— Na święty Klan Gwiazd! — fuknęła Kocimiętkowy Wir. — Jesteś kociakiem czy dorosłą uczennicą? Błagam cię, siostra!
— Co? Nie! Ja po prostu… — Makowa Łapa zawahała się i spuściła wzrok. — Nie chcę odbierać życia niewinnym zwierzątkom…
Zachichotała niepewnie, a jej uszy lekko się spłaszczyły. Kocimiętkowy Wir odpowiedziała tylko cichym westchnieniem.
— Jesteś naprawdę dziwna — powiedziała w końcu z miękkim uśmiechem. — Ale właśnie za to cię kocham.
Przez dłuższą chwilę siedziały w ciszy, wsłuchując się w dźwięki lasu: szelest liści, trzask gałązek pod łapami niewidocznych zwierząt, dalekie wołanie ptaka drapieżnego.
Kocimiętka zauważyła, że jej siostra w końcu się rozluźnia. Cieszyła się, że tak nieprzyjemną rozmowę udało im się zamienić w coś spokojnego, pocieszającego. Może nie miały już przy sobie Króliczej Ułudy i nie mogły liczyć na pomoc z jego strony, ale przynajmniej miały siebie – a to w zupełności im wystarczało. Po co miały zawracać sobie głowę kotem, który od początku nie chciał ich znać? Bo jakie inne mogło być wytłumaczenie? W innym razie lepiej opiekowałby się swoimi kociętami i nie kłócił z partnerką. Królik po prostu nie kochał Dyniowej Skórki, nie zależało mu na niej i widać to było gołym okiem – przynajmniej tak wydawało się teraz Kocimiętkowemu Wirowi. Jak było naprawdę? O tym wiedział tylko Królicza Ułuda. Tylko on, choć nie zawsze, był w stanie zrozumieć swój pokręcony umysł.
Ucho zielonookiej drgnęło nagle, wyczulone na dźwięk, który rozległ się nieopodal. Siostry nawiązały ze sobą kontakt wzrokowy, zastanawiając się, co mogło buszować w krzewach niedaleko.
— Myślisz, że to jakiś ptak? — szepnęła Kocimiętka, po czym uśmiechnęła się szeroko. — Sprawdź to! Może uda ci się coś upolować, hm? — kontynuowała ściszonym głosem.
Makowa Łapa od razu położyła po sobie uszy, a w jej oczach zalśniła niepewność.
— No weź, siostrzyczko! Musisz mi udowodnić, że jesteś godna rangi wojownika, zanim zrobisz to przed Wilgową Goryczą… — nakłaniała ją Kocimiętka. Po chwili położyła swoją łapę na łapie siostry, chcąc dodać jej otuchy.
Mak przełknęła głośno ślinę, wciąż się wahając. Musiała jednak wiedzieć, że z Kocimiętką nie wygra, dlatego cichutko, jak myszka, podniosła się z miejsca. Najpierw obejrzała się za siebie, jednak prędko wróciła wzrokiem do wojowniczki.
— Niech ci będzie, ale musisz wiedzieć, że wymaga to ode mnie sporego poświęcenia — westchnęła, po czym wykrzywiła pyszczek w słabym uśmiechu.
Kocimiętka chciała pogratulować jej, że w końcu się przełamała, ale finalnie z jej kufy nie wydostało się żadne słowo. Nie chciała też spłoszyć zwierzyny swoim gadaniem. Mak podjęła już pierwszy krok do złapania tego ptaka!
Kocimiętkowy Wir i Makowa Łapa miały już dwadzieścia dwa księżyce. Tak, dwadzieścia dwa. Nie mniej, nie więcej. Ależ ten czas szybko mijał… a jeszcze do niedawna grzały zadki wśród miastowych murów. Może w tamtym otoczeniu życie bardziej im sprzyjało… Tu, w Klanie Wilka, wydawało się ono o wiele gorsze niż wtedy. Tym bardziej że zielonooka musiała żyć w ciągłym stresie o to, czy jej siostra podoła tutejszym tradycjom i wyzwaniom.
Makowa Łapa od zawsze była pacyfistyczna, stroniła od walki, a nawet od polowań. Tu jednak musiała być twarda, silna. Gotowa pobić, zabić, zwyzywać. Dla kotów o słabym sercu nie było miejsca wśród Wilczaków, z czego Kocimiętkowy Wir bardzo dobrze zdawała sobie sprawę. Czas leciał, a postępy Maku w nauce stały w miejscu. Bo gdyby naprawdę się uczyła, na pewno odbyłaby już tę głupią walkę, wygrała ją i została wojowniczką!
Tak bardzo, jak Kocimiętka kochała swoją siostrę, tak bardzo była na nią zła, że nie mogła ten jeden raz zacisnąć zębów i postarać się pokazać jako ktoś nieugięty i godny miana wojownika. Wtedy mogłyby spać pod jednym sufitem, obok siebie. Mogłyby żyć bez strachu, że w każdej chwili zostaną rozdzielone.
Gdy Kocimiętkowy Wir dostrzegła swoją siostrę przy legowisku uczniowskim, od razu podbiegła do niej w podskokach.
— Hej, siostrzyczko! — zawołała, stając przed rudofutrą.
Ta podniosła na nią wzrok, trochę zaskoczona. Szybko jednak rozpromieniła się, widząc zielonooką.
— Idziemy na spacer? Jak zwykle, zresztą — zaśmiała się, poruszając wibrysami z rozbawienia.
Naprawdę, wiele interakcji sióstr wyglądało niemal identycznie, ale przynajmniej większość z nich była pozytywna, co bardzo cieszyło Kocimiętkę. Nie wyobrażała sobie życia bez Makowej Łapy. Kotka była jej najcenniejszą przyjaciółką – na drugim miejscu znajdowała się natomiast Nadciągający Pomrok.
— A mam inną opcję? — zachichotała uczennica. — Wiesz, że nigdy nie odmówię ci spaceru! Nawet gdy cały świat zasypany jest śniegiem… — mruknęła spokojnie, wyglądając za próg obozu, gdzie białe śnieżynki osiadały na ziemi, tworząc rozległe zaspy.
— Świetnie! Chodźmy, szybko! Nim całe tereny pokryje śnieg sięgający aż po koniuszki uszu! — rzuciła Kocimiętka, kierując się w stronę wyjścia z obozu. Zazwyczaj nie była tak chętna na hasanie po takich mrozach, ale tym razem miała nadzieję, że swoim planem uda jej się nieco rozruszać Makową Łapę i przekonać ją, by zawalczyła o miano wojownika.
Gdy dotarły na polankę między drzewami, gdzie bursztynowooka nie miała się gdzie ukryć, Kocimiętka uformowała łapami kulkę ze śniegu. Następnie ostrożnie złapała ją w pysk i z całej siły rzuciła w siostrę, krzycząc przy tym:
— Orientuj się!
Kula uderzyła w bok Makowej Łapy, roztrzaskując się na kawałeczki.
— Och! Hej! — krzyknęła zdezorientowana uczennica, rozglądając się na boki. — Kocimiętko? — spytała nagle, zatrzymując wzrok na swoim boku, przyprószonym białym puchem.
Nim zielonooka zdążyła zareagować, Makowa Łapa już przygotowała kulkę, by rzucić nią prosto w pysk wojowniczki.
— Ach! — fuknęła Kocimiętka, przykładając łapę do mordki, by strzepnąć z niej śnieg. — Przeginasz! — krzyknęła niby rozzłoszczona, jednak w połowie zdania jej głos załamał się z rozbawienia.
Nie zamierzała jednak uciekać się do dalszego rzucania śnieżkami. Napięła mięśnie i skoczyła w stronę siostry, przewracając ją na miękkie, śnieżnobiałe podłoże. Obie kotki zapadły się nieco w puchu, przez co ruda zaraz puściła uczennicę, odskakując od niej.
— Makowa Łapo? — zapytała, gdy przez moment bursztynowooka się nie ruszała.
Wtedy jednak kotka podniosła głowę.
— Na Klan Gwiazdy! Już myślałam, że cię zabiłam! — miauknęła niezręcznie, odwracając wzrok. To miała być tylko niewinna zabawa w śniegu, nie żadna poważna walka. Kocimiętka wiedziała, że Mak nie przepada za “przemocą”, ale czy takie śmieszkowanie w ogóle można było nazwać tak poważnym słowem?
— Przeżyłam tyle księżyców w tej dziurze, że nic mnie już chyba nie zabije! — odparła rudofutra, podnosząc się na łapy. Otrzepała się ze śniegu, przy okazji rozrzucając go wokół. Oczywiście część musiała trafić w Kocimiętkę.
— Tak, tak… No, chyba że Zalotna Gwiazda, jeśli zaraz się nie mianujesz! — burknęła zielonooka, nieco poważniejszym tonem. — Zabawa zabawą, ale musisz w końcu wziąć się w garść. Ile mam cię prosić, żebyś skupiła się na nauce, zanim w końcu to zrobisz? — miauknęła.
Atmosfera zmieniła się w mgnieniu oka – z rozluźnionej i lekkiej w poważną, niemal desperacką.
— Co? Nie! Ja po prostu… — Makowa Łapa zawahała się i spuściła wzrok. — Nie chcę odbierać życia niewinnym zwierzątkom…
Zachichotała niepewnie, a jej uszy lekko się spłaszczyły. Kocimiętkowy Wir odpowiedziała tylko cichym westchnieniem.
— Jesteś naprawdę dziwna — powiedziała w końcu z miękkim uśmiechem. — Ale właśnie za to cię kocham.
Przez dłuższą chwilę siedziały w ciszy, wsłuchując się w dźwięki lasu: szelest liści, trzask gałązek pod łapami niewidocznych zwierząt, dalekie wołanie ptaka drapieżnego.
Kocimiętka zauważyła, że jej siostra w końcu się rozluźnia. Cieszyła się, że tak nieprzyjemną rozmowę udało im się zamienić w coś spokojnego, pocieszającego. Może nie miały już przy sobie Króliczej Ułudy i nie mogły liczyć na pomoc z jego strony, ale przynajmniej miały siebie – a to w zupełności im wystarczało. Po co miały zawracać sobie głowę kotem, który od początku nie chciał ich znać? Bo jakie inne mogło być wytłumaczenie? W innym razie lepiej opiekowałby się swoimi kociętami i nie kłócił z partnerką. Królik po prostu nie kochał Dyniowej Skórki, nie zależało mu na niej i widać to było gołym okiem – przynajmniej tak wydawało się teraz Kocimiętkowemu Wirowi. Jak było naprawdę? O tym wiedział tylko Królicza Ułuda. Tylko on, choć nie zawsze, był w stanie zrozumieć swój pokręcony umysł.
Ucho zielonookiej drgnęło nagle, wyczulone na dźwięk, który rozległ się nieopodal. Siostry nawiązały ze sobą kontakt wzrokowy, zastanawiając się, co mogło buszować w krzewach niedaleko.
— Myślisz, że to jakiś ptak? — szepnęła Kocimiętka, po czym uśmiechnęła się szeroko. — Sprawdź to! Może uda ci się coś upolować, hm? — kontynuowała ściszonym głosem.
Makowa Łapa od razu położyła po sobie uszy, a w jej oczach zalśniła niepewność.
— No weź, siostrzyczko! Musisz mi udowodnić, że jesteś godna rangi wojownika, zanim zrobisz to przed Wilgową Goryczą… — nakłaniała ją Kocimiętka. Po chwili położyła swoją łapę na łapie siostry, chcąc dodać jej otuchy.
Mak przełknęła głośno ślinę, wciąż się wahając. Musiała jednak wiedzieć, że z Kocimiętką nie wygra, dlatego cichutko, jak myszka, podniosła się z miejsca. Najpierw obejrzała się za siebie, jednak prędko wróciła wzrokiem do wojowniczki.
— Niech ci będzie, ale musisz wiedzieć, że wymaga to ode mnie sporego poświęcenia — westchnęła, po czym wykrzywiła pyszczek w słabym uśmiechu.
Kocimiętka chciała pogratulować jej, że w końcu się przełamała, ale finalnie z jej kufy nie wydostało się żadne słowo. Nie chciała też spłoszyć zwierzyny swoim gadaniem. Mak podjęła już pierwszy krok do złapania tego ptaka!
* * *
Makowa Łapa od zawsze była pacyfistyczna, stroniła od walki, a nawet od polowań. Tu jednak musiała być twarda, silna. Gotowa pobić, zabić, zwyzywać. Dla kotów o słabym sercu nie było miejsca wśród Wilczaków, z czego Kocimiętkowy Wir bardzo dobrze zdawała sobie sprawę. Czas leciał, a postępy Maku w nauce stały w miejscu. Bo gdyby naprawdę się uczyła, na pewno odbyłaby już tę głupią walkę, wygrała ją i została wojowniczką!
Tak bardzo, jak Kocimiętka kochała swoją siostrę, tak bardzo była na nią zła, że nie mogła ten jeden raz zacisnąć zębów i postarać się pokazać jako ktoś nieugięty i godny miana wojownika. Wtedy mogłyby spać pod jednym sufitem, obok siebie. Mogłyby żyć bez strachu, że w każdej chwili zostaną rozdzielone.
Gdy Kocimiętkowy Wir dostrzegła swoją siostrę przy legowisku uczniowskim, od razu podbiegła do niej w podskokach.
— Hej, siostrzyczko! — zawołała, stając przed rudofutrą.
Ta podniosła na nią wzrok, trochę zaskoczona. Szybko jednak rozpromieniła się, widząc zielonooką.
— Idziemy na spacer? Jak zwykle, zresztą — zaśmiała się, poruszając wibrysami z rozbawienia.
Naprawdę, wiele interakcji sióstr wyglądało niemal identycznie, ale przynajmniej większość z nich była pozytywna, co bardzo cieszyło Kocimiętkę. Nie wyobrażała sobie życia bez Makowej Łapy. Kotka była jej najcenniejszą przyjaciółką – na drugim miejscu znajdowała się natomiast Nadciągający Pomrok.
— A mam inną opcję? — zachichotała uczennica. — Wiesz, że nigdy nie odmówię ci spaceru! Nawet gdy cały świat zasypany jest śniegiem… — mruknęła spokojnie, wyglądając za próg obozu, gdzie białe śnieżynki osiadały na ziemi, tworząc rozległe zaspy.
— Świetnie! Chodźmy, szybko! Nim całe tereny pokryje śnieg sięgający aż po koniuszki uszu! — rzuciła Kocimiętka, kierując się w stronę wyjścia z obozu. Zazwyczaj nie była tak chętna na hasanie po takich mrozach, ale tym razem miała nadzieję, że swoim planem uda jej się nieco rozruszać Makową Łapę i przekonać ją, by zawalczyła o miano wojownika.
Gdy dotarły na polankę między drzewami, gdzie bursztynowooka nie miała się gdzie ukryć, Kocimiętka uformowała łapami kulkę ze śniegu. Następnie ostrożnie złapała ją w pysk i z całej siły rzuciła w siostrę, krzycząc przy tym:
— Orientuj się!
Kula uderzyła w bok Makowej Łapy, roztrzaskując się na kawałeczki.
— Och! Hej! — krzyknęła zdezorientowana uczennica, rozglądając się na boki. — Kocimiętko? — spytała nagle, zatrzymując wzrok na swoim boku, przyprószonym białym puchem.
Nim zielonooka zdążyła zareagować, Makowa Łapa już przygotowała kulkę, by rzucić nią prosto w pysk wojowniczki.
— Ach! — fuknęła Kocimiętka, przykładając łapę do mordki, by strzepnąć z niej śnieg. — Przeginasz! — krzyknęła niby rozzłoszczona, jednak w połowie zdania jej głos załamał się z rozbawienia.
Nie zamierzała jednak uciekać się do dalszego rzucania śnieżkami. Napięła mięśnie i skoczyła w stronę siostry, przewracając ją na miękkie, śnieżnobiałe podłoże. Obie kotki zapadły się nieco w puchu, przez co ruda zaraz puściła uczennicę, odskakując od niej.
— Makowa Łapo? — zapytała, gdy przez moment bursztynowooka się nie ruszała.
Wtedy jednak kotka podniosła głowę.
— Na Klan Gwiazdy! Już myślałam, że cię zabiłam! — miauknęła niezręcznie, odwracając wzrok. To miała być tylko niewinna zabawa w śniegu, nie żadna poważna walka. Kocimiętka wiedziała, że Mak nie przepada za “przemocą”, ale czy takie śmieszkowanie w ogóle można było nazwać tak poważnym słowem?
— Przeżyłam tyle księżyców w tej dziurze, że nic mnie już chyba nie zabije! — odparła rudofutra, podnosząc się na łapy. Otrzepała się ze śniegu, przy okazji rozrzucając go wokół. Oczywiście część musiała trafić w Kocimiętkę.
— Tak, tak… No, chyba że Zalotna Gwiazda, jeśli zaraz się nie mianujesz! — burknęła zielonooka, nieco poważniejszym tonem. — Zabawa zabawą, ale musisz w końcu wziąć się w garść. Ile mam cię prosić, żebyś skupiła się na nauce, zanim w końcu to zrobisz? — miauknęła.
Atmosfera zmieniła się w mgnieniu oka – z rozluźnionej i lekkiej w poważną, niemal desperacką.
<Makowa Łapo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz