każdym razem, gdy rozmawiała z księżniczką, ta rozwodziła się nad kociętami, nad tradycjami, które należy im przekazywać, nad odpowiedzialnością i ciepłem, jakie powinny otrzymać od starszych. Kuni Strumyczek słuchała uważnie, sądząc, że to zapowiedź przyszłości, którą ktoś właśnie dla niej kreśli.
Lecz los postanowił inaczej. Ostatecznie uczniem piastunki został Złota Łapa — kot młody, ale pojętny, który pomyślnie przeszedł szkolenie i z dumą przyjął nowe obowiązki. Był gotów pomagać wszystkim brzdącom, jakie tylko miały pojawić się w żłobku, a Kuni Strumyczek, choć przez moment poczuła ukłucie zawodu, szybko je w sobie uciszyła. W końcu wszystko nadal było… w porządku. Może aż zbyt.
Westchnęła cicho, ledwie dosłyszalnie, a jej wargi drgnęły w niemym geście znużenia. Powiodła wzrokiem po obozowisku, jakby wśród znajomych sylwetek i codziennego gwaru próbowała odnaleźć coś — cokolwiek — co nadałoby temu dniu wyraźniejszy sens. Potrzebowała zajęcia. Prawdziwego działania, które oderwałoby ją od monotonii myśli krążących w kółko niczym liście niesione po powierzchni strumienia.
Robiła przecież wszystko, co należało. Chodziła na patrole, polowała, cierpliwie uczyła Niezapominajkę, przekazując jej wiedzę i doświadczenie bez cienia znużenia. A jednak coraz rzadziej odczuwała potrzebę, by naprawdę — głęboko, bez pośpiechu — zanurzyć się z kimś w fali słów. Rozmowy spłycały się, stawały się wymianą zdań pozbawioną ciężaru, jakby wszyscy wokół bali się powiedzieć coś więcej, niż było to konieczne.
I wtedy jej spojrzenie zatrzymało się na znajomym, szarawym futrze.
Szałwiowe Serce.
Stał nieco na uboczu, w półcieniu, jakby sam obóz nie był do końca pewien, czy wciąż chce go mieć w swoich granicach. Kuni Strumyczek poczuła delikatne ukłucie — nie niepokoju, raczej świadomości. Wciąż utrzymywali jakiś kontakt, cienką nić porozumienia, której nie zerwały nawet ostatnie wydarzenia. A szkoda byłoby jej nie wykorzystać. Zwłaszcza teraz.
Zwłaszcza po tym wszystkim, co wyszło na jaw.
Przez moment wahała się, po czym ruszyła w jego stronę. Może rozmowa z nim nie przyniosłaby odpowiedzi, których nawet nie umiała nazwać. Ale mogła przynieść coś innego — chwilę prawdziwej obecności, tak rzadkiej ostatnio i przez to tak potrzebnej.
— Zdaje się, że los wiecznie rzuca ci kłody pod łapy, co? — usiadła obok przyjaciela. — Mam nadzieję, że Mandarynka nie będzie gniewać się specjalnie długo…

<Szałwiowe Serce?>

28 września 2025

Od Szałwiowego Serca CD. Kuniego Strumyczka

dawno
— Nie spodziewałam się, że tak szybko jakiegoś otrzymasz, patrząc na to, że nie tak dawno ukończyłeś własne szkolenie. Zawsze zastanawiało mnie, jak to jest kogoś uczyć... a więc, jak się czujesz z rolą mentora?
Szałwiowe Serce wzruszył ramionami.
— Jeśli oczekujesz czegoś niesamowitego, cóż, lepiej się nie nastawiaj — zaśmiał się lekko. — Znaczy, nie żebym narzekał, ale to całkiem męcząca i odpowiedzialna robota. Przecież praktycznie wychowujesz młodego kota — mruknął i spojrzał na chwilę w bok. Wzrokiem szukał swojej uczennicy tam, gdzie wcześniej słyszał uczniowski gwar. W końcu dojrzał jej białe futro, leżące gdzieś z tyłu. Nie angażowała się w uczniowskie zapasy. Wrócił spojrzeniem na swoją rozmówczynię. — Borówkowa Łapa to dobra uczennica. Szybko pojmuje nowe rzeczy, jest zdeterminowana do nauki, mądra i pokorna... Nie sprawia mi problemów i jestem za to wdzięczny. Trochę się już nasłuchałem opowieści o niesfornych uczniach.
— Chciałabym przynajmniej zobaczyć, jak to jest — westchnęła. 
— Jeśli lubisz spać do późna, to mało przyjemnie — odpowiedział żartobliwie. Widział, jak Kuniemu Strumyczkowi drgają z rozbawienia wąsy.
— Na szczęście nie należę do popielic, więc chyba nie będzie to dla mnie taki problem — miauknęła z sugestią. Natychmiast zrobił udawanie oburzoną minę.
— Hej, nie przesadzajmy! Nie jest ze mną jeszcze tak źle. — Cofnął pysk, jak gdyby się zdziwił lub czegoś brzydził, co dodawało jego gestom dramaturgii. — Niektórzy chrapią w legowiska do Wysokiego Słońca. Ja mam jeszcze resztki jakiegoś taktu!
— Tja... — odparła, tylko go podjudzając.
— Ty też nie jesteś taka święta! Jakbym chciał zliczyć na palcach wszystkie momenty, gdy to ja się zbierałem wcześnie na polowania czy patrole, a ty leżałaś do góry brzuchem, to bym potrzebował kolejnych dziesięciu par łap... 
Teraz to ona przybrała rolę zdenerwowanego aktora.
— Wcale nie! Zresztą, nawet jeśli, ja w identycznej sytuacji potrzebowałabym chyba setki łap! — powiedziała głośno, podnosząc się na przednich łapach tak, że patrzyła na niego z góry. Szałwiowe Serce parsknął i przewrócił oczami. 
— Hmpf! — Ustawił łeb bokiem do niej, zamykając oczy. Udawał focha. — No dobra. Wygrałaś — mruknął cicho, wracając do poprzedniej postawy. Kotka, chichocząc, zrobiła podobnie.
— Tak myślałam — dodała na koniec z uśmiechem.

***

kilka księżyców temu
Jego życie ponownie popadało w rutynę, za którą właściwie tęsknił. Nie potrzebował ani tych walk, ani tych katastrof, by jego życie było wystarczająco żywiołowe i trudne do okiełznania. Już wieloma myśli zaprzątał sobie umysł – Łuną, zmarłym ojcem, skłóceniem z bliskimi, kwestiami rodziny królewskiej, tamtym dziwacznym snem... Był wdzięczny za obowiązki, którymi mógł zająć głowę, by odegnać wszystko, co mąciło jego spokój. Gdy pracował, nie myślał, a przynajmniej nie aż tyle. Mógł całą swoją frustrację, cały smutek i całą gorycz przelać na te durne... Głazy.
Było to lepsze niż jakiekolwiek patrole i polowania. Na nich musiał zachowywać ciszę, przynajmniej względną. Przy tej pracy ciszy nie było. Z pysków towarzyszy i jego samego wciąż wydostawały się sapnięcia, bolesne jęki czy wyzwiska w stronę ciężkich, denerwujących obiektów nieożywionych, które za nic nie chciały się ich słuchać. Wszyscy wspólnie narzekali na żmudność tej roboty. Nie żeby przesadzali... Bądź co bądź, wtaczanie głazów na wyspę, gdy trzeba było przeprowadzać je przez wodę, to było wyzwanie, na które gotowi byli tylko najsilniejsi. One wcale nie współpracowały. Wolały leźć na dno, ku głośnemu niezadowoleniu ich grupy, która cały wschód słońca potrafiła przeznaczyć na ciągnięcie kamienia tylko po to, by ten umościł się wygodnie w mokrym mule. Czasem zachowywały się łagodnie i wracały na swoje poprzednie miejsce. Nieraz jednak spadały w dalsze odmęty rzeki, nieraz zupełnie chowając się w toni. Nikt nie był na tyle silny i brawurowy, by próbować je stamtąd wydostać. Trzeba było iść po nowy głaz i znów zaczynać tę męczarnię. Plusy? Gdy praca na dany dzień była skończona, ledwo stał na nogach. Jedynym, co był w stanie zrobić, to wycieńczonym pacnąć na legowisko i otulony w królicze skórki zasnąć w parę uderzeń serca.
Słońce już przygotowywało się do zmierzchu, gdy Mandarynkowe Pióro dała im znak do odpoczynku. Wtoczyli. Jutro zajmą się przestawieniem go w odpowiednie miejsce. Zmęczony Szałwiowe Serce powłóczył w centrum obozowiska, które nadal wyglądało dość... Surowo. Można było wyczuć, że prace zaczęły się dopiero niedawno i lista zadań do wykonania była naprawdę długa. Tym razem nie skierował się prosto na posłanie, a do sterty ze zwierzyną. Bez większego przebierania zgarnął z niej jedną srebrną rybę, walnął się na ziemię i zaczął ją jeść jak największy delikates.
— Wszystko dobrze, Szałwiowe Serce? — zapytała siedząca nieopodal kotka, której obecności nawet nie zauważył. Na chwilę przerwał przeżuwanie posiłku, by na nią spojrzeć.
— Dobrze — miauknął w odpowiedzi. Zmęczenie było wymalowane nawet w jego uśmiechu. — Po prostu te prace w obozowisku są... Wyczerpujące — dodał, wzdychając.
Kuni Strumyczek pokiwała delikatnie głową. Nie mógł jej zarzucić nieróbstwa. Wprawdzie wojowniczka nie zajmowała się sprawami tak ciężkiej, dosłownie, wagi, ale nieraz widział, jak pomagała choćby Kotewce w umocnieniu ścian żłobka. Zresztą, nie oceniał nikogo, jeśli pracował; każda para łap, która się czymś zajmowała, a nie leżała wywrócona do góry, była dla niego wyjątkowo cenna.
— Nie chciałabym musieć pracować z tymi głazami — powiedziała po chwili ciszy, po czym położyła się na ziemi przed kocurem w pozycji bochenka, owijając ogon wokół swojego boku.
— Cóż — westchnął — ktoś musi to zrobić, nie? Ciesz się, że chociaż odbębniam tę robotę za ciebie...
— Cieszę się, uwierz mi — zapewniła, delikatnie się uśmiechając. — Wolałam zająć się trochę mniejszymi kamieniami, niż te wasze... Układałam je tu dziś z Pluskającym Potokiem. Myślisz, że stoją równo? — spytała, przez co rozejrzał się wokół. Fakt, coś się zmieniło. Teraz ta wyrwa w ziemi, otoczona skałkami, wyglądała nieco lepiej, niż przedtem. Właściwie, dobrze, że ktoś wpadł na taki pomysł. Teraz miało się co tu nagrzać, a dzięki temu też było na czym się wylegiwać, jak już przyjdą gorętsze dni.
— Myślę, że chcę spać — zaśmiał się Szałwiowe Serce i ruszył po kolejny kęs. Kawałki mięsa i wnętrzności rozbryzgały się nieco wokół niego. Nigdy nie potrafił utrzymać porządku przy posiłku... — Nie no, jest ładnie, naprawdę. Chcę to zobaczyć za parę księżyców, jak wtedy będzie to wyglądać — wymruczał pomiędzy mlaśnięciami.
— Obiło mi się o uszy, że ogrodnicy chcą posadzić tu jakieś rośliny, ale nie pamiętam dokładnie. — Ponownie umilkła na parę uderzeń serca. Ciszę między nimi przerywały tylko odgłosy jedzenia. Nagle uszy Kuny wyprostowały się, jakby zauważyła coś ciekawego. — Czy to ukleja?
— Co – a, że ryba? Wiesz co, nie mam pojęcia, łapałem na szybko — tłumaczył i w połowie zdania zdał sobie sprawę, że jedzenie samemu przy rozmowie z drugim kotem było trochę niegrzeczne. Pokręcił głową, jakby karcił się w myślach. — Jeju, przepraszam, że nie zapytałem, powinniśmy się podzielić. Tylko no, z tego już niedużo zostało... — wymruczał, spoglądając raz na kotkę, a raz na swój posiłek.
— Nie ma sprawy — odpowiedziała od razu. — Jadłam niedawno, nie jestem głodna. No i bałabym ci zabrać cokolwiek spod nosa, patrząc na to, jak pałaszujesz — dodała, na co się zaśmiał.
I znów ucichli. Teraz to milczenie zdało mu się nieco niekomfortowe. Szukał w głowie tematu, który mógł zacząć, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Aż do czasu... 
Gdyby pewnie pomyślał chwilę dłużej, zdałby sobie sprawę, że to nie był taki dobry pomysł. Szałwiowe Serce jednak już sporo razy przekonał się, że nie umie samego siebie w niczym zatrzymać, szczególnie, kiedy to coś jest okropnie głupie.
— A ten... Pamiętasz, słyszałaś na pewno te wszystkie plotki o Siwej Czapli, nie...
Kotka otworzyła nieco szerzej oczy. Spojrzała na niego tak, jakby bezgłośnie dawała mu znak do mówienia dalej.
— Ty się w nim nie kochasz, prawda? — parsknął śmiechem, choć wyraźnie ściszył trochę głos na wypadek, gdyby kocur był w pobliżu. Jego przyjaciel dla niej zupełnie stracił głowę. Chociaż w ogóle nie dziwiło go, jak Czapla mógł się zakochać w kotce takiej jak Kuni Strumyczek, tak (mimo dobrej nadziei, oczywiście!) nie widział, by miał za wysokie szanse... To pytanie było nieco niemiłe w jego stronę, ale hej! To Czapla tak długo nie chciał mu wyjawić, kim była ta tajemnicza dama serca, tylko chichotał sobie z Kijanką! Miał prawo jeden raz uszczypnąć go w nos. — W sensie! Nie żebym oceniał... Ale on jest świrnięty z lekka...

<Kuna?>

Wykonane zadania:
— Wtoczenie na wyspę głazów
— Wniesienie na wyspę kamieni, mających otaczać źródełko wody i wzmacniać jego ścianki

07 czerwca 2025

Od Kuniej Łapy (Kuniego Strumyczka) CD. Szałwiowej Łapy (Szałwiowego Serca)

Dawno…

— Jasne, z chęcią coś zjem! — rzuciła Kunia Łapa z lekkim uśmiechem, gdy Szałwiowa Łapa zerwał się na równe łapy. — Tylko przynieś coś, co nie ma tylu piór.
Patrzyła, jak młodszy kocur znika między paprociami, pozostawiając po sobie jedynie zmięte pierze.
Zamrugała, przeganiając wspomnienia. Na polanie zapanował chwilowy spokój. W oddali słychać było pisk kociąt, a z dala dobiegał przeciągły miauk jednego z młodszych uczniów ćwiczącego ze swoim mentorem,
Kunia Łapa przeciągnęła się leniwie, jej ciało boleśnie przypominało o porannym patrolu. Stawianie łap przy granicy, podczas gdy gdzieś dalej były tereny, których nie mogła zbadać, było dla niej niczym bolesna walka z użyciem kłów i pazurów. Nigdy nie mogła przeboleć tego, jak pilnie musiała strzec się granic swojego klanu, a mimo wszystko wiedziała, że jej moralność nie pozwoliłaby jej udać się tam, gdzie nie powinna.
Z zamyślenia wyrwał ją znajomy zapach — wilgotna trawa i leśna nornica. Szałwiowa Łapa wracał, dumnie niosąc zdobycz, jakby sam ją złapał.
— Proszę bardzo, pani patrolowa — wymruczał, kładąc nornicę tuż przy jej łapach.
Uniosła brew z udawaną powagą.
— Dziękuję, łowco piórek.
Nachyliła się i ugryzła kawałek miękkiego futerka. Smak był przyjemny, choć nie zdołał całkiem przyćmić dziwnego uczucia smutku, który zalęgł się w niej tak jak pchełki w futrach starszych kotów. Jedli przez chwilę w ciszy, wsłuchując się w odgłosy obozu i jednostajny szelest wiatru, który targał liśćmi w koronach drzew.
— Myślisz, że Klan Burzy coś planuje? — zapytał nagle Szałwiowa Łapa, oblizując pazury. W jego głosie brzmiała czysta ciekawość, nie lęk.
Kunia Łapa przeżuła kolejny kęs i westchnęła.
— Nie, nie sądzę. Przestrzegają granic; na naszym terenie nie dało się wyczuć niczego, co wskazywałoby na to, że jest inaczej.
— Ale, nawet gdyby faktycznie coś knuli, to nasz klan by sobie poradził? — W głosie ucznia był odczuwalny nacisk, jednak było to zrozumiałe: kocurek był przecież księciem, a więc musiało zależeć mu na dobrze własnego klanu.
— Oczywiście, że tak — odpowiedziała z przekonaniem i lekko trąciła go ogonem. — Nie jesteśmy sami. Mamy siebie. Mamy wojowników. Mamy Gwiezdny Klan.
— I kiedyś też będziemy wojownikami — dodał z uśmiechem, choć jakby mniej pewnym niż wcześniej.
Kunia Łapa również się uśmiechnęła, ale jej myśli wciąż błądziły gdzieś przy granicy. Czy ten poranny patrol naprawdę był zwyczajny, a może Szałwiowa Łapa miał racje i tamci faktycznie coś zamierzali? Głęboko westchnęła, jak gdyby próbując odciągnąć nic niewnoszące zmartwienia.
— Kiedyś? — mruknęła. — Niedługo. A wtedy to ty poprowadzisz patrol, a ja porządnie się wyśpię!
Oboje zaśmiali się radośnie, a pozytywna energia zdawała się napełniać uczniowskie legowisko.

Teraźniejszość…

Kuni Strumyczek szła przez obóz z opuszczonymi uszami i nosem, który bardziej przypominał lichy mech niż dumny pysk wojowniczki. Każdy krok powodował nowe, nieuniknione pociągnięcie nosem, które brzmiało mniej jak wojownicze pomruki, a bardziej jak duszone kichnięcie.
Dzień był ciepły, słońce przebijało się przez liście, rozrzucając jasne plamy światła po polanie. Kocięta turlały się po piachu, wojownicy leniwie rozmawiali pod ciernistą osłoną, a ktoś z tyłu właśnie opowiadał historię o pogoni za łasicą. Tylko Kuna nie była w nastroju. Jej pysk drżał od chęci kichnięcia, a nos był tak zatkany, że czuła zapach obozu tylko przez wspomnienia.
— Na Gwiezdny Klan, niech to się już skończy — mruknęła do siebie i, nie zważając na przyklejony do pyska liść, ruszyła zdecydowanie w stronę legowiska medyczki.
Jaskinia Różanej Woni znajdowała się na uboczu, otoczona pachnącym ziołami wejściem, które już z daleka uderzało nozdrza ciężką mieszanką tymianku, liści szczawiu i ostrej mięty. Próg porastał mech, przesiąknięty zapachem kurzu i słabych ran. Kuni stanęła przed wejściem, zamrugała parę razy, a potem pociągnęła nosem jeszcze głośniej niż dotąd.
— Jeśli to ty tak pociągasz, to wejdź i przestań tupać przy wejściu. — Dobiegł z wnętrza znajomy, ostry głos klanowego medyka — albo kichaj gdzie indziej.
Kuni westchnęła i wślizgnęła się do środka. Wnętrze było ciemne, ale przytulne. Wysuszone pęki ziół wisiały z sufitu jak odwrócone ogony nietoperzy. Gdzieś w kącie znajdował się magazynek, z którego unosił się ostry zapach, a pośrodku legowiska siedziała Różana Woń, pochylona nad starannie posiekaną mieszanką zieleniny.
Szylkretowa wojowniczka dokładnie przypatrzała się kotce, która wyglądała trochę tak, jakby nie spała od dwóch dni i właśnie rozważała zrobienie komuś krzywdy — najchętniej tej osobie, która przeszkodziła jej w pracy. Jej sierść była rozwichrzona, a wzrok ostry jak świeżo naostrzone pazury. Nie znała jej dobrze, jednak słyszała o tym, jak cierpkie ma usposobienie, a więc wzięła głęboki oddech, nim miauknęła:
— Katar.
— Katar — powtórzyła Różana Woń z taką samą pogardą, jakby Kuni Strumyczek właśnie wyznała, że nie odróżnia paproci od pokrzywy. — To tyle?
— To tylko… nie przechodzi. Już drugi dzień. I jak patroluję, to… no wiesz, co krok kicham. A to nie pomaga, jak próbujesz być cicho.
Różana zmrużyła oczy, jakby oceniała, czy przypadkiem nie ma ważniejszych pacjentów, jej legowisko świeciło jednak smutną pustką.
— Znasz to uczucie, kiedy próbujesz pracować, a ktoś wchodzi i mówi, że umiera od… kataru?
— Nie, ale chętnie poznam. — Kuni Strumyczek zdobyła się na nieco pewniejszy ton, po czym przysiadła oplatając przednie łapy ogonem z miną męczennicy. — Bo chyba właśnie umieram.
Różana mruknęła coś, co mogłoby być przekleństwem, po czym zaczęła grzebać w swoim ziołowym kącie. Przez chwilę w legowisku słychać było tylko szelest liści, odgłos rozcierania łapy o kamień i jej mruczenie pod nosem.
— Proszę bardzo. — Podała jej zawiniątko, które pachniało jak połowa lasu. — Żuj to. Nie połykaj od razu. I nie pluj na podłogę.
Wojowniczka posłusznie wzięła kęs. Smak był cierpki i dziwnie piekący. Oczy jej zaszkliły się natychmiast.
— Agh! Coś mi się dzieje w pysku!
— To znaczy, że działa. — Medyczka spojrzała na nią z satysfakcją. — Katar i narzekanie - dwie rzeczy, które powinny cię zaraz opuścić.
Kuni Strumyczek wykrzywiła się, ale w jej oczach błysnęło rozbawienie.
— A co, jeśli wrócę jutro?
— To zostaniesz poproszona o opuszczenie klanu. W imię dobra wspólnego. — Z pyska kocicy padło coś, co najpewniej miało być żartem, choć kąśliwy ton jej głosu wskazywał na coś zupełnie innego.
— Tylko dlatego, że nie lubisz, jak wojownicy przychodzą z drobiazgami?
— Nie. Dlatego, że jesteś z nich najbardziej rozmowna. A moje zioła tego nie zniosą.
Kuni Strumyczek uśmiechnęła się i, kiwając głową, ruszyła ku wyjściu. Nos wciąż lekko jej ciekł, ale za to humor poprawił się o niebo.
Zanim zniknęła za osłoną z paproci, odwróciła się jeszcze przez ramię.
— Dziękuje. Nawet jeśli nie chcesz się przyznać, to wiem, że lubisz mieć mnie za pacjentkę.
— Lubię — odparła medyczka chłodno. — Ale tylko dlatego, że z tobą moje zioła działają szybciej. Z litości nad sobą.
Słońce wisiało nisko nad horyzontem, barwiąc niebo na odcienie bursztynu i różu. Cienie rozciągały się po polanie, a wieczorny chłód powoli wypełniał powietrze. Kuni Strumyczek leżała na ciepłym, jeszcze nagrzanym kamieniu przy wejściu do obozu, wpatrzona w niebo. Jej ogon poruszał się leniwie, z boku na bok.
To był spokojny dzień — bez kłótni, bez napiętych granic, bez niepokojących doniesień z patroli. Po prostu jeden z tych rzadkich dni, które zdarzały się w porze Nowych Liści, kiedy wszystko zdawało się być na swoim miejscu.
— Widziałem cię z daleka. — Głos Szałwiowego Serca był cichy, ale pełen uśmiechu.
Kuni Strumyczek uniosła wzrok i zobaczyła, jak zbliża się do niej z lekkim krokiem. Jego futro było w nieładzie, jakby dopiero co wrócił z treningu lub zabawy z młodszymi uczniami.
— I nie przestraszyło cię moje groźne spojrzenie z daleka? — zapytała z udawaną powagą, unosząc brew.
— Raczej zachęciło. — Usiadł obok niej, ziewając przeciągle. — Po takim dniu aż miło usiąść i nie robić nic.
— Rzadki luksus — mruknęła, przekręcając się na bok. — Ale dzisiaj… dzisiaj nawet wiatr nie przeszkadza.
Siedzieli przez chwilę w ciszy. Gdzieś w oddali rozbrzmiewał śmiech młodszych uczniów, a ze środka obozu dolatywał zapach świeżo upolowanego wróbla. Kuni Strumyczek przymknęła oczy, pozwalając sobie po prostu być. Obecność Szałwiowego Serca obok niej była znajoma, jak ciepło słońca na futrze albo delikatny szum liści w letni dzień.
— Pamiętasz, jak pierwszy raz podzieliliśmy się ze sobą zdobyczą? — Szałwiowe Serce zapytał nagle, mrużąc oczy. — Jeszcze wtedy, gdy byliśmy uczniami?
Parsknął śmiechem.
— Pamiętam głównie pióra. Były dosłownie wszędzie.
— Ale zdobycz była dobra — przypomniał z dumą. — I się podzieliłem!
— I po tym właśnie poznałam, że jesteś wspaniałym przyjacielem — powiedziała z przekąsem. — A miałam wrażenie, że niektórzy twierdzili, że jesteś tylko gadułą.
— Gadułą? Ja? — Udawał oburzenie, choć jego wibrysy drgały od śmiechu. — Ja po prostu wiem, kiedy coś powiedzieć. Na przykład teraz: wróbel ze sterty wyglądał dziś wyjątkowo smacznie. Chodź, coś zjemy?
Kuni Strumyczek przeciągnęła się z mruknięciem i wstała. Jej łapy rozprostowały się z cichym trzaskiem, a mięśnie pod futrem zadrżały lekko po leniwym popołudniu spędzonym na ciepłym kamieniu. Ziewnęła szeroko, ledwo zasłaniając pysk łapą, i ruszyła za Szałwiowym Sercem w stronę stosu świeżej zdobyczy.
Słońce niemal już zniknęło za linią drzew, rzucając ostatnie smugi pomarańczowego światła na wejście do obozu. Wiatr niósł zapach paproci i wilgotnego mchu, a w koronach drzew zaczynały już skrzeczeć kosy. Wszystko to otulało Kuni znajomym, bezpiecznym ciepłem.
— A więc, co tam dziś mamy? — zapytała, stając przy stosie i przekrzywiając głowę.
— Dziś tylko futerko i same delikatesy — odparł żartobliwie Szałwiowe Serce, wyraźnie zadowolony z siebie. Pazurem przesunął po zdobyczach, zanim zdecydowanym ruchem wyciągnął niedużego, świeżego karczownika. — Proszę bardzo. Wygląda, jakby dopiero co został upolowany.
— Pachnie lepiej niż mój poranny patrol, to już coś — mruknęła szylkretka i usiadła wygodnie przy mchu obok.
Zaczęli jeść niespiesznie, dzieląc się kąskami i wymieniając uwagi na temat posiłku, jakby to był najważniejszy temat dnia. Ciemna kotka nie pamiętała, kiedy ostatnio miała chwilę, by po prostu odetchnąć — zwłaszcza że w klanie działo się wiele, w trakcie jej szkolenia na wojowniczkę, a także i po nim. Dawno nie rozmawiała z Szałwiowym Sercem, jak gdyby ich kontakt został rozerwany przez czyjeś ostre pazury, a jednak gdy srebrzysty kocur podszedł do niej i zainicjował rozmowę, nie czuła się speszona jego obecnością. Przełknęła ostatni kęs zdobyczy, po czym poprowadziła wzrok do nieba, na którym połyskiwały już pierwsze, słabe gwiazdeczki.
— Słyszałam, że masz ucznia. — powiedziała nagle, oblizując pysk. — Nie spodziewałam się, że tak szybko jakiegoś otrzymasz, patrząc na to, że nie tak dawno ukończyłeś własne szkolenie. Zawsze zastanawiało mnie, jak to jest kogoś uczyć... a więc, jak się czujesz z rolą mentora?

<Szałwiowe Serce?>

Wyleczeni: Kuni Strumyczek

01 lutego 2025

Od Szałwika (Szałwiowej Łapy) CD. Kuniej Łapy

Kiwał głową, uważnie wysłuchując jej rad. Był zdziwiony jej szeroką wiedzą. Bycie wojownikiem było jednak trudniejsze, niż mu się zdawało! Gdy Kunia Łapa skończyła mówić i dała mu znak, by spróbował samodzielnie, zerwał się na równe łapy, po czym je zgiął. Już nie raz zakradał się do swojego rodzeństwa, więc nie było to dużym problemem.
— Musisz równomiernie rozkładać ciężar swojego ciała po obu stronach — poinstruowała go uczennica.
— Lównomiel... co? — Szałwik wstał, nie rozumiejąc jej polecenia. Miał wrażenie, że dobrze mu szło.
— Przechylasz się nieco w prawo, musisz stać prosto. O tak — mruknęła i sama przybrała łowiecką postawę, by pokazać kociakowi, co powinien zrobić. Kocurek skinął głową i poszedł w jej ślady, nie spuszczając oczu ze swojego wzoru. — Dobrze! Teraz musisz iść do przodu najciszej, jak tylko umiesz. Tak, jakbyś dryfował po ziemi, lekko i bezgłośnie.
— Oki!
Po miauknięciu zupełnie zamilkł, skupiając się w pełni na swoim kroku. Powtarzał to, co widział u innych wojowników i kociaków podczas licznych zabaw. Próbował iść tak, jak radziła mu Kuna – cichutko, delikatnie, ledwo dotykając łapkami podłoża. Wyglądał całkiem zabawnie z wytkniętym językiem, wzrokiem skupionym na ziemi i kiwającym się w boki ciałkiem. Chwilę zajęło mu osiągnięcie równowagi, lecz w końcu udało mu się sunąć przed siebie utrzymując w miarę prostą sylwetkę.
— Dobrze ci idzie! — pochwaliła go w końcu uczennica.
Usatysfakcjonowany nowo nabytą umiejętnością, uśmiechnął się szeroko już na samą myśl, że pokaże się Kotewkowemu Powiewowi.
— Dziękuję! — miauknął, otarł się łebkiem o uczennicę na pożegnanie i pobiegł z powrotem do żłobka, w głowie już słysząc przyszłą pochwałę piastunki.

***

— Zaczniemy od drobnej zwierzyny. Później dopiero przejdziemy do ryb — tłumaczył swojemu terminatorowi Sumowa Płetwa podczas spaceru, aż w końcu umilkł i zatrzymał się, gdy już doszli na miejsce.
Ulubionym miejscem Szałwiowej Łapy na łowieckie patrole był lasek niedaleko obozowiska nocniaków. Znajdował się blisko, więc nie wymagał długiej wyprawy, a prawie zawsze udawało mu się wytropić jakąś zdobycz. Unoszący się w powietrzu zapach gryzoni zachęcał go tylko do zatopienia się w gęstym buszu.
— Pokaż mi najpierw swoją myśliwską postawę — polecił w końcu uczniowi.
— Już!
Szałwik zniżył się na nogach, zatrzymując brzuch tuż nad podłożem. Po chwili ruszył do przodu, leciutko sunąc przed siebie, nie szeleszcząc nawet o źdźbła trawy. Pierwsze parę prób już nauczyło go, że musiał szczególnie zwracać uwagę na swoje otoczenie, dlatego patrzył przed siebie, wypatrując jakiejś potencjalnej gałązki, na którą mógłby nadepnąć. Na szczęście, jego ścieżka była czysta. Był w tym już całkiem dobry. Może to przez lekcje, których udzieliła mu niegdyś Kunia Łapa?
— W porządku. Tylko zniż ten kaczy kuper — mruknął Sum, kładąc końcówkę ogona na zadzie ucznia, który natychmiast poszedł w dół.
— Już idziemy? — Szałwiowa Łapa wstał i zamachał ogonem, powoli się niecierpliwiąc.
— A przypomnisz mi, jak łowi się poszczególną zwierzynę?
Jego pytanie początkowo zdziwiło kocurka, lecz po chwili przypomniał on sobie poprzednie nauki mentora. Faktycznie, opowiadał mu o takich różnych rzeczach...
— Jak poluje się na mysz, to trzeba zwracać uwagę na lekkość kloków, bo one wyczuwają je szybciej, niż nasz zapach — zaczął, kopiąc w mózgu, poszukując w nim zgromadzonej wiedzy. Przecież nie mógł się ośmieszyć przed mentorem! — Eee...
— To może teraz coś o ptakach?
— Najlepiej polować na nie na ziemi i nie wspinać się za nimi na drzewa. Najlepiej je podejść, gdy żerują, bo są wtedy skupione na jedzeniu. No i trzeba uważać na te, które podróżują w glupach, by nie spłoszyć całego stada.
Sumowa Płetwa przytaknął mu głową.
— Dobrze. Możemy pójść. — wstał i wkroczył do lasu, a za nim jego uczeń.
Ziemia tutaj była nieco suchsza i przyjemniejsza dla łap niż na łąkach. Na jasnym futerku doskonale było widać przyklejone błoto, którego nie dało się ominąć. To prawda, jako nocniaki woda była im niestraszna, lecz woleli babrać się w rzece niż w bagnie. Tutaj drzewa przynajmniej odrobinę przysłaniały koronami ziemię od deszczu.
— Szukamy czegoś konkretnego? — zapytał Szałwiowa Łapa, rozglądając się wokół. Do jego nozdrzy jeszcze nie dobiegał żaden konkretny zapach.
— Ćś. Nie mów tak głośno, bo całą zwierzynę wypłoszysz — zganił go szeptem mentor. Młodziak przytaknął mu głową, nieco zawstydzony. — Nic nie czujesz?
— Nie — odpowiedział zgodnie z prawdą.
— Nadstaw nosa.
Uczeń zawęszył w powietrzu, lecz jedyne, co czuł, to gęsty zapach deszczówki.
— Otwórz pysk — poradził, widząc jego trud. Choć z początku wydawało mu się to bezsensowne, kiedy wykonał polecenie, jego węch się wytężył. Spomiędzy wielu zapachów był w stanie wyróżnić jeden, który go interesował; należący do zwierzyny. — I jak? — dopytał go.
— Tam dalej jest jakiś mały ptak — miauknął cicho, próbując dokładniej zlokalizować, skąd dobiegał ten zapach. Wojownik przytaknął mu.
— Pójdziemy go złapać. Pomogę ci, jeśli będziesz tego potrzebował — mruknął Sumowa Płetwa i zrobił krok w tył, pozwalając księciu na objęcie prowadzenia.
Szałwiowa Łapa uśmiechnął się pod nosem, czując jednocześnie ekscytację, ale i lekki niepokój. Brak mentora w zasięgu wzroku nieco go stresował, choć wiedział, że ten szedł zaraz za nim. Odepchnął od siebie te myśli. Pf! Da radę! Bo kto jak nie on?
Szedł, omijając drzewa lekkim, lecz prędkim krokiem. Podążał za zapachem, który unosił się w powietrzu, a który z każdym uderzeniem serca był coraz mocniejszy. W końcu zobaczył swój cel – była to nieduża sikorka o przytłumionych kolorach piórek. Dreptała po ziemi, podskakując z każdym krokiem. Szałwik wiedział, że nie miał dużo czasu, aż ta odleci. Przybrał łowiecką postawę i zaczął podchodzić do zdobyczy. W głowie miał wszystkie rady, od nauczyciela, wojowników i Kuniej Łapy – "opuść zad", "utrzymuj równowagę", "rozłóż masę na uda", "krocz lekko i delikatnie". To wszystko pozwoliło mu na zbliżenie się do zwierzyny na odpowiednią odległość, by skoczyć.
Jego zdobycz nawet nie był świadoma obecności drapieżnika, aż nie przygniotły jej do ziemi kocie łapy. Zanim jednak Szałwiowa Łapa zacisnął na nim szczęki, by pozbawić go życia, przerażony ptaszek wzniósł głośny, ale szybko ukrócony przez ucznia alarm.
— Następnym razem musisz ją prędko dobić — wymruczał Sum zza jego pleców. Szałwiowa Łapa odwrócił się w jego stronę, w pysku trzymając już świeżą zwierzynę — zanim zacznie piszczeć i powiadamiać wszystkich w okolicy o twojej obecności.
— Będę o tym pamiętał — obiecał. — Co teraz?
— Zakop ją w ziemi. Jedna drobna ptaszyna klanu nie nakarmi — polecił mu mentor i wskazał na jedno z drzew. Ziemia pod nim była w miarę sucha, a nikt nie chciał, by zwierzyna przesiąkła błotem. Kiedy po wykopaniu dołka Szałwiowa Łapa upuścił swoją zdobycz na ziemię, zdał sobie sprawę, że już kiedyś widział podobne okazy.
— Co to za ptak, tak w ogóle? — zapytał, odwracając się w stronę Sumowej Płetwy. — Wygląda jak jakaś sikorka.
— Bo to sikorka. Czarnogłówka, dokładniej. Często pojawia się w lasach przy wodzie takich jak ten.
— Ładna — wymamrotał uczniak, zakopując ciałko ptaka.
— I smaczna. Szkoda tylko, że ma niewiele mięsa. Nieważne. — Przerwał ich pogaduchę. — Kontynuujmy polowanie. Zbiera się na deszcz.
Szałwiowa Łapa skinął głową na znak aprobaty, odchodząc od schowanej piszczki.

***

Choć łowy tą porą nie były zwykle zbyt owocne, im udało się wrócić do obozu z całkiem pokaźnymi zdobyczami. Oprócz sikory, w zębach kocurek niósł także rdzawą ziębę, a jego mentor okrągłego nornika. Niestety, nie umknęli w pełni przed ulewą – mieli szczęście, że ich futra nie nasiąknęły jeszcze całkiem wodą, gdy weszli do obozowiska. Po pozostawieniu części zdobyczy na stercie Szałwiowa Łapa zdecydował się zabrać jedną z nich na posiłek. Złapał ziarnojada i czym prędzej popędził w zbite trzciny stanowiące legowisko uczniów.
Otrzepał się z wody i usiadł na własnym legowisku. Było tu wyjątkowo tłoczno – nie dość, że ogółem Klan Nocy miał w tym okresie mnóstwo uczniów, większość z nich uciekła tutaj, by nie zmoczyć grzbietów. Prawie wszyscy byli jednak zajęci rozmowami z przyjaciółmi lub odpoczynkiem, w czym nie chciał im przeszkadzać. Po przywitaniu się z rodzeństwem wzrok kocura osiadł na leżącej na swoim legowisku Kuniej Łapie, która jedynie przysłuchiwała się rozmowom innych, samej w nich nie uczestnicząc.
— Hejka! — miauknął przyjaźnie, podchodząc do starszej od siebie kotki. — Właśnie wróciłem z polowania.
— Widać — odpowiedziała Kunia Łapa i zaśmiała się, wskazując na jego wciąż wilgotną sierść. — I widzę też, że upolowałeś coś dobrego.
— A żebyś wiedziała! Skusisz się?
— To dla mnie? — zapytała z małym zdziwieniem.
— Dla nas. Możemy się podzielić! — Uśmiechnął się szeroko Szałwik, na co jego towarzyszka wzruszyła ramionami.
— Czemu nie. Nic nie jadłam od śniadania.
Położył się przy niej i oboje zajęli się rozpracowywaniem zdobyczy. Po paru długich uderzeniach serca wokół leżało mnóstwo rozrzuconych puchowych piórek, ale w tamtej chwili byli (a przynajmniej Szałwik był) zbyt głodni, by zwracać uwagę na bałagan. Gdy niebieski zatopił zęby w zwierzynie, ta przyjemnie rozpłynęła się mu po języku. To była dobra zdobycz...
— A ty? Co robiłaś dziś na treningu? — zapytał po chwili ciszy, by kontynuować rozmowę.
— Nie byłam na treningu. Wyznaczyli mnie na patrol o wschodzie słońca — mruknęła Kunia Łapa. Przeżuła kawałek zwierzyny i dodała: — Byliśmy na granicy z Klanem Klifu i Klanem Burzy, ale szybko wróciliśmy. Nic specjalnego.
— Chciałbym móc chodzić na patrole! — jęknął pomiędzy mlaśnięciami. — Rzadko kiedy mnie na jakieś zabierają. Ciągle tylko trenowanie i trenowanie...
— Tak już jest na początku. Spokojnie, niedługo się to zmieni — zapewniła go.
Jedna zięba nie była wystarczająca dla ich dwóch. Kiedy wyłuskali spomiędzy kostek wszystkie skrawki mięsa, oboje czuli niedosyt.
— Nie najadłem się — przyznał Szałwiowa Łapa, oblizując pysk. — Mogę pójść do sterty po coś jeszcze! — zaproponował.

<Kunia Łapo?>

[1493 słów]

[przyznano 30%]

26 grudnia 2024

Od Kuniej Łapy CD. Szałwika

Liznęłam poduszkę, a następnie przejechałam nią po mych wąsiskach. Nie wiedziałam, czy mój mentor uzna nauczanie kociąt za odpowiednie, jednak nie miałam nic lepszego do roboty, więc wszelkie konsekwencje postanowiłam wyrzucić w kąt. Gdy młoda kulka wpatrywała się we mnie, ze znakiem zapytania na oczach, ja miauknęłam uroczyście:
— Jako, iż mam czas oraz chęć do edukowania ciebie, z chęcią zaprezentuje ci kilka kluczowych rzeczy, o których musisz pamiętać podczas skradania się.
— Super! — miauknął do mnie. Jego futro zdawało się aż jeżyć z ekscytacji.
Najpierw przykucnęłam przy ziemi, starając się, aby mój brzuch o się o nią nie ocierał. Pamiętałam coś ze słów mentora o łowieniu zwierzyny, która nie jest rybą, choć niczego takiego jeszcze nie złapałam.
— Wojownicy uczą się stawiać łapy delikatnie na ziemi, by nie wydać dźwięku, który mógłby spłoszyć zwierzynę. — Udało mi się postawić kilka kroków naprzód, by zademonstrować.— Musisz jeszcze mieć dobrą równowagę, aby móc zmienić kierunek, w którym podążasz.
Powoli przyzwyczajałam się do pozycji łowieckiej, choć nie często jej używałam. Miałam nawet wrażenie, że idzie mi całkiem nieźle, dlatego skręciłam ostro w bok. Cóż, skutki mojego postępowania nie były najlepsze, bo straciłam równowagę, zachwiałam się i padłam na twardy grunt. Szałwik wyciągnął w moją stronę pomocną łapę, jednak ja wstałam bez jego pomocy. Choć nie byłam zadowolona z tego, co się stało, to mruknęłam:
— Właśnie dlatego należy uważnie stawiać łapy na gruncie i nie wykonywać gwałtownych ruchów. Nigdy nie wiesz, ile zwierzyny może spłoszyć jakiś głupi wybryk.
— A kiedy ja mogę spróblować? — spytał, gdy tylko otrzepałam się z brudu.
Zmierzyłam go spojrzeniem dość zakłopotanym. Nie pokazałam mu nawet wszystkiego, a on już chce mnie naśladować! Cóż, nie mogłam mu pozwolić na popełnienie jakiegoś błędu! W końcu co by inni pomyśleli, gdyby ustrzegli, że tak słabo go wyuczyłam?
— Jeszcze chwila, dobrze, Szałwiku? — Zdobyłam się na delikatny ton, pod którym maskowałam całe moje niezadowolenie.
— Ech... W porządku. Wybacz, jeśli byłem dla ciebie nie grzecznly.
Zrobiło mi się trochę głupio, bo nie miałam na celu wydobyć od niego przeprosin. Kocię wbiło we mnie swe ślepka, czekając na moment, w którym ponownie przedstawię mu pozycję łowiecką. Zrobiłam więc to, a następnie otworzyłam pyszczek, by powiedzieć:
— Wojownicy muszą być bardzo czujni oraz skoncentrowani na swojej ofierze. Nie możesz się rozkojarzyć, bo jest szansa na to, że ucieknie ci sprzed nosa. Oczywiście, należy mieć też możliwość wykonywania szybkich, zwinnych ruchów, ale tego jeszcze nie opanowałam, więc nie mam jak ci tego pokazać.
— Co dalej?
— Sprawdź, w jakim kierunku wieje wiatr. Jeśli wieje w twój pysk, to zwierzynie będzie łatwiej ciebie wyczuć. Jeśli wieje w drugą stronę, zapach celu będzie nie tylko dokładniejszy, ale i twój zapaszek pozostanie dla nich niedostępny.
Postawiłam kilka kroków w tył, a następnie usiadłam. Dałam Szałwikowi znak, by zaprezentował mi, czego się dowiedział.
<Szałwiku?>

[455 słów]

[przyznano 9%]

24 grudnia 2024

Od Szałwika do Kuniej Łapy

Koniec z kulkami mchu i berkiem! Szałwik postanowił wrócić do starego, dobrego polowania. W końcu pani Kotewka mówiła wielokrotnie, że to jedna z najlepszych zabaw dla kociaków, która uczy prawdziwego życia i cennych umiejętności. To idealnie zbiegało się z planami kocurka na bycie najlepszym wojownikiem. Musiał zacząć naukę już wcześnie, jeśli chciał przegonić innych, czyż nie?
Skradanie się do nieruchomych obiektów takich jak listki i kamyki nie było tak ekscytujące, jak by tego kociak chciał. Pierwsze parę razów było spoko, ale po dłuższej chwili zaczęło nudzić go milczenie i brak ruchu zainteresowanych. Potrzebował lepszego celu. A nim mógł być... Hm, nie Laguna, mu by się to nie spodobało. Nie chciał denerwować braciszka. Może Murena? Tak słodko leżała sobie z Łuską, że aż smutno mu było ich rozdzielać... A Piórko? Piórko przyglądała się odnalezionemu pajączkowi z taką fascynacją, że przerwanie jej tego mogłoby poskutkować śmiercią ze strachu. Na szczęście na drodze kocura pojawił się grzbiet Kotewkowego Powiewu. O tak! Kocica stanowiła idealną dla niego "ofiarę".
Malec zgiął łapy i zaczął, w jego mniemaniu bezbłędnie, skradać się ku piastunce. Sunął po ziemi jak zygzakujący wąż, z każdym postawionym krokiem zbliżając się do celu. Już był tak blisko, że praktycznie mógł na nią skoczyć... Gdy łeb Kotewki się odwrócił, a jej wzrok wylądował wprost na udającym niewinnego kocurku.
— Słyszałam cię od początku — mruknęła, co nieco zasmuciło Szałwika. Myślał, że dobrze mu szło... — Gdybyś skradał się do prawdziwej zwierzyny, prędko by od ciebie uciekła.
— Ale jak to! — odmiauknął zbulwersowany.
— Nauczysz się jeszcze na swoim treningu. Musisz mi uwierzyć — oznajmiła z uśmiechem, który jednak nie wyglądał dla kociaka na przyjemny. Nie chciał czekać, aż stanie się uczniem. To było jak wieczność! A on nie miał tyle czasu!
Niezadowolony Szałwik nic nie odpowiedział, tylko odbiegł w objęcia mamusi.

***

Okej! Szałwik musiał się teraz nauczyć odpowiedniej postawy do skradania. No po prostu musiał! W trakcie, gdy reszta rodzeństwa zapraszała go do wspólnych zapasów, on myślał tylko o tej jednej umiejętności. Mógł poprosić o to któregoś z rodziców o lekcje, ale chciał, by to była niespodzianka. Później im pokaże i na pewno będą z niego tacy dumni! A Kotewki pytać nie chciał. Zamierzał nauczyć się tego ruchu i później wziąć ją z zaskoczenia. O tak! Jeszcze nazwie go najlepszym skradaczem w całym lesie...
Do nauki jednak potrzebny był nauczyciel. Jako że był jeszcze drobnym kociakiem, nie mógł wychodzić samemu ze żłobka bez pytań Mandarynki i Kotewki, a gdzie on się wybiera. A gdyby poszedł z obstawą, z niespodzianki byłoby nici! Musiał więc działać sprytnie. Kiedy tylko zauważył kątem oka Kunią Łapę, która wylegiwała się w obozie po treningu, od razu ułożył sobie w głowie plan działania. I to jaki mądry!
— Mamoooo! — miauknął głośno do leżącej w głębi kociarni królowej.
— Tak?
— Mogę wyjść pobawić się z Kunią Łapą? Będę grzeczny! — zapewnił mamę, mając nadzieję, że w ten sposób ją przekona na wyjście. Kocica zastanawiała się przez dłuższą chwilę, lecz w końcu odpowiedziała:
— Dobrze. Tylko nie siedź w obozie za długo. Jest zimno na zewnątrz! — przestrzegła go, lecz podekscytowany kocurek nie słuchał po pierwszym i najważniejszym ze słów. Od razu podbiegł do szylkretowej kotki, omijając topiące się śniegowe zaspy. Wyglądała, jakby próbowała uciąć sobie krótką drzemkę, ciesząc się ciepłymi promieniami słońca... No cóż. Szałwik miał nieco inne plany!
— Hej? Cześć, Kunia Łapo! Mam nadzieję, że ci nie pseszkadzam, ale... chciałbym cię o coś poprosić — powiedział, podchodząc do uczennicy. Starał się brzmieć najuprzejmiej, jak tylko potrafił. W końcu kotka mogła mieć ważniejsze rzeczy do roboty niż szkolenie kociaków... Miał nadzieję, że uda się mu ją przekonać. Nie chciał wrócić do żłobka od razu i to jeszcze z pustymi łapkami. — Uczyłaś się już postawy łowieckiej? Wiesz, skladania się i w ogóle? Chciałabyś mnie tego nauczyć? Ploooszę!

<Kuno?>