To już się chyba stało tradycją, że zawsze zaraz po porannym lub popołudniowym patrolu, liliowy brał ze stosu coś dla Nenufarowego Kielichu oraz Złocistego Widlika, ewentualnie dla siebie, lecz przy obecnej porze nagich drzew każda zdobycz się liczyła — dlatego też niektórzy odmawiali w jakiś dzień swojej racji, by wystarczyło dla wszystkich.
Dzisiaj pogoda niezbyt dopisywała, gdyż nisko nad ziemią wisiała gęsta mgła, przez co każdy wojownik musiał uważać, gdzie stawia swoje kroki. Przy trójce kociąt w żłobku łatwo było o wypadek, szczególnie że zawsze się zdarzy jakiś mały uciekinier, którego można zadeptać, a tego raczej nikt nie chciał. Dlatego też Konwalia wolał trzymać się bliżej linii legowisk i trzcinowych murów. Choć w takich warunkach to najchętniej, by siedział w suchym i ciepłym legowisku. Nie był suchą łapą, lecz po prostu wszechobecny chłód jeszcze szybciej przenikał przez jego szatę, kiedy ta była mokra i przylegała do ciała.
Pierwszy patrol składał się z Lśniącej Ikry, Kijankowych Moczarów i Siwej Czapli, nie wliczając do tego młodego wojownika. Ich grupa to były wyłącznie kocury, lecz raczej nikt się tym nie dziwił szczególnie po niedawnym ataku wydry na Nocniaków. Stworzenie te mogło nadal gdzieś przebywać w okolicy i zagrażać pozostałym — już jeden uczeń zginął, więcej nie było trzeba. We czwórkę skierowali się do tunelu w murze, by następnie po paru krokach wejść do wody. Nie było innej drogi na drugą stronę brzegu, nad czym ubolewał liliowy, czując, jak chłód już zakleszcza na nim swoje szpony. Ledwo wyszedł z wody, a momentalnie zaczął niekontrolowanie dygotać — jeszcze nie miał okazji pływać w takich warunkach, a już w szczególności udać się na patrol.
***
Wkraczając do obozu, czuł, jak każda jego kość w ciele dygocze od przenikliwego chłodu, na które był wystawiony jeszcze przez chwilę, nim pospiesznie nie udało się do legowiska wojowników. Dopiero tam rozluźnił szczękę, która dotychczas była napięta, by nie zacząć szczękać zębami — miał wtedy wrażenie, że słyszy go każdy na terenie Klanu Nocy.
Nie zwlekając ani uderzenie serca dłużej, zabrał się za dokładną pielęgnację liliowej sierści, starając się, jak najszybciej pozbyć wody z jej pasem. Dopiero po kilkudziesięciu pociągnięciach językiem chłód zaczął opuszczać jego młode ciało, ustępując ciepłu legowiska, nawet jeśli te było początkowo dość znikome. Po jakimś czasie przeszedł do kolejnego etapu, jakim było ułożenie długiej szaty, by godnie się prezentować. W końcu nauki Borówkowej Słodyczy nie mogą pójść w las.
Kiedy był pewny, że jest gotowy na ponowne opuszczenie legowiska, podniósł się z posłania, by następnie wziąć dwie ukleje i najpierw wstąpić do Nenufarowego Kielichu. Starsza z uśmiechem przywitała młodego wojownika, lecz było widać w tym ciepłym geście ból oraz samotność. Kotka była obecnie jedyną personą, która przebywała w legowisku dla starszyzny. Dlatego też Konwaliowa Mielizna odwiedzał ją tak często, jak mógł — nie wiedział, jak inni członkowie klanu opiekują się żółtooką, lecz uważał, że nie miało to znaczenia, dopóki on często dotrzymywał towarzystwa Nenufarze.
Po długiej rozmowie o błahostkach wojownik podniósł się z ziemi, by z bólem opuścić starszą. Nie chciał jej samej zostawiać, lecz czekał na niego jeszcze jeden kot, ale tym razem w kociarni. Złocisty Widlik także przywitał go z uśmiechem, by następnie przyjąć od niego rybę i w czasie ich wspólnej rozmowy ją spożywać. Ich rozmowa nie skupiała się na jednym temacie, płynęła naturalnie niczym spokojny nurt rzeki. Kiedy to niebieskooki wojownik zauważył, że pewna mała kulka się do nich zbliżyła. Konwalia niemal od razu rozpoznał Kasztanka, który wraz z bratem nieco wyróżniał się, patrząc na to, że ich siostra, Werwa, z wyglądu była niemal małą kopią swojej matki. Kocurek jako jedyny był dymny ze średnią ilością bieli, gdyż ten najwięcej miał Narcyz.
— Przepraszam, czy moglibyście opowiedzieć mi bajkę na dobranoc? Jestem zmęczony, ale nie mogę zasnąć, a nie chcę męczyć mojej mamy, ona pewnie jest bardziej zmęczona ode mnie… Może opowiedzielibyście też i jej? — W końcu niepewny zadał pytanie, kierując je zapewne do Konwalii, gdyż to właśnie na nim przez parę uderzeń serca spoczywały z obawą brązowe ślepia kocurka.
Nieco zdziwiony tą prośbą, spojrzał na przyjaciela, który z ciepłym uśmiechem próbował go przekonać do podjęcia się tego. Lekko zmrużył oczy, mówiąc jasno Widlikowi, że jak coś to on ponosi konsekwencje reakcji młodzika — oczywiście, jeśli ta będzie jedynie negatywna, bo przecież liliowy nie da mu przypisać swoich zasług. Co to, to nie!
— Ależ oczywiście Kasztanku. Powiedz jeno, czego chcesz posłuchać? Mogę coś Ci niestandardowego opowiedzieć bądź legendę o tym, jak powstały koty lub o paziu królowej. Wybierz to, co chcesz usłyszeć z mojego pyska, a tak też się stanie — wymruczał Konwalia, odsuwając, podarowany przez piastuna kawałek uklei, który wrócił ponownie w okolice jego łap. Był wdzięczny, że starszy chce się podzielić rybą, lecz ta była w całości przeznaczona dla niego.
<Kasztanku? Co chce usłyszeć twa dusza?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz