Przed śmiercią Kwitnącego Kalafiora
— Brukselkowa Zadro... to znaczy pani Brukselkowa Zadro! Dobry wieczór. — Głośny szept rozległ się w uszach liliowej kotki. Brukselka odwróciła głowę, poszukując wzrokiem źródła tego dźwięku. I w końcu je dostrzegła – niedaleko stała albinoska, ta sama, którą tu niegdyś spotkała. Była spięta i spoglądała w stronę, z której przyszła. Po chwili jednak kontynuowała:
— Tym razem nie jestem sama, towarzyszy mi dwójka wojowników, a jeden z nich niekoniecznie przepada za pani pobratymcami przez wzgląd na historię naszych klanów i napięte relacje... — miauknęła, chcąc uprzedzić kotkę, że tym razem zapewne o wiele krócej ze sobą porozmawiają. Żółtooka jednak nie wyglądała na wzruszoną tą wieścią. Póki nie przekroczy granicy, żaden Burzak nie ma prawa jej zaatakować! No, chyba że chciałby wywołać jakąś wojnę. Możliwe, że gdyby koty dowiedziały się o potyczce nad granicą, atmosfera zaczęłaby wrzeć… — Jednak Skrzypiący Skrzyp to dobry kot. Troszczy się o każdego, naprawdę każdego, nawet czasami za bardzo. Gdyby zauważył, że z panią rozmawiam, byłby niezadowolony... Nim się rozdzieliliśmy, przestrzegł mnie, abym uważała i żebym nie dała się porwać żadnemu Wilczakowi — mówiła dalej.
Wojowniczka poruszyła wibrysami, po czym machnęła zbywająco łapą.
— Nie mamy w zwyczaju porywać kotów, nie masz się o co bać. To trochę przykre, że ten twój kolega tak na nas patrzy, ale go rozumiem… — westchnęła, po czym obejrzała się za siebie. — Ja też nie przepadam za tymi… innymi Wilczakami — chciała kontynuować, lecz finalnie ugryzła się w język. Wełnista Łapa nie musiała wiedzieć o tym, że gdy Brukselka była młódką, miała kryzys związany ze swoją przynależnością.
Wełnista Łapa skinęła głową ze zrozumieniem i umilkła. Dopóki, dopóty jej spojrzenie nie rozjaśniło się nagle, a wąsy nie zadrżały.
— Pozdrowiła pani Mglistego Sna? — zapytała, a kąciki jej ust uniosły się delikatnie w górę. — Od naszego ostatniego spotkania wciąż nie widziałam go ani razu, zastanawiam się, czy wszystko z nim dobrze… — dodała, subtelnie kładąc po sobie uszy.
W sercu Brukselkowej Zadry znów pojawiło się nieprzyjemne ukłucie. Powinna powiedzieć jej prawdę czy znów skłamać? Wełnistej Łapie należała się prawda – w końcu, jak mówiła, Mglisty Sen był jej znajomym.
— Tak… tak, dobrze się trzyma — odparła w końcu, po czym w myślach zaczęła się karcić. “Dlaczego nie powiesz jej prawdy? Co cię przed tym powstrzymuje?” – myślała. — Będziesz na następnym zgromadzeniu? — spytała nagle, a jej ogon nerwowo zadrżał. Jeśli będzie, to oznacza, że najpewniej dowie się o ucieczce z ust Nikłej Gwiazdy. Może tak będzie lepiej?
— Raczej będę, a co? Coś się wtedy wydarzy? — zapytała albinoska, przekręcając główkę. — Chcesz zaciągnąć na to zgromadzenie Sna? — zaczęła zgadywać.
Liliowa pokręciła łebkiem, po czym wbiła swoje spojrzenie w łapy.
— Spróbu-... — zaczęła, lecz potem umilkła. — Nie wiem, czy mi się uda. Ale jeśli chcesz, możemy porozmawiać na zgromadzeniu — zaproponowała. Może Wełnistej Łapie łatwiej będzie przetrawić informację o tym, że jej kolega uciekł, gdy w pobliżu będzie miała Brukselkową Zadrę.
— Bardzo chętnie — odparła Wełnista Łapa, po czym zastrzygła uchem. — Patrol już chyba wraca… Muszę zmykać — oznajmiła, robiąc krok w tył. — To do zobaczenia, Brukselko!
Z tymi słowami Wełnista Łapa ruszyła żwawym krokiem w stronę dwójki kotów, których sylwetki majaczyły gdzieś w oddali. Brukselka natomiast powróciła w głąb lasu, uprzednio biorąc do pyska wróbla, którego zakopała przed spotkaniem z białofutrą kotką.
Nie mogła uwierzyć w to, że nie wybrali jej na zgromadzenie. I to tak bardzo ważne zgromadzenie! Miała na nim usłyszeć, co Nikła Gwiazda zmierzał nagadać innym klanom o uciekinierach. A tak? Leżała teraz w swoim legowisku, obserwując, jak grupka wybrana na zebranie szykuje się do wyjścia. Gdzieś w tłumie dostrzegła jednak czekoladowe futro jej byłego ucznia – Wilczego Skowytu. Miała nikłą nadzieję na to, że kocurowi uda się zapamiętać kilka informacji, które wygłosi przywódca, i opowie jej o wszystkim, gdy tylko wróci do obozu.
Swoją drogą, może lider specjalnie nie zabrał jej ze sobą? Może obawiał się, że gdyby usłyszała te bzdury, jakie zamierzał wygłosić, zaczęłaby się rzucać, wierzgać, wyzywać? Nie było to żadne wymyślne założenie. To naturalne, że Brukselka byłaby trochę podburzona. Nikła Gwiazda wolał raczej unikać sytuacji, w których prawda mogłaby wyjść na jaw. Ale niech się zbytnio nie stara – Brukselka z pomocą Klanu Gwiazdy i tak znajdzie jakieś wyjście. Dobro zawsze wygra nad złem, nieważne, ile miałoby to zająć.
Brukselkowa Zadra zmrużyła oczy, wypuszczając z płuc powietrze. Nie zamierzała zasypiać, ale najwyraźniej udało jej się chwilę zdrzemnąć, bo gdy już otworzyła oczy, dostrzegła, jak czekoladowy kocur z niezadowoloną miną kładzie się na swoim posłaniu. Liliowa potrząsnęła głową i postawiła uszy do góry, obserwując Wilczka ze zdziwieniem.
— Wilczy Skowycie? — zapytała, wyciągając szyję w jego stronę. Wojownik wyglądał na zirytowanego i zmęczonego. Zastanawiała się, czy pytanie go teraz o zgromadzenie to dobry pomysł. Były uczeń zmierzył ją ostrym spojrzeniem, przez co liliowa zmarszczyła nos. — Nieważne. Porozmawiamy rano.
To powiedziawszy, spuściła głowę i wlepiła spojrzenie w sufit legowiska. Myśl o tym, co zagraża uciekinierom, w tym wielu jej bliskim, nie dawała jej spokoju. Zżerała ją od środka, nieraz przyprawiała o mdłości. Teraz w żółtych ślepiach kotki wezbrały się łzy; szybko zmrużyła powieki, by nikt nie zauważył. Nim zdążyła je otworzyć, by znów tępo wpatrywać się w obraz przed sobą, dopadły ją objęcia snu. Może to i lepiej? Powinna czasem odpoczywać.
Gdy się obudziła, był już ranek. Brukselka podniosła się z miejsca i w progu legowiska dostrzegła znajome futro. Wilczy Skowyt już siedział na polanie, wylizując właśnie swoją łapę. Pręgowana bez wahania ruszyła w jego stronę, wciąż nieco zaspana.
— Hej — przywitała się niemrawo, siadając obok. Chłodny wiaterek rozwiał jej sierść na pysku. Zadziałał na nią jak kubeł zimnej wody; żółtooka niemal od razu się rozbudziła, gdy po jej ciele przeszedł dreszcz. — Jak było na wczorajszym zgromadzeniu? Nikły mówił coś o u-
— Okropnie! — wtrącił Wilczy Skowyt, prychając cicho pod nosem. Futro na jego grzbiecie nieznacznie się podniosło, a źrenice w oczach aż się zwęziły. — Kocimiętkowy Wir jest takim wrzodem na ogonie! Nie wiem, jak można być takim drażniącym kotem! — wyrzucił z siebie, a jego ogon zastukał kilka razy nerwowo o podłoże.
Brukselka nie znała zbyt dobrze tej rudej kotki. Kojarzyła ją co prawda z imienia, ale raczej nie miała okazji z nią porozmawiać. Nie wydawała się jakoś specjalnie niemiła; według liliowej była raczej zwykłą, szarą wojowniczką. Ale skoro dla Wilczka była takim utrapieniem, to może naprawdę coś z nią było nie tak.
— Naprawdę? — odparła zmartwiona. — O co poszło? — zapytała, przekręcając delikatnie łebek. Ciekawe, czy Kocimiętkowy Wir dała sobie wmówić, że ci uciekinierzy to mordercy. Może o to się pokłócili? Może Kocimiętka przyznała Nikłej Gwieździe rację, a Wilczy Skowyt się jej sprzeciwił?
Serce wojowniczki na moment zabiło szybciej.
— Ale… nie zdradzasz nikomu swoich poglądów, prawda? — wyszeptała mu do ucha.
— Nie, nie! — odparł czekoladowy. — Ta kotka po prostu zaczęła mi wmawiać, że mam jakąś partnerkę poza klanem i… — urwał, podnosząc wzrok na Brukselkę. — Ty znasz prawdę, ale nikt inny nie może! Mam tylko nadzieję, że nie zacznie rozsiewać o tym jakichś plotek! Ja naprawdę nie wiem, jak ona to wydedukowała, ale… jest niebezpieczna!
Wojowniczka nie chciała mu przerywać, ale znacznie bardziej ciekawiło ją to, co powiedział lider. W jej oczach pojawiło się zniecierpliwienie, co Wilczy Skowyt musiał zauważyć.
— Ach… chciałabyś wiedzieć, co Nikła Gwiazda mówił o tych, co uciekli? — zapytał, lecz nim Brukselka odpowiedziała, kontynuował:
— Twierdził, że są niebezpieczni. Są mordercami i należy na nich uważać. Nazwał też ich wszystkich po imieniu i opisał wyglądy, więc… mogą być zagrożeni, gdy ktoś ich znajdzie — przyznał cicho, trochę smętnie.
— To niedobrze, bardzo niedobrze… — wymamrotała pod nosem, na tyle, by nikt poza Wilczym Skowytem jej nie usłyszał. — No nic, chcąc nie chcąc, nic z tym nie zrobimy. Możemy się tylko modlić.
Wciąż nie mogła się pogodzić z odejściem Kwitnącego Kalafiora, jednak tamto spotkanie z Pajęczynką napawało ją nadzieją. Nie wiedziała, co szykuje dla niej Klan Gwiazdy, ale miała wrażenie, że będzie to coś wspaniałego, co pomoże jej odzyskać dawną werwę. Jak na razie była tylko cieniem samej siebie, ale była zdeterminowana do tego, by znów przybrać dawną formę. Nie było to znów takie łatwe – często zdarzały jej się bezsenne noce i dni, w których nie miała nawet ochoty opuszczać legowiska. Dziś jednak zebrała się w sobie, by pójść nad granicę z Klanem Burzy i odszukać Wełnistą Łapę. Zastanawiała się, jak kotka poradziła sobie z informacjami, jakie usłyszała na zgromadzeniu. Nie rozmawiały od tamtego momentu, przez co liliowa kompletnie nie miała pojęcia, jak albinoska żyła z wiedzą, choć błędną, o tym, że jej znajomy jest mordercą.
Dotarła aż w okolice Upadłego Potwora, lecz tam przystanęła, obserwując konstrukcję jedynie z daleka. Mimo wszystko nie chciała przekraczać granicy – to mogłoby przysporzyć jej trochę problemów. Tym bardziej, gdyby spotkał ją jakiś patrol, niezawierający w składzie białofutrej kotki. Brukselkowa Zadra nie szukała problemów, lecz odpowiedzi na pytania, których miała naprawdę, naprawdę wiele.
— Tym razem nie jestem sama, towarzyszy mi dwójka wojowników, a jeden z nich niekoniecznie przepada za pani pobratymcami przez wzgląd na historię naszych klanów i napięte relacje... — miauknęła, chcąc uprzedzić kotkę, że tym razem zapewne o wiele krócej ze sobą porozmawiają. Żółtooka jednak nie wyglądała na wzruszoną tą wieścią. Póki nie przekroczy granicy, żaden Burzak nie ma prawa jej zaatakować! No, chyba że chciałby wywołać jakąś wojnę. Możliwe, że gdyby koty dowiedziały się o potyczce nad granicą, atmosfera zaczęłaby wrzeć… — Jednak Skrzypiący Skrzyp to dobry kot. Troszczy się o każdego, naprawdę każdego, nawet czasami za bardzo. Gdyby zauważył, że z panią rozmawiam, byłby niezadowolony... Nim się rozdzieliliśmy, przestrzegł mnie, abym uważała i żebym nie dała się porwać żadnemu Wilczakowi — mówiła dalej.
Wojowniczka poruszyła wibrysami, po czym machnęła zbywająco łapą.
— Nie mamy w zwyczaju porywać kotów, nie masz się o co bać. To trochę przykre, że ten twój kolega tak na nas patrzy, ale go rozumiem… — westchnęła, po czym obejrzała się za siebie. — Ja też nie przepadam za tymi… innymi Wilczakami — chciała kontynuować, lecz finalnie ugryzła się w język. Wełnista Łapa nie musiała wiedzieć o tym, że gdy Brukselka była młódką, miała kryzys związany ze swoją przynależnością.
Wełnista Łapa skinęła głową ze zrozumieniem i umilkła. Dopóki, dopóty jej spojrzenie nie rozjaśniło się nagle, a wąsy nie zadrżały.
— Pozdrowiła pani Mglistego Sna? — zapytała, a kąciki jej ust uniosły się delikatnie w górę. — Od naszego ostatniego spotkania wciąż nie widziałam go ani razu, zastanawiam się, czy wszystko z nim dobrze… — dodała, subtelnie kładąc po sobie uszy.
W sercu Brukselkowej Zadry znów pojawiło się nieprzyjemne ukłucie. Powinna powiedzieć jej prawdę czy znów skłamać? Wełnistej Łapie należała się prawda – w końcu, jak mówiła, Mglisty Sen był jej znajomym.
— Tak… tak, dobrze się trzyma — odparła w końcu, po czym w myślach zaczęła się karcić. “Dlaczego nie powiesz jej prawdy? Co cię przed tym powstrzymuje?” – myślała. — Będziesz na następnym zgromadzeniu? — spytała nagle, a jej ogon nerwowo zadrżał. Jeśli będzie, to oznacza, że najpewniej dowie się o ucieczce z ust Nikłej Gwiazdy. Może tak będzie lepiej?
— Raczej będę, a co? Coś się wtedy wydarzy? — zapytała albinoska, przekręcając główkę. — Chcesz zaciągnąć na to zgromadzenie Sna? — zaczęła zgadywać.
Liliowa pokręciła łebkiem, po czym wbiła swoje spojrzenie w łapy.
— Spróbu-... — zaczęła, lecz potem umilkła. — Nie wiem, czy mi się uda. Ale jeśli chcesz, możemy porozmawiać na zgromadzeniu — zaproponowała. Może Wełnistej Łapie łatwiej będzie przetrawić informację o tym, że jej kolega uciekł, gdy w pobliżu będzie miała Brukselkową Zadrę.
— Bardzo chętnie — odparła Wełnista Łapa, po czym zastrzygła uchem. — Patrol już chyba wraca… Muszę zmykać — oznajmiła, robiąc krok w tył. — To do zobaczenia, Brukselko!
Z tymi słowami Wełnista Łapa ruszyła żwawym krokiem w stronę dwójki kotów, których sylwetki majaczyły gdzieś w oddali. Brukselka natomiast powróciła w głąb lasu, uprzednio biorąc do pyska wróbla, którego zakopała przed spotkaniem z białofutrą kotką.
* * *
Noc zgromadzenia
Nie mogła uwierzyć w to, że nie wybrali jej na zgromadzenie. I to tak bardzo ważne zgromadzenie! Miała na nim usłyszeć, co Nikła Gwiazda zmierzał nagadać innym klanom o uciekinierach. A tak? Leżała teraz w swoim legowisku, obserwując, jak grupka wybrana na zebranie szykuje się do wyjścia. Gdzieś w tłumie dostrzegła jednak czekoladowe futro jej byłego ucznia – Wilczego Skowytu. Miała nikłą nadzieję na to, że kocurowi uda się zapamiętać kilka informacji, które wygłosi przywódca, i opowie jej o wszystkim, gdy tylko wróci do obozu.
Swoją drogą, może lider specjalnie nie zabrał jej ze sobą? Może obawiał się, że gdyby usłyszała te bzdury, jakie zamierzał wygłosić, zaczęłaby się rzucać, wierzgać, wyzywać? Nie było to żadne wymyślne założenie. To naturalne, że Brukselka byłaby trochę podburzona. Nikła Gwiazda wolał raczej unikać sytuacji, w których prawda mogłaby wyjść na jaw. Ale niech się zbytnio nie stara – Brukselka z pomocą Klanu Gwiazdy i tak znajdzie jakieś wyjście. Dobro zawsze wygra nad złem, nieważne, ile miałoby to zająć.
Brukselkowa Zadra zmrużyła oczy, wypuszczając z płuc powietrze. Nie zamierzała zasypiać, ale najwyraźniej udało jej się chwilę zdrzemnąć, bo gdy już otworzyła oczy, dostrzegła, jak czekoladowy kocur z niezadowoloną miną kładzie się na swoim posłaniu. Liliowa potrząsnęła głową i postawiła uszy do góry, obserwując Wilczka ze zdziwieniem.
— Wilczy Skowycie? — zapytała, wyciągając szyję w jego stronę. Wojownik wyglądał na zirytowanego i zmęczonego. Zastanawiała się, czy pytanie go teraz o zgromadzenie to dobry pomysł. Były uczeń zmierzył ją ostrym spojrzeniem, przez co liliowa zmarszczyła nos. — Nieważne. Porozmawiamy rano.
To powiedziawszy, spuściła głowę i wlepiła spojrzenie w sufit legowiska. Myśl o tym, co zagraża uciekinierom, w tym wielu jej bliskim, nie dawała jej spokoju. Zżerała ją od środka, nieraz przyprawiała o mdłości. Teraz w żółtych ślepiach kotki wezbrały się łzy; szybko zmrużyła powieki, by nikt nie zauważył. Nim zdążyła je otworzyć, by znów tępo wpatrywać się w obraz przed sobą, dopadły ją objęcia snu. Może to i lepiej? Powinna czasem odpoczywać.
Gdy się obudziła, był już ranek. Brukselka podniosła się z miejsca i w progu legowiska dostrzegła znajome futro. Wilczy Skowyt już siedział na polanie, wylizując właśnie swoją łapę. Pręgowana bez wahania ruszyła w jego stronę, wciąż nieco zaspana.
— Hej — przywitała się niemrawo, siadając obok. Chłodny wiaterek rozwiał jej sierść na pysku. Zadziałał na nią jak kubeł zimnej wody; żółtooka niemal od razu się rozbudziła, gdy po jej ciele przeszedł dreszcz. — Jak było na wczorajszym zgromadzeniu? Nikły mówił coś o u-
— Okropnie! — wtrącił Wilczy Skowyt, prychając cicho pod nosem. Futro na jego grzbiecie nieznacznie się podniosło, a źrenice w oczach aż się zwęziły. — Kocimiętkowy Wir jest takim wrzodem na ogonie! Nie wiem, jak można być takim drażniącym kotem! — wyrzucił z siebie, a jego ogon zastukał kilka razy nerwowo o podłoże.
Brukselka nie znała zbyt dobrze tej rudej kotki. Kojarzyła ją co prawda z imienia, ale raczej nie miała okazji z nią porozmawiać. Nie wydawała się jakoś specjalnie niemiła; według liliowej była raczej zwykłą, szarą wojowniczką. Ale skoro dla Wilczka była takim utrapieniem, to może naprawdę coś z nią było nie tak.
— Naprawdę? — odparła zmartwiona. — O co poszło? — zapytała, przekręcając delikatnie łebek. Ciekawe, czy Kocimiętkowy Wir dała sobie wmówić, że ci uciekinierzy to mordercy. Może o to się pokłócili? Może Kocimiętka przyznała Nikłej Gwieździe rację, a Wilczy Skowyt się jej sprzeciwił?
Serce wojowniczki na moment zabiło szybciej.
— Ale… nie zdradzasz nikomu swoich poglądów, prawda? — wyszeptała mu do ucha.
— Nie, nie! — odparł czekoladowy. — Ta kotka po prostu zaczęła mi wmawiać, że mam jakąś partnerkę poza klanem i… — urwał, podnosząc wzrok na Brukselkę. — Ty znasz prawdę, ale nikt inny nie może! Mam tylko nadzieję, że nie zacznie rozsiewać o tym jakichś plotek! Ja naprawdę nie wiem, jak ona to wydedukowała, ale… jest niebezpieczna!
Wojowniczka nie chciała mu przerywać, ale znacznie bardziej ciekawiło ją to, co powiedział lider. W jej oczach pojawiło się zniecierpliwienie, co Wilczy Skowyt musiał zauważyć.
— Ach… chciałabyś wiedzieć, co Nikła Gwiazda mówił o tych, co uciekli? — zapytał, lecz nim Brukselka odpowiedziała, kontynuował:
— Twierdził, że są niebezpieczni. Są mordercami i należy na nich uważać. Nazwał też ich wszystkich po imieniu i opisał wyglądy, więc… mogą być zagrożeni, gdy ktoś ich znajdzie — przyznał cicho, trochę smętnie.
— To niedobrze, bardzo niedobrze… — wymamrotała pod nosem, na tyle, by nikt poza Wilczym Skowytem jej nie usłyszał. — No nic, chcąc nie chcąc, nic z tym nie zrobimy. Możemy się tylko modlić.
* * *
Teraźniejszość
Wciąż nie mogła się pogodzić z odejściem Kwitnącego Kalafiora, jednak tamto spotkanie z Pajęczynką napawało ją nadzieją. Nie wiedziała, co szykuje dla niej Klan Gwiazdy, ale miała wrażenie, że będzie to coś wspaniałego, co pomoże jej odzyskać dawną werwę. Jak na razie była tylko cieniem samej siebie, ale była zdeterminowana do tego, by znów przybrać dawną formę. Nie było to znów takie łatwe – często zdarzały jej się bezsenne noce i dni, w których nie miała nawet ochoty opuszczać legowiska. Dziś jednak zebrała się w sobie, by pójść nad granicę z Klanem Burzy i odszukać Wełnistą Łapę. Zastanawiała się, jak kotka poradziła sobie z informacjami, jakie usłyszała na zgromadzeniu. Nie rozmawiały od tamtego momentu, przez co liliowa kompletnie nie miała pojęcia, jak albinoska żyła z wiedzą, choć błędną, o tym, że jej znajomy jest mordercą.
Dotarła aż w okolice Upadłego Potwora, lecz tam przystanęła, obserwując konstrukcję jedynie z daleka. Mimo wszystko nie chciała przekraczać granicy – to mogłoby przysporzyć jej trochę problemów. Tym bardziej, gdyby spotkał ją jakiś patrol, niezawierający w składzie białofutrej kotki. Brukselkowa Zadra nie szukała problemów, lecz odpowiedzi na pytania, których miała naprawdę, naprawdę wiele.
<Wełnista Łapo? Przedstawisz mi się nowym imieniem?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz