W obozie Klanu Klifu panował zauważalny chłód, mimo czystego nieba, nieskażonego ani jedną burzową chmurką. Trójoki Zając widział jak mały, biały obłoczek z jego pyska oddala się od niego powoli oraz zanika, niesiony przez wiatr. Można było zaobserwować dokładnie to samo u innych pobratymców. Napuszył sierść w celu ochrony przed chłodem. Poduszki łap zaczęły go szczypać, gdy weszły w kontakt z wyziębioną kamienną posadzką. Może związane było to z tym, iż nie znajdował się daleko od wyjścia z obozu, wręcz przeciwnie. Zmarszczył nos, po chwili kręcąc głową. Skierował się w stronę sterty zwierzyny, chwytając z niej najpulchniejszą zdobycz, jaką tylko mógł znaleźć. Jego zadowolenie nie trwało długo. Skierował się do legowiska medyka z wymalowanym zmartwieniem na pyszczku. Rozejrzał się po jamie, jego oczom chwilę zajęło przyzwyczajenie się do panującego w norze półmroku. Położył przed swoimi łapami piszczkę.
— Ćmi Księżycu, Jagnięca Łapo? Macie chwilę? — zapytał niepewnie.
— Trójoki Zającu? Czy coś się stało?
— To nie zajmie długo, przychodzę w pilnej sprawie. Czy mógłbym, proszę zioła dla Kukułczego Wdzięku? Nie czuje się najlepiej, chyba ten chłód jej zaszkodził, zresztą nic dziwnego… strasznie się o nią martwię — wyznał, patrząc na pyszczek młodszej koteczki. — Nie wiem, co by jej pomogło – jest letargiczna, wcześniej dużo się trzęsła, teraz już mniej, ale nadal potrzebuje odpoczynku.
Ćmi Księżyc, kiwnęła głową, wycofując się do magazynku, po chwili wróciła z ziołami na wzmocnienie.
— My wiemy, już nic się nie bój.
Trójoki Zając z wdzięcznością przyjął je od kocicy, chyląc przed nią głowę i dziękując jeszcze słownie, przypomniawszy sobie, że kotka przecież go nie widzi. — Bardzo wam dziękuję — mruknął niewyraźnie przez łodyżki w pysku. Chwycił jeszcze gryzonia, zastanawiając się, czy mu zaraz nie wypadnie to wszystko. Wycofał się z powrotem do centrum, czując, jak serce mu się odrobinę zapada. Miał nadzieję, że tyle wystarczyło. Jeśli Kukułce by się nagle pogorszyło, gotów był pognać z powrotem do jamy medyków i poprosić o niezwłoczną pomoc.
Zaczął wspinać się po wyraźnie wysuniętych półkach i zauważywszy szylkretkę skuloną we własnym łożu, położył po sobie uszy. Podszedł do niej bliżej i przysiadłszy tuż obok, ustawił przed kotką najpierw zioła. Ciekawe czy go obserwowała z góry?
— Kukułko, proszę, zjedz je, pomogą ci. To zioła na wzmocnienie — powiedział, przysuwając je bliżej łapą. Kotka spojrzała na nie sennie, jakby zastanawiała się, czy aby na pewno warto. Po paru uderzeniach serca zaczęła je spokojnie przeżuwać, z taką gracją, jakiej nie zaobserwował nigdy wcześniej u innego kota. — Przyniosłem też dla ciebie coś do jedzenia, w razie, gdybyś była głodna. Gdybyś gorzej się poczuła, to proszę, powiedz mi — powiedział, mając nadzieję, że kotka zje chociaż trochę oraz że nie będzie dusić w sobie pogorszenia własnego stanu, jeśli takowe nastąpi. Mogła nie mieć apetytu ani ochoty – w końcu było zimno, mało komu chciało się jeść w taką pogodę, gdy szczęka latała z chłodu.
Kukułczy Wdzięk kiwnęła głową, mrużąc oczy. Jej ciało od czasu do czasu dalej drżało, liliowa była dość niewyraźna. Trójoki Zając modlił się, żeby zioła cokolwiek dały. Bardzo się o nią bał. Nawet jeśli nie było to coś, od czego koty od razu umierały, ponieważ podzielone było na stadium poważności, dla niego było to już teraz niezwykle poważne, straszne też w pewnym sensie. Nie widział jej jeszcze nigdy w takim stanie. Żółtooka zerknęła na piszczkę, a potem na kremowego.
Nie zwlekając nadto, przysunęła mysz do niego, owijając ogon ciasno wokół własnego boku, jakby w celu lepszego odizolowania od okazyjnych podmuchów.
Trójoki Zając postawił uszy ze zdziwieniem, czy chciała, by podzielili się zwierzyną? Przypomniało mu to o czasach uczniowskich, kiedy przyniósł jej swojego pierwszego upolowanego kraba. Po jego piersi rozlało się przyjemne, ciepłe uczucie, które momentalnie wyzbyło się mrowienia w jego poduszkach z powodu zaistniałego zimna. Gdyby nie miał futra, widoczne byłoby u niego zarumienienie się. — Pozwól, że ją podzielę — miauknął, jego łapy trzęsły się, nie z odmrożenia, a niepokoju. Bał się, że oferowana ilość, jaką zamierzał jej zaproponować, była zbyt wielka i zniechęci to wojowniczkę do jedzenia. Po chwili dał kotce większą część, samemu zostawiając sobie widocznie mniej, chociaż nadal coś mogło mu pochrupać między zębami. Sam nie był dzisiaj aż taki głodny. Mimo że słyszał burczenie od czasu do czasu, jego głowa była zupełnie w innym miejscu i nawet gdyby chciał skupić się na głodzie bardziej, dla niego były rzeczy ważne i ważniejsze. A najważniejszym było teraz to, żeby Kukułczy Wdzięk wyzdrowiała. Mogło być to niezbyt rozważne podejście do sytuacji, patrząc na to, że gdyby i jemu coś zaczęłoby się dziać, prawdopodobnie nie działałoby to miło na żółtooką, aczkolwiek kremus nie brał pod uwagę teraz za bardzo siebie.
Szylkretka zabrała się za jedzenie zdobyczy. Większość jej ruchów była letargiczna i widać było, że kosztuje ją to sporo wysiłku. Z pewnością dużo poszło na samą próbę ogrzania się i uchronienia przed chłodem. Gdy skończyła, zrobiła coś, czego Zając nigdy by się nie spodziewał. Przesunęła się odrobinę, ruchem ogona zachęcając go do tego, żeby usiadł bliżej. Kremus spojrzał na nią tak, jakby niewerbalnie zapytał; “na pewno mogę?”. Nie zwlekając długo, ułożył się tuż obok niej, oferując jej ciepło, przy okazji chroniąc ją przed wpadającym do jamy ze świstem zefirkiem. Gdyby miał ogon, najprawdopodobniej otuliłby ją nim. Wsunął łapy pod siebie, nie chcąc przypadkiem zepsuć momentu, ani nie naruszyć jej granic. Bardzo zależało mu na tym, żeby czuła się dobrze. Wewnętrznie miał wrażenie, jakby zaraz ktoś miał mu albo zepsuć tę chwilę, albo jakby miał zacząć skakać ze szczęścia, niczym małe kocię, któremu udało się coś wygrać. Jego relacja z Kukułczym Wdziękiem była skomplikowana, a najgorszym było w tym wszystkim to, że to była jego wina. Odkąd wrócił do Klanu Klifu, robił co w jego mocy, żeby odzyskać zaufanie zarówno jej, jak i swoich pobratymców, których zawiódł i opuścił. Zdążył od tamtego czasu odzyskać swoje wojownicze imię, a także może nawet i zbliżyć się z powrotem do szylkretki, ponadto nauczyć się paru ważnych lekcji. Ciszy, między nimi nie potraktował jako niekomfortowej, rozumiał, że w takim stanie prawdopodobnie lepiej było milczeć, może Kukułka chciała odpocząć? Z pewnością. Z reguły senność przychodziła wtedy, kiedy miało się pełny brzuch, a także zapewnione ciepło, w dodatku chłód z pewnością ją osłabił i zmęczył. Nie byłoby dziwnym, gdyby chciała teraz ciszy i ucięła sobie, chociaż króciutką drzemkę.
Zielonooki nawet nie zorientował się, ile czasu minęło, odkąd tu przyszedł. Co jakiś czas na półki wracało coraz więcej wojowników, układając się we własnych posłaniach wygodnie, z ogromnym zmęczeniem wymalowanym na kufach. To był ciężki, pracowity i niewykluczone, że mroźny dzień. Sporo się dzisiaj musieli nachodzić oraz postarać, aby położyć cokolwiek na stertę zwierzyny. Jedni rzucali im przeróżne spojrzenia, inni nie zwrócili nawet na to uwagi, a sam Trójoki Zając czuł się tak, jakby świat dookoła przestał istnieć – jakby byli tylko on i ona. Mógłby do końca życia odtwarzać ten moment i nigdy by mu się nie znudził. Zawsze byłby równie zachwycony, równie pocieszony. Czuł wreszcie, że jego decyzje nie są jednym wielkim błędem. Czuł także, że uczucie, jakie towarzyszy mu od już naprawdę dłuższego czasu nie jest byle czym. Tylko czy na pewno zasługiwał na to, żeby w ogóle zapytać ją, czy chciałaby może… zostać jego partnerką? Czy byli już na takim etapie? Nie, z pewnością nie… w dodatku to nie była nawet dobra chwila na tego typu rzeczy. Jednak czy ta chwila kiedyś nadejdzie? Zielonooki musiał być cierpliwy. Musiał liczyć się także z możliwością, że kocica mogła go odrzucić, co byłoby zrozumiałe, jednak wpłynęłoby na jego życie diametralnie. Na postrzeganie siebie, wszystkiego i wszystkich, co go otacza. Czy był gotów podjąć ryzyko? Próbę dowiedzenia się, czy i ona odwzajemniała jego uczucia?
Zerknął na Kukułczy Wdzięk, która miała opuszczone już powieki. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała spokojnie, futro miała idealnie ułożone, z przyjemnym znajomym Zającowi zapachem. Noc już zdążyła zapaść. Śnieg poza azylem migotał niesamowicie, szczególnie w poświacie malejącego księżyca. Wtulił się w kotkę, czując, że zdążyła się już ogrzać przez ten czas. Mimowolnie zaczął cichutko pomrukiwać. Jej stan musiał się unormować, oby jej było dobrze już zawsze i oby nie chorowała więcej. Tak bardzo ją kochał, że nie wyobrażał sobie życia bez niej, nawet jeśli nie byli oficjalnie razem. Otrzymał od niej szansę, nie zamierzał jej zmarnować. Zamierzał pokazać, że jest w stanie dotrzymać słowa i nic mu w tym nie przeszkodzi, nie mogło.
***
Po wyzdrowieniu Kukułki
Patrol wyruszył poza obóz, koty dzielnie stawiały kroki po mroźnym, zbitym śniegu. Najpierw skręcili w stronę granicy z Klanem Nocy, odnawiając wszelkie znaczenia zapachowe. Wyraźna linia oddzielająca tereny nie umknęła mu, robił co w jego mocy, żeby jej przypadkiem nie przekroczyć. Kremowy zwrócił uwagę na intensywny, mokry rybi zapach, chociaż przez parę uderzeń serca zastanawiał się, czy to przypadkiem nie napływa znad morza, w końcu do wody nie mieli wcale tak daleko. Fale huczały głośno, obijając się z trzaskiem o brzeg, zabierając z niego kawalątek terenów z każdym kolejnym uderzeniem. Czasami morza było tak wiele, że po piachu zostawało jedynie wspomnienie – Zająca zawsze ciekawiło, dlaczego właśnie tak się działo. Może to, jak mocno wiał wiatr, miało na to spory wpływ? Prawdopodobnie. Lubił też, gdy morze wyrzucało przeróżne rzeczy na brzeg. Może kiedyś mógłby w nich znaleźć coś, co podarowałby Kukułce i może by jej się spodobało? Musiał się nad tym dobrze zastanowić i liczyć na szczęście, jeśli zamierzał próbować.
Potem wędrowali wzdłuż granicy z Klanem Burzy. Na pierwszy rzut oka ich połacie nie różniły się kolosalnie od tych należących do Klanu Klifu. Różnica była taka, że drzew mieli o parę garści więcej, ale do plaży również dostali dostęp. Zając nigdy wcześniej nie miał z Burzakami aż tak wielkiego kontaktu, o ile jakikolwiek. Nie miał za bardzo okazji ani potrzeby zamiany z nimi słówka, w końcu czego mógł chcieć od sąsiadów? Mocny zapach wrzosowisk, a także tłustych królików przestał mu już jeździć po nosie, chociaż był bardzo przytłoczony przez mróz, jaki ogarniał płuca kotów.
Gdy przemierzyli następną część pokrytą wysokimi trawami, do nozdrzy wojownika doleciała intensywna, leśna woń, typowa dla lasów iglastych. Była ona przytłumiona z powodu mrozu, cały czas próbującego wyrwać z niego najdrobniejszą garść ciepła. Chociaż wojownik z tym walczył, bardzo go piekły uszy, a także nos, z którego co jakiś czas wylatywała – zdawało się – woda. Wycierał go nierzadko łapą, przecierając sobie niepotrzebnie skórę. Prowadziło to do łatwego podrażnienia. Raz szedł bardziej energicznie, potem podskakiwał... robił, co tylko mógł, żeby nie tracić czucia w kończynach. Słońce zdążyło przemierzyć także hojną odległość na niebie, zmieniając własną pozycję, ale i intensywność oświetlenia. Już nie grzały jego grzbietu przyjemne, słabe promyczki. Teraz zasłonięte zostały częściowo przez wyrastające drzewa na horyzoncie, a wraz z nim dotarła także garstka chmurek. Wyglądały na nieszkodliwe, nie zwiastowały opadów śniegu. Cienie ciągnęły się daleko. Razem ze wspomnianą wonią pomyślał o błocie, o mokradłach, jakie musiały panować teraz na ich siedlisku. A może błoto było u nich zbite, tak, jak piach na terenach Klanu Klifu. Wymieszany ze śniegiem, tworzył ogromne bryły, po których ciężko się chodziło.
Na ścieżce nie zetknęli się z żadnym samotnikiem ani innym nieproszonym gościem, co szczerze cieszyło kremusa. Śnieg migotał im przed oczami niczym niebo nieskażone ani jedną chmurką, przepełnione wszystkimi możliwymi gwiazdami. Przemierzali śnieg, uprzednio poznaczony jedynie śladami ptaków oraz gryzoni, które wyszły ze swoich ciepłych norek. Rozświetlona Skóra prowadził, przedzierając się przez wielkie, zbite bryły piasku wymieszanego z lodem. Trójoki Zając rozmawiał co nieco z Króliczą Prawdą – bursztynooki, odkąd doczekał się kociąt ze Źródlaną Łuną, wydawał się dużo szczęśliwszy. A może tylko tak mu się wydawało? Ciekawe czy Królik tęsknił za Dyniową Skórką, a także jego córkami, Makiem i Kocimiętką. Teraz pewnie nosiły już imiona wojowników. Musiały dużo urosnąć odkąd ostatnio się widzieli. Zielonooki co jakiś czas odczuwał ukłucie tęsknoty, które przypominało mu o siostrzenicach. Z chęcią, gdyby miał możliwość, porozmawiałby z nimi przy najbliższym zgromadzeniu. Może pamiętałyby go nadal? Chociaż nie grał aż tak kluczowej roli w ich życiu, jak ich rodzice, to nadal był ich wujkiem…
Z zamyślenia wybił go donośny śpiew ptaków napływający z okolic drzew iglastych.
Pręgus znowu odczuwał szczypanie w okolicach poduszek, to było naprawdę niewygodne. Uszy także go piekły, chociaż odrobinę mniej, ponieważ krew zaczęła ogrzewać jego końcówki. Bolesne mrowienie przemierzyło jego ciało, czuł się tak, jakby był na mrozie dłużej, niż było to wskazane i konieczne, i może było w tym coś z prawdy. Szaleństwem byłoby oczekiwać innych objawów, jeśli nie robił nic w kierunku, żeby się ogrzać, tylko godził z własnym losem, żeby już nie marnować energii.
Zamiast wrzosowisk, jego oczom ukazały się wysokie wiekowe rośliny, o których zdążył już pomyśleć. Rozciągały się chyba prawie do nieba, ciekawe ile kotów mogło z ich koron dojrzeć obóz Klanu Klifu? Potrząsnął głową, gdy biały kocur ruchem ogona nakazał ciszę. Nagle przyjemne podśpiewywanie umilkło, trzepot skrzydeł poniósł się cichutkim echem wraz z ostrzegawczym wrzaskiem, nadmiar śniegu został zrzucony z gałęzi, na których jeszcze parę uderzeń serca temu tętniło życie. Mięśnie mlecznego kocura były całe spięte, w zasadzie to samo można było powiedzieć o reszcie patrolu – Gołębi Puch poruszała kitą na boki nerwowo, zaś Królicza Prawda utkwił spojrzenie w jednym punkcie i nie rezygnował z niego. Trójoki Zając poszedł śladami brata, nie rozumiejąc jeszcze, co się święciło.
Nagle między intensywnie zielonymi krzakami mignęło mu rude futro. Do jego nosa napłynął duszący, nieprzyjemny zapach, jakby coś zdechło. Co to takiego…? Nie… to nie mogło być… Otworzył oczy szeroko, gdy zrozumiał, na co konkretnie patrzył. Futro stanęło mu dęba, pazury momentalnie wysunął, stawiając uszy czujnie.
— Lis! — krzyknęła Gołębi Puch, odskakując gibko na bok, gdy szczęki psistego kłapnęły tuż przy jej ubytku, kiedyś miała tam kruczoczarne ucho.
Trójoki Zając poczuł, jak robi mu się niedobrze, żołądek wywinął mu fikołka. Krew dudniła mu w uszach donośnie, przyćmiewając każdy stawiany chrupiący krok na śniegu. Nagle zaparło mu dech w piersi, płuca zapiekły go boleśnie, gdy zaczął łapczywie sięgać pyskiem po powietrze, do którego ktoś nawrzucał mikroskopijnych raniących igieł. Lis spoglądał na nich ze wściekłością swoimi czarnymi guzikowatymi oczami, swego rodzaju urazą, która musiała rosnąć w nim sezonami, zresztą tak samo, jak on cały. Żywił się żalem i niezapomnianą nienawiścią, dzięki nim rósł i rósł. Lis warczał głośno, groźnie, otwierając oczysko szeroko, jakby zrozumiał pewną rzecz, o której Zając nie miał pojęcia. Rdzawe barki zapełnione były bliznami, przypominającymi szramy zadane przez kota. Jedno ze ślepi było na wieki przymknięte. Z sercem bijącym jeszcze mocniej, zdał sobie sprawę z ich fatalnej sytuacji. Przed nimi znajdował się potężny lis, który odsłonił pysk pełen ostrych zębów ponownie. Wojownik próbował wyzbyć się uczucia, jakby łapy przymarzły mu ze strachu do ziemi.
Lis zwinnym ruchem znalazł się tuż obok przerażonego kota, wykorzystując jego rozkojarzenie na własną korzyść. Wgryzł się w jego skórę sprytnie, zatapiając w niej głęboko kły. Szkarłat rozpłynął się po jego podniebieniu przyjemnie, lisisko wydało z siebie zadowolony dźwięk. Ciekawe, w jakim celu ich teraz atakował? Może naruszyli jakieś jego terytorium, które sobie przywłaszczył? Może był wygłodniały albo karmił małe, a oni znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie? A może kierowało nim coś innego, coś, o czym wiedział tylko jeden kot z ich czwórki. Trójoki Zając zawył z bólu, czując, jak łapy same pod nim się uginają. Zaczął celować szponami w pysk napastnika w celu zrzucenia go, chociaż jego próby były marne, ledwo go sięgał. Lis pociągnął kota za sobą z wielką siłą, gdy Gołębi Puch skoczyła na barki zwierza.
Wojownik wyswobodził się wreszcie z uścisku, łaciata kotka została prędko strzepnięta niczym nic nieznaczący paproch, chociaż udało jej się zranić boki przeciwnika w mniejszym lub większym stopniu. Rozświetlona Skóra dobrze unikał kolejnych ciosów, samemu zadając serię własnych, każda różniąca się od poprzedniej w celu zmylenia go, by nie mógł żadnego przewidzieć. Wyglądał tak, jakby tańczył podczas obrony pobratymców. Trójoki Zając zaszarżował na bestię, odpychając ją od Króliczej Prawdy. Lis uderzył łbem o twardą korę drzewa iglastego, warcząc wściekle. Trójoki Zając odskoczył, poczuwszy ból w okolicach ucha. Czy jego ucho było całe? Odgryziono mu? Nie czas na to teraz… jeśli będzie przejmował się uchem i stawiał je ponad własne życie, równie dobrze mógł już teraz wrzucić się do paszczy wygłodniałego lisa.
Kremus zaczął okładać lisa po łbie, trafiając wreszcie w powiekę zdrowego oka. Psowaty zawył w niebogłosy, próbując wykonać kontratak, jednak biały wojownik szybciutko mu to z sykiem utrudnił. Zielonooki odsunął się raz jeszcze, ustawiwszy się za lisem. Nie zastanawiając się długo, zatopił pazury w jego skórze, co spotkało się z odruchową szamotaniną i kopaniem. Trójoki Zając został posłany kawałek dalej, gdy długa czarna łapa wreszcie go dosięgła. Uderzył w grunt z szurnięciem, poczuł, jak ziemia pod nim ciągnie go za grzbiet, naciągając niebezpiecznie rozerwaną skórę. Miał chwilowe mroczki przed oczami, poczuł się nagle bardzo słaby. Odruchowo wręcz nabrał haust lodowatego powietrza, po czym odkaszlnął. Zerwał się na łapy ze stęknięciem z bólu, jednak tak szybko, jak tylko było to możliwe, żeby rdzawy nie miał nad nim przewagi. Mięśnie paliły go z dyskomfortu, w okolicach zranionych miejsc czuł pulsowanie, ból zwiększał się z każdym kolejnym ruchem. Zacisnął zęby, próbując jakoś opanować powoli opuszczające go racjonalne myślenie, cierpienie niemal przyćmiło mu potrzebę walki o życie swoje oraz własnych pobratymców.
Rudy raz jeszcze warknął z piskiem, gdy tym razem to Gołębi Puch zajęła miejsce swojego pobratymcy, jednak z większą rozwagą. Lis mimo wszystko nie zamierzał rezygnować z próby zranienia Króliczej Prawdy, był niezwykle zdeterminowany, ryzykując przy tym własnym życiem, jakby nie miał nic do stracenia. Z jakiegoś powodu na zranieniu akurat jego zależało mu najbardziej. Zając zaczął serwować ciosy w zraniony bok lisa, rozdrapując zadane już szramy i ponawiał to, aż w końcu ten zdecydował odwrócić się do niego z rozwścieczonym warkotem. Brzmiał niczym grzmiące niebo podczas burzowej pogody. Niczym sztorm nad morzem, zabierający łapczywie tereny kotom.
Lis raz jeszcze spróbował wygonić kremowego. Wojownik poczuł, jak jego pazury zagłębiają się w jego ramieniu. Kolejna dawka ostrego bólu przeszyła jego ciało, na śnieg wylała się hojna ilość posoki. Syknął, po czym odskoczył poza zasięg jego łap ciężko. Lis mierzył go jeszcze chwilę nieruchomym spojrzeniem złych oczu, wyciągając pysk i odsłaniając zakrwawione zęby. Zając wskoczył mu na kark, wbijając kły i gryząc tak, żeby zadać jak największe obrażenia. Pazurami tylnych łap rozdrapywał dzieło Gołębiego Puchu. Królicza Prawda celował lisowi w łapy, próbując go zbić z nóg, Rozświetlona Skóra zaś uczepił się tyłu lisa, nie chcąc puścić. Gołębi Puch przyłączyła się do nich, także zdobiąc skórę zwierza wzorami, jakie tworzyły jej pazury. Groźnie odsłaniała zęby, posykując na niego co jakiś czas i zamachując się do następnego ataku, unikając przy tym jego zębisk. Lis stanął na dwóch łapach, próbując zrzucić z siebie Zająca, jednak kocur uczepił się go niczym pchła.
Rudy kłapał szczękami tuż przy łapach kremusa. Gdy jego zębiska znalazły się niebezpiecznie blisko jego gardła, zeskoczył z niego, tym samym unikając niepotrzebnych obrażeń. Lis z ostatnim wściekłym warknięciem, kulejąc, odbiegł między drzewa, znacząc śnieg krwistymi plamkami. Koty śledziły go wzrokiem, dopóki nie zniknął na terenach Klanu Wilka.
— Udało nam się! Jesteście cali? To chyba wszystko — miauknął Rozświetlona Skóra, wyraźnie zszokowany, jednakże dumny z siebie, ale i z zadyszką. Jego walka była godna podziwu, zresztą sama Gołębi Puch czy Królicza Prawda również świetnie się spisali. — To teraz możemy chyba… Trójoki Zającu?
Za to Trójoki Zając poczuł, jak robi mu się raz jeszcze niedobrze. Widok jaskrawego śniegu, a także skapujących kropli krwi z jego futra przyprawiał go o mdłości z jakiegoś powodu. Przed jego ślepiami zatańczyła cała plejada najróżniejszych barw. Z rany na plecach sączyło się najwięcej krwi, najmniej uszkodzone zaś było ucho, o które tak się wcześniej zamartwiał. Jego pysk przyozdobiła czysta, szkarłatna stróżka, płynąca z zaledwie zadrapania.
— Króliczku, pomożesz mi…? — miauknął cicho, nie szukając brata nawet wzrokiem. Nie ufał sobie, nie wiedział, czy gdyby się zdecydował na ten ruch, to czy by przypadkiem nie padłby na śnieg przed nimi. Coś głośno podpowiadało mu, że właśnie tak by się stało. Poczuł, jak brat staje tuż obok niego, przenosząc nieco ciężaru z niego na siebie. Trójoki Zając stęknął, najchętniej położyłby się tu i odpoczął, w mroźnych objęciach Pory Nagich Drzew. Nie usłyszał odpowiedzi z jego strony, mimo że mógłby przysiąc, że widział, iż tamten poruszył pyskiem. Rozświetlona Skóra ułożył się tuż obok, patrol zaczął kierować się w stronę obozu pospiesznie. Gołębi Puch pilnowała tyłów, co jakiś czas wybiegając naprzód, żeby upewnić się, czy ich ścieżka była bezpieczna – nie mogli pozwolić sobie na starcie z kolejnym lisem ani nawet kotem. Poranieni, zmęczeni i z pewnością głodni. Chociaż sam zielonooki pamiętał moment jedynie do wtedy, kiedy położył się w łożu medyków, ale też z przerwami. Ból przyćmił jakiekolwiek sensowne myśli, jakie mogły do niego napływać. Medyczki zajęły się jego ranami, jak potrafiły, aczkolwiek czekało go teraz trochę leżenia u nich, jeśli chciał wrócić do pełni zdrowia. Poczuł ulgę, gdy nałożyły jakąś zimną papkę, łatając to wszystko sprawnie pajęczyną.
wyleczeni : Kukułczy Wdzięk
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz