Gdzieś głęboko była w Szałwiowym Sercu chęć odpowiedzenia na to zwykłym, szczerym śmiechem. Bo przecież tak właśnie było, prawda? Los był jego najgorszym, najbardziej zgorzkniałym wrogiem, który nigdy nie odpuszczał. Całe jego życie to jedna wielka gonitwa, w której to on był ofiarą, a pech jego nieustępliwym łowcą. Jego ścieżka i kończący ją upadek były ironią losu.
I być może naprawdę by się zaśmiał, gdyby choć na moment mógł zapomnieć o własnej winie. Nie miał wpływu na kolor sierści, krzywą szczękę, bliskie spotkania ze śmiercią i blizny, które przez nie otrzymał, ale gdyby... Gdyby tylko był ostrożniejszy, gdyby nie okazywał swoich czułości na zgromadzeniach i gdyby zakończył tę relację w chwili, gdy już wiedział, że zaraz będzie za późno...
Wszystko byłoby tak, jak dawniej.
Nie ukrywałby się już przed wzrokiem współklanowców, którzy patrzyli na niego spod wilka. Byłby tak wolny, jak przedtem. Te wszystkie możliwości byłyby wciąż w zasięgu jego łapy! Och, Klanie Gwiazdy! Dlaczego mnie nie zatrzymałeś, gdy wiedziałeś, jak to się skończy! — rozpaczał w duszy. Czy uznali, że był już na straconej pozycji? Odwrócili się od niego całkowicie, przestając przyświecać jego drodze? Przecież on zawsze miał w nich wiarę, pokładał w przodków nadzieje na tak wiele i znajdywał pocieszenie w bladym blasku gwiazd. Potrzebował jednego jedynego znaku, by wrócić na dobre tory. Wystarczyłoby ostrzeżenie, jakiś cichy szept z tyłu głowy, który wybiłby się ponad obawy, które wcześniej zduszał. Mogłaby zalśnić inaczej jedna gwiazda, a on wiedziałby, co chcieli mu przekazać. Więc dlaczego nie zalśniła? Dlaczego przodkowie pozwolili mu zniszczyć całe swoje życie jednym durnym wyborem?
— Tja — wypuścił z siebie wraz z haustem powietrza, jakby słowo było jedynie dodatkiem do głębokiego westchnięcia. Nawet nie podnosił wzroku; trzymał go na swoich łapach. Czuł się dziwnie z tym że Kuni Strumyczek do niego podeszła. Byli dobrymi kolegami, lecz nigdy nie rozmawiali ze sobą tak dużo. To, że Kijankowe Moczary i Siwa Czapla wciąż utrzymywali z nim kontakt, nie było dla niego największym zaskoczeniem, lecz po niej się tego nie spodziewał. Mogła go odepchnąć w kąt, po prostu. Nie był jej do niczego potrzebny. Rozmawiając z nim, tylko robiła sobie krzywdę. Szałwiowe Serce był pewny, że oceniające spojrzenia spadały nie tylko na niego, ale i na każdego kota, który tylko się do niego zbliżył. — Gniew Mandarynkowej Gwiazdy to jedno. Wasz... Drugie — dodał po chwili smętnie. Przycisnął ogon do swojego ciała, garbiąc się jeszcze bardziej. Sama rozmowa o tym z innym kotem go zawstydzała.
— Nie wszyscy się na ciebie gniewają — odpowiedziała, powtarzając to, co Kijankowe Moczary mówił mu od księżyca. Zupełnie jakby miał rację albo przynajmniej więcej kotów wierzyło w te słowa... Szałwiowe Serce jednak wciąż nie był w stanie. — Kilka księżyców i to minie. Koty mają dobrą pamięć, lecz nie doskonałą. Jeszcze wrócisz do obowiązków i normalności — dodała z celem dodania mu tymi słowami otuchy. On jednak, gdy tylko wysłuchał jej do końca, westchnął ponownie. Ogon przetoczył się po ziemi, by objąć ciało z drugiej strony.
— Posłuchaj... Nie musisz się nade mną litować. Ja to wszystko rozumiem — powiedział, wciąż usilnie trzymając wzrok na ziemi, nie na swojej rozmówczyni. — Rozumiem ten gniew i karę, która mnie spotkała. Wiem, dlaczego Klan Nocy jest mną zawiedziony i nie mam naprawdę nikomu za złe, że zmienił do mnie podejście po tym wszystkim... Nie potrzebuję współczucia. Muszę ponieść konsekwencje swoich czynów i po prostu... Jakoś to przetrwać. Więc rzecz jasna, dziękuję, że wciąż widzisz we mnie przyjaciela, ale — urwał na chwilę — jest wiele nocniaków, którzy teraz zasługują na to miano znacznie bardziej niż ja. — Zakończył to wszystko pojedynczym ponurym śmiechem.
<Kuni Strumyczku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz