tw: krwawe opisy, walka (na całość opowiadania)
Mimo że cała ta grupa nie miała teraz zbyt dobrej reputacji, Zalotna Krasopani wiedziała, że mają całkiem potężną broń w zanadrzu. Wiedzieli w końcu o wszystkim, co tak naprawdę dzieje się w Klanie Wilka. Znali jego sytuację, mieli pojęcie o tym, co odbywa się pod przykrywką normalnego klanu wierzącego w Klan Gwiazdy. Właśnie przez to atmosfera robiła się napięta. Zalotna Krasopani miała wrażenie, że w każdej chwili wszystko może runąć. Sam, jeden Klan Wilka nie miał żadnych szans przeciwko trzem pozostałym klanom. Ich położenie w dodatku było jeszcze gorsze, bo w razie kryzysu taki słaby, niedołężny Nikła Gwiazda nie byłby w stanie wydawać rozkazów. W dodatku ten ścierwojad nawet nie raczył wybrać zastępcy, a jeśli nadejdą złe czasy, nie będzie czasu na spotkanko przy ryjówce i jagodach, by na spokojnie wybrać nową władzę. Trzeba było działać szybko. Teraz.
I Zalotna Krasopani doskonale wiedziała, co powinna zrobić. Zabić. Tak, zabić. Pozbyć się nikogo innego, jak samego lidera. Mogła poczekać, aż Nikła Gwiazda odejdzie sam, ze starości, i potem samodzielnie ogłosić się nowym przywódcą – jasne. Jednak czy wtedy kultyści nie domagaliby się głosowania? Jakie miałaby szanse przeciwko Blademu Licu, Sowiemu Zmierzchowi? Dużo rzeczy mogłoby pójść nie tak. A tak? Zabije przywódcę. Pokaże innym, na co ją stać; że nie cofnie się przed niczym. W końcu to właśnie cenili kultyści. Najlepsze były koty brutalne, które nie bały się skrzywdzić nawet swoich, byle tylko było lepiej dla ogółu.
W tym momencie i tak raczej już nikt nie zwracał uwagi na podstarzałego lidera. Nikt nie będzie za nim tęsknił, nikt nie będzie go opłakiwał. Sam Nikła Gwiazda nie doczekał się nawet dzieci; sam na siebie sprowadził ten los. Każdy, kto w jego stronę wykazywał się choć odrobiną dobroci, robił to tylko po to, by mu się przymilić. Kultyści byli szczwani. Mieli nadzieję na to, że jeśli zgarną wystarczające zaufanie ze strony lidera, ten w końcu wybierze ich na swojego zastępcę. Nikt jednak nie myślał o tym, by faktycznie zacząć działać. Zalotce nie podobała się taka postawa innych kultystów, jednak… mimo wszystko szło jej to na łapę. Teraz będzie mogła zostać kimś ważnym. Będzie mogła zostać… Zalotną Gwiazdą.
* * *
Mianowanie Pustułka na kultystę
Jak na kultystę przystało, Zalotna Krasopani opuściła obóz wraz z innymi, by przyjrzeć się ceremonii Pustułkowego Szponu. Czekoladowy tej nocy miał wstąpić w szeregi kotów czczących Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Ostatnio kultystów było coraz mniej, więc nawet jeden był na wagę złota. Szylkretka niezmiernie cieszyła się z faktu, że to już kolejny kot, który zna swoje priorytety i wie, gdzie jego miejsce. Jej uwadze nie umknął też fakt, że Pustułkowy Szpon posiadał domniemaną córkę – Wąsatkę. Oznaczało to, że koteczka w przyszłości także będzie miała szansę na pojawienie się w szeregach kultystów, choć Zalotka była trochę zaniepokojona faktem, że jedno oko czarno-białej uciekało jej w dół. Czy dało się to jakoś naprawić? W końcu zapewne taki defekt przeszkadzał młódce w normalnym funkcjonowaniu. Czy wystarczyło wyszarpać kotce to ślepie z oczodołu? Wyglądałaby wtedy prawie tak samo, jak jej ojciec – czy to nie piękne?
Wracając do ceremonii – w tym momencie Pustułkowy Szpon obserwował, jak jego ofiara szamotała się, zaplątana w beżową skórę z legowiska Dwunogów. Zalotka zmrużyła oczy, analizując uważnie jego postawę, mimikę i to, jak jego mięśnie się napinały. W końcu czekoladowy przycisnął łapę do samotnika, wbijając pazury pod jego skórę. Po polanie rozległ się syk, a kapłance nie umknął fakt, że Pustułek delikatnie się uśmiechnął.
— Krew się leje, kości pękają, skórę rozrywają, a dech opuszcza ciało twe. Śmierć na każdym kroku czyha na ciebie, ratunku już nie ma dla ciebie — mamrotał pod nosem, jednocześnie wędrując pazurem po skórze; i tej od Dwunożnych, i tej jego ofiary.
W końcu do uszu Zalotki przestały docierać wrzaski samotnika, który stracił przytomność. Najpewniej stracił już spore ilości krwi, a może było to spowodowane strachem, jakiego musiał doznać. To straszne, co musiał w tym momencie przeżywać. Jeszcze do niedawna nawet na myśl mu nie przyszło, że może polować na niego grupa szalonych kotów, łaknących śmierci. Inni pewnie byliby przerażeni wizją zabijania niewinnych samotników, lecz nie Zalotna Krasopani. Nie ona, ani inni kultyści, którzy właśnie tworzyli ciasny krąg wokół czekoladowego.
— Rytuał wiążący odbywa się pod Ciernistym Drzewem — rozległ się głos Mrocznej Wizji. Po jej słowach kultyści ruszyli sprawnym szykiem w stronę ich świętego miejsca. Miejsca, w którym Wilczacy zazwyczaj zakopywali ciała zmarłych. Miejsca, które wydawało się usposobieniem Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, na ziemi. To właśnie tam kontakt z przodkami wydawał się najsilniejszy, najczystszy… Przebywając tam, miało się wrażenie, jakoby siła Mrocznych Przodków płynęła w twojej krwi.
Gdy dotarli do Ciernistego Drzewa, Pustułkowy Szpon zrzucił ze swojego grzbietu płowego samotnika. Jego wcześniejsze ciosy musiały być mocne i skuteczne, skoro ten leżał tu teraz jak trup – choć nie dało się nie zauważyć, że jego klatka piersiowa powoli opadała i unosiła się, zapewniając kultystów, że ofiara wciąż żyła. Kultyści ustawili się wokół czekoladowego w coś na kształt sierpa – jednej z faz księżyca.
Zalotnej Krasopani podobało się skupienie, z jakim Pustułkowy Szpon wykonywał swoje zadanie. Nie wahał się, robił wszystko z zimną krwią. Dokładnie tak, jak powinien. Wykazywał się brutalnością, siłą. Właśnie tego potrzebowała szylkretka. Potrzebowała kogoś budzącego grozę, kogoś, kto bez problemu byłby w stanie uciszyć wielu. Kogoś, kto nie bałby się zaatakować, wymierzyć komuś kary. Uśmiechnęła się pod nosem, szeroko, chytrze. Spuściła na moment wzrok, by swoim zachowaniem nie wzbudzić podejrzeń innych. Zresztą i tak każdy był teraz skupiony na świeżo upieczonym kultyście. Nikt nie wiedział, jaki plan rysował się w głowie kapłanki.
* * *
Szylkretka zakręciła się przy legowisku wojowników, gdy akurat przebywała w nim dwójka braci.
— Pustułkowy Szponie, Krucze Pióro, pozwolicie na słówko? — zapytała, obserwując ich sylwetki zarysowane w półmroku. O dziwo nie musiała długo czekać, bo wojownicy szybko zebrali się na równe łapy, podchodząc do niej. W ich oczach widać było zaciekawienie, lecz żaden z nich słowem się nie odezwał.
Zalotna Krasopani wyprowadziła ich poza obóz. Zależało jej na tym, by obyć się bez zbędnych podsłuchiwaczy, więc specjalnie wybrała miejsce na tyle oddalone od azylu, że żaden zagubiony wojownik nie mógłby znaleźć się tu przypadkiem. Przynajmniej nie w taką pogodę; właśnie nastała Pora Nagich Drzew i zdawało się, że mrozy tej zimy będą nieznośne. Może to i nawet lepiej? W końcu żaden klan nie odważyłby się zaatakować podczas zabójczych śnieżyc. Dawało to Klanowi Wilka przynajmniej kilka księżyców spokoju.
W końcu szylkretowa wojowniczka zatrzymała się pośród krzewów. Blade światło przebijało się tu przez korony drzew iglastych, oświetlając jej pysk. Zwróciła się w stronę dwójki wojowników, a na jej licu pojawił się ledwo zauważalny uśmiech. W jej oczach jednocześnie błyszczała determinacja i powaga.
— Zabrałam was tu nie bez powodu — ogłosiła, powoli siadając na oszronionej trawie. Owinęła ogon ciasno wokół swoich łap i ruchem głowy nakazała dwójce kotów, by zrobili tak samo. — Widzę w was ogromny potencjał. Jesteście młodzi, krępi. Macie zadatki na zastępcę, ba! Nawet i lidera — kontynuowała, licząc na to, że uda jej się zaciekawić Pustułka i Kruka. — Wasze matki... szlachetne kotki. Z całą pewnością dobrze was wychowywały. One też od początku wiedziały, że drzemie w was siła… — trajkotała, podczas gdy uśmiech na jej pysku rósł coraz większy i większy.
W końcu Pustułkowy Szpon poruszył się, może trochę zniecierpliwiony. Brązowe ślepia Zalotnej Krasopani od razu powędrowały w jego stronę. Odchrząknęła.
— Muszę przyznać, że od kilku dni planuję coś… wielkiego. W czym nawet i wy moglibyście wziąć udział — tu zapauzowała na moment — nawet…? A szczególnie wy! — poprawiła się, kręcąc powoli łebkiem. — Wystarczy tylko, że dotrzymacie mi towarzystwa, gdy ja będę działać… — miauknęła tajemniczo, przenosząc wzrok z Pustułka na jego brata.
— A co z tego będziemy mieli? — odezwał się Kruk.
— Co będziecie z tego mieli? — powtórzyła Zalotka. — Jeśli spiszecie się tak, jak należy, dostaniecie… wszystko. Uznanie, rozpoznawalność, a przede wszystkim… władzę. A czy to nie na tym wam właśnie zależy? Makowy Nów byłaby z was dumna, gdyby udało się wam wspiąć wyżej w hierarchii… A ja w tym momencie daję wam taką możliwość. Podstawiam wam ją niemal pod sam pysk! — wyjaśniła, strzygąc uchem. — Ryzyko jest niewielkie, a nagroda odpowiednia. Więc jak, wchodzicie w to?
* * *
Postanowiła nie czekać dłużej. Obstawiła dwójkę kocurów po obu stronach legowiska przywódcy, a sama zanurzyła się w mroku tego pomieszczenia. Tam od razu do jej nozdrzy dotarł nieprzyjemny zapach starości i zbliżającej się śmierci. Bok przywódcy unosił się miarowo. Nikła Gwiazda spał, jednak w trymiga zbudziła go obecność kapłanki. Sama szylkretka nie spodziewała się, że bury pozostawał jeszcze tak czujny. Choć może to i nawet lepiej. Walka z trupem to w końcu haniebna walka. Nie byłaby w stanie pozbawić kogoś życia podczas snu, to po prostu niehonorowe.
— Czego chcesz? — warknął sennie Nikła Gwiazda. Musiał spostrzec, że spojrzenie Zalotnej Krasopani pełne było gniewu i żądzy krwi. Zresztą nawet jej nie zdziwiła taka reakcja. Nigdy nie mieli sobie po drodze. Bury zawsze był dupkiem i wrzodem na ogonie. To cud, że zaszedł tak daleko.
— Chcę wszystkiego, co dobre dla Klanu Wilka — wyjaśniła spokojnie po dłuższej chwili milczenia. Po pewnym czasie postąpiła krok do przodu – teraz mogła przyjrzeć się przywódcy nieco dokładniej: jego pysk usiany był siwymi włoskami, w jego zielonych ślepiach brakowało już życia. Były niemalże martwe. — Dlaczego jeszcze nie wybrałeś zastępcy? Na co czekasz? — zapytała, rozluźniając nieco mięśnie i zmieniając kompletnie wyraz pyska. Wcześniej wyglądała na spragnioną rozlewu krwi; teraz jej twarz była jak z kamienia.
— Chyba sobie nie myślisz, że uda ci się zaskarbić moje uznanie, Zalotna Krasopani. Nie nadajesz się na mojego zastępcę — fuknął, marszcząc minimalnie brwi. Sprawiał wrażenie, jakby ledwo już panował nad swoim ciałem. To dziwne, że język wciąż miał cięty.
— Doprawdy? — prychnęła, wysuwając śmiało pazury. — Masz rację. Może będzie mi lepiej jako przywódca, hm? — dodała, patrząc na pręgowanego spod przymrużonych powiek.
Ten drgnął, podnosząc się na dwie przednie łapy. Przez jego zmatowiałe oczy przez moment przeszedł strach, który jednak szybko z nich zniknął. Może Nikła Gwiazda pogodził się z tym, że jest to jego koniec?
Nie odezwał się słowem, gdy Zalotna Krasopani zmierzała w jego stronę, niczym kat. Szylkretka spostrzegła jedynie, że wysunął dyskretnie pazury – gdy to zrobił, nie mogła powstrzymać uśmiechu, jaki wślizgnął się na jej lico.
— Naprawdę myślisz, że będziesz mnie w stanie powstrzymać? — zakpiła. Była już na tyle blisko, że spokojnie przyłożyła swoje pazury do jego odsłoniętej szyi. — Jeden ruch i już na zawsze będziesz wędrować po Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd… — mruknęła. Jej głos był pewny, przekonany o swojej wygranej. Jeden ruch… Jedno cięcie… Tyle wystarczyło, by zdobyć wszystko. Dlaczego nikt wcześniej się do tego nie posunął?
Może dlatego, że Nikła Gwiazda wciąż jeszcze posiadał w sobie resztki woli przetrwania. Podczas gdy Zalotna Krasopani zastygła w bezruchu, bury podniósł się gwałtownie i odrzucił ją od siebie. Kapłanka musiała postawić wszystkie cztery łapy na ziemi, by się nie przewrócić. Obnażyła kły.
— Wynik jest już przesądzony. Czy tego chcę, czy nie, ty i tak znajdziesz drogę, by wspiąć się na to stanowisko. Nie oddam ci go jednak bez walki — ostrzegł ją, napinając mięśnie.
Zalotnej Krasopani zachciało się śmiać. Co on mógłby jej zrobić? Nigdy nie był wybitny w walce, a teraz, gdy w dodatku nosił na swoich barkach ponad sto księżyców, był jeszcze słabszy i mizerniejszy. Ale skoro tak chciał się bawić.
Wojowniczka pozwoliła mu wykonać pierwszy ruch. Bury przywódca rzucił się na nią i oboje upadli na ziemię, szamocząc się i wzbijając w powietrze drobinki ziemi i kurzu. W plątaninie ich futer i kończyn ciężko było stwierdzić, kto wygrywa. Jednak w pewnym momencie po grzbiecie szylkretki rozległ się pulsujący ból. Zaraz poczuła też, jak lepka, szkarłatna ciecz skleja jej trójkolorowe futro. Nie mogła uwierzyć w to, że dała się tak łatwo zranić. Wstyd. Najwyraźniej zbyt bardzo go nie doceniła – co nie znaczyło jednak, że Nikła Gwiazda miał jakiekolwiek szanse na wygraną.
Gdy znów stanęli po dwóch różnych stronach legowiska, Zalotka się nie wahała. Wyskoczyła do przodu, uderzając w jego bok. Ściany legowiska aż się zatrzęsły, gdy bury został do nich przygwożdżony. Wydał z siebie ciężkie sapnięcie, a łapy pod nim lekko się ugięły. Kapłanka wyciągnęła do przodu łapę i ponownie objęła nią jego gardziel.
— Może skończmy już tę zabawę, co? — warknęła przez zęby. Nikła Gwiazda obdarzył ją tylko słabym uśmiechem, nim ta zdążyła wbić pazury w jego cienką skórę. Nie czekała ani chwili dłużej. Przejechała szponami po jego szyi, rysując na niej kilka krwawych szlaczków.
Po kilku uderzeniach serca przywódca ześlizgnął się po ścianie w dół. Z jego gardła począł wydobywać się dźwięk bulgotania. Jego oczy, które powoli już zachodziły mgłą, zatrzymały się na sylwetce Zalotki. Kapłanka oddychała ciężko, jej ślepia były szeroko otwarte. Łapę miała splamioną krwią, tak samo, jak i grzbiet. Plama w kształcie motyla, która zdobiła jej futro, była niemal niewidoczna, przykryta warstwą czerwieni.
Gdy Nikła Gwiazda zrodził już ostatni oddech, szylkretka zacisnęła szczękę. Przez moment tępo wpatrywała się w zwłoki byłego przywódcy, nim nie chwyciła ich agresywnie za skórę na karku. Nie zrobiła tego delikatnie, ostrożnie. Zrobiła to tak, jakby brała ze sobą upolowanego, brudnego szczura. Udało jej się wyciągnąć wiotkie ciało poza legowisko. Domyślała się, że w tym momencie wiele kotów przyglądało jej się ze zdziwieniem – w końcu nie był to codzienny widok. Zalotna Krasopani resztkami sił wciągnęła tę burą kupę futra na szczyt nory, by następnie wyprostować się i przyłożyć jedną z łap do nieruchomej głowy Nikłej Gwiazdy.
— Klanie Wilka! — zawołała doniośle. Koty wysunęły pyski z legowisk, zaciekawione tym, co dzieje się w azylu. Nim szylkretka kontynuowała, omiotła wzrokiem polanę przed nią. Uspokoiła się nieco, gdy spostrzegła, że Pustułkowy Szpon i Krucze Pióro mierzyli każdego ostrzegawczym wzrokiem, jakby bezsłownie przekazywali: spróbujcie tu podejść, a was rozszarpiemy.
— To wielki dzień dla nas wszystkich! Wreszcie zostaliście uwolnieni spod rządów Nikłej Gwiazdy! — wygłosiła z triumfem w głosie. Jej ogon kołysał się nerwowo na boki, gdy patrzyła na zakłopotane twarze pobratymców. — Musicie przyznać mi rację, towarzysze. Nikła Gwiazda od zawsze był słaby. Został liderem tylko dlatego, że zdania Przodków nie możemy podważać. Wybrali go, lecz czy wybrali słusznie… nad tym możemy się zastanawiać — kontynuowała, wbijając wzrok pełen nienawiści w zwłoki burego. — Od kilku księżyców jasne było, że ten oto łajnojad nie nadaje się już na kogoś tak wielkiego. Tym bardziej nie wtedy, gdy w Klanie Wilka nastroje bywają różne. Ucieczka tych zdrajców wciąż jest świeża w naszych umysłach i pokuszę się o stwierdzenie, że gdyby Nikła Gwiazda szybciej odszedł ze stanowiska, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Jego rządy sprowadziły na nas wiele nieprzyjemności, lecz teraz nie macie się już czego obawiać. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by naprowadzić Klan Wilka na właściwą ścieżkę. Na ścieżkę ku bezwzględnej sile! — ciągnęła śmiało, podczas gdy w jej głowie pojawiały się już pomysły na zmiany w Klanie Wilka, a konkretniej wśród kultystów. Zdawała sobie sprawę lepiej niż inni z tego, że kult posiadał sporo słabych punktów, których dałoby się pozbyć. Czuła, że w przyszłości spotkania kultystów będą odbywać się tylko częściej i częściej.
Po chwili ciszy postanowiła kontynuować:
— Od tej pory będę nosić imię Zalotna Gwiazda, tak jak wcześniej było to w przypadku moich poprzedników. Przysięgam wam na własne życie, że to imię zapamiętacie jeszcze na długo po mojej śmierci. Swoją lojalnością i zaangażowaniem zamierzam zmienić życie tego, jak i przyszłych pokoleń! — oznajmiła, niemal już kończąc swoją wypowiedź. Gdy jednak napotkała spojrzenie Kruczego Pióra, który uniósł ku niej głowę, przypomniała sobie o jednej sprawie. — Na razie w Klanie Wilka nie będzie jeszcze zastępcy, lecz nie macie się o co martwić. Nie popełnię tego samego błędu, co mój poprzednik. Moja prawa łapa zostanie wybrana w przeciągu kilku dni. Musicie jednak zrozumieć, że wcale nie jest to łatwa decyzja. Muszę jak najlepiej ją przemyśleć, by, rzecz jasna, jak najlepiej służył mi, jak i wam.
Na tym zakończyła. Nie tylko wypowiedź, ale też poprzednią erę. Teraz przyszedł czas na nią – na Zalotną Gwiazdę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz