— Trening czyni mistrza — szepnęła cicho. — N-Nie musisz wszystkiego umieć od r-razu.
Tawuła przeniosła spojrzenie na swoją mentorkę, jak i również na przyniesioną piszczkę. Jej spojrzenie zrobiło się łagodne.
— W-wiem to. Ale chciałabym, abyś już teraz była ze mnie dumna i z moich postępów. Aby klan mógł być. Chciałabym być dzielna jak wszyscy wojownicy Klanu Klifu razem wzięci.
Pchełka ułożyła się obok niej, odsuwając na razie od siebie posiłek. Tawuła powoli zaczynała się otwierać, a to był dobry znak, który umocnił nieco młodą mentorkę.
— J-Jestem dumna — miauknęła, starając się brzmieć wiarygodnie. Kiepska była w takich wyznaniach... chociaż powinna się tego nauczyć. — M-Masz jeszcze czas — oznajmiła po chwili. — Ja byłam b-bardzo długo uczniem, aż Jastrzębi Zew zaczęła w-we mnie wątpić.
— A co jeśli nie mam? — wypaliła biała. — Co, jeśli nie uda mi się zostać wojownikiem, bo... bo poślizgnę się na mokrym kamieniu i spadnę w przepaść. Albo Klan Wilka ponownie nas zaatakuje... — Ściszyła głos. — J-jeśli będę bała się używać głównego wyjścia, nie ma szans, że będę w stanie szybko zareagować, gdy będzie potrzeba... Z mojej winy jakiś kot może podzielić los twoich dziadków lub twojej mamy... Tata mi opowiadał, jak Jastrzębi Zew dzielnie walczyła podczas wojny. Gdyby nie uraz pewnie zostałaby zastępczynią, a nie opiekowała się cudzymi kociakami — westchnęła. Minęła dłuższa chwila, nim kontynuowała:
— Jak myślisz, Pchełkowy Skoku? Czy Jastrzębiemu Zewowi odpowiada bycie wieczną królową, czy jedynie zagryza zęby podczas opieki nad takimi urwisami jak moje rodzeństwo? — spytała. — Czasami dawali jej w kość. Ja również.
Pchełka drgnęła nerwowo na pytanie o Jastrząb. Nie rozmawiała z nią bardzo długo, omijała żłobek szerokim łukiem, aby tylko nie być w zasięgu jej wzroku.
Przypomniała sobie wspomnianą wojnę z Klanem Wilka i urazy, jakie poniósł jej klan. Cóż... Ona sama nie wykazała się wtedy odwagą, zostając w obozie jak tchórz. Tawuła miała tę wolę, której jej wtedy zabrakło. Widziała w kotce przyszłość ich klanu. Musiała tylko pomóc uczennicy pokonać strach przed wysokością... Tylko, jak mogła to osiągnąć?
Wróciła myślami do matki, która właściwie była rodzicielkami ich obu, czego Tawuła mogła nie wiedzieć. Miały obie zakręcone uszka, co mogło dać młodszej wskazówkę. Nawet jeśli wychowały ją kocury... to jej ojcowie nie byli w stanie wydać na świat młodych.
— Jastrzębi Zew... zrobiła to d-dobrowolnie — powiedziała po chwili, wracając myślami do tamtego dnia. — Ona bardzo chciała z-zostać zastępczynią, była dużo l-lepszą kandydatką od Jaskółki... N-Niestety Przodkowie chcieli inaczej. Wydaje... wydaje mi się, że o-ona żałuje. Pewnie rozgrzebuje swoje błędy, k-które popełniła, kończąc z tą niepełnosprawnością... — Ostatnie zdanie wyszeptała i z jakiegoś powodu pomyślała... o sobie?
Tak jakby przykład jej matki odnajdywał odzwierciedlenie również u niej w życiu. Rozgrzebywanie błędów, ciążące poczucie winy, że było się niewystarczającym. Obwinianie, zawodzenie kotów dookoła, własnego klanu... Może... Może Pchełka jednak była bardzo podobna do Jastrząb. Bardziej, niż by tego chciała.
Pozostawał też temat Jaskółki jako zastępczyni... Zmarszczyła bezwiednie brwi, a jej umysł wypełnił ciemny dym, przynosząc za sobą przykre wspomnienia, a rozpalając nienawiść. Szylkretka nigdy nie podejrzewałaby siebie o tak silne negatywne emocje, a tu proszę...
Wcześniej myślała, że nienawidzi swojej matki za to, jak ją traktowała. Teraz gdy minęły długie księżyce, odczuwała żal w sercu, a na Jastrząb patrzyła z pogardą. Z kolei do Jaskółki nie czuła nic poza strachem wymieszanym z odrazą.
Minęła długa chwila, nim złapała się na tym, że ma posępną minę, więc szybko potrząsnęła głową i posłała uczennicy przepraszający uśmiech.
— A-Ale to n-nie znaczy, że nie lubi kociąt! N-Na pewno dobrze się wami zajmowała…
— Czasami bywała surowa, niczym najprawdziwszy lider, ale była również troskliwa, jak moi ojcowie. Pilnowała, abym zawsze dojadła swoją porcję, mówiąc, że dzięki temu będę silna. Dbała, aby moje futro lśniło czystością. Co prawda, gdy się zdenerwowała, targała moją sierść, ale później tylko wzdychała i kazała mi się nie brudzić w barwnikach. Wtedy jej nie rozumiałam, ale wiem, że robiła to, aby zastępczyni się ze mnie i z jej nie naśmiewała. Wiem, że za sobą nie przepadają... — odparła Tawuła. — Hm. Bardzo lubiłam, gdy opowiadała mi się historię na temat kamieni. To dzięki niej zaczęłam je kolekcjonować i tacie, który mi przyniósł bursztyn — uśmiechnęła się uczennica.
Szylkretka słuchała Tawuły, a jej uszka powoli opadały z każdym słowem. Przeszła jej chęć na piszczkę, więc odsunęła ją subtelnie od siebie. Łapką pogrzebała w trawie, która leżała wewnątrz legowisk. Przeniosła wzrok na kolekcję kotki, która była nieopodal. Sama pomyślała wtedy o pierwszym piórku, które dostała od Pietruszki, potem jeszcze od kogoś bocianie pióro, a niedawno Psotny Nietoperz podarowała jej błękitne. Wczepiła wszystkie w sierść i chodziła z nimi codziennie, traktując je trochę jak swój talizman. Nigdy jednak nic nie kolekcjonowała, a teraz westchnęła, gdy Tawuła wspomniała o swojej przygodzie z kamyczkami. Czy Pchełka kiedykolwiek miała jakieś zainteresowania?
— Tak... J-Jastrząb nie lubi Jaskółki i n-na odwrót... przez to wszyscy potomkowie Jastrząb poniekąd są n-na celowniku zastępczyni — mruknęła smutno, mierząc się z prawdą. — Pokażesz mi s-swoją kolekcję? A p-po tym zjemy wspólnie?
Tawuła kiwnęła głową na znak zgody na oba pytania, po czym zbliżyła się do swojej małej kolekcji kamieni. Opowiedziała pokrótce skąd je ma lub od kogo. Pchełka słuchała.
— Oprócz kamieni mam też jedną muszelkę — mówiąc to, Tawuła ostrożnie podsunęła pod łapę mentorki malutki opalizujący się przedmiot. — M-mówiłaś, że potomkowie Jastrząb są na celowniku Pikującej Jaskółki... — zaczęła, przypominając sobie cenne słowa mentorki. — Kiedy byłam małym kociakiem, mniejszym niż teraz, myślałam, że Jastrzębi Zew jest moją mamą... — wyznała nieśmiało. — M-mamy podobny kolor oczu oraz kształt uszu, jednak kiedy wolałam do niej “mamo”, ignorowała mnie. P-potem pomyślałam, że może ty jesteś moją mamą, bo jesteśmy podobne, ale wtedy byś się mną opiekowała…
Pchełka zaniemówiła. Była jakby troszkę... wstrząśnięta. Nie sądziła, że Tawuła może dojść do takich wniosków, ani, że w ogóle będzie dociekać, kto jest jej matką. Miała przecież szczęśliwą rodzinę dzięki swoim ojcom, a nadal chciała wiedzieć... Chociaż rodziny Pchełki nie można nazwać udaną, to jednak uczennica była jej częścią, czy chciała, czy nie. Wymusiła uśmiech, pełen skrępowania, bo kompletnie nie wiedziała, jak miała to rozegrać. Czy wyjawienie jej prawdy cokolwiek zmieni? Może Tawułowa Łapa poczuje się dzięki temu lepiej? Pewniej? Pchełka żałowała, że nie umiała rozmawiać na takie tematy. W ogóle, rodzina, wychowywanie kociąt, ciąża... to wszystko było dla niej obce. Krępujące, zawstydzające.
Wzięła głęboki wdech, próbując uspokoić mocno bijące serce oraz galopujące myśli. Tawule należała się prawda, a Pchełka powinna ją powiedzieć, nawet jeśli okaże się krzywdząca.
— K-Kotka, która cię u-urodziła to Jastrzębi Zew, moja matka, j-jednak... to nie oznacza, że uważa się za twoją — oznajmiła cicho. Przełknęła wielką gulę w gardle, nim kontynuowała. Wzrok wbity miała w ścianę.
— Jastrzębi Zew n-nigdy nie wykazywała c-chęci posiadania więcej potomstwa. P-Po wojnie, gdy została n-niepełnosprawna, zdecydowała zostać w-wieczną królową, by pomóc klanowi — mówiła dalej, a jej głos momentami drżał. — P-Pomogła twoim ojcom, urodziła cię, ale... Ona nie u-uważa się za twoją matkę. P-Poza tym... łączą nas więzy k-krwi, więc można uznać, że jesteśmy... s-siostrami.
Posłała jej blady uśmiech, a w żołądku ją ścisnęło. Jastrzębi Zew wykonała swój obowiązek, wydając ją na świat, ale Pchełka rozumiała, że uczennica chciała mieć matkę. Albo znać jej tożsamość. Nawet jeśli Jastrząb po prostu zrobiła to z czystego obowiązku… Pchełkowy Skok była gotowa na to, że uczennica ją znienawidzi.
Tawułowa Łapa zamrugała powoli. Nie odezwała się ani słowem do kotki, zamiast tego zbliżyła się do niej, przez cały czas mając wlepione w nią spojrzenie. Pyskiem otarła się o jej ramię, by po chwili niczym małe kocie wtulić się w pasma niebieskiego futra na jej piersi. Zwiesiła łebek i położyła po sobie uszy, milcząc. Pchełkowy Skok zmroziło. Nie przypuszczała, że Tawuła zareaguje w tak… spokojny, miły sposób. Jakby wszystkie przypuszczenia białej zostały potwierdzone, a ona tylko odetchnęła z ulgą. Niebieska czuła, jak serce mocno wali, ale nie odsunęła się od uczennicy… jak również swojej siostry.
Wzięła głęboki wdech, próbując uspokoić galopujące myśli i głośno bijące serce. To wszystko było… bardzo pokomplikowane. Tawuła nie wiedziała jeszcze, iż mieli rodzinę w Klanie Burzy, ale Pchełka czuła, że nie był to dobry moment, by dorzucać młodej informacji. Jej umysł musiał to wszystko przetrawić, chociaż mentorka musiała przyznać, iż spodziewała się złości, frustracji, a nie… wielkiego przytulasa.
Pchełkowy Skok westchnęła jedynie, nie wiedząc, co ma dalej robić. Gdyby miała długi ogon, owinęłaby nim Tawułę. Zamiast tego, położyła swój podbródek na czubku jej głowy, by mogła poczuć nieco więcej bliskości starszej siostry. Pchełka koniecznie będzie musiała przedstawić ją Szakłakowi… na pewno się polubią.
Nastała jesień, wiatr stał się zimny, a powietrze wilgotne. Szylkretka zdawała się mówić jeszcze mniej niż zazwyczaj. Wszystko przez niechybnie nadchodzący moment śmierci ich aktualnego lidera. Pchełkowy Skok najlepiej jak potrafiła, zbierała informacje od pozostałych Klanowiczów. Próbowała zrobić rozeznanie, kto naprawdę był po ich stronie i za nimi pójdzie, kiedy będą obalać władzę.
No właśnie, obalać? Planowali morderstwo z premedytacją, mało tego, szczegółowo je planowali. Wciągnęła w to wszystko z Mirtowym Lśnieniem swoją przyjaciółkę, Pietruszkową Błyskawicę. Mniszkowy Nektar również zadawał się z nimi, dzięki czemu Pchełka czuła się nieco bardziej pewnie.
Nie zmieniało to jednak faktu, iż każde spojrzenie rzucone w stronę Jaskółki mogło ją zdradzić. Bała się, że nawet źle postawiony krok naprowadzi kremową kocicę na trop ich niecnych planów.
Przez to wszystko chodziła niczym duch, ledwo co się odzywając. Nie patrzyła na nikogo, nie mówiła głośno, zajmowała się swoimi sprawami, odliczając wschody słońca. Każde spojrzenie na starszego Judaszowcową Gwiazdę nieubłaganie zbliżało ich do zrealizowania planu. Pchełkowy Skok mogła wyczuć rosnące napięcie pośród współklanowiczów. Nie wiedziała tylko, czy było spowodowane wizją Jaskółczej Gwiazdy, czy po prostu śmiercią lidera, lub może czymś zupełnie innym.
Idąc tak przez klan, czując jak jeży jej się sierść, napinają mięśnie, podniosła głowę. Dostrzegła jasne, białe futro stojące obok wodospadu. No tak, Tawułowa Łapa. Dziś miały odbyć trening. Od ich rozmowy na rodzinne tematy minęło trochę czasu i kotka miała go wystarczająco, by zadecydować o jak najlepszej opiece nad przyrodnią siostrą. Tawuła była dobrym kotem, a Pchełka chciała być dla niej najlepszą starszą siostrą, jaką potrafiła.
Podeszła więc do młodszej, z lekkim uśmiechem, czując, jak napięcie z jej ciała ulatuje. Tak jakby obecność siostry zdejmowała z jej barków niewidzialny ciężar, pozwalała oczyścić umysł.
— Dzień dobry — miauknęła pogodnie. — Spróbujesz dziś znowu zejść głównym zejściem?
Tawuła przeniosła spojrzenie na swoją mentorkę, jak i również na przyniesioną piszczkę. Jej spojrzenie zrobiło się łagodne.
— W-wiem to. Ale chciałabym, abyś już teraz była ze mnie dumna i z moich postępów. Aby klan mógł być. Chciałabym być dzielna jak wszyscy wojownicy Klanu Klifu razem wzięci.
Pchełka ułożyła się obok niej, odsuwając na razie od siebie posiłek. Tawuła powoli zaczynała się otwierać, a to był dobry znak, który umocnił nieco młodą mentorkę.
— J-Jestem dumna — miauknęła, starając się brzmieć wiarygodnie. Kiepska była w takich wyznaniach... chociaż powinna się tego nauczyć. — M-Masz jeszcze czas — oznajmiła po chwili. — Ja byłam b-bardzo długo uczniem, aż Jastrzębi Zew zaczęła w-we mnie wątpić.
— A co jeśli nie mam? — wypaliła biała. — Co, jeśli nie uda mi się zostać wojownikiem, bo... bo poślizgnę się na mokrym kamieniu i spadnę w przepaść. Albo Klan Wilka ponownie nas zaatakuje... — Ściszyła głos. — J-jeśli będę bała się używać głównego wyjścia, nie ma szans, że będę w stanie szybko zareagować, gdy będzie potrzeba... Z mojej winy jakiś kot może podzielić los twoich dziadków lub twojej mamy... Tata mi opowiadał, jak Jastrzębi Zew dzielnie walczyła podczas wojny. Gdyby nie uraz pewnie zostałaby zastępczynią, a nie opiekowała się cudzymi kociakami — westchnęła. Minęła dłuższa chwila, nim kontynuowała:
— Jak myślisz, Pchełkowy Skoku? Czy Jastrzębiemu Zewowi odpowiada bycie wieczną królową, czy jedynie zagryza zęby podczas opieki nad takimi urwisami jak moje rodzeństwo? — spytała. — Czasami dawali jej w kość. Ja również.
Pchełka drgnęła nerwowo na pytanie o Jastrząb. Nie rozmawiała z nią bardzo długo, omijała żłobek szerokim łukiem, aby tylko nie być w zasięgu jej wzroku.
Przypomniała sobie wspomnianą wojnę z Klanem Wilka i urazy, jakie poniósł jej klan. Cóż... Ona sama nie wykazała się wtedy odwagą, zostając w obozie jak tchórz. Tawuła miała tę wolę, której jej wtedy zabrakło. Widziała w kotce przyszłość ich klanu. Musiała tylko pomóc uczennicy pokonać strach przed wysokością... Tylko, jak mogła to osiągnąć?
Wróciła myślami do matki, która właściwie była rodzicielkami ich obu, czego Tawuła mogła nie wiedzieć. Miały obie zakręcone uszka, co mogło dać młodszej wskazówkę. Nawet jeśli wychowały ją kocury... to jej ojcowie nie byli w stanie wydać na świat młodych.
— Jastrzębi Zew... zrobiła to d-dobrowolnie — powiedziała po chwili, wracając myślami do tamtego dnia. — Ona bardzo chciała z-zostać zastępczynią, była dużo l-lepszą kandydatką od Jaskółki... N-Niestety Przodkowie chcieli inaczej. Wydaje... wydaje mi się, że o-ona żałuje. Pewnie rozgrzebuje swoje błędy, k-które popełniła, kończąc z tą niepełnosprawnością... — Ostatnie zdanie wyszeptała i z jakiegoś powodu pomyślała... o sobie?
Tak jakby przykład jej matki odnajdywał odzwierciedlenie również u niej w życiu. Rozgrzebywanie błędów, ciążące poczucie winy, że było się niewystarczającym. Obwinianie, zawodzenie kotów dookoła, własnego klanu... Może... Może Pchełka jednak była bardzo podobna do Jastrząb. Bardziej, niż by tego chciała.
Pozostawał też temat Jaskółki jako zastępczyni... Zmarszczyła bezwiednie brwi, a jej umysł wypełnił ciemny dym, przynosząc za sobą przykre wspomnienia, a rozpalając nienawiść. Szylkretka nigdy nie podejrzewałaby siebie o tak silne negatywne emocje, a tu proszę...
Wcześniej myślała, że nienawidzi swojej matki za to, jak ją traktowała. Teraz gdy minęły długie księżyce, odczuwała żal w sercu, a na Jastrząb patrzyła z pogardą. Z kolei do Jaskółki nie czuła nic poza strachem wymieszanym z odrazą.
Minęła długa chwila, nim złapała się na tym, że ma posępną minę, więc szybko potrząsnęła głową i posłała uczennicy przepraszający uśmiech.
— A-Ale to n-nie znaczy, że nie lubi kociąt! N-Na pewno dobrze się wami zajmowała…
— Czasami bywała surowa, niczym najprawdziwszy lider, ale była również troskliwa, jak moi ojcowie. Pilnowała, abym zawsze dojadła swoją porcję, mówiąc, że dzięki temu będę silna. Dbała, aby moje futro lśniło czystością. Co prawda, gdy się zdenerwowała, targała moją sierść, ale później tylko wzdychała i kazała mi się nie brudzić w barwnikach. Wtedy jej nie rozumiałam, ale wiem, że robiła to, aby zastępczyni się ze mnie i z jej nie naśmiewała. Wiem, że za sobą nie przepadają... — odparła Tawuła. — Hm. Bardzo lubiłam, gdy opowiadała mi się historię na temat kamieni. To dzięki niej zaczęłam je kolekcjonować i tacie, który mi przyniósł bursztyn — uśmiechnęła się uczennica.
Szylkretka słuchała Tawuły, a jej uszka powoli opadały z każdym słowem. Przeszła jej chęć na piszczkę, więc odsunęła ją subtelnie od siebie. Łapką pogrzebała w trawie, która leżała wewnątrz legowisk. Przeniosła wzrok na kolekcję kotki, która była nieopodal. Sama pomyślała wtedy o pierwszym piórku, które dostała od Pietruszki, potem jeszcze od kogoś bocianie pióro, a niedawno Psotny Nietoperz podarowała jej błękitne. Wczepiła wszystkie w sierść i chodziła z nimi codziennie, traktując je trochę jak swój talizman. Nigdy jednak nic nie kolekcjonowała, a teraz westchnęła, gdy Tawuła wspomniała o swojej przygodzie z kamyczkami. Czy Pchełka kiedykolwiek miała jakieś zainteresowania?
— Tak... J-Jastrząb nie lubi Jaskółki i n-na odwrót... przez to wszyscy potomkowie Jastrząb poniekąd są n-na celowniku zastępczyni — mruknęła smutno, mierząc się z prawdą. — Pokażesz mi s-swoją kolekcję? A p-po tym zjemy wspólnie?
Tawuła kiwnęła głową na znak zgody na oba pytania, po czym zbliżyła się do swojej małej kolekcji kamieni. Opowiedziała pokrótce skąd je ma lub od kogo. Pchełka słuchała.
— Oprócz kamieni mam też jedną muszelkę — mówiąc to, Tawuła ostrożnie podsunęła pod łapę mentorki malutki opalizujący się przedmiot. — M-mówiłaś, że potomkowie Jastrząb są na celowniku Pikującej Jaskółki... — zaczęła, przypominając sobie cenne słowa mentorki. — Kiedy byłam małym kociakiem, mniejszym niż teraz, myślałam, że Jastrzębi Zew jest moją mamą... — wyznała nieśmiało. — M-mamy podobny kolor oczu oraz kształt uszu, jednak kiedy wolałam do niej “mamo”, ignorowała mnie. P-potem pomyślałam, że może ty jesteś moją mamą, bo jesteśmy podobne, ale wtedy byś się mną opiekowała…
Pchełka zaniemówiła. Była jakby troszkę... wstrząśnięta. Nie sądziła, że Tawuła może dojść do takich wniosków, ani, że w ogóle będzie dociekać, kto jest jej matką. Miała przecież szczęśliwą rodzinę dzięki swoim ojcom, a nadal chciała wiedzieć... Chociaż rodziny Pchełki nie można nazwać udaną, to jednak uczennica była jej częścią, czy chciała, czy nie. Wymusiła uśmiech, pełen skrępowania, bo kompletnie nie wiedziała, jak miała to rozegrać. Czy wyjawienie jej prawdy cokolwiek zmieni? Może Tawułowa Łapa poczuje się dzięki temu lepiej? Pewniej? Pchełka żałowała, że nie umiała rozmawiać na takie tematy. W ogóle, rodzina, wychowywanie kociąt, ciąża... to wszystko było dla niej obce. Krępujące, zawstydzające.
Wzięła głęboki wdech, próbując uspokoić mocno bijące serce oraz galopujące myśli. Tawule należała się prawda, a Pchełka powinna ją powiedzieć, nawet jeśli okaże się krzywdząca.
— K-Kotka, która cię u-urodziła to Jastrzębi Zew, moja matka, j-jednak... to nie oznacza, że uważa się za twoją — oznajmiła cicho. Przełknęła wielką gulę w gardle, nim kontynuowała. Wzrok wbity miała w ścianę.
— Jastrzębi Zew n-nigdy nie wykazywała c-chęci posiadania więcej potomstwa. P-Po wojnie, gdy została n-niepełnosprawna, zdecydowała zostać w-wieczną królową, by pomóc klanowi — mówiła dalej, a jej głos momentami drżał. — P-Pomogła twoim ojcom, urodziła cię, ale... Ona nie u-uważa się za twoją matkę. P-Poza tym... łączą nas więzy k-krwi, więc można uznać, że jesteśmy... s-siostrami.
Posłała jej blady uśmiech, a w żołądku ją ścisnęło. Jastrzębi Zew wykonała swój obowiązek, wydając ją na świat, ale Pchełka rozumiała, że uczennica chciała mieć matkę. Albo znać jej tożsamość. Nawet jeśli Jastrząb po prostu zrobiła to z czystego obowiązku… Pchełkowy Skok była gotowa na to, że uczennica ją znienawidzi.
Tawułowa Łapa zamrugała powoli. Nie odezwała się ani słowem do kotki, zamiast tego zbliżyła się do niej, przez cały czas mając wlepione w nią spojrzenie. Pyskiem otarła się o jej ramię, by po chwili niczym małe kocie wtulić się w pasma niebieskiego futra na jej piersi. Zwiesiła łebek i położyła po sobie uszy, milcząc. Pchełkowy Skok zmroziło. Nie przypuszczała, że Tawuła zareaguje w tak… spokojny, miły sposób. Jakby wszystkie przypuszczenia białej zostały potwierdzone, a ona tylko odetchnęła z ulgą. Niebieska czuła, jak serce mocno wali, ale nie odsunęła się od uczennicy… jak również swojej siostry.
Wzięła głęboki wdech, próbując uspokoić galopujące myśli i głośno bijące serce. To wszystko było… bardzo pokomplikowane. Tawuła nie wiedziała jeszcze, iż mieli rodzinę w Klanie Burzy, ale Pchełka czuła, że nie był to dobry moment, by dorzucać młodej informacji. Jej umysł musiał to wszystko przetrawić, chociaż mentorka musiała przyznać, iż spodziewała się złości, frustracji, a nie… wielkiego przytulasa.
Pchełkowy Skok westchnęła jedynie, nie wiedząc, co ma dalej robić. Gdyby miała długi ogon, owinęłaby nim Tawułę. Zamiast tego, położyła swój podbródek na czubku jej głowy, by mogła poczuć nieco więcej bliskości starszej siostry. Pchełka koniecznie będzie musiała przedstawić ją Szakłakowi… na pewno się polubią.
~*~
No właśnie, obalać? Planowali morderstwo z premedytacją, mało tego, szczegółowo je planowali. Wciągnęła w to wszystko z Mirtowym Lśnieniem swoją przyjaciółkę, Pietruszkową Błyskawicę. Mniszkowy Nektar również zadawał się z nimi, dzięki czemu Pchełka czuła się nieco bardziej pewnie.
Nie zmieniało to jednak faktu, iż każde spojrzenie rzucone w stronę Jaskółki mogło ją zdradzić. Bała się, że nawet źle postawiony krok naprowadzi kremową kocicę na trop ich niecnych planów.
Przez to wszystko chodziła niczym duch, ledwo co się odzywając. Nie patrzyła na nikogo, nie mówiła głośno, zajmowała się swoimi sprawami, odliczając wschody słońca. Każde spojrzenie na starszego Judaszowcową Gwiazdę nieubłaganie zbliżało ich do zrealizowania planu. Pchełkowy Skok mogła wyczuć rosnące napięcie pośród współklanowiczów. Nie wiedziała tylko, czy było spowodowane wizją Jaskółczej Gwiazdy, czy po prostu śmiercią lidera, lub może czymś zupełnie innym.
Idąc tak przez klan, czując jak jeży jej się sierść, napinają mięśnie, podniosła głowę. Dostrzegła jasne, białe futro stojące obok wodospadu. No tak, Tawułowa Łapa. Dziś miały odbyć trening. Od ich rozmowy na rodzinne tematy minęło trochę czasu i kotka miała go wystarczająco, by zadecydować o jak najlepszej opiece nad przyrodnią siostrą. Tawuła była dobrym kotem, a Pchełka chciała być dla niej najlepszą starszą siostrą, jaką potrafiła.
Podeszła więc do młodszej, z lekkim uśmiechem, czując, jak napięcie z jej ciała ulatuje. Tak jakby obecność siostry zdejmowała z jej barków niewidzialny ciężar, pozwalała oczyścić umysł.
— Dzień dobry — miauknęła pogodnie. — Spróbujesz dziś znowu zejść głównym zejściem?
<Tawułowa Łapo?>
[1695 słów, trening Tawułowej Łapy]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz