Po dotarciu do nowego miejsca, Pora Nowych Liści
— Przeżyję, nie musisz się o mnie martwić — mruknął, czując, jak zaczyna go szczypać skóra ze złości na ich wygłupy na poboczu.
— Oczywiście, że przeżyjesz, jednak wolałbym, żeby ten potwór mnie potrącił, a nie ciebie… Ciężko się patrzy na własne kocię, które cierpi.
— Nie jestem już kociakiem! Poza tym powinniśmy świętować, a ty mi coś obiecałeś — zauważył i poprawił się na swoim posłaniu. — Czemu mama oraz moi bracia nie poszli z nami? Co im przeszkadzało? Nie powiedziałeś im tego? Prawda?
Miodowa Kora uciekł wzrokiem i pokręcił głową.
— To nie jest tak proste, jak ci się wydaje. Ja… ja chciałem, żeby z nami poszli, jednak wyszło, tak jak widzisz.
Porywisty Dąb prychnął pod nosem niezadowolony z odpowiedzi. Otworzył pysk, by jeszcze ciągnąć ojca za język i żeby powiedział całą prawdę, jednak tamten tylko pokręcił głową.
— Jeszcze nie jestem gotowy na tę rozmowę… Nie teraz… Powiem ci na dniach albo wtedy, kiedy będę miał na to siłę… Teraz świętujmy z ucieczki, nie musimy już walczyć z okrucieństwem Klanu Wilka.
Porywisty Dąb pokiwał głową. Był zły, zmęczony i ranny. Może i nie było to dobrym wyjściem, pytanie się ojca o niewygodną prawdę. Poczeka tak długo, jak będzie tylko umiał.
***
Prowizoryczny obóz, Pora Zielonych Liści
Wylegiwał się na posłaniu, a przez liście drzew ledwo przechodziły gorące promienie słoneczne. Pora Zielonych Liści nie była tak upalna, jak wyobrażały sobie to Świetliki, jednak zwierzyny było wiele, więc nie mogli narzekać, że głodują. Odwrócił łeb w stronę wejścia, przez które wszedł parol łowiecki. Na jego czele szedł jego ojciec i kiedy tylko go zauważył, podszedł do leżącego syna. Miodowa Kora położył przed nim wiewiórkę i usiał.
— Masz, niech ci będzie na zdrowie, Porywisty Dębie — powiedział liliowy, wysilając się na uśmiech na pysku.
— Dzięki.
Porywisty Dąb zagarnął wiewiórkę łapą i łapczywie ją pochłonął. Oblizał wąsy swoim różowiutkim językiem i popatrzył na ojca spod zmrużonych powiek.
— Tato? Co stało się między wami? Co z mamą?
Liliowy kocur momentalnie, kiedy usłyszał pytanie o jego partnerkę, odwrócił wzrok. Przynajmniej, jakby był to wstydliwy temat. Czy ojciec coś przed nim ukrywał?
— Tato?
— Nie musimy poruszać tematu Iskrzącej Nadziei — wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Nadal nie utrzymywał z nim kontaktu wzrokowego. A sposób, w jakim wypowiedział imię mamy, było pełne żalu i negatywnych emocji. Porywistemu Dębu się to nie podobało wcale.
— Co się między wami stało? Obiecałeś mi, że wszystko wyjaśnisz — nadal domagał się odpowiedzi.
Miodowa Kora milczał i nadal unikał kontaktu wzrokowego.
— Miodowa Koro! Chodź z nami na zbieranie mchu na posłania! — zawołał jego ojca Mglisty Sen, który czekał ze Szczawiowym Sercem przy wyjściu.
Jego ojciec bez wahania pognał w ich kierunku i troje kocurów zniknęło za gęstwiną. Porywisty Dąb prychnął pod nosem. Nie podobało mu się, że ojciec unika odpowiedzialności i nie chce mu powiedzieć tak ważnej rzeczy, jaką jest relacja jego wraz z Iskrzącą Nadzieja. Kocur pamiętał matkę, jako tę delikatną kotkę, chodzący ideał, który dbał o niego oraz resztę jego braci. Matka za nimi mogłaby wskoczyć w płonące gęstwiny, więc dlaczego nie poszła za Miodową Korą oraz nim? Ojciec coś ukrywał i Porywisty Dąb nie wiedział dokładnie co, co już mu się nie podobało.
***
Las, Pora Opadających Liści
Liście już dawno spadły z drzew i koty mogły zgadywać, kiedy spadnie śnieg. Porywisty Dąb właśnie robił kolejne ćwiczenie, które pokazała mu medyczka.
— Porywisty Dębie, wyżej łapę podnieś. Wyobraź sobie, że sięgasz po ptaka, który właśnie wzbija się w powietrze. O! Dobrze, całkiem nieźle tylko musisz jeszcze bardziej się wyciągnąć do przodu. Nie tylko pracujesz swoimi przednimi łapami, musisz też wspomagać się tylnymi. Dobrze! Tak, jest dobrze. Zostań w takiej pozycji, poczuj, jak mięśnie pracują, napinają się.
Porywisty Dąb się zmarszczył pysk z bólu i nieprzyjemnego uczucia, jakie rozlało się po jego tylnych łapach. Niby kości się zrosły, a czuł się niepewnie, wykonując podstawowe pozycje, które później przydadzą mu się w nudnych, codziennych polowaniach.
— Mogę zrobić przerwę? — wysyczał przez zęby.
Szylkretka machnęła ogonem, dając znak, żeby zaprzestał ćwiczeń.
— Zrobimy przerwę. Teraz zajmę się Poziomkową Polaną, a ty możesz odpocząć w obozie… Tylko żeby ci nie przyszło do głowy wychodzenia poza obóz na spacer. Może i możesz chodzić, jednak nadal nie znamy najlepiej tego miejsca i-
— Nie masz co się martwić. Wyluzuj. Idę coś zjeść i tak spacery są zbyt nudne dla mnie. Równie dobrze mogę leżeć na posłaniu — przerwał medyczce i nie czekając na jej reakcje, ruszył do obozu.
Trasa do prowizorycznego obozu nie była długa. Przecisnął się między paprociami i pierwsze co zwróciło jego uwagę, była grupka wojowników, która ze sobą rozmawiała. Byli to Mglisty Sen, Szczawiowe Serce i jego ojciec. Trójka kocurów była ubłocona, a na ich pyskach widniała ekscytacja.
— Dobrze nam idzie z kopaniem lecznicy dla Jarzębinowego Żaru — pochwalił wojowników Mglisty Sen, który ledwo powstrzymywał się przed przeczesaniem swojej brody brudną łapą.
Miodowa Kora, który kątem oka zauważył Porywistego Dęba, poruszył się niespokojnie. Czyżby obawiał się, że zostanie zapytany znów o Iskrzącą Nadzieję? Porywisty Dąb nie był pewien, jednak nie chciał go wypytywać teraz. Czuł, jak frustracja związana z jego brakiem mobilności oraz zatajaniem przez ojca jakiejś ważnej informacji o jego matce, tylko go rozjusza. Posłał ojcu pochmurne spojrzenie i zniknął w legowisku.
***
Aktualnie, Pora Nagich Drzew
Śnieg i mróz dopadł Świetliki, a nieprzyjemny chłód dawał się im we znaki. Futra kotów przybrały na objętości i stały się bardziej puchate, żeby izolować zimno. Sam Porywisty Dąb czuł zmianę w jego sierści, która i tak mocno go ogrzewała już Porą Opadających Liści. Właśnie wracał z kolejnej rehabilitacji wraz ze Stroczkową Łapą oraz Jarzębinowym Żarem. Szylkretowa medyczka trzęsła się z zimna, więc bez słowa szedł obok niej, pozwalając swojemu ciepłemu futru ocierać się o jej bok. Mogło to jakoś pomóc kotce.
— Czy w te mrozy będę mógł pomóc jakoś bardziej Świetlikom w pracach przy nowym obozie? — spytał nagle Jarzębinowego Żaru, która niechętnie przytulała się do jego ciepłego futrzastego boku. — Coraz lepiej mi idą te ćwiczenia. Nie bolą mnie już tak nogi, a śniegi i zimno odstrasza zwierzynę oraz utrudnia pracę innym. Ciężko mi się patrzy na to, jak oni harują ciężko, a ja siedzę w prowizorycznym legowisku, które przepuszcza śniegi i zimne wiatry…
— Porywisty Dębie, jesteśmy osłonięci przez gęsty las, nie wieje u nas prawie wcale — odpowiedziała mu gorzko. — Jednak przydałaby się praca w obozie. Mógłbyś coś pomóc wynosić i przynosić. Do niczego więcej lepiej, żebyś się nie brał. Pamiętaj także, żeby nie nosić ciężkich rzeczy oraz nie wspinać się na drzewa. Gałęzie są śliskie i okryte śniegiem. Nie chcemy, żebyś się jeszcze cały połamał, jak dopiero co zagoiły ci się tylne łapy.
— Dobrze, dobrze… Pójdę tam się spytać jakiegoś wojownika. Mglisty Sen na pewno nie pogardzi moją pracą. Znalazł się dyrygent i będzie wszystkim rozkazywał…
Ostatnią część powiedział bardziej do siebie niż do medyczki, jednak zauważył, jak jej mina skwaśniała tylko, kiedy wypowiedział się mniej przychylnie wobec Mglistego Snu.
— Powinieneś mu dziękować, że stara się nas wszystkich ujarzmić. Ty nawet nie poradziłeś sobie z dotarciem do tego miejsca bez szwanku, a co dopiero jeszcze zarządzać wszystkimi. Nie byłby z ciebie dobry przywódca, masz jeszcze pszczoły w mózgu. Młody jesteś i głupi.
Przewrócił oczyma. Otwierał już pysk, by zaprotestować, jednak kotka zatkała go swoją łapą.
— Nie ma Mglistego Sna, pewnie zajmuje się Ostową Łapą… Za to jest twój ojciec. Możesz go spytać, czy nie wyjdziecie do nowego obozu. — Szylkretka pacnęła go lekko łapą w bok. — Ruszaj się, teraz szybko się ciemno robi. Musicie zdążyć przed zmrokiem. Tylko nie wychłodźcie się tam!
Medyczka ze swoim uczniem zniknęli w prowizorycznej lecznicy, a Miodowa Kora, który stał przy małej stercie ze zwierzyną, rzucił mu niepewne spojrzenie. Porywisty Dąb bez wahania podszedł do niego i otarł się o ojca, oddając mu trochę swojego ciepła.
— Jarzębinowy Żar pozwoliła mi na wyjście poza obóz. Mogę ci w czymś pomóc, jeśli chcesz — zaproponował.
Miodowa Kora z niechęcią spojrzał na niego i ostrożnie pokręcił przecząco głową.
— Wolałbym, żebyś jeszcze nigdzie nie wychodził. Cieszy mnie, że twoje treningi idą w dobrą stronę i robisz postępy. Bardzo serce mi się raduje, kiedy widzę, że możesz chodzić i masz chęci nam pomagać, ale nie chcę ryzykować, żeby znów ci się coś miało stać… Do drugiego obozu jest trochę drogi do przejścia, a na dodatek trzeba zejść po korzeniach do obozu.
Na jego słowa machnął rozgoryczony ogonem. Co jeszcze musiał zrobić, żeby nie traktowano go, jak ofermę?
— Skoro nie jestem dość dobry, żeby wyjść z tobą poza obóz, to nie pójdę, jednak należy mi się inna rzecz.
Miodowa Kora przekrzywił łeb, nie rozumiejąc co wcale.
— Co się stało między tobą a Iskrzącą Nadzieją? Czemu z nami nie poszła? Czemu nie ma ze mną Kamiennego Pióra i tego głupiego Wilgowej Goryczy? Powiesz mi to w końcu? Ileż możesz uciekać przede mną? Myślisz, że nie widzę, jak bierzesz wszystkie dodatkowe patrole oraz pomagasz w obozie, tylko po to, by mnie unikać? Kiedyś musiałem cię dopaść. A teraz mów! — nakazał.
Liliowy kocur położył po sobie uszy, a jego pysk ukazywał, jak tamten bardzo czuł się winny.
— Rozstaliśmy się z twoją mamą… Kiedy uciekaliśmy, już nie byliśmy wtedy razem.
Porywisty Dąb wstrzymał powietrze i nie odrywał wzroku od ojca. Widział, że sprawia tamtemu trudność mówienia o Iskrzącej Nadziei, jednak nadal to, co z siebie wypluł, było tak małym skrawkiem informacji. Porywisty Dąb chciał wiedzieć więcej. Chciał wiedzieć, jak to możliwe, że jego rodzice się po prostu rozstali. Byli przecież idealnym obrazem kochającej się pary w Klanie Wilka.
— Ale jak… Jak to się stało? Dlaczego?! — omal nie krzyknął na ojca.
<Miodowa Koro?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz