Niebo nad obozowiskiem zaczynało powoli gasnąć, jakby niewidzialna łapa zanurzała je w barwach różu, miedzi i tlącego się ognia. Smugi światła przeciągały się między koronami drzew niczym krwawe blizny, zapowiadając nieuchronny zachód słońca i noc, która miała przynieść coś więcej niż zwykły chłód. Każde uderzenie serca Mirtowego Lśnienia dudniło w jego piersi z niepokojącą regularnością, będąc ponurym przypomnieniem, że czas — ten zdradliwy sprzymierzeniec i bezlitosny wróg — właśnie się kończył.
Choć stres sprawiał, że jego rude futro jeżyło się niespokojnie, a mięśnie pozostawały napięte jak cięciwa gotowa do strzału, pod tą warstwą lęku tliła się ekscytacja, dzika i niebezpieczna niczym ogień. Zbliżali się do chwili, której nie dało się już odwlec, do punktu bez powrotu. Prawdziwa walka wreszcie miała się rozpocząć — ta jedyna, ta właściwa, na którą czekał całe życie, nawet jeśli głęboko w sobie wiedział, że nie był jeszcze gotów, by ponieść jej konsekwencje.
Przełknął ślinę, gdy na skraju obozowiska dostrzegł Pchełkowy Skok. Kotka porządkowała przejście, zbierając z ziemi liście, jakby próbowała nadać światu porządek, którego w rzeczywistości już dawno w nim nie było. Na widok jej sylwetki jego serce zabiło szybciej, boleśnie, jakby chciało wyrwać się z piersi. To była chwila, której nie mógł już dłużej odkładać. Jeśli pragnął ruszyć naprzód — ku władzy, ku przeznaczeniu, ku krwi — musiał wykonać ten pierwszy krok.
Ruszając w jej stronę powoli, niemal ostrożnie, czuł, jak napięcie ściska mu barki, a każdy krok zdaje się zbyt głośny w ciszy obozu. Zatrzymał się tuż przed nią, unosząc pysk z wymuszoną dumą, za którą krył się chaos myśli.
— Dobrze cię widzieć, Pchełko — odezwał się spokojnie, choć w jego wnętrzu wrzało, kipiało, jakby burza próbowała wyrwać się na powierzchnię. — Może wybierzemy się na krótki spacer? Jest kilka spraw, o których chciałbym z tobą porozmawiać…
Kotka drgnęła lekko, wyraźnie zaskoczona. Z pyszczka wypadła jej garść liści, które rozsypały się bezładnie po ziemi. Spojrzała na kocura, a z jakiegoś trudnego do nazwania powodu wszystkie mięśnie w jej ciele napięły się jednocześnie, jakby instynkt ostrzegał ją przed tym, co miało nadejść.
Kiwnęła głową, a na jej pyszczku odmalowała się determinacja wymieszana z niepewnością — delikatna równowaga, gotowa w każdej chwili runąć.
— Ciebie również dobrze widzieć — odpowiedziała cicho. — Z m–miłą chęcią.
Mirtowe Lśnienie skinął krótko głową i machnął ogonem, po czym podreptał w stronę wyjścia z obozowiska. Szli w milczeniu, a każdy krok oddalał ich od znajomego zapachu klanu i zbliżał ku temu, co nieznane. Gdy obóz został daleko za nimi, a drzewa zaczęły zamykać się wokół niczym czujni strażnicy, kocur zatrzymał się i spojrzał na szylkretkę.
— No więc… — zaczął cicho, niemal szeptem, jakby bał się, że ktoś mógłby ich podsłuchać. — Kiedy Judaszowcowa Gwiazda umrze, Pikująca Jaskółka wyruszy po swoje życia. Będzie wtedy niemal sama. Jedynym kotem, który jej będzie towarzyszył, okaże się Ćmi Księżyc.
Zawiesił głos, mrużąc oczy, jakby wpatrywał się nie w Pchełkę, lecz w wizję przyszłości, która rysowała się przed nim mrocznie i kusząco.
— I właśnie to moglibyśmy wykorzystać.
Pchełkowy Skok zamrugała kilkukrotnie.
— Ćmi Księżyc m–może narobić nam problemów… — szepnęła, przywołując wspomnienia kotki, której oddanie zasadom i obrządkom było powszechnie znane. — Powinniśmy… jakoś ją oddzielić od Jaskółki…
Mirtowe Lśnienie milczał przez dłuższą chwilę. Wiedział, że Pchełkowy Skok ma rację — Ćmi Księżyc nie mogła być świadkiem tego, co planowali. Jej obecność byłaby niczym cierń wbity w łapę, niczym spojrzenie Gwiezdnego Klanu, którego nie sposób było zignorować. Westchnął cicho i przełknął ślinę, jakby sam smak tych myśli był gorzki.
— Jest niewidoma — powiedział w końcu niskim, stłumionym głosem. — To powinno ułatwić sprawę.
— A–ale może nabrać podejrzeń… — odpowiedziała Pchełka, jej uszy drgnęły niespokojnie. — Nie l–lepiej będzie ich rozdzielić? Żebyś mógł… no wiesz.
Pogrzebała łapą w suchych liściach, nie mogąc zmusić się do wypowiedzenia na głos słowa, które zawisło między nimi jak złowieszcza obietnica.
— Pojęcia nie mam, jak chcesz ich rozdzielić — odparł zwięźle, marszcząc pysk. W jego głosie pobrzmiewał sceptycyzm, a ogon drgnął nerwowo, zdradzając napięcie, którego nie potrafił już w pełni ukryć.
— To jak w takim razie chcesz to zrobić? — zapytała szczerze, unosząc pysk i nadstawiając uszu. — Chcesz się zakraść t–tam, zanim one dotrą na miejsce? Czy to nie będzie sprzeczne z wolą Przodków? Nie powinniśmy jej... — tutaj zniżyła głos — pozbawiać życia w świętym m-miejscu…
W jego oczach przemknął cień wahania, gdy zastanawiał się, ile prawdy powinien jej powiedzieć. Czy naprawdę miałby zaprzepaścić swoją jedyną szansę przez martwe duchy…? Nie. Nie mógł pozwolić, by strach nim rządził. Nie mógł pozwolić, by duchy przodków stanęły między nim, a władzą. Już dawno o tym postanowił — i miał zamiar się tego trzymać.
Jego łapy zadrżały lekko.
— My tylko… wykorzystamy to, co sami nam dali — miauknął miękko, niemal potulnie, jakby każde słowo było starannie dobrane i wygładzone, pozbawione ostrych krawędzi. Po chwili ciężko westchnął, a powietrze, które opuściło jego płuca, zdawało się drżeć od niewypowiedzianych intencji. Jego spojrzenie nie opuszczało Pchełkowego Skoku ani na moment — śledził każdy ruch jej uszu, każdy ledwie zauważalny skurcz mięśni, desperacko poszukując w niej zgody… lub sprzeciwu.
— Przodkowie nie chcieliby, aby Pikująca Jaskółka objęła władzę — kontynuował spokojnie, niemal jakby cytował dawno zapamiętaną prawdę. — Zrozumieją, że nawet jeśli jej dusza — tak ciemna, jaka jest — spocznie w ich świętym miejscu, to stanie się to dla większego dobra.
Las wokół nich zdawał się zastygać. Cienie wydłużały się, oplatając pnie drzew niczym czarne języki ognia, a zapach wilgotnej ziemi mieszał się z chłodem nadchodzącej nocy. Wojowniczka westchnęła cicho, lecz w tym dźwięku pobrzmiewało zmęczenie tak głębokie, jakby nosiła je w sobie od wielu księżyców. Obydwoje wiedzieli, jak misterny i kruchy był ten plan — i jak straszliwe mogłyby być konsekwencje, gdyby choć jeden jego element zawiódł. Zbyt wiele myślenia. Zbyt wiele decyzji. Zbyt wiele krwi, jak na jedno, pozornie proste życie, które zamierzali ukrócić.
— Myślisz… że jej dusza powędruje do K–Klanu Gwiazd? — zapytała w końcu niebieska, unosząc wzrok. Jej oczy błyszczały niepokojem, gdy spojrzała na niego. — Za swoje czyny p–powinna trafić do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, by odpokutować. Byśmy m–mogli wreszcie odpocząć…
Mirtowe Lśnienie zmrużył oczy, wpatrując się w jej pełne wątpliwości spojrzenie. Jego pysk pozostał niewzruszony, gładki niczym maska, spod której nie przedostawała się żadna emocja. Jedynie ogon poruszył się leniwie, powoli, jakby każde drgnięcie było dokładnie przemyślane.
— Kto wie, Pchełko… — odezwał się po chwili, głosem niskim, spokojnym i niebezpiecznie pewnym. — Dusza Pikującej Jaskółki nie należy już do nas. Jeśli Przodkowie zechcą ją przyjąć, tak się stanie. A jeśli nie… — urwał na moment, pozwalając ciszy zgęstnieć — …wtedy jej ciemność sama znajdzie swoje miejsce.
Zawiesił głos, jakby ważne było, by każde słowo wniknęło w jej umysł, zakorzeniło się tam i zaczęło kiełkować.
— Gdy już zniknie, nikt nigdy o niej nie usłyszy. Ani ty, ani ja nie będziemy musieli się nią martwić… aż do dnia, w którym przyjdzie nam umierać.
— Możesz sobie wyobrazić życie bez niej? — zapytała cicho. — To uczucie… ulgi?
Jej wzrok powędrował pomiędzy drzewa, w głąb lasu, gdzie ciemność była gęstsza, a przyszłość — niepokojąco pusta. Rudzielec milczał przez dłuższą chwilę, a potem delikatnie zastrzygł uszami, jakby dopiero teraz wracał do rozmowy.
— Mirtowe Lśnienie? — odezwała się niepewnie, zerkając na niego spod rzęs. — P–Podziwiam cię. J–Jestem ci wdzięczna, że chcesz ze mną odmienić nasz K–Klan.
Kocur nie odpowiedział od razu. Obserwował ją w półmroku, jakby ważył znaczenie jej słów, badał ich szczerość. Jego oczy błysnęły cicho, odbijając resztki gasnącego światła, a ogon ponownie poruszył się wolno.
— Podziwiasz mnie? — powtórzył półgłosem, z nutą przekory, lecz w jego tonie pobrzmiewał cień ciepła. — Cieszę się, że patrzysz na mnie w ten sposób. Ale pamiętaj… — nachylił lekko głowę — …to nie ja odmieniam klan. To my razem zmieniamy jego los.
Uśmiechnął się nieznacznie, ledwie dostrzegalnie, po czym westchnął cicho, jakby już w myślach był kilka kroków dalej.
— Właśnie… Medycy mogą wchodzić w kontakt z Klanem Gwiazd, racja?
— Tak, mogą — odpowiedziała, kiwając głową. — T–To oni otrzymują wizje od Przodków. N–Niestety nie wiem, jak to dokładnie wygląda.
Jego wąsy zadrżały lekko. W jego umyśle powoli krystalizował się nowy pomysł — chłodny, wyrachowany i niebezpiecznie kuszący. Na moment zamilkł, jakby sam oceniał jego wagę, po czym uniósł pysk. W jego oczach pojawił się lodowaty błysk.
— A co, jeśli walka stoczy się właśnie pod okiem Ćmiego Księżyca? — miauknął spokojnie, niemal łagodnie. — Jeśli ją wygramy, będzie to znak. Dowód, że Klan Gwiazd chciał, aby wszystko potoczyło się właśnie w ten sposób.
Zamilkł, pozwalając, by myśl zawisła między nimi niczym ostrze. Wiedział, że medyczka nigdy nie poparłaby brutalnego starcia… Ale co, jeśli ujrzałaby tylko część prawdy? Jeśli Pikująca Jaskółka nie miałaby umrzeć natychmiast? Myśl ta sprawiła, że jego spojrzenie stwardniało. Najwyraźniej czasem wystarczyło pokazać dokładnie tyle, ile inni byli gotowi zobaczyć.
— C-Chcesz sprowokować Pikującą Jaskółkę? — Zapytała niepewnie. — Czy może bardziej... Wepchnąć ją w jakąś... pułapkę?
Mirtowe Lśnienie nie odwrócił wzroku. Przeciwnie — pozwolił, by jego chłodne, przenikliwe spojrzenie spoczęło na niej dłużej, niż było to konieczne. W kącikach jego pyska drgnęło coś na kształt subtelnego, bardzo bladego uśmiechu.
— Wiesz, Pchełko… — odezwał się w końcu cicho — niekoniecznie jedno musi wykluczać drugie.
Kocur zrobił krótką pauzę, jak gdyby ważył każde słowo.
— Musimy jednak działać ostrożnie. Nie mogę stanąć z nią do walki sam – to byłoby zbyt oczywiste. Zbyt łatwe do podważenia.
Burknął coś pod nosem.
— Potrzebujemy trzeciego ogniwa — dodał niskim głosem. — Kogoś, kto odważy się rzucić jej wyzwanie… i sprawi, że wszystko będzie wyglądało bardziej naturalnie.
<Pchełko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz