Minęło kilka wschodów słońca, od kiedy znaleźli się w Klanie Klifu. Mieli prawdziwe szczęście, gdyż z dnia na dzień pogoda stała się wręcz niemożliwa do przeżycia bez pomocy większej grupy. Płaty śniegu okryły tereny, a paskudny, mrożący krew w żyłach wiatr, niesiony znad morza sprawiał, że pierzyna wtargnęła nawet do obozowej jaskini. Zwierzyna, którą przynosili wojownicy i uczniowie, była licha, często zmarznięta na kość, wskazując, że łowca najpewniej znalazł ją zakopaną w śniegu, a nie upolował dzięki niesamowitym umiejętnościom. Takie kąski odkładano na bok, gdyż ich natychmiastowe spożycie skończyłoby się połamaniem kilku zębów. Wszyscy byli głodni. Miłostka, a raczej Truskawkowa Łapa, znała ten wyraz na kocich pyskach; wszyscy próbowali ukrywać swoje grymasy, swoje nieciekawe humorki, swoje roztargnienie spowodowane pustszym i pustszym żołądkiem. Jako że i ona, i jej brat spędzili pierwsze noce w legowisku dwóch medyczek z powodu przemarznięcia (u Miłostki problemy przejawiały się wyłącznie w uchu, a Sekrecik całkowicie wyzionął ducha, kiedy tylko padł na ciepłe legowisko), próbowano dawać im nieco lepsze kąski, nie wymuszając na sobie jednak zbyt przyjacielskiej postawy. Oczywiście, nie każdy był dla nich niemiły. Zwłaszcza ruda asystenta, która w głównej mierze trzymała nad nimi piecze, była niezwykle ciepła i sympatyczna, jednak z obserwacji, którym zmuszona była się oddać pointka, gdyż jej brat cały czas spał znużony choróbskiem, wynikało, że i do niej nie pałano szczególnie sympatią, zwłaszcza w niektórych kręgach. Koty, które nie lubiły Jagnięcej Łapy, nie lubiły również ich, ale co ciekawe... starszej, która pełniła szanowaną (przynajmniej w założeniu) rolę, która była tutaj dłużej niż para uciekinierów, najwidoczniej nie lubili jeszcze bardziej. Najbardziej niezadowolona była zastępczyni Klanu Klifu. Kremowa kotka co jakiś czas przemykała nienaturalnie blisko wejścia do lecznicy, nigdy jednak bezpośrednio tam nie zawitała. Krzywiła się, kiedy napotykała wzrok Truskawki, a następnie uśmiechała się niezbyt przyjacielsko, jakby już coś planowała. Był jeszcze biały wojownik, który co jakiś czas przychodził do legowiska, aby porozmawiać z główną medyczką, której szylkretka nieco się bała. Owy Rozświetlona Skóra przez cały ich pobyt kuracyjny, pojawił się może dwa razy z pyskiem pełnym zmarzniętych ziół. Nie umiała określić relacji, jaka łączyła rodzeństwo. Ani jedno, ani drugie nie wydawało się zadowolone z odwiedzin, chociaż srebrzysta rzadko kiedy faktycznie była z czegokolwiek zadowolona, a biały kocur pałał widoczną niechęcią do medycznej adeptki. O Ćmim Księżycu też można było wiele powiedzieć. Przywykła do nieco zdziwaczałej, starej Świergot, w której do swego czasu widziała szczyt ekscentryczności, ale... ta kotka była zwyczajnie przerażająca. Nie była stara. Z tego, co udało jej się ustalić, to jej uczennica była tą bardziej wiekową. Blade ślepia jednak nie dawały jej po nocach spać; bo kocica rzadko kiedy sypiała.
Ta para była najbardziej do nich uprzedzona, a przynajmniej to oni jakkolwiek pokazywali im się na oczy. Wielu zwyczajnie omijało lecznice, kiedy tylko mogli. Nie dziwiła się. Sama raczej nie przepadała za wizytami u uzdrowiciela, nawet kiedy owo stanowisko przypadło jej własnej siostrze. Ci, którzy byli zmuszeni do odwiedzin, raczej nie pozostawali na noc, gdyż lista przypadłości zaczynała się i kończyła na takich błahostkach jak zmarznięte poduszki łap. Nudziło ją to. Na początku rozmawiała z Jagnięcą Łapą, ale starsza prędko zaczęła zbyt przypominać jej matkę. Tęskniła za Migotką, więc po dwóch dniach zaczęła zwyczajnie zbywać niebieskooką w najmilszy możliwy sposób. Chciała już zacząć trening, aby móc pozbyć się tego uwłaczającego, zwłaszcza dla kota w jej wieku i z jej umiejętnościami, członu. Była trochę zła na Wędrującą Łapą. Wiedziała, że to nie jego wina, że jest słabeuszem i nabawił się jakiegoś większego choróbska, ale gdyby nie to, to już byliby najpewniej przynajmniej w ćwiartce szkolenia. Tak strasznie chciała to mieć za sobą. W jej przypadku wystarczyło, aby medyczki dwa razy wsadziły jej do ucha jakąś przeżutą papkę i już poczuła się całkowicie zdrowa. Nikt jednak nie przyszedł, nawet kiedy otwarcie powiedziała Ćmie, że wszystko z nią w porządku.
"Pewnie nie przewidzieli tego, kiedy dali nam jednego kota na mentora..." — pomyślała i zmarszczyła brwi. "Umrę z nudów... I to z uczniowskim imieniem, co za wstyd..."
— Mirtowe Lśnienie, mógłbyś zanieść do lecznicy zwierzynę? Miałam to zrobić, ale muszę pomóc Rozkwitającemu Astrowi z Naparstnicową Łapą. — Widziała jak ciemny, widocznie stary już kocur zatrzymuje rudego wojownika. Truskawkowa Łapa jedynie raz rozmawiała z owym Mirtowym Lśnieniem, który został wybrany, aby zajmować się ich treningiem. Przyszedł jeszcze zanim zdążyli zapaść w błogi sen tego dnia, kiedy zostali znalezieni przez patrol. Nie wydawał się szczególnie zadowolony wizją niańczenia kotów w swoim wieku.
— Oh, oczywiście Pomocny Wróbelku, nie martw się — mruknął w odpowiedzi, a drugi uśmiechnął się wdzięcznie. Pomarańcowooki od razu skierował się do stosu zwierzyny i wybrał kilka piszczek. Z pyskiem pełnym gryzoni wszedł do lecznicy i rozejrzał się. Wędrująca Łapa próbował wciąż przespać chorobę i odespać te wszystkie noce, które spędził na zamartwianiu się o los swój i siostry.
— Pani ślepa poszła do kociarni, a rudzinka po zioła — odezwała się, kiedy wojownik zdawał się stawać coraz to bardziej zdziwiony tym brakiem odpowiedzialnych kotów. — Ale możesz zostawić. Pewnie zaraz wrócą, a ja nie jestem głodna... Słuchaj, panie mentor, wiem, że pewnie czekasz, aż mój brat będzie w stanie stać o swoich łapach, ale zanim to się stanie, to ja wyzionę tu ducha z nudów. Czy proszę, możemy coś zrobić, tylko we dwójkę? Zasłużył na odpoczynek — tu wskazała na brata ogonem i dodała prędko: — Ale jak tak dalej pójdzie, to będziesz miał tylko go do szkolenia, bo ja nie wytrzymam, albo co gorsza, ta wasza zastępczyni, co czyha na mnie jak jastrząb z daleka, wyrwie mi wszystkie trzewia — zażartowała, ale gdzieś na dnie faktycznie się tego obawiała.
Ta para była najbardziej do nich uprzedzona, a przynajmniej to oni jakkolwiek pokazywali im się na oczy. Wielu zwyczajnie omijało lecznice, kiedy tylko mogli. Nie dziwiła się. Sama raczej nie przepadała za wizytami u uzdrowiciela, nawet kiedy owo stanowisko przypadło jej własnej siostrze. Ci, którzy byli zmuszeni do odwiedzin, raczej nie pozostawali na noc, gdyż lista przypadłości zaczynała się i kończyła na takich błahostkach jak zmarznięte poduszki łap. Nudziło ją to. Na początku rozmawiała z Jagnięcą Łapą, ale starsza prędko zaczęła zbyt przypominać jej matkę. Tęskniła za Migotką, więc po dwóch dniach zaczęła zwyczajnie zbywać niebieskooką w najmilszy możliwy sposób. Chciała już zacząć trening, aby móc pozbyć się tego uwłaczającego, zwłaszcza dla kota w jej wieku i z jej umiejętnościami, członu. Była trochę zła na Wędrującą Łapą. Wiedziała, że to nie jego wina, że jest słabeuszem i nabawił się jakiegoś większego choróbska, ale gdyby nie to, to już byliby najpewniej przynajmniej w ćwiartce szkolenia. Tak strasznie chciała to mieć za sobą. W jej przypadku wystarczyło, aby medyczki dwa razy wsadziły jej do ucha jakąś przeżutą papkę i już poczuła się całkowicie zdrowa. Nikt jednak nie przyszedł, nawet kiedy otwarcie powiedziała Ćmie, że wszystko z nią w porządku.
"Pewnie nie przewidzieli tego, kiedy dali nam jednego kota na mentora..." — pomyślała i zmarszczyła brwi. "Umrę z nudów... I to z uczniowskim imieniem, co za wstyd..."
— Mirtowe Lśnienie, mógłbyś zanieść do lecznicy zwierzynę? Miałam to zrobić, ale muszę pomóc Rozkwitającemu Astrowi z Naparstnicową Łapą. — Widziała jak ciemny, widocznie stary już kocur zatrzymuje rudego wojownika. Truskawkowa Łapa jedynie raz rozmawiała z owym Mirtowym Lśnieniem, który został wybrany, aby zajmować się ich treningiem. Przyszedł jeszcze zanim zdążyli zapaść w błogi sen tego dnia, kiedy zostali znalezieni przez patrol. Nie wydawał się szczególnie zadowolony wizją niańczenia kotów w swoim wieku.
— Oh, oczywiście Pomocny Wróbelku, nie martw się — mruknął w odpowiedzi, a drugi uśmiechnął się wdzięcznie. Pomarańcowooki od razu skierował się do stosu zwierzyny i wybrał kilka piszczek. Z pyskiem pełnym gryzoni wszedł do lecznicy i rozejrzał się. Wędrująca Łapa próbował wciąż przespać chorobę i odespać te wszystkie noce, które spędził na zamartwianiu się o los swój i siostry.
— Pani ślepa poszła do kociarni, a rudzinka po zioła — odezwała się, kiedy wojownik zdawał się stawać coraz to bardziej zdziwiony tym brakiem odpowiedzialnych kotów. — Ale możesz zostawić. Pewnie zaraz wrócą, a ja nie jestem głodna... Słuchaj, panie mentor, wiem, że pewnie czekasz, aż mój brat będzie w stanie stać o swoich łapach, ale zanim to się stanie, to ja wyzionę tu ducha z nudów. Czy proszę, możemy coś zrobić, tylko we dwójkę? Zasłużył na odpoczynek — tu wskazała na brata ogonem i dodała prędko: — Ale jak tak dalej pójdzie, to będziesz miał tylko go do szkolenia, bo ja nie wytrzymam, albo co gorsza, ta wasza zastępczyni, co czyha na mnie jak jastrząb z daleka, wyrwie mi wszystkie trzewia — zażartowała, ale gdzieś na dnie faktycznie się tego obawiała.
<Mirtuś?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz