Nie wiedział nawet dokładnie, gdzie znajdowała się ich nora, a mimo to jego łapy same przygnały go w okolice Drogi Grzmotu. Tak mu się przynajmniej wydawało, gdy nikłe wspomnienia tamtej nocy zaczęły pojawiać się w jego głowie. Biegł wtedy po chropowatej nawierzchni, desperacko próbując znaleźć bezpieczną przystań.
Westchnął ciężko i rozejrzał się na boki. Zaczynało już zmierzchać; ostatni patrol Owocowego Lasu pewnie właśnie zawracał do obozu. Ciekawe, kiedy koty zorientują się, że czarno-biały nie wrócił na noc do lecznicy. Pierwszym, który to zauważy, będzie najpewniej Wiciokrzew – serce Osetka krajało się na myśl, że liliowy kocur został teraz prawie… sam. Jak sobie poradzi ze zniknięciem młodszego? Czy w ogóle sobie poradzi? A co, jeśli też ucieknie, próbując go odnaleźć?
Postąpił krok do przodu, a jego ciało wzdrygnęło się, gdy poduszka łapy zaszurała o drogę. Mimo to zmusił się, by iść dalej, by przejść jak najszybciej, póki w pobliżu nie pojawi się żaden Potwór Dwunożnych. Nie był jednak już tak zwinny, jak wcześniej. Rany na jego ciele wciąż piekły; nie miał jeszcze czasu, by zatrzymać się i je opatrzyć. Ograniczały jego ruchy, wyraźnie go spowalniały.
Gdy tylko znalazł się po drugiej stronie, a jego łapy zanurzyły się w wilgotnych źdźbłach trawy, Osetek odetchnął i ciężko usiadł w bezpiecznej odległości od Drogi Grzmotu. Chłodny wiatr szarpał jego futrem, a ostatnie promienie słońca rozjaśniały pysk wygięty w gorzkim grymasie. Wiedział, że tak się to skończy. Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał zniknąć z Owocowego Lasu.
W pewnym momencie do jego nozdrzy dotarł zapach… innych kotów. Zdecydowanie nie były to Owocniaki. Może samotnicy? Rozmawiali między sobą, lecz byli na tyle daleko, że Osetek nie potrafił zrozumieć ich słów. Przez chwilę siedział rozkojarzony, aż nagle przez jego głowę przemknęła myśl: “Co, jeśli to moi rodzice?”. Jego serce natychmiast zabiło szybciej, choć już wcześniej dudniło w przyspieszonym tempie. Ostrożnie, niemal bezdźwięcznie, podniósł się z miejsca, mrużąc oczy i spoglądając w stronę, z której dobiegały głosy.
Ruszył w ich kierunku, lecz już po kilku krokach dostrzegł, że oba koty w niczym nie przypominały jego rodziny. Kotka miała szylkretowe futro, a kocur był liliowy. Osetek zawahał się, zastanawiając się, czy powinien do nich podejść, lecz w końcu uznał, że nie ma nic do stracenia. Jeśli do nich nie zagada, prędzej czy później może umrzeć z głodu. A nuż zgodzą się mu pomóc.
— Hej! — zawołał, powoli wychodząc zza krzaków rosnących niedaleko Drogi Grzmotu. Oba koty zwróciły ku niemu głowy, a ich futra delikatnie się zjeżyły. — Nie jestem zagrożeniem… — mruknął, podchodząc nieco bliżej. Jego zielone ślepia wędrowały od jednego pyska do drugiego. — Chciałbym tylko… poprosić was o pomoc.
Szylkretka zmrużyła podejrzliwie oczy, uważnie obserwując młodszego.
— Pomóc w czym? — zapytała ostrożnie, nie odsuwając się ani na krok od boku liliowego kocura, który po chwili mruknął:
— A co się stało?
Osetek przełknął głośno ślinę; trochę się tym stresował. Dlaczego w ogóle tu przyszedł? Czy gdyby teraz wrócił do Owocowego Lasu, przyjęliby go z otwartymi łapami, czy raczej okrzyczeliby go za to, że zniknął na noc? W końcu zebrał się w sobie, by kontynuować:
— Ja… nie mam gdzie się podziać. Zgubiłem swoją rodzinę; ostatnio widziałem ją na tych terenach. Muszę ich znaleźć. Ja… znam się na ziołach. Mogę wam pomóc, jeśli wy pomożecie mi znaleźć moich rodziców, moje siostry… Proszę, sam nie dam rady — wyjaśnił, kładąc po sobie uszy.
Czy dwa koty na pewno zgodzą się na jego propozycję? Czy w ogóle potrzebują jakiejś pomocy medycznej? Czy nie byłby dla nich jedynie ciężarem?
— Jestem strasznie głodny, a nie umiem polować — dodał jeszcze ciszej, przenosząc wzrok na swoje łapy.
Szylkretka odkleiła się od boku kocura i zrobiła krok do przodu, wciąż zachowując ostrożny dystans.
— Nie jesteśmy tu długo, jednak poza dwiema kotkami nie spotkaliśmy nikogo — wyjaśniła od razu.
Na moment zamyśliła się, wpatrując w ściółkę pod łapami, jakby odpowiedź mogła kryć się wśród liści i igliwia. Cisza lasu była gęsta, przerywana jedynie szelestem gałęzi poruszanych wiatrem. Wtem zerknęła w stronę liliowego.
— Zabierzmy go do grupy i dajmy mu jeść — odparła w końcu, tonem spokojnym, lecz stanowczym, raczej stwierdzając fakt, niż zadając pytanie liliowemu kocurowi.
— Dobry pomysł, i tak się nam przyda — odpowiedział żółtooki, choć tę drugą część zdania powiedział ciszej do swojej towarzyszki. — W naszym gronie jest dość miejsca, by i tak go wziąć. — Spojrzał na niego.
Wówczas szylkretka skinęła głową.
— Stroczkowa Łapa zyska przyjaciela, a grupa może dobrego wojownika — miauknęła, zwracając się do liliowego kota, jakby czarno-biały kociak nie stał tuż przed nią.
Zielonooki skinął głową na znak wdzięczności. Nie spodziewał się, że te koty naprawdę go przyjmą. Zastanawiał się tylko, o jakim gronie mówili. Czy było ich więcej?
Zamarł.
Pamiętał to zgromadzenie. Pamiętał urywki słów burego przywódcy – mówił o mordercach, zdrajcach, uciekinierach. Twierdził, że nie wiadomo, gdzie się teraz podziewają, że mogą być wszędzie. Czy to możliwe, że to byli właśnie oni? Jego ogon zadrżał. Pamiętał kilka imion, kilka opisów wyglądu.
— Dziękuję — odparł w końcu, po czym uśmiechnął się łagodnie. Co, jeśli chcieli go zabrać, by złożyć z niego ofiarę? Co, jeśli na niego też naślą jakiegoś samotnika? — Och… nie przedstawiłem się wam — dodał jeszcze. — Mam na imię Osetek.
Niebieskooka przeniosła na niego spojrzenie, a wyraz jej pyska złagodniał.
— A więc, Osetku, jestem Jarzębinowy Żar, a to Miodowa Kora — przedstawiła się spokojnie. — Widzę, że jesteś ranny. Opatrzę cię w naszym prowizorycznym obozie — dodała, jakby w pełni mu już ufała.
Odwróciła się i machnęła ogonem w zapraszającym geście, zachęcając go, by ruszył za nimi.
Osetek był zdziwiony tym, że obce mu koty tak szybko mu zaufały. Może naprawdę byli tymi, za których podawał ich Nikła Gwiazda? A może wpadł prosto w ich pułapkę? W końcu, gdyby rzeczywiście chcieli przyjąć go jak swojego, pewnie zadawaliby więcej pytań. Upewniliby się, że się przyda. A tak? Ofiarę można było złożyć z każdego – a im słabsza, tym lepsza.
Może myśleli, że jeśli go zaatakują, nie będzie stawiał oporu? Może zamiast litości wzbudził w nich głód? Żądzę krwi i śmierci?
Po jego ciele przebiegły dreszcze. Umysł podpowiadał mu, by zwiewać stąd, póki go nie obezwładnią i nie uwiężą… a mimo to szedł dalej, czując się tak, jakby był prowadzony prosto do jamy potwora. Może posiadali jakieś tajne techniki manipulacji? Może celowo zachowywali się w taki sposób, by Osetek nie był w stanie od nich uciec?
Nikła Gwiazda mówił, że właściwie są źli do szpiku kości. Nie można więc było wykluczyć żadnego – nawet najczarniejszego – scenariusza.
Tego ranka Osetek zbudził się w zupełnie nowym miejscu. Ten prowizoryczny obóz niczym nie przypominał azylu Owocowego Lasu. Przede wszystkim – na tych terenach było więcej drzew i zieleni. Czarno-biały obudził się chyba jako ostatni, gdyż wokół niego większość kotów już pracowała. Wynosiły gałęzie i inne przedmioty, które mogłyby przeszkadzać w swobodnym przemieszczaniu się po obozie.
Zielonooki podniósł się z miejsca. Wciąż czuł na swoim ciele opatrunki, które wczoraj nałożyła mu Jarzębinowy Żar. Łapa, oko i plecy nie bolały już tak bardzo, choć wciąż czasem doskwierał mu ból, gdy wykonywał gwałtowniejszy ruch.
— Osetku! — rozległ się nagle głos.
Uczeń rozejrzał się, a wtedy dostrzegł, że szylkretowa kocica stała na niewielkim podwyższeniu. Od razu do niej podszedł, jednak ta ogonem nakazała mu się zatrzymać.
— Obiecaliśmy, że pomożemy ci zdobyć wojownicze doświadczenie. Tak więc, dołączając do naszych szeregów, musisz przyjąć nasze tradycje — zaczęła, patrząc na młodszego z troską w oczach.
Czarno-biały naprawdę był zdziwiony tym, jak szybko szylkretka mu zaufała. Może taka już była.
— Osetku, od tej pory będziesz zwał się Ostową Łapą. Mglisty Sen zajmie się twoim treningiem. Jest jednym z najbardziej zaufanych kotów w tej grupie, dlatego liczę na to, że przekaże ci całą swoją wiedzę — ogłosiła.
Zielonooki nie wiedział, kim był Mglisty Sen. Obejrzał się wokół, a wtedy dostrzegł, że jakiś czarny kocur o krótkim ogonku wpatruje się w niego uważnie. Osetek uśmiechnął się niepewnie.
Czy to był on? I czy tak będzie wyglądało teraz jego życie? Póki… nie odnajdzie swojej rodziny, rzecz jasna.
Westchnął ciężko i rozejrzał się na boki. Zaczynało już zmierzchać; ostatni patrol Owocowego Lasu pewnie właśnie zawracał do obozu. Ciekawe, kiedy koty zorientują się, że czarno-biały nie wrócił na noc do lecznicy. Pierwszym, który to zauważy, będzie najpewniej Wiciokrzew – serce Osetka krajało się na myśl, że liliowy kocur został teraz prawie… sam. Jak sobie poradzi ze zniknięciem młodszego? Czy w ogóle sobie poradzi? A co, jeśli też ucieknie, próbując go odnaleźć?
Postąpił krok do przodu, a jego ciało wzdrygnęło się, gdy poduszka łapy zaszurała o drogę. Mimo to zmusił się, by iść dalej, by przejść jak najszybciej, póki w pobliżu nie pojawi się żaden Potwór Dwunożnych. Nie był jednak już tak zwinny, jak wcześniej. Rany na jego ciele wciąż piekły; nie miał jeszcze czasu, by zatrzymać się i je opatrzyć. Ograniczały jego ruchy, wyraźnie go spowalniały.
Gdy tylko znalazł się po drugiej stronie, a jego łapy zanurzyły się w wilgotnych źdźbłach trawy, Osetek odetchnął i ciężko usiadł w bezpiecznej odległości od Drogi Grzmotu. Chłodny wiatr szarpał jego futrem, a ostatnie promienie słońca rozjaśniały pysk wygięty w gorzkim grymasie. Wiedział, że tak się to skończy. Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał zniknąć z Owocowego Lasu.
W pewnym momencie do jego nozdrzy dotarł zapach… innych kotów. Zdecydowanie nie były to Owocniaki. Może samotnicy? Rozmawiali między sobą, lecz byli na tyle daleko, że Osetek nie potrafił zrozumieć ich słów. Przez chwilę siedział rozkojarzony, aż nagle przez jego głowę przemknęła myśl: “Co, jeśli to moi rodzice?”. Jego serce natychmiast zabiło szybciej, choć już wcześniej dudniło w przyspieszonym tempie. Ostrożnie, niemal bezdźwięcznie, podniósł się z miejsca, mrużąc oczy i spoglądając w stronę, z której dobiegały głosy.
Ruszył w ich kierunku, lecz już po kilku krokach dostrzegł, że oba koty w niczym nie przypominały jego rodziny. Kotka miała szylkretowe futro, a kocur był liliowy. Osetek zawahał się, zastanawiając się, czy powinien do nich podejść, lecz w końcu uznał, że nie ma nic do stracenia. Jeśli do nich nie zagada, prędzej czy później może umrzeć z głodu. A nuż zgodzą się mu pomóc.
— Hej! — zawołał, powoli wychodząc zza krzaków rosnących niedaleko Drogi Grzmotu. Oba koty zwróciły ku niemu głowy, a ich futra delikatnie się zjeżyły. — Nie jestem zagrożeniem… — mruknął, podchodząc nieco bliżej. Jego zielone ślepia wędrowały od jednego pyska do drugiego. — Chciałbym tylko… poprosić was o pomoc.
Szylkretka zmrużyła podejrzliwie oczy, uważnie obserwując młodszego.
— Pomóc w czym? — zapytała ostrożnie, nie odsuwając się ani na krok od boku liliowego kocura, który po chwili mruknął:
— A co się stało?
Osetek przełknął głośno ślinę; trochę się tym stresował. Dlaczego w ogóle tu przyszedł? Czy gdyby teraz wrócił do Owocowego Lasu, przyjęliby go z otwartymi łapami, czy raczej okrzyczeliby go za to, że zniknął na noc? W końcu zebrał się w sobie, by kontynuować:
— Ja… nie mam gdzie się podziać. Zgubiłem swoją rodzinę; ostatnio widziałem ją na tych terenach. Muszę ich znaleźć. Ja… znam się na ziołach. Mogę wam pomóc, jeśli wy pomożecie mi znaleźć moich rodziców, moje siostry… Proszę, sam nie dam rady — wyjaśnił, kładąc po sobie uszy.
Czy dwa koty na pewno zgodzą się na jego propozycję? Czy w ogóle potrzebują jakiejś pomocy medycznej? Czy nie byłby dla nich jedynie ciężarem?
— Jestem strasznie głodny, a nie umiem polować — dodał jeszcze ciszej, przenosząc wzrok na swoje łapy.
Szylkretka odkleiła się od boku kocura i zrobiła krok do przodu, wciąż zachowując ostrożny dystans.
— Nie jesteśmy tu długo, jednak poza dwiema kotkami nie spotkaliśmy nikogo — wyjaśniła od razu.
Na moment zamyśliła się, wpatrując w ściółkę pod łapami, jakby odpowiedź mogła kryć się wśród liści i igliwia. Cisza lasu była gęsta, przerywana jedynie szelestem gałęzi poruszanych wiatrem. Wtem zerknęła w stronę liliowego.
— Zabierzmy go do grupy i dajmy mu jeść — odparła w końcu, tonem spokojnym, lecz stanowczym, raczej stwierdzając fakt, niż zadając pytanie liliowemu kocurowi.
— Dobry pomysł, i tak się nam przyda — odpowiedział żółtooki, choć tę drugą część zdania powiedział ciszej do swojej towarzyszki. — W naszym gronie jest dość miejsca, by i tak go wziąć. — Spojrzał na niego.
Wówczas szylkretka skinęła głową.
— Stroczkowa Łapa zyska przyjaciela, a grupa może dobrego wojownika — miauknęła, zwracając się do liliowego kota, jakby czarno-biały kociak nie stał tuż przed nią.
Zielonooki skinął głową na znak wdzięczności. Nie spodziewał się, że te koty naprawdę go przyjmą. Zastanawiał się tylko, o jakim gronie mówili. Czy było ich więcej?
Zamarł.
Pamiętał to zgromadzenie. Pamiętał urywki słów burego przywódcy – mówił o mordercach, zdrajcach, uciekinierach. Twierdził, że nie wiadomo, gdzie się teraz podziewają, że mogą być wszędzie. Czy to możliwe, że to byli właśnie oni? Jego ogon zadrżał. Pamiętał kilka imion, kilka opisów wyglądu.
— Dziękuję — odparł w końcu, po czym uśmiechnął się łagodnie. Co, jeśli chcieli go zabrać, by złożyć z niego ofiarę? Co, jeśli na niego też naślą jakiegoś samotnika? — Och… nie przedstawiłem się wam — dodał jeszcze. — Mam na imię Osetek.
Niebieskooka przeniosła na niego spojrzenie, a wyraz jej pyska złagodniał.
— A więc, Osetku, jestem Jarzębinowy Żar, a to Miodowa Kora — przedstawiła się spokojnie. — Widzę, że jesteś ranny. Opatrzę cię w naszym prowizorycznym obozie — dodała, jakby w pełni mu już ufała.
Odwróciła się i machnęła ogonem w zapraszającym geście, zachęcając go, by ruszył za nimi.
Osetek był zdziwiony tym, że obce mu koty tak szybko mu zaufały. Może naprawdę byli tymi, za których podawał ich Nikła Gwiazda? A może wpadł prosto w ich pułapkę? W końcu, gdyby rzeczywiście chcieli przyjąć go jak swojego, pewnie zadawaliby więcej pytań. Upewniliby się, że się przyda. A tak? Ofiarę można było złożyć z każdego – a im słabsza, tym lepsza.
Może myśleli, że jeśli go zaatakują, nie będzie stawiał oporu? Może zamiast litości wzbudził w nich głód? Żądzę krwi i śmierci?
Po jego ciele przebiegły dreszcze. Umysł podpowiadał mu, by zwiewać stąd, póki go nie obezwładnią i nie uwiężą… a mimo to szedł dalej, czując się tak, jakby był prowadzony prosto do jamy potwora. Może posiadali jakieś tajne techniki manipulacji? Może celowo zachowywali się w taki sposób, by Osetek nie był w stanie od nich uciec?
Nikła Gwiazda mówił, że właściwie są źli do szpiku kości. Nie można więc było wykluczyć żadnego – nawet najczarniejszego – scenariusza.
* * *
Zielonooki podniósł się z miejsca. Wciąż czuł na swoim ciele opatrunki, które wczoraj nałożyła mu Jarzębinowy Żar. Łapa, oko i plecy nie bolały już tak bardzo, choć wciąż czasem doskwierał mu ból, gdy wykonywał gwałtowniejszy ruch.
— Osetku! — rozległ się nagle głos.
Uczeń rozejrzał się, a wtedy dostrzegł, że szylkretowa kocica stała na niewielkim podwyższeniu. Od razu do niej podszedł, jednak ta ogonem nakazała mu się zatrzymać.
— Obiecaliśmy, że pomożemy ci zdobyć wojownicze doświadczenie. Tak więc, dołączając do naszych szeregów, musisz przyjąć nasze tradycje — zaczęła, patrząc na młodszego z troską w oczach.
Czarno-biały naprawdę był zdziwiony tym, jak szybko szylkretka mu zaufała. Może taka już była.
— Osetku, od tej pory będziesz zwał się Ostową Łapą. Mglisty Sen zajmie się twoim treningiem. Jest jednym z najbardziej zaufanych kotów w tej grupie, dlatego liczę na to, że przekaże ci całą swoją wiedzę — ogłosiła.
Zielonooki nie wiedział, kim był Mglisty Sen. Obejrzał się wokół, a wtedy dostrzegł, że jakiś czarny kocur o krótkim ogonku wpatruje się w niego uważnie. Osetek uśmiechnął się niepewnie.
Czy to był on? I czy tak będzie wyglądało teraz jego życie? Póki… nie odnajdzie swojej rodziny, rzecz jasna.
<Mentorze?>
[1361 słów do treningu wojownika]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz