Dni były krótkie, zimne... smutne. Chłód nadciągał od rzeki, otaczając obóz swoimi ciasnymi ramionami. Koty wracały do niego pokryte kryształkami lodu, które zdążyły utworzyć się na ich futrze podczas krótkiej drogi do wejścia. Łapy oblepione grubym, migoczącym śniegiem tworzyły swoisty rodzaj obrony przed zimnem, a niektórzy uczniowie zdawali się próbować stworzyć jak największą warstwę puchu na swoich nogach. Mimo zimna, mimo mroku wszyscy zdawali się być szczęśliwsi od niego.
Klekocząca Łapa marzł bardzo prędko. Nie miał długiego, grubego futerka swojej babki czy matki. Był smukły, okryty jedynie krótką, delikatną warstewką sierści, która o ile świetnie pomagałaby mu podczas zimowych polowań, tak była całkowicie bezużyteczna, kiedy przesiadywał całymi dniami nad ziołami w niezbyt szczelnym legowisku. Dygotał delikatnie niemal cały czas, a Gąbczasta Perła uparła się, że musi codziennie zażywać zioła wzmacniające, bo nie doczeka Pory Nowych Liści, jeśli dalej będzie tak reagował na najmniejszy spadek temperatury. Dodatkowo nie miał na nic ochoty. Starał się, oczywiście, ale nie ze względu na siebie czy swoje ambicje. Robił to z przyzwyczajenia. Przykładał ogromną wagę do treningu wojownika, więc nie mógł teraz inaczej potraktować tego, nawet jeśli żadna z jego części nie sprawiała mu przyjemności. Białe łapki były dokładne, ale jego myśli zdawały się odlatywać gdzieś daleko, gdzieś, gdzie nurt nosi dzikie, wielkie łososie. Jedynym czym próbował zakryć smutek na pyszczku, był wyraz zawziętego skupienia, kiedy Różana Woń kazała mu ćwiczyć bandażowanie różnych kończyn na Fląderce. Starsza medyczka wydawała się też zdecydowanie mniej przejęta jego kiepskim humorem; nie przeszkadzało to kocurkowi, wolał to nawet od tego zatroskanego wyrazu mordki Gąbki, który w środku rozpalał w nim prawdziwy ogień wściekłości.
"To jej wina. To był jej pomysł. To przez nią nie jestem wojownikiem" — Tego był pewien. Różana Woń sama w sobie nie wybrałaby go na ucznia, nie zmusiłaby go do tego, nawet jeśli to przez jej wiek, to wszystko się stało. Nie był niemiły dla asystentki, nawet jeśli widział w niej powód swoich wszystkich nieszczęść. Nie był niemiły dla nikogo. Dla kotów, za którymi nie przepadał był jedynie... oschły i zdystansowany, ale musiał przyznać przed samym sobą, że dystans, jaki postawił między sobą i nową mentorką był... zatrważający, niemal niemożliwy do pokonania.
— To liść maliny... Są trochę zmrożone, ale... — Nie dokończył. Wydało mu się to bezsensowne. Po co podkreślać, że coś jest wciąż zdatne do użytku? Gdyby nie było, nie podawaliby tego chorym. Algowa Struga siedziała pod wyplecioną ścianą lecznicy. Nie powiedziała zbyt wiele, jedynie opisała swój ból głowy, z którym na szczęście (lub nieszczęście) Klekocząca Łapa potrafił sobie jak najbardziej poradzić bez pomocy innych, starszych medyków.
— Już się tyle nauczyłeś? — zapytała kocica, unikając jednak wzroku dawnego terminatora. — Wiedziałam, że sobie poradzisz... Jesteś bardzo mądry, na pewno szybko zostaniesz mianowany.
Nie odpowiedział. Wziął do pyska mech, który podał wcześniej księżniczce, aby się nawodniła.
"Bóle głowy często są oznaką jedynie odwodnienia lub głodu, który był maskowany zbyt długo. Najlepiej najpierw podać wodę i odesłać kota do dziupli ze zwierzyną, ale nie głupio zrobić to razem z podaniem liści maliny lub wrotyczy maruna. Taki zestaw jest niemal całkowicie skuteczny" — rozbrzmiewał głos Gąbczastej Perły sprzed kilku dni.
— Klekocząca Łapo... Proszę, nie miej do mnie żalu. — Słowa dawnej zastępczyni uderzyły w niego niczym wartki, zwalający z nóg nurt rzeczny. Był wdzięczny Przodkom, że akurat był odwrócony do niej tyłem i nie widziała, jak zaciska zęby, aby powstrzymać się przed płaczem. — Wiem, że byłbyś wspaniałym wojownikiem... Ale wiem też, że będziesz nadzwyczajnie dobrym medykiem...
Musiał wbić pazury w zmrożone podłoże. Spiął mięśnie i zamarł w całkowitym bezruchu. Nie był w stanie odpowiedzieć; wielka gula stanęła mu w gardle. W końcu kotka westchnęła smutno. Słyszał, jak wstawała, słyszał, jak zatrzymała się jeszcze przy samym wyjściu, aby na niego zerknąć. Wiedział, że widziała, jak sztywne jest całe jego ciało.
— Dziękuje, Klekocząca Łapo... — mruknęła i zostawiła go.
Posprzątał, zbierając resztki maliny i odkładając je do składziku. Był głodny, ale musiał poczekać, aż wróci przynajmniej jedna z medyczek. Różana Woń wybrała się do kociarni, aby sprawdzić stan kociąt tej podejrzanej samotniczki, którą przyprowadzono jakiś czas temu. Klekotek nie wiedział, co ma o nich sądzić, ale był pewien, że nie ufał do końca ich matce. Gąbczasta Perła za to miała obejrzeć ich jedyną starszą. Kocurek miał nadzieje, że żadne z tych odwiedzin nie zajmie zbyt długo. Co jakiś czas wyglądał na obóz, aby w razie czego minąć się z którąś z kocic.
W końcu ujrzał, jak Róża przemyka przez wyjście ze żłobka i spokojnym krokiem przechodzi krótki dystans, dzielący go od lecznicy. Kocurek wyszedł i skinął jej łbem. Nie czekając na odpowiedź, podbiegł do konaru, skąd zabrał niewielką rybkę. Odszedł z nią na bok, nie chcąc za bardzo rozmawiać z żadnym kotem. Niestety... Niemal w tym samym momencie, w którym przysiadł, dojrzał Konwaliową Mieliznę, który już truchtał prężnie w jego stronę.
— Klekocząca Łapo! — zawołał wojownik, uśmiechając się nieco. Zazdrość ścisnęła białą pierś. Syn Borówki był od niego tylko nieco starszy; wychowali się razem, byli niemal na równi.
"Ale to Konwalia został wojownikiem, a nie ty... I nigdy nie zostaniesz" — mruczał zawistny głos w jego głowie. Położył po sobie czarne uszy, ale próbował nie pokazywać niezadowolenia czy złości.
— Dzień dobry — mruknął nieco zbyt chłodno.
— Jak twoje samopoczucie? Nie pogratulowałem ci jeszcze. Czy jesteś zadowolony z twej nowej roli w klanie? — zapytał grzecznie, sadowiąc się obok księcia. Klekotek poczuł, jak gula znów zbiera mu się w gardle. Wiedział jednak, że o ile Algowa Struga mogła zrozumieć, jak ogromny ból ta cała sytuacja sprawia kocurkowi, tak nie będzie to ogólna wiedza.
— T-tak... — Udało mu się wykrztusić niepewnie. Nie chciał, żeby Klan Nocy widział w nim niewdzięcznego podrostka. Wiedział, że bycie medykiem to zaszczyt i ogromna odpowiedzialność, której, zwłaszcza tutaj, nie można łatwo pozyskać dla siebie. — Jestem wdzięczny i... i ciesze się, że obdarzono mnie takim zaufaniem... — zamilkł, przełykając ślinę najciszej, jak tylko mógł. Musiał odsunąć rozmowę od swojej osoby; nie wiedział, ile jest jeszcze w stanie znieść bez łez. — A ty? Ile jest zwierzyny? Czy patrole coś niepokoi?
Klekocząca Łapa marzł bardzo prędko. Nie miał długiego, grubego futerka swojej babki czy matki. Był smukły, okryty jedynie krótką, delikatną warstewką sierści, która o ile świetnie pomagałaby mu podczas zimowych polowań, tak była całkowicie bezużyteczna, kiedy przesiadywał całymi dniami nad ziołami w niezbyt szczelnym legowisku. Dygotał delikatnie niemal cały czas, a Gąbczasta Perła uparła się, że musi codziennie zażywać zioła wzmacniające, bo nie doczeka Pory Nowych Liści, jeśli dalej będzie tak reagował na najmniejszy spadek temperatury. Dodatkowo nie miał na nic ochoty. Starał się, oczywiście, ale nie ze względu na siebie czy swoje ambicje. Robił to z przyzwyczajenia. Przykładał ogromną wagę do treningu wojownika, więc nie mógł teraz inaczej potraktować tego, nawet jeśli żadna z jego części nie sprawiała mu przyjemności. Białe łapki były dokładne, ale jego myśli zdawały się odlatywać gdzieś daleko, gdzieś, gdzie nurt nosi dzikie, wielkie łososie. Jedynym czym próbował zakryć smutek na pyszczku, był wyraz zawziętego skupienia, kiedy Różana Woń kazała mu ćwiczyć bandażowanie różnych kończyn na Fląderce. Starsza medyczka wydawała się też zdecydowanie mniej przejęta jego kiepskim humorem; nie przeszkadzało to kocurkowi, wolał to nawet od tego zatroskanego wyrazu mordki Gąbki, który w środku rozpalał w nim prawdziwy ogień wściekłości.
"To jej wina. To był jej pomysł. To przez nią nie jestem wojownikiem" — Tego był pewien. Różana Woń sama w sobie nie wybrałaby go na ucznia, nie zmusiłaby go do tego, nawet jeśli to przez jej wiek, to wszystko się stało. Nie był niemiły dla asystentki, nawet jeśli widział w niej powód swoich wszystkich nieszczęść. Nie był niemiły dla nikogo. Dla kotów, za którymi nie przepadał był jedynie... oschły i zdystansowany, ale musiał przyznać przed samym sobą, że dystans, jaki postawił między sobą i nową mentorką był... zatrważający, niemal niemożliwy do pokonania.
— To liść maliny... Są trochę zmrożone, ale... — Nie dokończył. Wydało mu się to bezsensowne. Po co podkreślać, że coś jest wciąż zdatne do użytku? Gdyby nie było, nie podawaliby tego chorym. Algowa Struga siedziała pod wyplecioną ścianą lecznicy. Nie powiedziała zbyt wiele, jedynie opisała swój ból głowy, z którym na szczęście (lub nieszczęście) Klekocząca Łapa potrafił sobie jak najbardziej poradzić bez pomocy innych, starszych medyków.
— Już się tyle nauczyłeś? — zapytała kocica, unikając jednak wzroku dawnego terminatora. — Wiedziałam, że sobie poradzisz... Jesteś bardzo mądry, na pewno szybko zostaniesz mianowany.
Nie odpowiedział. Wziął do pyska mech, który podał wcześniej księżniczce, aby się nawodniła.
"Bóle głowy często są oznaką jedynie odwodnienia lub głodu, który był maskowany zbyt długo. Najlepiej najpierw podać wodę i odesłać kota do dziupli ze zwierzyną, ale nie głupio zrobić to razem z podaniem liści maliny lub wrotyczy maruna. Taki zestaw jest niemal całkowicie skuteczny" — rozbrzmiewał głos Gąbczastej Perły sprzed kilku dni.
— Klekocząca Łapo... Proszę, nie miej do mnie żalu. — Słowa dawnej zastępczyni uderzyły w niego niczym wartki, zwalający z nóg nurt rzeczny. Był wdzięczny Przodkom, że akurat był odwrócony do niej tyłem i nie widziała, jak zaciska zęby, aby powstrzymać się przed płaczem. — Wiem, że byłbyś wspaniałym wojownikiem... Ale wiem też, że będziesz nadzwyczajnie dobrym medykiem...
Musiał wbić pazury w zmrożone podłoże. Spiął mięśnie i zamarł w całkowitym bezruchu. Nie był w stanie odpowiedzieć; wielka gula stanęła mu w gardle. W końcu kotka westchnęła smutno. Słyszał, jak wstawała, słyszał, jak zatrzymała się jeszcze przy samym wyjściu, aby na niego zerknąć. Wiedział, że widziała, jak sztywne jest całe jego ciało.
— Dziękuje, Klekocząca Łapo... — mruknęła i zostawiła go.
Posprzątał, zbierając resztki maliny i odkładając je do składziku. Był głodny, ale musiał poczekać, aż wróci przynajmniej jedna z medyczek. Różana Woń wybrała się do kociarni, aby sprawdzić stan kociąt tej podejrzanej samotniczki, którą przyprowadzono jakiś czas temu. Klekotek nie wiedział, co ma o nich sądzić, ale był pewien, że nie ufał do końca ich matce. Gąbczasta Perła za to miała obejrzeć ich jedyną starszą. Kocurek miał nadzieje, że żadne z tych odwiedzin nie zajmie zbyt długo. Co jakiś czas wyglądał na obóz, aby w razie czego minąć się z którąś z kocic.
W końcu ujrzał, jak Róża przemyka przez wyjście ze żłobka i spokojnym krokiem przechodzi krótki dystans, dzielący go od lecznicy. Kocurek wyszedł i skinął jej łbem. Nie czekając na odpowiedź, podbiegł do konaru, skąd zabrał niewielką rybkę. Odszedł z nią na bok, nie chcąc za bardzo rozmawiać z żadnym kotem. Niestety... Niemal w tym samym momencie, w którym przysiadł, dojrzał Konwaliową Mieliznę, który już truchtał prężnie w jego stronę.
— Klekocząca Łapo! — zawołał wojownik, uśmiechając się nieco. Zazdrość ścisnęła białą pierś. Syn Borówki był od niego tylko nieco starszy; wychowali się razem, byli niemal na równi.
"Ale to Konwalia został wojownikiem, a nie ty... I nigdy nie zostaniesz" — mruczał zawistny głos w jego głowie. Położył po sobie czarne uszy, ale próbował nie pokazywać niezadowolenia czy złości.
— Dzień dobry — mruknął nieco zbyt chłodno.
— Jak twoje samopoczucie? Nie pogratulowałem ci jeszcze. Czy jesteś zadowolony z twej nowej roli w klanie? — zapytał grzecznie, sadowiąc się obok księcia. Klekotek poczuł, jak gula znów zbiera mu się w gardle. Wiedział jednak, że o ile Algowa Struga mogła zrozumieć, jak ogromny ból ta cała sytuacja sprawia kocurkowi, tak nie będzie to ogólna wiedza.
— T-tak... — Udało mu się wykrztusić niepewnie. Nie chciał, żeby Klan Nocy widział w nim niewdzięcznego podrostka. Wiedział, że bycie medykiem to zaszczyt i ogromna odpowiedzialność, której, zwłaszcza tutaj, nie można łatwo pozyskać dla siebie. — Jestem wdzięczny i... i ciesze się, że obdarzono mnie takim zaufaniem... — zamilkł, przełykając ślinę najciszej, jak tylko mógł. Musiał odsunąć rozmowę od swojej osoby; nie wiedział, ile jest jeszcze w stanie znieść bez łez. — A ty? Ile jest zwierzyny? Czy patrole coś niepokoi?
<Konwalio?>
[980 słów - trening medyka]
Wyleczeni: Algowa Struga
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz