Przeszłość, opowiadanie powiązane z wcześniejszymi Gąskowymi oneshotami
– Proszę, pozwól mi odejść...
Gąska przyglądała się samotnikowi, będącemu wspólnikiem kocicy, która ją oszukała. W porównaniu do czarnej koteczki niebieski nie emanował pewnością siebie. Położył po sobie uszy, ewidentnie żałując, że Rosa obłowiła się w tłuściutkie pyszczki, kosztem nieszczęścia Gąski. Bura kotka zniżyła pyszczek na wysokość głowy kocura. Instynktownie zmrużył oczy, napinając przy tym mieście, najprawdopodobniej przygotowując się na atak.
– Ty! Mysi! Móżdżku! – wykrzyknęła do ucha kocura, sprawiając, że prawdopodobnie chwilowo ogłuchł. Kocur poderwał się na równe łapy, zataczając się. Gąska zdążyła zeskoczyć z jego grzbietu, lądując tuż obok niego na trawie.
Nie współczuła mu ani trochę. Razem z siostrą zabawił się jej kosztem, decydując się na kłamstwo, gdy ona próbowała ochronić swoich bliskich. Swoją rodzinę. Cieszyła się, że jednak to ona padła ofiarą ich oszustwa, a nie jakiś inny kot. Gdyby wpadli na Jeżogłówkę lub na jej uczennicę, Kasztankę, nie wybaczyłaby im tego.
– Powinnam poinformować wojowników i zwiadowców na temat waszej obecności na naszych terenach! Nie skończyłoby się na kilku siniakach i dzwonieniu w uszach... – prychnęła. – Odejdźcie stąd i już nigdy nie wracajcie, słyszysz? Jeśli jeszcze kiedykolwiek zobaczę wasze zakłamane pyski, gorzko tego pożałujecie.
Nie była dobra w te klocki. Nie umiała grozić. Na dobrą sprawę potrafiła gdzieś w głębi serca im chyba jednak współczuć i rozumieć, dlaczego zdecydowali się na kłamstwa w zamian za otrzymywanie jedzenia. Z tego, co zrozumiała, podróżowali tylko we dwójkę. Byli zdani tylko na siebie i to nie wiadomo od ilu księżyców. Być może już jako małe, kilkuksiężycowe kocięta musieli radzić sobie sami w dziczy.
"Czy gdybym nie trafiła do Owocowego Lasu, również starałabym się wykorzystać naiwność innych kotów, aby przetrwać?"
– Deszcz! – Czarno-biała kotka podbiegła do swojego brata. – Coś ty mu zrobiła... – Wysyczała, obnażając kły i robiąc krok w przód w kierunku stróżki.
– Nic. Jedynie krzyknęłam mu do ucha. Poza chwilowym bólem uszu nic mu nie dolega... – Gąska przybrała koślawą pozycję obronną, gotowa na atak ze strony kocicy. – Zadrwiłaś sobie ze mnie. Ty i on... Naraziliście moich bliskich...
– Żalem byłoby nie wykorzystać naiwnej gąski, która sama wlazła mi pod łapy. – Schowała pazury. Pogardliwie spojrzenie, którym obdarowywała Gąskę, ustąpiło łagodnym, czułym spojrzeniu, gdy wlepiła wzrok w swojego brata. Otarła się o jego lewą stronę pyska, by ponownie łypać na burą szylkretkę.
Wyszeptała coś do brata, by po dłuższej chwili oboje zaczęli kierować się w kierunku terenów niczyich. Odchodzili. Zrezygnowali z walki, zarówno słownej, jak i fizycznej. Gąska przez długi czas obserwowała samotnicze rodzeństwo, a jej ogon raz za razem przecinał powietrze. Była zestresowana, ale również zła. I to chyba po raz pierwszy w życiu! Nawet takich emocji nie odczuwała, gdy dowiedziała się, że Orzeszek oraz Kajzerka nie są jej prawdziwymi rodzicami.
Gdy adrenalina opadła, a po rodzeństwie nie było już żadnego śladu, prócz ich zapachu, ogon Gąski powoli opadł na trawę, a ona sama przygryzła policzek i wlepiła spojrzenie w kałuże u swych łapach. Spoglądała w swoje odbicie ze smutnym wyrazem pyska.
– Naiwna Gąska... – wymamrotała, rozważając w głowie scenariusz, w którym mieszka w jednym z klanów i otrzymuje takie, a nie inne wojownicze miano.
Otrzepała się, decydując się przylizać jeden z odstających na piersi włosków, po czym ruszyła wolnym krokiem z powrotem do obozu. Poinformowała liderkę i zastępców o tym, że udało jej się przepędzić z terenów dwójkę samotników.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz