— Przyszedłeś się patrzeć, czy porozmawiać? — zapytała, a w jej głosie pobrzmiewała ostrość, podszyta jednak ledwie uchwytną nutą żartu, jakby chciała rozładować napięcie, zanim to zdążyłoby sięgnąć jej własnego serca. Po chwili jednak jej spojrzenie stwardniało, a w bursztynowych oczach przemknął cień czujności. — Jesteś bardziej marudny niż zwykle. Coś cię trapi?
Mirtowe Lśnienie zastrzygł uszami, reagując nie tyle na słowa siostry, co na wir myśli, które kłębiły się w jego głowie niczym burzowe chmury nad obozem. Przejechał powoli parą swych żółtych, niemal złocistych oczu po wnętrzu żłobka — po gniazdach uplecionych z mchu i piór, po cienistych zakamarkach, w których unosił się zapach mleka, ciepła i świeżego życia. Było tu ciszej niż w reszcie obozu, lecz ta cisza nie przynosiła ukojenia; przeciwnie, zdawała się ciążyć mu na barkach…
Nigdy nie spodziewał się, że to właśnie jego siostra zostanie matką. Ironicznie, był przekonany, że to on ułoży sobie życie osobiste, a jej wszyscy będą współczuć czy coś w tym rodzaju. Tymczasem los zakpił sobie z jego wyobrażeń, splatając przyszłość Łuny z kociętami, a jego samego pozostawiając z uczuciem dziwnej pustki i niepokoju, którego nie potrafił nazwać.
Westchnął cicho, niemal bezgłośnie, jakby bał się zakłócić kruchą równowagę panującą w żłobku. Przez kilka uderzeń serca wpatrywał się w Strzępka, obserwując delikatny ruch jego boków unoszących się w rytmie spokojnego snu. Potem jego wzrok powędrował ku Szronce, ziewającej cichutko, wtulonej głęboko w mszyste posłanko.
Parsknął cicho, a jego wąsy zadrżały lekko, gdy z niedowierzaniem przyglądał się kociętom — małym, bezbronnym istotom, które jeszcze nie znały zapachu lasu ani chłodu porannej rosy. Ich obecność była niemal namacalna, wypełniała przestrzeń żłobka ciepłem i czymś jeszcze… czymś, co niepokoiło go bardziej niż otwarty konflikt.
Nie wiedział, co powinien powiedzieć siostrze. Czy miał na nią nakrzyczeć, wyrzucić z siebie gniew i lęk, które dusiły go od środka? A może spiąć się, przywdziać maskę obojętności, udając, że to wszystko go nie dotyczy? Myśl o milczeniu wydawała się najłatwiejsza, lecz jednocześnie najbardziej tchórzliwa. Łuna, choć nie wyglądała na szczególnie wzruszoną, tkwiła przecież w sytuacji, którą nawet najłagodniej można było określić jako trudną.
Przez dłuższą chwilę krążył po żłobku, stawiając kroki ostrożnie, jakby każdy szelest mchu mógł obudzić kocięta lub zdradzić jego wewnętrzne rozdarcie. W końcu zatrzymał się przed Łuną, czując, jak ciężar niewypowiedzianych myśli osiada mu w gardle.
— Łuno… — zaczął w końcu. Jego głos był przytłumiony, jakby grzązł w gęstym powietrzu żłobka, ale pobrzmiewała w nim szczerość i niepewność, których nie potrafił już ukryć. Uszy miał lekko położone po sobie, a spojrzenie błądziło między drobnymi ciałkami kociąt skulonych w gnieździe z mchu.
Westchnął cicho.
— Nie chcę być nieuprzejmy — mruknął — ale… nie wiem, co mam myśleć, kiedy na nie patrzę. — Jego wzrok na moment zatrzymał się na jednym z malców, po czym odwrócił się gwałtownie, jakby widok ten parzył go w oczy. — Nie wiem, jak mogłaś zrobić to sobie. A tym bardziej im.
Jego ogon drgnął nerwowo, zamiatając ściółkę.
— Nie mam zamiaru brać w tym udziału — ciągnął dalej, a w jego głosie pojawiła się twardsza nuta. — Nie myśl sobie, że to znaczy, że nie czuję gniewu. Czuję. I to jak. Ale… — zawahał się, szukając słów — po prostu nie sądzę, żebym chciał dzielić z tobą ten ciężar.
Zapadła cisza, przerywana jedynie cichim popiskiwaniem kociąt. Kocur poruszył ogonem wolniej, już bez złości — raczej ze zmęczeniem.
— Nie wiem, co jeszcze mógłbym ci powiedzieć — dodał ciszej. — Nie wiem też, co zrobię z tą wiedzą. — Parsknął krótko, bez cienia wesołości. — Zabawne… Ojciec zawsze widział w tobie ideał. Wzorową córkę klanu. — Spojrzał na nią spod półprzymkniętych powiek. — Chyba zawsze mnie to bolało, choć nigdy się do tego nie przyznałem… — uniósł lekko kąciki pyska w gorzkim uśmiechu — Po tym wszystkim stoimy przynajmniej na równym poziomie, co? Hah.
Zamilkł. Siedział tak przez dłuższą chwilę, nieruchomy jak kamień, wpatrując się w ścianę żłobka, jakby odpowiedzi miały zaraz przebić się przez jego kamienne ściany.
— Czasem łudzimy się, że wszystko potoczy się dobrze — odezwał się w końcu, niemal szeptem — nawet jeśli Gwiezdni wysyłają same złe znaki. — Odwrócił głowę w jej stronę. — Wiedziałaś o tym, gdy spotykałaś się z tamtym kocurem.
Nie dał jej szansy odpowiedzieć.
Podniósł się, strząsnął z futra źdźbła mchu i bez oglądania się ruszył ku wyjściu. Jego sylwetka na moment odcięła się na tle jasności obozu, po czym zniknęła za progiem żłobka, pozostawiając po sobie tylko ciszę.
***
Niebo spowijała nieprzyjemna, nienaturalna biel, która zamiast przynosić ukojenie właściwe świeżemu śniegowi, ciążyła nad lasem niczym martwa zasłona, podczas gdy lodowaty wiatr, nieustępliwy i ostry, szarpał futrami wszystkich wojowników, jakby próbował przypomnieć im, jak kruche było ich istnienie w obliczu tej pory roku. Był to jeden z tych męczących okresów, w których śnieg, maskując glebę swoją jasną osłoną, odbierał klanowi nie tylko dostęp do zwierzyny, lecz także złudzenie kontroli, sprawiając, że każdy dzień zdawał się dłużyć w nieskończoność, jakby czas sam w sobie postanowił igrać z losem klanowych kotów, obserwując ich z niewidzialnym, złowieszczym uśmiechem.
Mirtowe Lśnienie westchnął cicho, gdy jego wzrok powędrował ku obozowisku przywódcy, gdzie Judaszowcowa Gwiazda, coraz słabszy i przygarbiony, spędzał długie chwile w bezruchu, co tylko potwierdzało to, o czym od dawna szeptano w obozie, choć rzadko mówiono o tym głośno. Zdawało się, że każdy to wiedział — że czas przywódcy dobiega końca — ponieważ siwe włoski, które pojawiły się na jego futrze niczym szron osiadający na starych konarach, dostrzegał już niemal każdy, nawet najstarsze koty klanu.
Na pysku rudego wojownika pojawił się uśmiech, powolny i rozmarzony, gdy w myślach odtwarzał wizję przyszłości, w której Pikująca Jaskółka zostaje powalona i zapomniana, a jej pozycja zastępczyni, dotąd tak oczywista i niepodważalna, rozpływa się w świadomości klanu, jakby nigdy nie miała znaczenia. Jego ogon drgnął leniwie, gdy na kilka uderzeń serca zapadł w niemal całkowity trans, w którym przestawał widzieć obozowisko, zimno i głód, a skupiał się wyłącznie na obrazie własnej wygranej.
Widział siebie, gdy staje na czele klanu jako Lśniąca Gwiazda, a imię Mirtowe Lśnienie, zwykłe i słabe, znika bezpowrotnie wraz z chwilą śmierci Jaskółki, która w jego myślach była już tylko przeszkodą, a nie żywą kotką. Tak właśnie musiało być, ponieważ sama myśl, że los mógłby potoczyć się inaczej, była dla niego zbyt trudna do przełknięcia, zbyt niewygodna, by pozwolić jej choć na moment zakorzenić się w jego umyśle.
Kilka razy zamrugał gwałtownie, gdy z rozmyślań wyrwały go głosy budzącego się do życia obozowiska, które stopniowo wypełniało się ruchem i cichymi rozmowami wojowników wychodzących ze swych legowisk, otrząsających futra z resztek śniegu. Przełknął ślinę, zanim ruszył w stronę sterty ze zdobyczą, gdzie, zgodnie z jego oczekiwaniami, zastał widok mizerny i rozczarowujący, choć nie na tyle, by odmówić sobie posiłku, nawet jeśli miał on jedynie na krótko stłumić ssący głód.
Zacisnął szczęki na drobnym szczurze, którego chude ciało niemal natychmiast zdradziło, jak niewiele mięsa było w stanie zaoferować. Zamiast ruszyć w stronę legowiska wojowników, zastygł w pół kroku, a jego wzrok, niemal mimowolnie, powędrował ku żłobkowi.
Może powinien zanieść zdobycz tym, którzy zdawali się najbardziej jej potrzebować — tym, którzy nie mieli jeszcze siły, by upominać się o swoje miejsce w klanie, ani głosu, by sprzeciwić się decyzjom starszych. Tak przynajmniej wypadało, nawet jeśli w jego myślach nie było ani krzty altruizmu.
Szarawe, kamienne ściany żłobka, skute mrozem Pory Nagich Drzew, wyglądały surowo i obco, jakby nawet one nie chciały przyjąć na siebie ciężaru nowych istnień.
— Dobrze cię widzieć, Łuno — miauknął w końcu, gdy już upuścił zwierzynę przed siostrą, starając się, by jego głos zabrzmiał neutralnie, niemal uprzejmie, choć w środku coś nieprzyjemnie go uwierało. — Co u ciebie? — dodał po krótkiej pauzie, zerkając na kocięta. — Widzę, że raczej bez zmian…
Przez kilka uderzeń serca jego wzrok powędrował ku górze, jakby szukał odpowiedzi w popękanym suficie jaskini, nim w końcu zmusił się, by spojrzeć siostrze prosto w oczy, w których odbijało się zmęczenie i czujność.
— Już niedługo Judaszowcowa Gwiazda zakończy swoje panowanie, huh? Ależ ten czas leci... — odezwał się cicho, a w jego tonie pobrzmiewała nuta pozornej refleksji. — Jak myślisz… — zawahał się na ułamek chwili — czy Pikująca Jaskółka to dobre następstwo?
<Siostra?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz