Przed ucieczką
Starszy wyraźnie się wahał. Patrzył na Osetka zbłąkanym wzrokiem, podczas gdy końcówka jego ogona drżała.
— Dobra, załatwimy to inaczej. Poczekaj tu na mnie, dobrze? Tylko… bądź spokojny. Nic ci się nie dzieje — wymamrotał, cofając się w stronę legowiska medyków. — Zaraz wrócę… — dodał jeszcze, nim zniknął w mroku.
W pośpiechu, rozrzucając przy tym kilka liści, wyciągnął ze składziku nasiona maku i czym prędzej wrócił z nimi do Czajki, który wciąż siedział w miejscu, wpatrując się w ziemię pod sobą. Osetek wysypał ziarenka i ostrożnie przysunął je do niebiesko-białego.
— Wiesz, że nie puszczę cię, dopóki ich nie zjesz? — ostrzegł go. — Moim obowiązkiem, jako ucznia uzdrowiciela, jest dbanie o członków Owocowego Lasu, a ty jesteś jednym z nich. Nie pozwolę na to, by po azylu szlajał mi się chodzący trup — dodał, podejmując nieudolną próbę rozluźnienia atmosfery.
* * *
Nagle do lecznicy przyszedł Kurka, co na chwilę odciągnęło Osetka od wcześniejszych rozmyślań. Mimo wszystko uczeń wzdrygnął się nieco, jakby bał się, że liliowy mógł usłyszeć jego myśli. Czy miałby wtedy przechlapane? Nie. Skoro Ziemniak nie spotkał sprawiedliwości, choć tyle razy, na oczach innych kotów, zwyzywał Osetka, to nikt nie miałby problemu z tym że uczeń sam robił coś podobnego – i to we własnej głowie.
— Hej, Kurko. Co cię tu sprowadza? — zapytał spokojnie. Miał wrażenie, że oczy Wiciokrzewu zwróciły się w jego stronę, uważnie obserwując każdy jego ruch.
— To nic wielkiego, ale… boli mnie ostatnio gardło — przyznał liliowy, przestępując z łapy na łapę.
Zielonooki szybko wziął ze składziku korzeń tataraku. Chwycił także suchy mech, bo wydało mu się to oczywiste. W końcu, by złagodzić infekcję, należało wypić sok z korzenia, a Osetek nie zamierzał podać Kurce zioła, by poradził sobie z nim sam.
Zamiast tego czarno-biały wysączył na mech trochę soku, po czym ostrożnie przysunął go bliżej Kurki.
— Masz, wypij — polecił Osetek, w końcu odwracając głowę, by nawiązać kontakt wzrokowy z liliowym. Ten uśmiechnął się do niego, zachęcając do dalszego działania. — Jeśli ból nie przejdzie, nie bój się zajrzeć tu ponownie — oznajmił łagodnie.
Liliowy kocur wypił sok z korzenia, po czym mruknął:
— Dziękuję. Mam wrażenie, że już mi lepiej — zaśmiał się, robiąc krok w stronę wyjścia z lecznicy. — Do widzenia!
Osetek obserwował, jak Kurka znika gdzieś na obozowej polanie, po czym podszedł do Wiciokrzewu, który siedział przy ścianie, wciąż wyraźnie zadowolony.
— My-myślę, że za nie-niedługo zostaniesz już pe-pełnoprawnym uzdrowicielem — miauknął, a w jego oczach błysnęła duma.
Czarnofutry przysiadł obok swojego mentora, owijając ogon wokół łap.
— No… mam taką nadzieję. Myślę, że wiem już całkiem sporo! — przyznał, trzepocząc wibrysami. Naprawdę przykładał się do treningów. Leczył śmiało koty, zbierał zioła, znał ich właściwości. Miał przed sobą świetlaną przyszłość w Owocowym Lesie jako uzdrowiciel. Jedynym kotem, który mógłby to wszystko zniszczyć, był oczywiście ten zapchlony Ziemniak, ale Osetek powoli uczył się żyć wokół niego tak, by nie załamywać się jego obecnością. Na tym etapie większość zaczepek spływała po nim jak po kaczce, choć niektóre czasem potrafiły ugodzić go w dumę. Musiał przyznać, że Ziemniak niekiedy wykazywał się kreatywnością – szkoda, że używaną w taki sposób. Mógłby się nadawać na jakiegoś bajkotwórcę czy coś. Może mógłby wymyślać jakieś opowieści dziwnej treści, którymi dzieliłby się z kociętami w żłobku… gdyby oczywiście nie był takim kleszczem na ogonie!
— O-oczywiście, że wiesz — odezwał się w końcu liliowy. — Ba-bardzo dobrze zajmujesz się cho-chorymi — kontynuował chwalenie swojego ucznia. Ciekawe, czy robił to szczerze, czy dlatego, by chwalić się swoimi umiejętnościami nauczania.
Nie. Wiciokrzew nie był taki. Osetek spędził z nim już kilka długich księżyców i bardzo dobrze znał swojego mentora, a zarazem przybranego ojca.
— Staram się — odparł. — Naprawdę zależy mi na tym, by wpasować się w tę społeczność, a jeśli będę dobrym uzdrowicielem, koty na pewno szybko się do mnie przekonają — mruknął. Właściwie nie spotykał się tu z dużą ilością nienawiści wobec kotów, które pochodziły z innej przynależności. No, nie licząc Ziemniaka – ale Ziemniak był inny. On był pełny nienawiści.
* * *
Zielonooki opuścił lecznicę, by rozejrzeć się po obozowej polanie. Miał szczęście – Czajka akurat nie siedział w swoim legowisku, tylko odpoczywał gdzieś na trawie.
— Czajko! — przywitał się Osetek, podchodząc do kota i siadając naprzeciwko niego. — Jak się czujesz? Mam nadzieję, że już ci lepiej. — Osetek przekręcił głowę. — Wiesz, wyglądasz dużo lepiej niż przedtem — ogłosił, uśmiechając się delikatnie do Czajki. Może faktycznie to całe zamieszanie z makiem nie poszło na marne.
Zielonooki na moment umilkł, lecz po chwili otworzył pyszczek, by mruknąć:
— Jak kiedyś znowu będziesz mieć problemy ze snem, to mak na pewno ci pomoże. Tylko nie czekaj, aż bezsenność zamieni się w coś gorszego! Można od tego dostać, wiesz… na przykład halucynacji.
<Czajko? Tęsknisz tam za mną?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz