Przez moment wojownik milczał, zdziwiony słowami młodszej kotki. Imponujący, śmieszny, ale też… zapatrzony w siebie, z wielkim ego. Buk postanowił zignorować negatywne cechy, jakie wymieniła Promienna Łapa, skupiając się tylko na pochwałach.
— Nie ma za co — odparł, szczerząc białe zęby. — Ja bardzo chętnie wzbogacę stos zwierzyny o piszczkę, nieważne z kim, nieważne kiedy! — dodał.
Może tamto polowanie nie było zbyt piękne; w końcu rozgniewał mamę kaczkę… ale przynajmniej przywlókł do obozu jej młode!
— Nie powiem, że nie masz czego zazdrościć, bo oczywiście jestem jednym z najlepszych wojowników, ale posiadanie autorytetu może ci dobrze zrobić — stwierdził z powagą, kiwając głową. — Jeszcze kilka treningów, a praaawie będziesz mi dorównywać umiejętnościami — kontynuował żartobliwie.
Kroczył dumnie wyspą, z wyższością spoglądając na koty z innych klanów i… społeczności. Był trochę zły na Judaszowcową Gwiazdę za to, że kocur nie zabrał na zgromadzenie Foczej Łapy, bo teraz nie miał z kim rozmawiać, a gdy tak krzątał się tu samotnie, wyglądał głupio. Jak nie on. Wyglądał na kogoś, kto nie miał w ogóle przyjaciół!
Przewrócił oczami, przez co przypadkiem wpadł na kogoś obcego. Jego przeszkodą okazała się ruda kotka, młodsza, pachnąca Owocowym Lasem. Gdy ta milczała, Bukowa Korona wykrzywił pysk w zirytowanym grymasie.
— Przeprosisz mnie, czy będziesz tu tak stać, jak sarna patrząca w oczy Potwora Dwunożnych?
Ruda podniosła przestraszone żółte oczka na pysk kocura i skuliła się, niemal wtapiając się w podłoże.
— Cię przepraszam bardzo — wydukała ledwo, myląc kolejność słów.
“Dziwne stworzenie” – pomyślał, gdy nagle jego uwagę przykuł doniosły głos Nikłej Gwiazdy.
Bury opowiadał o jakichś zdrajcach. Bukowa Korona nie znał żadnego z nich, lecz jego futro momentalnie się najeżyło. Skoro byli z Klanu Wilka, równie dobrze mogli uciec w pobliże Klanu Klifu! Co, jeśli kiedyś napadną go podczas zwykłego spaceru? Polizał się po piersi, próbując ukryć niepokój, który w nim narastał.
Przełknął ślinę, momentalnie zamieniając swój strach w gniew.
— Paskudni mordercy! — prychnął pod nosem, a jego ogon drgnął, jakby Buk był gotów rozszarpać te koty.
W międzyczasie ruda cofnęła się bardziej w tył, korzystając z tego, że kocur był zajęty zupełnie czym innym.
Czekoladowy szybko zauważył, że kotka podjęła próbę ucieczki. Przynajmniej tak to wyglądało w jego oczach.
— A ty dokąd? — rzucił w jej stronę, marszcząc brwi.
Zatrzymała się nagle, słysząc głos starszego kocura.
— N… nigdzie… ja — wymamrotała, ponownie zmieniając logiczne ułożenie słów w coś, co mogło wyglądać na rozpaczliwą próbę sklecenia sensownego zdania. Spojrzała w bok, jakby kogoś tam widziała.
Czy był w ogóle sens dręczyć tę młódkę? Wyglądała na przerażoną, a jemu nie zależało na wyzywaniu dzieciuchów. Wolał godnych siebie przeciwników (o ile tacy w ogóle istnieli).
— Ech... dobra, niech ci będzie. Wybaczam ci, że przeszkodziłaś mi w spacerowaniu po wyspie — burknął.
Ruda nawet nie patrzyła na niego. Po prostu milczała przez dłuższą chwilę.
— Ja… czy sobie… mogę iść? Bym do chciała mamy — mruknęła w końcu.
Bukowa Korona zacisnął szczęki, trochę zirytowany młodą kotką. Z takim zachowaniem powinna wrócić do żłobka, a nie siedzieć na Bursztynowej Wyspie. Dlaczego Owocowy Las pozwalał, by takie słabeusze zasilały szeregi ich uczniów?
Srebrny machnął obojętnie łapą.
— Idź, dziecko — burknął, wyganiając stąd rudofutrą. Niech nie pojawia się więcej razy przed jego pyskiem, bo jeszcze jedno słowo, a pójdzie do Pieczarki i sam wygarnie jej to, jakie strachliwe jednostki ma w klanie.
Przez jakiś czas Buk siedział sam, analizując wygląd i zachowania innych kotów. Nudził się strasznie, ale nie na tyle, by desperacko szukać kogoś, z kim mógłby porozmawiać. On nie był taki – nie latał za innymi kotami, by zamienić z nimi kilka zdań. Był samowystarczalny.
Nagle spośród tłumu wysunęła się szylkretowa kocica z grobowym wyrazem pyska. Podeszła powoli do Bukowej Korony.
— Cześć — powiedziała na powitanie, choć już w tym jednym słowie było słychać nutkę jej gniewu i chłodu. — Posłuchaj żółtodziobie, nie mam pojęcia, kim ty tam sobie jesteś, co robisz w zaciszu swojego klanu i jak się tam odzywasz do swoich koleżanek, ale nie życzę sobie, by jakiś smarkacz straszył moją córkę na zgromadzeniu. Jesteś młody i głupi, musisz eksponować swoją siłę nad młodszymi i słabszymi, ale zanim nafukasz na dziecko, to może przesuń się kotom z drogi, zamiast sterczeć pośrodku ścieżki i później być wielce zszokowanym, że ktoś miał czelność na ciebie wpaść na swoim pierw... Drugim zgromadzeniu. Zrozumiałeś?
Buk nie spodziewał się napaści jakiejś wkurzonej matki, ale cóż... mógł się domyślić, że ten mały kleszcz poszedł się poskarżyć komuś starszemu.
— Oj, nieźle się paniusia zdziwi, bo to akurat pani córka stała jak kołek na wyspie — mruknął zirytowany, marszcząc brwi.
— To co, przepraszam bardzo? To ty na nią wpadłeś i później uznałeś, że ta zniewaga wymaga ochrzanienia młodej uczennicy?
— To najpierw mnie pani okrzyczała za to, że rzekomo stałem jak słup, a teraz mnie pani karci za to, że jednak szedłem? No, nieźle. Nie wiem, co pani ta smarkula nagadała, ale nawet nie byłem wobec niej wredny. Powiedziałem tylko, by mnie przeprosiła, na tym się skończyło — fuknął. — Najwyraźniej słabe pokolenia wam rosną w tym Owocowym Lesie — zakpił.
— Nie okrzyczałam cię za stanie jak słup, tylko za to, że nastraszyłeś moją córkę przez jakąś pierdołę. I wypluj te słowa — dodała gromko na jego kpiny. — Bałabym się bardziej o przyszłość Klifiaków, jeśli wasze szeregi wypełniają takie niewychowane, widzące tylko czubek własnego nosa pędraki!
— Te pędraki przynajmniej nie boją się własnego cienia — burknął. — Szkoda z panią gadać. Może gdyby pani córka nie była taką boi-myszką, nie uznawałaby każdego zdania wypowiedzianego przez starszego kota za atak. Ale najwyraźniej, gdy jest się taką lękliwą kupą futra, każde surowsze zdanie może wyglądać jako zastraszanie. — Wzruszył ramionami.
— Przynajmniej bycie “lękliwą kupą futra” jest bezpieczne. A takie zawadiactwo może cię jeszcze doprowadzić do zguby — przestrzegła. — Masz rację, szkoda gadać. Żegnam. Życzę miłej reszty zgromadzenia. Kasztanko, chodź — mruknęła do wciąż chowającej się za jej plecami córki. — Nic tu po nas.
— Bycie lękliwą kupą futra nic ci w życiu nie da! Zamykanie się w legowisku i nazywanie każdej interakcji “zastraszaniem” sprawi tylko, że nim się obejrzysz, skończysz jako stary, niedołężny kot bez przyjaciół, bez rodziny i bez żadnych doświadczeń! — krzyknął za nią. — Mam nadzieję, że pewnego dnia pani córka obudzi się i zrozumie, jak wiele w życiu straciła, ograniczając się jedynie do konwersowania ze swoją nadopiekuńczą mamusią, która ją rozpieszcza!
Szylkretowa kocica mu nie odpowiedziała. Zastanawiał się, czy tym razem faktycznie przyznałaby mu rację, czy znów zaczęłaby się wykłócać, że jej córeczka jest biedna, zagubiona i że to wcale nie jest nic złego, bo przynajmniej jest bezpieczna. Dobre sobie. Chyba potwornie nudna i słaba!
Jakiś czas temu Bukowa Korona poważnie zranił się w łapę, lecz ignorował to, bo chodzenie do medyka nie było w jego zwyczaju. Zdarzyło się jednak tak, że do rany wdarła mu się infekcja, zanim sam zdążył ją sobie wyleczyć. Nie wyglądało to najpiękniej ani, zresztą, nie było to najprzyjemniejsze w odczuciu. Mimo to Buk unikał lecznicy jak ognia, choć pójście tam i załatwienie tego u medyczek byłoby pewnie najłatwiejszą i najszybszą opcją.
Pewnego razu siedział gdzieś pod ścianą obozu, gdy nagle podeszła do niego niebieskofutra kotka, z którą często rozmawiał i dzielił się językami. Podniósł uszy do góry i zatrzepotał wąsami, w głębi serca ciesząc się z wizyty koleżanki.
— He-
Focza Fala przerwała mu, mierząc go morderczym wzrokiem.
— Ty głupku! Chcesz umrzeć? — fuknęła, marszcząc brwi. — Szoruj do lecznicy! Nie mogę patrzeć na tę zmasakrowaną łapę — kontynuowała, po czym nadęła policzki i odwróciła od niego wzrok.
— Nie przesadzaj! Wcale nie jest tak źle — przewrócił oczami. — Poza tym gratuluję awansu… — wymamrotał. Chciał jej pogratulować już wcześniej, ale jakoś nie mieli okazji, by pogadać. — Dawno nie rozmawialiśmy. Co powiesz na spacer? — zapytał, na co Foka ponownie spojrzała na niego tak, jakby chciała go udusić samym wzrokiem. — I potem pójdę do medyków! — oznajmił, uśmiechając się zadziornie.
Niebieska westchnęła.
— Niech ci będzie! — zgodziła się, obracając się i ruszając w stronę wyjścia z obozu.
Bukowa Korona pospieszył za nią, czując, że ma z nią wiele spraw do omówienia. I miał rację; całą drogę rozmawiali ze sobą i dzielili się nowinkami, aż dopóki nie dotarli do niewielkiego lasku nieopodal klifu. Tam czekoladowy zatrzymał się, obserwując niemal całkowicie ogołocone korony drzew.
W końcu spojrzał w dół i zebrał z ziemi kilka suchych listków dębu.
— Co robisz? — zapytała Foka, lecz ten się nie odezwał. Przeżuł liście na papkę, po czym nałożył ją na swoją ranę i delikatnie wmasował.
— Chyba nie zamierzasz tego tak zostawić! Bukowa Korono, na litość Klanu Gwiazdy, ci medycy cię nie pogryzą! — oznajmiła, jeżąc futro na karku.
— Nie bój żaby! Wiem, co robię, mam wykształcenie medyczne — pochwalił się, na co Focza Fala westchnęła ciężko.
Bukowa Korona wrócił wraz z Foczą Falą do obozu, gdzie niebieskofutra pożegnała się z nim, by porozmawiać ze swoją siostrą. Wtedy też srebrny zauważył, że niedaleko stała Promienna Łapa, chyba trochę znudzona. Pomarańczowooki, który już wcześniej zamienił kilka zdań z kotką, postanowił do niej podejść.
— Cześć — mruknął, siadając obok. — Jak trening? Słyszałem, że Psotny Nietoperz to twoja mentorka — zagadał, po czym wyciągnął szyję w górę, rozciągając się. — To moja znajoma, wiesz? Może zgodziłaby się, żebym kiedyś potowarzyszył wam przy treningu. Szkoda, że sam nie mam ucznia! Pewnie moglibyście ze sobą nawzajem walczyć w ramach nauki — stwierdził.
Chwilę potem przypomniało mu się zgromadzenie. Miał ochotę puknąć się w głowę, bo równie dobrze mógłby opowiedzieć o nim Foczej Fali, gdy byli na spacerze, ale teraz było już za późno. Mimo wszystko ta historyjka mogła zaciekawić szylkretkę.
— Wiesz co? Na ostatnim zgromadzeniu wpadła na mnie jakaś uczennica z Owocowego Lasu! Kazałem jej przeprosić, a gdy to zrobiła, kazałem jej odejść. Myślałem, że to koniec, ale potem się okazało, że ta smarkula poskarżyła się swojej mamusi — prychnął, przewracając oczami. — Musiałem się kłócić z jakąś staruszką. Naprawdę słabe, ale na szczęście udało mi się ją zgasić — oznajmił, może trochę przekręcając prawdę. Jednak według niego oczywiście wygrał tamtą dyskusję.
Wyleczeni: Bukowa Korona
— Nie ma za co — odparł, szczerząc białe zęby. — Ja bardzo chętnie wzbogacę stos zwierzyny o piszczkę, nieważne z kim, nieważne kiedy! — dodał.
Może tamto polowanie nie było zbyt piękne; w końcu rozgniewał mamę kaczkę… ale przynajmniej przywlókł do obozu jej młode!
— Nie powiem, że nie masz czego zazdrościć, bo oczywiście jestem jednym z najlepszych wojowników, ale posiadanie autorytetu może ci dobrze zrobić — stwierdził z powagą, kiwając głową. — Jeszcze kilka treningów, a praaawie będziesz mi dorównywać umiejętnościami — kontynuował żartobliwie.
* * *
Zgromadzenie
Kroczył dumnie wyspą, z wyższością spoglądając na koty z innych klanów i… społeczności. Był trochę zły na Judaszowcową Gwiazdę za to, że kocur nie zabrał na zgromadzenie Foczej Łapy, bo teraz nie miał z kim rozmawiać, a gdy tak krzątał się tu samotnie, wyglądał głupio. Jak nie on. Wyglądał na kogoś, kto nie miał w ogóle przyjaciół!
Przewrócił oczami, przez co przypadkiem wpadł na kogoś obcego. Jego przeszkodą okazała się ruda kotka, młodsza, pachnąca Owocowym Lasem. Gdy ta milczała, Bukowa Korona wykrzywił pysk w zirytowanym grymasie.
— Przeprosisz mnie, czy będziesz tu tak stać, jak sarna patrząca w oczy Potwora Dwunożnych?
Ruda podniosła przestraszone żółte oczka na pysk kocura i skuliła się, niemal wtapiając się w podłoże.
— Cię przepraszam bardzo — wydukała ledwo, myląc kolejność słów.
“Dziwne stworzenie” – pomyślał, gdy nagle jego uwagę przykuł doniosły głos Nikłej Gwiazdy.
Bury opowiadał o jakichś zdrajcach. Bukowa Korona nie znał żadnego z nich, lecz jego futro momentalnie się najeżyło. Skoro byli z Klanu Wilka, równie dobrze mogli uciec w pobliże Klanu Klifu! Co, jeśli kiedyś napadną go podczas zwykłego spaceru? Polizał się po piersi, próbując ukryć niepokój, który w nim narastał.
Przełknął ślinę, momentalnie zamieniając swój strach w gniew.
— Paskudni mordercy! — prychnął pod nosem, a jego ogon drgnął, jakby Buk był gotów rozszarpać te koty.
W międzyczasie ruda cofnęła się bardziej w tył, korzystając z tego, że kocur był zajęty zupełnie czym innym.
Czekoladowy szybko zauważył, że kotka podjęła próbę ucieczki. Przynajmniej tak to wyglądało w jego oczach.
— A ty dokąd? — rzucił w jej stronę, marszcząc brwi.
Zatrzymała się nagle, słysząc głos starszego kocura.
— N… nigdzie… ja — wymamrotała, ponownie zmieniając logiczne ułożenie słów w coś, co mogło wyglądać na rozpaczliwą próbę sklecenia sensownego zdania. Spojrzała w bok, jakby kogoś tam widziała.
Czy był w ogóle sens dręczyć tę młódkę? Wyglądała na przerażoną, a jemu nie zależało na wyzywaniu dzieciuchów. Wolał godnych siebie przeciwników (o ile tacy w ogóle istnieli).
— Ech... dobra, niech ci będzie. Wybaczam ci, że przeszkodziłaś mi w spacerowaniu po wyspie — burknął.
Ruda nawet nie patrzyła na niego. Po prostu milczała przez dłuższą chwilę.
— Ja… czy sobie… mogę iść? Bym do chciała mamy — mruknęła w końcu.
Bukowa Korona zacisnął szczęki, trochę zirytowany młodą kotką. Z takim zachowaniem powinna wrócić do żłobka, a nie siedzieć na Bursztynowej Wyspie. Dlaczego Owocowy Las pozwalał, by takie słabeusze zasilały szeregi ich uczniów?
Srebrny machnął obojętnie łapą.
— Idź, dziecko — burknął, wyganiając stąd rudofutrą. Niech nie pojawia się więcej razy przed jego pyskiem, bo jeszcze jedno słowo, a pójdzie do Pieczarki i sam wygarnie jej to, jakie strachliwe jednostki ma w klanie.
Przez jakiś czas Buk siedział sam, analizując wygląd i zachowania innych kotów. Nudził się strasznie, ale nie na tyle, by desperacko szukać kogoś, z kim mógłby porozmawiać. On nie był taki – nie latał za innymi kotami, by zamienić z nimi kilka zdań. Był samowystarczalny.
Nagle spośród tłumu wysunęła się szylkretowa kocica z grobowym wyrazem pyska. Podeszła powoli do Bukowej Korony.
— Cześć — powiedziała na powitanie, choć już w tym jednym słowie było słychać nutkę jej gniewu i chłodu. — Posłuchaj żółtodziobie, nie mam pojęcia, kim ty tam sobie jesteś, co robisz w zaciszu swojego klanu i jak się tam odzywasz do swoich koleżanek, ale nie życzę sobie, by jakiś smarkacz straszył moją córkę na zgromadzeniu. Jesteś młody i głupi, musisz eksponować swoją siłę nad młodszymi i słabszymi, ale zanim nafukasz na dziecko, to może przesuń się kotom z drogi, zamiast sterczeć pośrodku ścieżki i później być wielce zszokowanym, że ktoś miał czelność na ciebie wpaść na swoim pierw... Drugim zgromadzeniu. Zrozumiałeś?
Buk nie spodziewał się napaści jakiejś wkurzonej matki, ale cóż... mógł się domyślić, że ten mały kleszcz poszedł się poskarżyć komuś starszemu.
— Oj, nieźle się paniusia zdziwi, bo to akurat pani córka stała jak kołek na wyspie — mruknął zirytowany, marszcząc brwi.
— To co, przepraszam bardzo? To ty na nią wpadłeś i później uznałeś, że ta zniewaga wymaga ochrzanienia młodej uczennicy?
— To najpierw mnie pani okrzyczała za to, że rzekomo stałem jak słup, a teraz mnie pani karci za to, że jednak szedłem? No, nieźle. Nie wiem, co pani ta smarkula nagadała, ale nawet nie byłem wobec niej wredny. Powiedziałem tylko, by mnie przeprosiła, na tym się skończyło — fuknął. — Najwyraźniej słabe pokolenia wam rosną w tym Owocowym Lesie — zakpił.
— Nie okrzyczałam cię za stanie jak słup, tylko za to, że nastraszyłeś moją córkę przez jakąś pierdołę. I wypluj te słowa — dodała gromko na jego kpiny. — Bałabym się bardziej o przyszłość Klifiaków, jeśli wasze szeregi wypełniają takie niewychowane, widzące tylko czubek własnego nosa pędraki!
— Te pędraki przynajmniej nie boją się własnego cienia — burknął. — Szkoda z panią gadać. Może gdyby pani córka nie była taką boi-myszką, nie uznawałaby każdego zdania wypowiedzianego przez starszego kota za atak. Ale najwyraźniej, gdy jest się taką lękliwą kupą futra, każde surowsze zdanie może wyglądać jako zastraszanie. — Wzruszył ramionami.
— Przynajmniej bycie “lękliwą kupą futra” jest bezpieczne. A takie zawadiactwo może cię jeszcze doprowadzić do zguby — przestrzegła. — Masz rację, szkoda gadać. Żegnam. Życzę miłej reszty zgromadzenia. Kasztanko, chodź — mruknęła do wciąż chowającej się za jej plecami córki. — Nic tu po nas.
— Bycie lękliwą kupą futra nic ci w życiu nie da! Zamykanie się w legowisku i nazywanie każdej interakcji “zastraszaniem” sprawi tylko, że nim się obejrzysz, skończysz jako stary, niedołężny kot bez przyjaciół, bez rodziny i bez żadnych doświadczeń! — krzyknął za nią. — Mam nadzieję, że pewnego dnia pani córka obudzi się i zrozumie, jak wiele w życiu straciła, ograniczając się jedynie do konwersowania ze swoją nadopiekuńczą mamusią, która ją rozpieszcza!
Szylkretowa kocica mu nie odpowiedziała. Zastanawiał się, czy tym razem faktycznie przyznałaby mu rację, czy znów zaczęłaby się wykłócać, że jej córeczka jest biedna, zagubiona i że to wcale nie jest nic złego, bo przynajmniej jest bezpieczna. Dobre sobie. Chyba potwornie nudna i słaba!
* * *
Pewnego razu siedział gdzieś pod ścianą obozu, gdy nagle podeszła do niego niebieskofutra kotka, z którą często rozmawiał i dzielił się językami. Podniósł uszy do góry i zatrzepotał wąsami, w głębi serca ciesząc się z wizyty koleżanki.
— He-
Focza Fala przerwała mu, mierząc go morderczym wzrokiem.
— Ty głupku! Chcesz umrzeć? — fuknęła, marszcząc brwi. — Szoruj do lecznicy! Nie mogę patrzeć na tę zmasakrowaną łapę — kontynuowała, po czym nadęła policzki i odwróciła od niego wzrok.
— Nie przesadzaj! Wcale nie jest tak źle — przewrócił oczami. — Poza tym gratuluję awansu… — wymamrotał. Chciał jej pogratulować już wcześniej, ale jakoś nie mieli okazji, by pogadać. — Dawno nie rozmawialiśmy. Co powiesz na spacer? — zapytał, na co Foka ponownie spojrzała na niego tak, jakby chciała go udusić samym wzrokiem. — I potem pójdę do medyków! — oznajmił, uśmiechając się zadziornie.
Niebieska westchnęła.
— Niech ci będzie! — zgodziła się, obracając się i ruszając w stronę wyjścia z obozu.
Bukowa Korona pospieszył za nią, czując, że ma z nią wiele spraw do omówienia. I miał rację; całą drogę rozmawiali ze sobą i dzielili się nowinkami, aż dopóki nie dotarli do niewielkiego lasku nieopodal klifu. Tam czekoladowy zatrzymał się, obserwując niemal całkowicie ogołocone korony drzew.
W końcu spojrzał w dół i zebrał z ziemi kilka suchych listków dębu.
— Co robisz? — zapytała Foka, lecz ten się nie odezwał. Przeżuł liście na papkę, po czym nałożył ją na swoją ranę i delikatnie wmasował.
— Chyba nie zamierzasz tego tak zostawić! Bukowa Korono, na litość Klanu Gwiazdy, ci medycy cię nie pogryzą! — oznajmiła, jeżąc futro na karku.
— Nie bój żaby! Wiem, co robię, mam wykształcenie medyczne — pochwalił się, na co Focza Fala westchnęła ciężko.
* * *
— Cześć — mruknął, siadając obok. — Jak trening? Słyszałem, że Psotny Nietoperz to twoja mentorka — zagadał, po czym wyciągnął szyję w górę, rozciągając się. — To moja znajoma, wiesz? Może zgodziłaby się, żebym kiedyś potowarzyszył wam przy treningu. Szkoda, że sam nie mam ucznia! Pewnie moglibyście ze sobą nawzajem walczyć w ramach nauki — stwierdził.
Chwilę potem przypomniało mu się zgromadzenie. Miał ochotę puknąć się w głowę, bo równie dobrze mógłby opowiedzieć o nim Foczej Fali, gdy byli na spacerze, ale teraz było już za późno. Mimo wszystko ta historyjka mogła zaciekawić szylkretkę.
— Wiesz co? Na ostatnim zgromadzeniu wpadła na mnie jakaś uczennica z Owocowego Lasu! Kazałem jej przeprosić, a gdy to zrobiła, kazałem jej odejść. Myślałem, że to koniec, ale potem się okazało, że ta smarkula poskarżyła się swojej mamusi — prychnął, przewracając oczami. — Musiałem się kłócić z jakąś staruszką. Naprawdę słabe, ale na szczęście udało mi się ją zgasić — oznajmił, może trochę przekręcając prawdę. Jednak według niego oczywiście wygrał tamtą dyskusję.
<Promienna Łapo?>
Wyleczeni: Bukowa Korona
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz