— Co ty robisz kretynko, wiej! — wrzasnął nagle Sekrecik, łapiąc ją agresywnie za ogon. Ból przywrócił ją na ziemie. Kotka pisnęła, a wysoki dźwięk rozjuszył rudą bestię jeszcze bardziej. Skoczyła prosto na parę samotników, którzy w ostatnim momencie rzucili się do ucieczki.
Dawna zwiadowczyni czuła, jak adrenalina buzuje jej w żyłach, jak strach sprawia, że umysł staje się bardziej przejrzysty. Wszystko było proste, zwłaszcza że w głowie miała jeden cel: przeżyć. Nigdy nie przebierała łapami z taką prędkością, żaden wyścig z Sekrecikiem, Lnem czy Jaśminowiec mógł być porównany do tego, co działo się w tym momencie. Jej oczy nie były w stanie rozpoznawać kształtów, które mijała, a huk wiatru, uderzający jej w uszy, całkowicie ogłuszał. Miała wrażenie, że źdźbła trawy, które uderzają ją w pysk, są niczym kolczaste łodygi. Przez ten krótki czas nie myślała nawet o Sekreciku. Pierwszy raz, od kiedy opuścili wspólnie Owocowy Las, jego ogon nie majaczył jej przed nosem, jego płowy pysk nie kręcił się po prawej, ni lewej stronie. Gdyby nie fakt, że kilka mysich długości za sobą słyszała jego urywane sapanie, byłaby pewna, że lisica go dopadła.
Polana powoli zamieniła się w rzadki gaj. Odszukała wzrokiem niezbyt pokaźny buk, którego niskie gałęzie rozkładały się nad wydeptanymi kępkami. Nie odwracając się, rzuciła:
— Do góry! — Przyśpieszyła nieznacznie i wybiła się, łapiąc pazurami gładką korę.
— Miłostka, czekaj — powiedział Sekrecik, dysząc ciężko.
— Na co?! Aż nas zeżre?! — warknęła, wspinając się wyżej i wyżej, aż wszystkie jej łapy stanęły na jednej ze środkowych gałęzi. Spojrzała na dół, gdzie jej brat stał spokojnie, wciąż próbując złapać oddech, i zadzierał do góry głowę, wpatrując się w kotkę.
— Tobie robale zeżarły mózg. Widzisz ją tu gdzieś? Próbowałem do ciebie wrzeszczeć, ale niemal cię nie zgubiłem. Żebyś taka prędka była podczas polowania to może nie musielibyśmy żreć najchudszych, kulawych myszy. — Zrobił kolejny krok.
— Lepiej uciec dalej niż bliżej. Prawie odgryzła mi pół nosa! — Szylkretka położyła się na gałęzi i pochyliła się na dół, próbując zbliżyć się nieco do brata. — Ciekawe, kto wtedy by ci łapał sójki i gonił za wiewiórkami, panie wielki wojowniku!
— Może jakbyś była bez nosa, to w końcu zobaczyłabyś coś więcej niż tylko jego czubek — powiedział Sekrecik i usiadł pod drzewem, owijając sobie ogon wokół łap.
— Znalazł się! Wzór przykładności, honoru i troski nad innymi. — Złapała się teatralnie za serce.
— A wiedz, że tak. Na pewno bardziej niż ty. Jesteś jednym z najbardziej samolubnych kotów, jakie kiedykolwiek spotkałem.
— A ty jednym z najgłupszych! — odgryzła się. Zapanowała cisza. Chociaż słońce zdawało się mieć jeszcze długą drogę przed sobą, zanim horyzont pozwoli mu skryć się i odpocząć, tak chłód wieczora już ich dogonił. Wiatr wzbierał się i tańczył między nielicznymi drzewami. Zostawiali za sobą polany i niewielkie skupiska wyższej roślinności, wchodzili w gęstszy, ciemniejszy las. Musieli zadecydować do dalej. Miłostka wstała powoli i rozejrzała się po konarze; był gruby i mocny, a po jednej stronie, nieco niżej, znajdowała się dziupla. Szylkretka zeskoczyła jedną gałąź w dół i obejrzała dziurę; nie była zbyt duża, ale noce stawały się chłodniejsze, więc bliskość była preferowana.
— H-hej... Dasz rade wejść? — zapytała spokojnie, nieco niezręcznie. Płowy kocur kiwnął głową, ale nie ruszył się z miejsca. — Powinniśmy się zmieścić, ale może być trochę ciasno.
— Dobrze, że nie mamy jedzenia i mogliśmy się przygotować do tego, że będziemy spać w dziupli, w której ledwo mieszczą się pisklęta. — Przewrócił oczami, ale tym razem wstał i przygotował się do wspinaczki.
— Och przepraszam, że dałam rady znaleźć czegoś, co odpowiada paniczowi — parsknęła kotka, ale na widok pokracznych sposób wspinaczki kocura, musiała się zaśmiać. — Oj... Chyba będziemy musieli nad tym popracować, co?
— Za-zamknij się... — wydusił, ale w końcu wślizgnął się do środka dziury. — Zobaczymy, kto by sobie lepiej poradził, jakby skończyło się na walce z tą rudą kupką futra.
— Jeszcze byś się zdziwił... Ale nie będę się teraz nad tobą pastwić — powiedziała, wchodząc za płowym. Okazało się, że schronienie było jeszcze mniejsze, niż zdawało się na samym początku.
— Uważaj trochę, łazisz mi po ogonie! I schowaj te pazury, bo zaraz wydłubiesz mi oko — warczał Sekrecik, kiedy siostra próbowała okręcić się i znaleźć sobie jakieś miejsce. W końcu dawny wojownik położył się byle gdzie, a kotka obok, kładąc policzek na jego grzbiecie. Westchnęła, próbując ukryć, że wciąga ten jedyny znajomy dla niej zapach. Płowy łeb spoczął na jej kręgosłupie. — Co teraz? — spytał cicho.
— Nie wiem, ale... musimy coś wymyślić — mruknęła.
— Nie poradzimy sobie sami, nieważne ile będziemy się oszukiwać, wiesz o tym. — Wzrok kocura był twardy i stanowczy. Miłostka wiedziała, że to Sekrecik jest tym racjonalnym, że to on myśli więcej i przychodzi mu to z większą łatwością.
— Wiem... Gdzie chcemy iść? Myślałeś nad tym? — Przekręciła się nieco, aby móc uciec przez morskimi ślepiami.
— Rozumiem, że próby przekonania cię do powrotu do Owocowego Lasu wciąż są bezsensowne?
— Nawet nie zaczynaj — burknęła, marszcząc nos.
— Możemy iść poszukać czegoś przy Wyprostowanych... Tam na pewno żyją koty. — Myślał głośno płowy.
— Jak nie one obedrą nas ze skór, to zrobią to Bezwłosi, ale z godności... — Skrzywiła się szylkretka.
— To co? Nie wierzę, że jesteśmy daleko od granic Naszych... Najbliżej nam zapewne do Klanu Wilka. Nie zdziwię się, jakby ten las prowadził właśnie tam... Musielibyśmy się bardziej w niego zapuścić, wtedy będziemy pewni przez zapach. No i jest jeszcze Klan Burzy, też pewnie bliżej niż dalej...
— A Klifu? Ojciec z niego przyszedł — zaproponowała zielonooka.
— Dalej się nie dało? — mruknął Sekrecik, marszcząc brwi.
— Wiemy, gdzie jest... Jeśli znajdziemy jakieś miejsce, które będziemy kojarzyć z drogi na Bursztynową Wyspę, powinniśmy się nie pogubić. No i ojciec tam mieszkał — powtórzyła.
— Jeśli dobrze pamiętasz, to ojciec kilka zgromadzeń temu wdał się w publiczną bijatykę z Klifiakiem, nie wiem, czy powinniśmy się kierować wyborami staruszka. — O ile słowa kocura miały dużo sensu, tak kotka jedynie wzruszyła barkami.
— W Owocowym Lesie wszyscy go lubili, nawet ta stara dżdżownica Cierń, więc nie wierzę, że w Klanie Klifu za nim nie przepadali — zauważyła. Płowy wydał z siebie niski pomruk i przez dłuższy moment milczał, myśląc nad możliwymi problemami, które mogą z tego wyniknąć. Kiedy kocur, według siostry, zastanawiał się już zdecydowanie za długo, dodała: — Jeśli się nie zgodzą, zawsze możemy spróbować gdzieś indziej... Nie powyrywają nam ogonów, jeśli nic im nie zrobimy prawda?
— Raczej nie... — zgodził się. — Ale w takim razie musimy tu jakiś czas zostać. Jak wejdziemy na tereny klanów, raczej nie będziemy mogli polować, bo powyrywają nam nie tylko ogony, ale i całe zadki.
— Miejmy nadzieje, że lisica nie mieszka w tym lasku — zażartowała ruda, a brat uderzył ją ogonem po czole. Zaśmiała się i podkuliła nogi mocniej pod siebie. Westchnęła głęboko i przymknęła ślepia. Cisza znów rozniosła się po dziupli. Sekrecik niemal zasnął, ale zmęczony głos znów się odezwał: — Nasze imiona są głupie...
— Słucham? — Otworzył jedno oko.
— Żałosne... Nie pasują... — dodała i przybliżyła się nieco do głowy kocura. — Wiesz, oni nazywają się tak majestatycznie... Jak to niby będzie brzmieć w naszym przypadku?
— Sekretny to bardzo ładny człon, nie wiem, o czym mówisz — mruknął, ale widocznie zainteresował się słowami zwiadowczyni. — Ale co proponujesz.
— Nadajmy sobie nowe imiona.
— Że sami?
— Nawzajem. Ja nadam tobie, a ty mnie — wytłumaczyła, już nieco bardziej rozbudzona.
— Nie wiem, czy ci ufam z tak poważnym wyborem — burknął żartobliwie, ale w oku mu zaiskrzyło. — No i czy ty jesteś w stanie mi powierzyć coś takiego? Po tych swoich wszystkich głupich wyborach jedynym odpowiednim imieniem byłby Pusty Łeb. — Kotka klapnęła zębami zaraz przy płowym uchu.
— Ha, ha! Bardzo zabawne... — Wykrzywiła pysk w zadziornym uśmiechu. — Nie żartuje. Ja zacznę... Ty byłbyś... Wędrującym Wibrysem — powiedziała po chwili namysłu. Zaskoczenie na pyszczku kocura było szczere; nie spodziewał się, że siostra faktycznie nada mu ładne, nieprzygłupie miano. Uśmiechnął się.
— Wiesz... Faktycznie myślałem, żeby wybrać coś paskudnego, ale Wędrujący Wibrys jest całkiem nieźle...
— A ja? A ja? — Przysunęła się jeszcze bliżej, teraz trzymając brodę na łopatkach brata.
— A ty... Pamiętasz, że ojciec zawsze mówił, że twój nos wygląda jak serduszko? Że dlatego nazywasz się Miłostka? — zapytał, przekrzywiając nieco łebek.
— No... — mruknęła zniecierpliwiona.
— Według mnie to jednak wygląda trochę, znaczy kształt... jak truskawka...
— Truskawka? Chyba podgniła, umorusana! — wzburzyła się nieco szylkretka.
— Ale masz zielone oczy, to trochę jak listki... — obronił swoje zdanie. — Truskawkowe Pole... Skoro już mamy pokazywać, że łaziliśmy w te i wewte... Przez pola też — mruknął, ziewając przeciągle.
— Urocze... Nie pasuje do mnie — skrzywiła się nieco.
— Może pozwoli ci się zmienić i nie będziesz już taka narwana i szurnięta. Myśle, że nie będzie lepszego momentu na to, żeby trochę wydorośleć — pouczył ją brat, a samotniczka przewróciła oczami tak mocno, że poczuła lekki ból w czole.
— No, no, przestań już, bo ci naślinię do nosa, kiedy będziesz spał — warknęła.
— Właśnie o tym mówię, Miłostko... znaczy, Truskaweczko. — Uśmiechnął się strasznie irytująco. Pointka syknęła na niego, ale zaśmiała się, zwijając się w szczelniejszy kłębek. Nie zabrała głowy z grzbietu płowego, a kocur owinął jasną kitę wokół rudego ciała siostry. — Dobranoc...
— Dobranoc. Może w śnie ześlą ci jakiś mądry pomysł... — mruknęła. Krótko potem oboje odpłynęli w sen.
* * *
Aktualnie
— Pytam jeszcze raz, a jeśli nie odpowiecie, radze wam jak najszybciej odejść z terenów Klanu Klifu — powiedział kremowy kocur, którego futro przesiąknięte było zapachem słonego morza.
— Naprawdę nie szukamy zwady, ale to, co mówiliśmy, to prawda... — Próbował mówić jak najspokojniej Wędrujący Wibrys — Chcielibyśmy dostać azyl, miejsce do życia w waszym klanie i, jeśli to możliwe, poprosić o spotka-
— Audiencje — przerwała Truskawkowe Pole, a kiedy nastał moment nieco niezręcznej ciszy, nachyliła się nad uchem brata, aby szepnąć: — Wiesz... wyrafinowany język... żeby nie wzięli nas za zwykłych gównojadów.
— Zamknij się, kiedy próbuje rozmawiać i nie wkopać nas pod ich pazury — warknął na nią.
— Uwierzcie, że szemranie między sobą nie poprawia waszej sytuacji — odezwała się, nieco mniej pewnie niż wojownik, szylkretowa kotka. W jej zielonych ślepiach błyszczała iskierka wrogości.
— Przepraszam... My mamy powód, aby udać się do Klanu Klifu, tak w sumie... — Tym razem to pointka zrobiła krok do przodu. Już przy pierwszym słowie, które wypełzło z jej pyska, płowy zdawał się żegnać z jakimikolwiek szansami.
— A jaki to dokładnie, taka para samotników, może mieć interes — mruknął ponownie wojownik.
— Będziemy z wami szczerzy... Odeszliśmy z Owocowego Lasu, ale szukamy dla siebie lepszego miejsca, a nasz ojciec mieszkał tutaj... Dobrze wspominał nadmorskie klify i tych, którzy nad nimi żyją... Pomyśleliśmy, że to dobrze miejsce, aby zacząć na nowo — wytłumaczył Wędrujący Wibrys.
Wszyscy członkowie pokaźnego patrolu spojrzeli po sobie. Para samotników nie miała prawa tego wiedzieć, ale nie mogli trafić na lepszy skład. Grupą przewodził Królicza Prawda, którego odejścia i powroty do klanu ciążyły nad nim niczym burzowa chmura, nawet jeśli zmieniono mu imie. U jego prawicy stała Pchełkowy Skok, która nigdy nie mogła czuć się w pełni Klifiaczką. Za nimi, w całkowitej ciszy, dwójce przyglądała się Pajęcza Nić, której pochodzenie nigdy nikomu nie zostało zdradzone. Nad Tawułową Łapą i Pasterzową Łapą, których odsunięto od niespodziewanych gości, stała Rozżarzona Pieśń, dawna wojowniczka Klanu Wilka.
— Eh... — westchnął Królik, patrząc po swoich towarzyszkach. — Co uważacie?
— Wiem, że moje zdanie najpewniej nie znaczy zbyt wiele... — zaczęła ruda kotka. — Ale czułabym się niczym hipokrytka, gdybym proponowała ich odesłać.
— Pchełkowy Skoku? — dopytał ponownie.
— Nie wyglądają zbyt dobrze... Może faktycznie powinniśmy dać zdecydować Judaszowcowej Gwieździe? W końcu mówią, że ich ojciec pochodził z naszego klanu — odpowiedziała szylkretka.
— Nasz ojciec był samotnikiem, ale przebywał to dość długi czas — naprostowała pointka.
— Nie potrzebujemy szczegółów. Zatrzymajcie je dla naszego lidera — rzucił jeszcze kremowy, a następnie dodał, już odwracając się, aby dać im znak, żeby podążali za nimi: — Jak się nazywacie?
— Ja jestem Wędrujący Wibrys, a moja siostra to Truskawkowe Pole.
— Ciekawe... Myślałam, że mówiliście, że jesteście z Owocowego Lasu — wtrąciła się biała uczennica, odzywając się po raz pierwszy. — Czy ich imiona nie są inne.
— Są! — odpaliła się Truskawka. — Sami wybraliśmy sobie te imiona, ja mu, a on mnie.
— Aha... — mruknęła terminatorka.
— Czy możemy już iść? Nie chce się przeziębić, a ten duży strasznie dygocze... — palnął nagle pokręcony kocurek, odsuwając się od płowego samotnika z obrzydzeniem wymalowanym na mordce.
— Faktycznie... Coś wam dolega? — zapytał Królicza Prawda.
— A tam... Ja nie słyszę na jedno ucho od kilku wschodów słońca, ale to pewnie jakiś robak, a mój brat... On akurat faktycznie mógłby odpocząć w cieple — przyznała dawna zwiadowczyni, próbując zabrzmieć lekko i żartobliwie.
— Tak czy siak... Nie ważne, jaki będzie werdykt, wątpię, by kotki z legowiska medyka puściły was chorych, zwłaszcza Jagnięca Łapa — powiedziała Rozżarzona Pieśń. — Ale teraz chodźmy, lepiej mieć to za sobą.
* * *
— Powiedzieli, że ich ojciec pochodził z Klanu Klifu. Nie są niebezpieczni; oboje potrzebują też pomocy medycznej... Kodeks nie pozwala na wrogość względem słabszych — wytłumaczył spokojnie, ale strach przebijał się przez tą maskę. Cała rozmowa rozgrywała się zaraz pod legowiskiem Judaszowcowej Gwiazdy. Jaskółka musiała dopiero co z niego wyjść, gdyż zapach starczej jaskini wciąż osiadał na jej krótkim futrze.
— Od kiedy kodeks nosisz tak blisko serca? — prychnęła, przenosząc wzrok na "gości". — Nie macie tu czego szukać, nie potrzebujemy kolejnych pysków do wykarmienia. Nie ważne kim jest wasz ojciec, nieważne ile było w nim Klifiaka — krzyknęła głośno. Tak głośno, że dotarło to do nadszarpanych uszu czekoladowego staruszka, który do tej pory siedział cicho w swojej norce.
— Co to za harmider... — wycharczał Judaszowcowa Gwiazda, wyczłapując z mroku.
— Patrol przysparza kolejnych kłopotów — powiedziała krótko i wymijająco zastępczyni. Pomarańczowe ślepia od razu odnalazły źródło problemów. Zmarszczyły się, a łapy kontynuowały powolną drogę w dół.
— Co to za kolorowa para? — zapytał, podnosząc jedną brew i jeżąc się nieznacznie. — A ważniejsze pytanie, czego tu szuka?
— Przybyliśmy z Owocowego Lasu, ale z powodu... kilku konfliktów między moją siostrą, a jej przyjaciółką zdecydowaliśmy się odejść. Swoje stare imiona tez tam pozostawiliśmy. Ja jestem Wędrujący Wibrys, a ona to Truskawkowe Pole. Naszym ojcem jest Miodek-
— Niedźwiedzi Miód, jeśli dobrze pamiętam — wcięła się Truskawkowe Pole. Brat zmierzył ją morderczym wzrokiem. To on miał mówić. Oboje wiedzieli, że tak będzie lepiej, że to ich jedyna szansa na znalezienie miejsca u Klifiaków.
— Kto by się spodziewał, że z tego wycieruchy wyjdą podobne do niego... jednostki. Psiamać... nie brakuję nam mord do wykarmienia... — burknął, patrząc na koty spode łba.
— Umiemy polować, umiemy walczyć. Moja siostra biega po drzewach niczym wiewiórka, na pewno sprawnie będzie poruszać się i po klifach. Pozwólcie nam zostać, proszę... Nie będziemy w stanie się odpłacić od razu za dobroć, ale gdy tylko nabierzemy sił, będziemy polować za trzech albo i czterech wojowników. Każde z nas — mówił Sekrecik, a Miłostka co kilka słów przytakiwała.
— Czemu dokładniej odeszliście z waszego domu? — zapytała nagle Jaskółka. — Skąd pewność, że nie pakujemy się w kłopoty, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w Klanie Wilka?
— Nie wiemy, co wydarzyło się w Klanie Wilka, ale obiecujemy, że to zamknięta spra-
— Pobiłam się z moją byłą najlepszą przyjaciółką, bo ukradła mi chłopaka — palnęła pointka. Wokół wszystkich zebranych nastał moment ciszy.
— Muszę przyznać, że nie jest to wyznanie, którego nie spodziewałbym się po bachorze tego wiecznego kochasia — mruknął Judaszowcowa Gwiazda. Westchnął charcząco i przez moment milczał. Płowy już żegnał się w myślach z jakimikolwiek szansami i obiecał sobie, że urwie siostrze głowę, kiedy tylko wygonią ich z terenów. Przez moment zastanawiał się nawet czy może nie powinien zrobić tego tu i teraz? Może jeśli byłby sam, zlitowaliby się nad nim? — No dobrze... Niech wam będzie, psiamać...
— S-słucham? — wydukał jedynie morskooki, nie wierząc, że to była faktyczna możliwość.
— Judaszowcowa Gwiazdo, nie możesz być poważny w tym momencie — warknęła zastępczyni, oszołomiona niemal tak samo, jak dwójka nowych nabytków Klanu Klifu.
— Jestem poważny i zdecydowany, Pikująca Jaskółko. — Podrapał się za uchem i nie przejmując się brakiem formalności, powiedział tu i teraz, bez wchodzenia na mównice: — Klanie Klifu, zbierz się.
Koty, niezwykle zaciekawione i zszokowane, zaczęły niepewnie wychodzić z legowisk. Niektórzy widocznie zdenerwowani, inni pełni pewnej ekscytacji.
— To nie może być prawda, udało nam się — szepnęła do brata szylkretka, kiedy rozglądała się po zbliżających się kotach. Wibrys uśmiechnął się nieśmiało.
— Ty. — Judaszowiec wskazał na płowego. — Do dnia, kiedy klan uzna, że jesteś gotowy odzyskać miano wojownika, będziesz nosić miano Wędrującej Łapy. A ty. — Teraz przeniósł pazur na zielonooką. — Ty będziesz Truskawkową Łapą. Rozumiem, że oboje zakończyliście swój trening w Owocowym Lesie, więc nie chce, abyście grzali się w legowisku uczniów zbyt długo. Wszystko, co powinniście wiedzieć o Klanie Klifu, przekaże wam Mirtowe Lśnienie. Jesteście jego obowiązkiem i problemem. Nie chce słyszeć o żadnych wybrykach. To nie miejsce dla kociąt, a wasz ojciec na pewno był właśnie tym... wielkim, głupim kociakiem — powiedział (lovingly) staruszek, odwracając się i znikając w końcu w swojej jaskini.
Zamiast skandowania, w obozie zapanowała cisza. Do dwójki podeszła nagle mała, jasnoruda koteczka o kobaltowych oczach, a kilka kroków za nią stał kremowy wojownik z patrolu.
— Witamy w Klanie Klifu... Pewnie jesteście podekscytowani, ale słyszałyśmy od Króliczej Prawdy, że to, czego potrzebujecie teraz, to odpoczynek i pomoc medyczej łapy... Jeśli mogę was prosić, spędzicie najbliższe kilka nocy ze mną i Ćmim Księżycem, dobrze? — zapytała, ale kiedy zobaczyli bladooką kocicę, czającą się przy wejściu do części obozu, która okazała się lecznicą, wiedzieli, że nie mieli prawa odmówić. Przynajmniej Mirtowe Lśnienie mógł przyjąć do wiadomości i dojść do siebie po awansie na opiekunkę dwóch pozaklanowych delikwentów.
<Wędrująca Łapo?>
Wyleczeni: Miłostka, Sekrecik
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz