Dzień zgromadzenia 10.01...
Sama myśl o nim — o Kołysankowej Łapie — rozpalała w jej piersi ciepło intensywniejsze niż najłagodniejszy, letni powiew wiatru muskający futro. To nie było uczucie gwałtowne ani oszałamiające, lecz drobne, jasne jak iskra, a przy tym zaskakująco szczere, jakby ktoś na moment uchylił ciężką zasłonę codziennych trosk i wpuścił do jej wnętrza odrobinę światła. Dawno nie czuła się w ten sposób — lekko, niemal dziecięco podekscytowana — i choć nie pozwoliłaby sobie głośno tego przyznać, ta jedna perspektywa potrafiła dodać jej energii bardziej niż jakikolwiek odpoczynek po długim dniu obowiązków.
Jej kroki były płynne, niemal bezszelestne, niosły w sobie typową dla niej grację oraz precyzję, wypracowaną przez księżyce treningów i nieustannej samokontroli. Zmierzała w stronę Bursztynowej Wyspy, a nocne powietrze wypełniało się wielogłosem rozmów — podekscytowanych uczniów, dumnych wojowników oraz medyczek. Mimo to Niebiańska Łapa nie obracała głowy, nie szukała spojrzeń ani nie zatrzymywała się, by zanurzyć się w rozmowie z kimkolwiek z własnego klanu. Dlaczego miałaby poświęcać swój czas tym mysim móżdżkom? Żaden z nich nie był wart jej uwagi, a już na pewno nie jej towarzystwa…
Na horyzoncie zaczynał malować się cel jej podróży. Bursztynowa Wyspa jaśniała w blasku księżyca, jakby była skarbem sprowadzonym na ziemię przez sam Klan Gwiazdy — kamienna, dumna, opleciona srebrzystym światłem, które podkreślało każdy jej kant i szczelinę. Gdy tylko zasiadła na chłodnym, twardym podłożu wraz z resztą Klanu Klifu, na jej pysku niemal mimowolnie pojawił się uśmieszek, delikatny, lecz pełen cichej satysfakcji.
Zdawało się, że nie dotarli na zgromadzenie jako pierwsi. Na skale przywódców widziała już lidera Klanu Wilka — Nikłą Gwiazdę, którego sylwetka rysowała się wyraźnie na tle nocnego nieba. Nie dostrzegła jednak Króliczej Gwiazdy. Czyżby Klan Burzy się spóźniał?
Odruchowo przejechała języczkiem po futrze na piersi, wygładzając je z drobiazgową troską, po czym westchnęła cicho, zirytowana samą sobą. Była zmęczona własną głupotą — tym nieustannym napięciem, oczekiwaniem, które czaiło się gdzieś pod skórą. Przecież zobaczy się z Kołysankiem prędzej czy później… a jednak nie potrafiła powstrzymać lekkiego drżenia niepokoju, które przebiegało jej po kręgosłupie na samą myśl, że bengal mógłby nie pojawić się na zgromadzeniu.
Parsknęła pod nosem, bardziej rozbawiona własnym rozgoryczeniem niż naprawdę zła.
Czekała więc, a gdy na wyspie pojawił się już dymny lider Klanu Burzy, podniosła się z miejsca, by rozejrzeć się za rudym uczniem.
Westchnęła ponownie, tym razem z rosnącą niecierpliwością, stukając ogonem o ziemię w nierównym rytmie. Cały czas żywiła nadzieję, że Kołysanek zaraz wyłoni się spomiędzy kotów, podejdzie do niej, zamieni z nią kilka słów — może nawet się uśmiechnie. Tym razem specjalnie wplotła sobie kwiaty w futerko… No tak. Typowe. Raz spotkasz kogoś, kto wydaje się tak idealnie dopasowany, że aż trudno w to uwierzyć, a potem los postanawia odebrać ci go bez ostrzeżenia, jakby był jedynie krótką, przypadkową chwilą, której nie wolno zatrzymać. Nie zdążyła jednak oddalić się zbyt daleko od reszty klanu, gdy nagle… uderzyła w coś małego.
Niemal natychmiast cofnęła się o kilka kroków, a z jej pyska wyrwało się ciche syknięcie, gdy dostrzegła, że przed nią stoi drobne, szylkretowe kocię, o oczach pełnych energii i spojrzeniu tak chytrym oraz wyzywającym, jakby wcale nie zamierzało ustąpić.
— Ej, ty! Patrz jak chodzisz! — wyburczała, choć doskonale wiedziała, że ta wpadka była stuprocentowo jej winą.
Niebo przez krótką chwilę milczała, mierząc kociaka spojrzeniem. Naprawdę? Ten dzieciak chciał się z nią kłócić? Komedia…
— Och, kochana, wybacz, ale jesteś takim krasnalem, że trudno w ciebie nie wpaść… — miauknęła z wyraźnie wyczuwalną wyższością. — Swoją drogą, ciekawe, że wpuścili jakiegoś kociaka na zgromadzenie. Nie powinnaś siedzieć teraz w żłobku?
— Kociakiem? Kochana — powtórzyła jej zwrot piskliwym, przedrzeźniającym tonem — mam już całe CZTERY księżyce, więc zastanów się, kogo tutaj nazywasz kociakiem.
Niebiańska Łapa parsknęła cicho, unosząc kącik pyska w półuśmiechu, w którym pobrzmiewała jawna kpina. Spojrzała na drobną sylwetkę stojącą przed nią, na zbyt krótkie łapy, miękkie jeszcze rysy pyszczka i futerko, które wciąż nosiło w sobie dziecięcą puszystość.
— Złotko, popatrz tylko na siebie. Jeśli ty masz cztery księżyce, to ja jestem władczynią wszechświata — prychnęła, potrząsając lekko głową, jakby sama myśl o tym była zbyt absurdalna, by ją traktować poważnie.
Pochyliła się niżej, aż jej pysk znalazł się na wysokości oczu kociaka, a srebrzyste światło księżyca osiadło na jej futrze niczym delikatny pył.
— Daję ci góra dwa księżyce — dodała.
— Phi! Dwa księżyce to ma ten niedojda Lisek! On się nawet na łapach nie umie równo utrzymać… To ty ile masz? Z dziesięć?
Uniesienie brwi Niebiańskiej Łapy było niemal teatralne, a w jej spojrzeniu błysnęła rozbawiona drwina.
— Dziesięć? Doprawdy? — mruknęła. — Prawie dwadzieścia — poprawiła z wyraźną satysfakcją. — I uwierz mi, przeżyłam więcej, niż ty i twój Lisek razem wzięci.
Jej ogon poruszył się leniwie, kreśląc w powietrzu spokojny, niemal obojętny łuk, gdy przyglądała się kociakowi. Dopiero teraz uderzyło ją, jak dawno temu sama była w podobnym wieku — jak szybko ten czas rozpłynął się w treningach, ambicjach i cichych rozczarowaniach.
— Masz dwadzieścia księżyców? Powiem ci, że też nie wyglądasz — mruknęła szylkretka, przewracając oczami. — To co? Jesteś teraz wojowniczką czy coś w ten deseń?
Pytanie uderzyło w nią niespodziewanie, niczym zimny podmuch wiatru. Przełknęła ślinę, czując, jak w jej wnętrzu coś nieprzyjemnie się zaciska. Wojowniczką… Nie. Wciąż była tylko uczennicą, pomimo tego, że była juź nieco za stara, by nosić ten tytuł. Zdawała sobie sprawę z tego, że jej rówieśnikom idzie dużo lepiej — że oni z pewnością są dużo bliżej uzyskania imienia, niż ona sama. Lecz… Przynajmniej jej siostry nie były lepsze, racja? A ten mikrob stojący przed nią nie musiał znać prawdy o jej jakże imponującej “karierze” — nie zasługiwał na nią.
— No, jestem. A kim mam być? — prychnęła, unosząc podbródek z udawaną pewnością.
Przejechała języczkiem po futrze na piersi, gestem tak dobrze wyćwiczonym, że niemal automatycznym, jakby chciała dać do zrozumienia, że ma znacznie ważniejsze sprawy na głowie. Na Klan Gwiazdy… gdyby nie ten tłum, mogłaby teraz rozmawiać z Kołysankową Łapą, słuchać jego głosu, przyglądać się cudnym wzorom jego futra, wymieniać się lekkimi, niemal słodkimi komplementami. Tymczasem nie była w stanie dostrzec nawet końcówki jego ogona.
— Coś jeszcze chcesz wiedzieć?
— Po co się tak wystroiłaś? — mruknęła kociaczka. — Z chłopakiem się spotykasz?
Niebiańska Łapa burknęła coś pod nosem, po czym wypuściła z siebie długie, zrezygnowane westchnięcie. Tego się nie spodziewała — a już na pewno nie od kociaka, który jeszcze przed chwilą próbował z nią wojować na słowa. Sama nie znała odpowiedzi na to pytanie… bo który rozsądny kot wplata sobie kwiaty w futro z powodu kogoś, kogo widział zaledwie dwa razy? Tak, chyba tylko miłość doprowadza do tego typu zachowań.
— Powiedzmy — mruknęła w końcu, wybierając najbezpieczniejszą, najbardziej wymijającą odpowiedź. — Masz jeszcze jakieś pytania?
Szylkretka przechyliła głowę, a jej zielone oczy zalśniły żywym, niemal iskrzącym się zainteresowaniem.
— Czekaj, naprawdę? Masz chłopaka? Z jakiego klanu? Kto to jest?
Niebiańska Łapa zamilkła na moment, zaskoczona tym, jak łatwo rozmowa zeszła na tory, których wcale nie planowała. Przecież nie zamierzała się zwierzać… a jednak słowa, jakby napędzane ciepłem tłumionych uczuć, same zaczęły wydostawać się z jej pyska.
— Wiesz, to dość skomplikowane… — zaczęła ostrożnie, mrużąc oczy. — I właśnie dlatego musi to pozostać naszą tajemnicą.
Zawahała się ułamek chwili, po czym westchnęła cicho, jakby poddawała się czemuś, co i tak było silniejsze od niej.
— Ale… och, nie masz pojęcia, jaki on jest cudowny — mruknęła, a jej głos zmiękł, nabierając rzadko używanej przez nią łagodności. — Ma takie ładne futro, pełne kwiatków i innych dekoracji. Jakby cały był jedną wielką ozdobą. Chyba nigdy nie spotkałam kota, który miałby gust tak podobny do mojego…
Na jej pysku pojawił się cień uśmiechu, ulotny jak blask księżyca na wodzie, który szybko jednak ustąpił irytacji.
— Ale ma też najbardziej denerwującą koleżaneczkę na świecie!
Szylkretka zdawała się zupełnie zapomnieć o wcześniejszym konflikcie. Słuchała z zapartym tchem, jej ogonek drgał lekko, zdradzając narastające emocje.
— Jaką koleżankę? Jakieś łasicze serce próbuje ci go odbić? — dopytała. — Powinnaś porozmawiać z moją mamą, ona ukradła swojej koleżance chłopaka i ten nigdy się za swoją pierwszą kotką nie obejrzał! Serio! A, no i nie martw się, nikomu nie wygadam, słowo honoru.
— Odbić? Coś ty! Ona nie jest żadną konkurencją..! — prychnęła Niebiańska Łapa, machając ogonem z wyraźnym zniecierpliwieniem. — To raczej coś jak młodsza siostra, która nie potrafi się od niego odkleić.
Westchnęła ciężko, czując, jak frustracja znów zbiera się pod jej skórą.
— Wiesz, jak to jest — mruknęła. — Siedzisz sobie, spokojnie z kimś gawędzisz, wszystko idzie świetnie, a tu nagle ona wpada jak burza i zaczyna się wtrącać! Bez zaproszenia, bez wyczucia… Po prostu chodzący kleszcz.
— O tak, rozumiem, to musi być takie irytujące… — miauknęła szylkretka. — Weź ty się nie martw. Może kiedyś się odczepi. Albo inaczej, ten typek przejrzy na oczy i sam zda sobie sprawę, że to tylko rzep na ogonie i ją spławi. A właśnie, skoro tu już jesteśmy… to czemu z nim teraz nie gadasz?
Niebiańska Łapa przesunęła spojrzeniem po Bursztynowej Wyspie. Kamienie lśniły w świetle księżyca, a sylwetki kotów splatały się w gęstą, poruszającą się masę. W jej oczach mignął cień smutku, zaraz potem rozczarowanie.
— Sama nie wiem… — mruknęła cicho. — Po prostu… nie zauważyłam go tutaj.
— Ahaaa. No cóż. Może się jeszcze spotkacie niedługo, na granicy na przykład! Nie martw się — jak kocha, to wróci.
“Och, oby tak było…” — przemknęło przez myśli Niebiańskiej Łapy.
Zastrzygła uszami, gdy głos jednego z liderów uniósł się ponad szmer zgromadzonych kotów, czysty i donośny, niosąc się echem po Bursztynowej Wyspie. Rozmowy zaczęły cichnąć jedna po drugiej, jakby noc sama wstrzymała oddech, a Niebiańska Łapa skupiła spojrzenie na skale przywódców, starając się odsunąć na bok własne myśli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz